Brakuje mi już tylko w archiwizacji słowa o The Age of Hell i będę miał Chimairę w pełni ogarniętą, przynajmniej z okresu, kiedy porzucili nu metalową stylistykę na rzecz twardego thrash core'a, czy innego takiego znacznie bardziej brutalnego i motorycznego grania. :) Dlatego też ten tekst nie będzie zdobny w walor emocjonalny, a tylko zostanie ograniczony do kilku słów obiektywnej charakterystyki owego, w układzie odniesienia najbardziej mu z racji daty wydania bliskich The Infection (2009) i Crown of Phantoms (2013). W tym towarzystwie to krążek myślę na plus się wyróżniający, jeśli przyjąć, że najlepsze numery Chimaira komponuje, gdy ciężar silnie akcentowany kojarzy z progresywnym spojrzeniem na konstrukcję utworów - czyli kiedy pisze mocarnie rozbudowane i mocarnie brzmiące walce. The Age of Hell chyba najbliżej do Resurrection (2007), bowiem tak w kontekście The Infection jak i Crown of Phantoms brzmi zwyczajnie inaczej, mimo że dla pierwszego lepszego typa który z tymi albumami się zetknie, znaczących różnic pomiędzy nimi nie będzie. Taki nie zauważy odejścia od natychmiastowo chwytliwej piosenkowej formuły, na rzecz konstrukcji z groove'm, ale jednak groove'm bardziej miażdżącym niż bujającym, czy budowaniu złożonej dramaturgii kosztem surowego li tylko ciężaru opartego na soczystym riffie. Jednak nie przesadzając, nie ma tutaj ani minuty która mogłaby zaznajomionych z estetyką grupy zaskoczyć, nie mówiąc już o sytuacji kiedy Chimaira nie brzmiałaby jak Chimaira. Bowiem The Age of Hell to typowa produkcja Chimairy, tylko w detalach inna od tak każdej wcześniejszej (no oczywiście mowa o czasach post nu metalowych) i tej jak dotąd ostatniej w ich dorobku. Doskonale wyprodukowanej i bogatej w pomysły na riff nośny i ciężkiej jak diabli. Lubię ten krążek, chociaż potrafię się nim zmęczyć, więc nie przesadzam z częstotliwością odtwarzania. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chimaira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chimaira. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 21 kwietnia 2022
czwartek, 30 września 2021
Chimaira - The Infection (2009)
Kiedy człowiek już się pogodzi, że ma względnie słaby gust i w części przypadków podejmuje złe decyzje, to żyje mu się jakoś łatwiej. :) Takie przekonanie we mnie z czasem dojrzało, kiedy uświadomiłem sobie, iż kilku, a może nawet kilkunastoletnie trwałe zainteresowanie karierą Chimairy, to trochę taka pomyłka była i teraz już wyłącznie od wielkiego dzwonu powracanie do skompletowanej dyskografii Amerykanów jest li właśnie uwolnieniem się od poczucia dyskomfortu. Dyskomfortu związanego z przywiązaniem do systematycznej obserwacji poczynań ekipy z Cleveland w Ohio, której kolejne posunięcia artystyczne nie przynosiły zakładanej ekscytacji, a tylko stanowiły właśnie powód do bicia się z myślami, czemu oto lojalnie trwam przy nich, a oni odpłacają się wyłącznie rzemieślnicza odtwórczością. W żaden materiał Chimairy nie trzeba było się wgryzać, a każdorazowo stosowana programowa monotonia w końcu musiała się ulać i nawet potworny ciężar nowoczesnego, czasem intrygującego riffowania nie był w stanie zatrzymać uwagi na więcej niż wyłącznie kilkanaście dni premierowych odsłuchów. Nie powiem, że z rzadka doświadczany ciężar tych kompozycji nie jest chwilową przyjemnością, bo wkurw codzienny czasem należy rozładować muzycznym wkurwem serwowanym przez ekipę (dzisiaj chyba wyłącznie) Marka Huntera. The Infection to akurat ten krążek, który mozolne tempa miesza z heavy groov'em i dopieszcza efekt końcowy chwytliwością nu metalu - chociaż nu metalu jako takiego na płytach Chimairy nie doświadczamy już od lat bardzo wielu. Stąd raz - Chimaira szła wówczas w stronę zwiększania swego potencjału komercyjnego, bo nawet jeśli to wciąż cholernie posępna nuta, to jednak zwarte numery z całkiem nieźle rozwijanymi tematami i napięciem, coraz bliższe były naturze przeboju. Dwa natomiast, to kawałki nagrane na The Infection, wciągniętego w gatunek fana nudzą szybko i przeokrutnie umęczą, a warkot frontmana dopełni wrażenie zaduszenia poprzez przeciążenia. Oczywiście to odczucia i przemyślenia osobiste, przez co skażone być może przez wszystkie zmienne, którymi obraz rzeczywistości w oczach konkretnej jednostki spaczony. Niemniej jednak po to prowadzę własny dziennik opinii, by odważnie się nimi dzielić, bez względu na okoliczności do pomyłek mnie usposabiające. Ekipie z Ohio życzę dobrze, ale nie będę miał pewnie okazji do zachwytu nad ich pracą, bowiem nie wierzę iż chłopaki dostarczą mi w przyszłości materiał, który do ekscytacji mnie zmobilizuje. Na razie z tego co wiem, to coś tam skrobią po reaktywacji. Takie info mi się o słoniowe ucho obiło.
P.S. No tak, jest obowiązek dodać, że tak zwiewnej melodyki jak w instrumentalnym The Heart of It All, to ani wcześniej ani też później w stuffie sygnowanym nazwą Chimaira nie było. Zwracam uwagę na fakt - nie oceniam.
wtorek, 27 października 2020
Chimaira - Crown of Phantoms (2013)
Odnotowuje właśnie u siebie kolejny nagły nawrót zainteresowania dyskografią Chimairy i nie jest on spowodowany wydaniem przez ów band nowej płyty - chociaż właśnie przypadkiem natrafiam na info, iż zawieszona działalność zostanie w najbliższym czasie wznowiona i świeży krążek wypieczony. Dwa i pół roku temu też podobny zryw przeżywałem, a jego owocem były dwie recki na blogu umieszczone, zaś jak się skończy zapał obecny trudno prorokować. Jedno jest pewne - jak widać jeden tekst zostanie do archiwum dorzucony. Taka luźna formalnie i maksymalnie subiektywna notka refleksyjno-informacyjna o jak dotąd ostatnim wypieku Amerykanów. :) Jak czasem zawodna ma pamięć podpowiada Crown of Phantoms nie miał wówczas w momencie wydania zbyt entuzjastycznej prasy, bo w składzie się chyba się nieco pomieszało - a może nie, kto to teraz szczegóły pamięta, kto to wie - szperać w biografii mi się nie chce. Przypuszczam zwyczajnie (w miejsce historycznych uwarunkowań odszukiwania), że dość hermetyczna stylistycznie twórczość nie powoduje, że ekipa Chimairy ma łatwo. Zdeklarowani hard core'owi ortodoksi wymagają by było wrząco, metal core'owi sympatycy by też więcej niźli tylko symbolicznie chwytliwie, a jeszcze inni by przy zachowaniu własnej tożsamości w miarę odkrywczo, a przynajmniej nie nudnie, a jeszcze gorzej drętwie. Z tej perspektywy co by o Crown of Phantoms złego nie pisać, to w porównaniu z kilkoma wcześniejszymi krążkami jest przynajmniej znacznie bardziej wyraziście - w znaczeniu, że riffy będące fundamentalnym składnikiem muzycznej faktury są zwyczajnie całkiem interesująco kombinatoryką potraktowane, a i kręgosłup rytmiczny może momentami na plus zaskakiwać. Taki mniej przebojowy materiał wkręca się (a owszem) w czachę nieco mniej pośpiesznie, co w przypadku gatunkowej przynależności muzyki Chimairy w zależności od punktu dupska osadzenia (nadmieniam o tym wcześniej) może być zarówno wadą, jak i zaletą. Mnie się te pojedyncze nieoczywistości podobają i z tej mańki oświadczam, że nie bardzo rozumiem powody chłodnego przyjęcie siódmego albumu w karierze Chimairy.
poniedziałek, 9 kwietnia 2018
Chimaira - Resurrection (2007)
Jak przed kilkunastoma dniami uprzejmie donosiłem, w kwestii
infekcji wirusem pod nazwą Chimaira atakującym - zgłaszając zaskoczenie i lęk
przed długotrwałymi skutkami tej agresji. Tak dzisiaj mam już pewności i nieukrywaną ulgę
odczuwam, że to po raz kolejny tylko chwilówka, zwana w tym przypadku kilkunastodniówką była. Po ataku nie ma już śladu większego, lecz ośmielę się wykorzystać okazję
i tekst archiwizujący stosunek do kolejnej Amerykańców płyty wyprodukować. Znaczy kilka zdań w temacie Resurrection,
krążka z 2007-ego roku, będącego bezpośrednim następca obiektu mojego, sprzed
półtora tygodnia recenzenckiego zainteresowania. W telegraficznym skrócie, bo
inne rzeczy, bardziej intrygujące w kolejce czekają. Postawili Amerykanie po
raz wtóry na nośny groove, riffowanie soczyste, dopieszczając i zwiększając ilość
rozbudowanych słówek, które budują skutecznie w moim przekonaniu, iluzoryczne poniekąd
wrażenie progresywnego charakteru wydawnictwa. Punktem kulminacyjnym jest tutaj
bez wątpienia, ponad dziesięciominutowy Six, kompozycja przemyślana, dojrzała i efektowna. Mimo że pozostałe numery podrasowane brzmieniem totalnym poziom
trzymają, to jednak ten epicki kolos wyróżnia się na duży plus, wychodząc
systematycznie z każdym odsłuchem przed szereg. Ubolewam jednak, że choć
Chimaira sypie na Resurrection całymi tonami sprytnie przebojowego wiosłowania,
miażdży kości potworny ciężarem i bucha z impetem energią. Zaciekle, z pasją turlają chłopaki te ślimaki breakdownami zwane i kilka rodzynek, orzeszków i innych dźwiękowym bakalii
dosypują, to niestety na dłuższy czas płyta zwyczajnie przynudza, z uporem maniaka
wykorzystując zasadniczo toporny gatunkowy szablon, którego gwoździem do trumny
monotonny krzyk wokalisty. Sorki Panowie, niestety to okrutna, ale jednak prawda. A i tak waszą nutę lubię. :)
piątek, 30 marca 2018
Chimaira - Chimaira (2005)
Łapę ja systematycznie takie fazy, że przyczepiają się do mnie chwilowe muzyczne zarazy i jak mój organizm tego rodzaju wirus zaatakuje, to toczy mnie wywołana przez niego choroba przez dni kilka, by po takich z zasady siedmiu dobach jak ręką odjął opuścić. Przerabiałem te stany wielokrotnie, bardzo rzadko pozostawiały we mnie ślad na dłuższy czas, więc jestem cholernie zdziwiony, że wirus Chimaira okazał się taką infekcją, z której od kilku tygodni nie jestem w stanie się otrząsnąć. Tym bardziej, że przechodziłem ją lata temu i choć był i ówcześnie wirus ten oporny, to byłem przekonany że już się na te prątki uodporniłem i nie ma opcji, bym złapał to cholerstwo ponownie. Zaraziłem się wtedy tym dziadem w Media Markt, a były to czasy kiedy internet nie był jeszcze oczywistym źródłem zdobywania muzyki, a jak człowiek chciał z czymś nowym się skumać, to czytał muzyczne periodyki i gnał na odsłuch do sklepu. Tym tropem łyknąłem nieco wiedzy o trzecim longu Amerykanów po obiedzie i pognałem na spotkanie nieznanego, intrygującego i jak się okazało uzależniającego. :) Katowałem potem nabytą płytę masę razy i za każdym takim odsłuchem byłem rozkosznie miażdżony, z jednej mańki chwytliwym, transowym, konkretnie w groove zaopatrzonym riffowaniem, z drugiej potwornie ciężkim, eksplodującym thrashowymi inspiracjami łomotem. W selektywnym brzmieniowym anturażu, niczym monolit, bez najmniejszych pęknięć na monumentalnym obliczu ukryta siła tego bezpośredniego przekazu. Siła, która niespodziewanie do mnie powróciła, z impetem wbijając się na listę ostatnio zupełnie mniej radykalnych form dźwiękowych w praktyce przyswajanych. Tak mnie paskudztwo opętało, aż się kurwa chce komuś dla zasady przypierdolić, mimo że przemocą się brzydzę. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




