Fakt że dobrze wystylizowany i te kalifornijskie klimaty z przełomu lat 30 i 40 wyglądają całkiem czarująco malowniczo, lecz aby kupić Marlowe’a made in Jordan w całości, trzeba mieć dużą słabość do akcji detektywistycznych, jakie sprzedawał fanom Raymond Chandler, wymyślając postać Philipa Marlowe’a, bo ogólnie szału tutaj Neil Jordan nie gwarantuje i moje przekonanie przedseansowe, że gość niestety jak na razie w obecnej formie artystycznej niczego istotnego nie zaproponuje, okazało się trafione. Nakręcił reżyser kultowego Wywiadu z wampirem adaptację bardzo rzemieślniczą i z aktorów też nie potrafił wykrzesać maksimum, więc gwiazdy mniejsze i większe/obecne i już wyblakłe grają zachowawczo, bez koniecznej by przełamać moje zdystansowanie większej ikry. Zapewne realizacja tego projektu, to było jakieś marzenie Jordana z dzieciństwa, teraz jak widać wreszcie spełnione, lecz od reżysera z tak okazałym dorobkiem, nawet gdy wiekowo już jest mocno zaawansowany, teoretycznie życzyłbym sobie nawet jeśli już sztampy, to sztampy maksymalnie wypielęgnowanej, być może dzięki tej pedantycznej precyzji także z może nie oślepiającym, ale jednak błyskiem. W tym miejscu powtarzam, że jest porządnie i niewymagającego nazbyt wiele widza uda się usatysfakcjonować, tak jak myślę zadowolić tych wszystkich widzów, którzy w prozie Chandlera się zaczytywali, mimo że oczywiście (piszę to, bo jeśli nie napiszę, zostanie mi to wytknięte) adaptacja filmowa, to tylko sam szczyt góry lodowej, której książkowa wersja kryje w sobie znacznie więcej szczegółów, a przez to inspirującego wyobraźnię dobra, nie tylko literackiego. Zgadzam się z napotkanymi w necie opiniami, iż technicznie (scenografia, charakteryzacja, stroje) to wszystko gra i dodaję, iż przez toporny montaż brakuje charyzmy, a przez zawiłą intrygę podaną nijako i Neesona, tak zimnego aż jakby nieobecnego, wyszło bez wzbudzenia u widza mnie podobnego zaangażowania, czyli najzwyczajniej nudnawo. Obejrzałem niemal wyłącznie i poświęciłem się bezdyskusyjnie, żeby moi znajomi, którzy nie mają aż tak dużo wolnego czasu i muszą staranniej filmy na niedzielne czy sobotnie popołudnie wybierać, nie musieli po seansie czasu z tak potwornym trudem wygospodarowanego żałować i im NIE POLECAM.
poniedziałek, 1 maja 2023
wtorek, 19 stycznia 2021
Breakfast on Pluto / Śniadanie na Plutonie (2005) - Neil Jordan
wtorek, 13 października 2020
Michael Collins (1996) - Neil Jordan
Niestety względna irlandzka autonomia, uzyskana na mocy Traktatu z grudnia 1921 roku, została odrzucona przez fanatycznych zwolenników całkowitej niepodległości, doprowadzając do głębokich podziałów i zafundowała Republice wieloletnią wojnę domową, pomiędzy protestantami i katolikami. Ale więcej z późniejszych wydarzeń, to już wiedza szersza, przeznaczona dla miłośników historycznych zapętleń, w materiałach źródłowych dostępna, której sorry, ale nie będę tutaj przeklejał. Natomiast to co ważne dla kinofana archiwizującego zawzięcie własne eksploracje, to fakt, iż lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, to był wówczas okres największego fejmu wokół nazwiska Neila Jordana. W trzy lata po nakręceniu szczodrze nagradzanego Wywiadu z wampirem i oczywiście w obliczu wysokich oczekiwań artystycznych (wespół z mokrymi snami producentów podnieconych zbijaniem kapitału) dostał Jordan wykorzystując szansę spore środki i podjął próbę zrobienia kina historycznego, a dokładnie biografii (może bardziej kroniki walki wyzwoleńczej) kontrowersyjnego, choć jak się okazało nie skrajnie radykalnego rodaka, który wsławił się nierównym mocowaniem z koroną brytyjską. Posiadał zatem reżyser pieniądze, więc i miał możliwości, ponadto dysponował też gwiazdorską obsadą oraz co najważniejsze, jeszcze wówczas nosem do tematu, wrażliwością estetyczną i po prostu umiejętnością opowiadania rozbudowanych opisowych historii. Jako sławny syn zielonej wyspy, zatopił się w krwawej historii irlandzkiej państwowości i w fabularnym epickim dziele ukazał mainstreamowemu światu współcześnie newralgiczny jej wycinek. Zrobił film jakościowo bez zarzutu, realizacyjnie na modelową modlę lat dziewięćdziesiątych poprawnie - jednocześnie wciągający, momentami wręcz pasjonujący, ale i atrakcyjny także pod względem wizualnym. Mimo powyższych przymiotów nie powtórzył sukcesu spektakularnego Wywiadu z wampirem, a potem było już jakościowo różnie – jak widzę po ograniczonej popularności tytułów, które nie przebiły się do świadomości podobnego mnie masowego widza. Tak myślę teraz i chyba zawsze tak spostrzegałem, że był to jednak zbyt krótki czas Jordana na hollywoodzkim szczycie!
P.S. To sytuacja zaiste dość niezwykła, bowiem mam świadomość istnienia omówionego tytułu od dwudziestu czterech lat, czyli od momentu jego powstania, a jakimś dziwnym trafem przez te z punktu widzenia rozwoju kinematografii niemal wieki go nie obejrzałem. Nie wypożyczyłem go na VHS-ie, nie trafiłem też nigdy na emisję w TV i dopiero teraz dzięki dobrodziejstwu internetu miałem szansę zapoznać się z tak wartościowym biograficznym dziełem.





