Phosphene Dream muzycznie wydaje się najbardziej hipisowskim pośród albumów TBA, które przede wszystkim wszystkim emanują skupioną psychodeliczną aurą, a sam zespół stylistycznie jest powszechnie katalogowany jako neo-psychodeliczno rockowy. W sumie też każdy krążek sygnowany nazwą TBA posiada całkiem odrębny, a zarazem spójny wewnętrznie charakter i nie trudno "kumatym" zauważyć, kto tu akurat gra. Ostatnio najmocniej odczuwalny był vibe The Velvet Underground, wcześniej o krążek, może bardziej dwa natomiast z wielkich sprzed lat dominował The Doors - rzecz jasna nie wyłącznie, jest to na potrzeby wstępu uogólnienie, jednak nie (jakbym sobie życzył) tematu spłaszczenie. Co do ich trzeciej płyty, teraz tutaj przede wszystkim omawianej, roztacza ona najsilniej beatlesowską poświatę (a może to zmyłka przedostatniego indeksu? :)), poza tym jak informują mnie źródła tematycznie "ogarnięte", Phosphene Dream to w zasadzie więcej niż li tylko kosmetyczna zmiana formuły w stosunku do początkowej fazy działalności Teksańczyków, bo płyta ukierunkowana została na piosenkowość, a ja dodatkowo uważam, iż to skompresowanie formuły, to nie tylko chwytliwe i zapadające w pamięć kawałki, ale też kawałki bardziej soczyście różnorodne. Znając jednak TBA głównie z perspektywy ostatnich trzech studyjnych materiałów, odbieram PD jako naturalny zaczyn ewolucji jaka zaprowadziła ekipę z Austin, poprzez Indigo Meadow i Death Song do miejsca i pozycji ugruntowanych przez Wilderness Mirrors. To co jest najpiękniejsze w tej muzycznej drodze, to nieskrepowane korzystanie z inspiracji klasykami, ale korzystanie cholernie świadome, które nie podkopuje przygotowanego na startowych krążkach fundamentu, a tylko fantastycznie nadbudowuje na nim kolejne gatunkowo bliźniacze, jednako ciekawe formy. Mnie to kręci, bo jest "jakieś" i nie tonie też w monotonnie jałowych psychodelicznych dronach, pozostając transowo-hipnotyzujące i na swój sposób (hmmm... jakby to określić) wirujące sympatycznie dla uszu. Jest barwne i zwięzłe zarazem oraz po wybrzmieniu ostatniego numeru, ponownie skutecznie zaprasza do odsłuchu. Póki co, dla mnie tutaj zaczyna się bardzo dobry, bo perspektywicznie się rozwijający i odrębny (na możliwości sceny oryginalny) zespół - lecz nie wiem, czy po zagłębieniu się kiedyś w przyszłości w Passover i Directions to See a Ghost, nie skoryguje swojego dzisiejszego zdania.
piątek, 26 maja 2023
wtorek, 28 marca 2023
The Black Angels - Indigo Meadow (2013)
Jakbym dał do zrozumienia, że zostałem przez The Black Angels z opóźnieniem ich poznawszy zaintrygowany, to bym za mało zasugerował, bo czuję się przez The Black Angels opętany - w ich muzyczny świat gigantycznie wkręcony. Świadczyć o tym może moja ekspresowa decyzja, by wykorzystać szansę na żywca się z nimi skonfrontowania i uczynienia tego w praktyce, choć miejsce (warszawskie Niebo) nie było idealne. Mimo warunków dających nieco do życzenia, to klimat muzyki cudownie mnie zawiesił i teraz gdy tylko ponownie nad Wisłą się pojawią i jeśli będzie to znany mi z doskonałych warunków klub, pojechać i chłonąć tą nutę w klubie nie omieszkam. Mimo że jestem mocno świeżym fanem i powoli małymi kroczkami poznaję ich kolejne materiały, to będąc obecnie na wysokości Indigo Meadow czuję, że im dalej w las, tym więcej w niej halucynogennej estetyki. Oczywiście jest to przeczucie dalekie od doświadczenia praktycznego, gdyż z autopsji nie znam jeszcze Phosphene Dream i rzeczy wcześniejszych, toteż błądzę być może, gdyż domniemam. Indigo Meadow akurat okazuje się inne od dwóch ostatnich materiałów, ale nie na tyle inne aby duch przed rokiem dwutysięcznym siedemnastym był odmienny. To, hmmm (uwaga, masło maślane na pełnej wjeżdża), to to samo, a jednak inne to samo, a próbując rozjaśnić tą perfidną niejasność metaforo-porównaniem - esencja pochodzi z tego samego gatunku liści herbacianych, ale inaczej napar został przygotowany. To jakby ekstremalnie myśli nie gmatwać, piękny hołd dla archetypu czy kanonu, ale z lekka innego. The Doors tu wyraźną inspiracją, a Alex Maas w takim niekoniecznie pierwszym z brzegu The Day, czy Broken Soldier, linie wokalne, na tych mniej okazałych odjazdach Morrisona wprost wzoruje i wychodzi mu kapitalnie, mimo że nieidentyczną, mniej wyrazistą barwą gość dysponuje. Do tego głosu jego dodam hipnotyzująco dudniący bas, fuzzem nasyconą gitarę prowadzącą oraz w tle oryginalnie na modłę hammondową brzmiące, czasami bardzo ciężkie klawisze - czyli instrumentalny kręgosłup nawiedzonego psychodelicznego rocka jak znalazł. Wszystko w charakterystycznie narastającej pętli - zakorzenione we wczesnych latach hipisowskiego trendu, choć w tekstach chyba zamiast pochwały hedonistycznego życia, mroczne rozkminy. To na Death Song i Wilderness of Mirrors też było, ale pomimo braku przychodzących do głowy kwiecistych sformułowań (poza tym z herbatą), ukazujących istotę różnic - ja się uprę, iż było inne. Po części, fragmentarycznie, bądź całościowo, ale chyba czuję, bo słyszę że było! :)
.jpg)


