Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Sarnoski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Sarnoski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2026

The Death of Robin Hood / Robin Hood: Koniec legendy (2026) - Michael Sarnoski

 

Robin taki inny, tak mroczny, tak surowy, brutalny i średniowieczny, tak folkowy, tak celtycki. W takim klimacie trzeba się zanurzyć i utonąć!” - podsumował ziomek koneser kina i ja przybijam z nim wirtualnie „żółwika”, cytując jego celne słowa. Dodając iż o takim Robinie w kinie od niemal zawsze marzyłem - odzierającym legendę z heroicznej, przygodowej li tylko otoczki, ofiarując w zamian na początku niemal oniryczny, mistyczny slasher „kostiumowy” (tryska gęsta posoka, przecinane są ścięgna, kości trzeszczą, a w oczach wojowników cierpienie i wściekłość), by z czasem przejść swobodnie z wywołującej dyskomfort estetyczny rzezi, do fazy slow motion, znaczy onirycznej, snutej kontemplacyjną narracją, zaskakującej wiązaniem wątków opowieści o odkupieniu. Mrocznej przypowieści dekonstruującej wielokrotnie odbijany od szablonu mit, z porządnie przemyślaną dawką naturalizmu i realizmu - niby z pozoru nużącą, ale w finalnym odbiorze udowadniającą, iż momentami usypianie, nie musi wykluczać poczucia obcowania z porywającym od strony tak wizualnej, jak i merytorycznie poetycko zorientowanym spojrzeniem na człowieka tkwiącego w koszmarze zabijania - koszmarze własnego, bez refleksji zagospodarowanego życia. Napiszę więcej, bowiem Sarnoski oddaje pod rozwagę i analizę, w formacie doskonale zaaranżowanego, przekornego i rozczarowującego tym samym widza nastawionego na kolejne odcinanie kuponów od klasyki snuja, nie tylko postać człowieka, którego dręczy poczucie winy, drenuje emocjonalnie brak uzasadnienia dla własnych podłych czynów, lecz w szerszym, poruszającym do głębi w nietuzinkowy, surowy sposób, opowieść z mocnym i uniwersalnym wciąż przesłaniem, że nie istnieją bezimienne ofiary przemocy, a jej automatycznie nakręcająca się spirala, to naturalnie droga do całkowitego zatracenia spokoju egzystencji. Jest tu natłok ważnych przemyśleń i obrazujących je przykładów - scen sugestywnych i płynących z nich konstatacji. Majestatycznych pejzaży, scenografii i lokacji dopracowanych w każdym calu mistrzowsko uchwycone bogactwo. Genialne opanowanie mroku walorów miejsc przyrodniczo zorientowanych, majestatycznie wtopionych w naturę obiektów architektonicznych oraz genialnie opanowanie światła świec, co czyni pracę pod kierownictwem Sarnoskiego, wręcz malarskim majstersztykiem. Nie czyni jednak przebojem kinowym, bowiem aktorstwo nastawione na głębie (uwielbiam mimikę Jodie Comer, idealnie współegzystującą ze średniowiecznym anturażem), jak i forma rozczarowująca miłośnika akcji oraz zadumany, medytacyjny charakter erudycyjnej puenty/puent, w zapraszającym do ronienia męskich łez finale, to nie pokusy przyciągające amatorów przystępnej choćby w miarę rozrywki.

P.S. Na koniec żartobliwy ton w tonach niemal funeralnych, czyli pytanie - czy tylko mnie szkolenie w biegłości łuczniczej ognistowłosej córki Małego Johna, kojarzyło się z wrzuceniem do legendy o Robin Hoodzie disney'owskiej koncepcji  Meridy Walecznej, opartej luźno na celtyckich podaniach? :)

wtorek, 14 września 2021

Pig / Świnia (2021) - Michael Sarnoski

 

Nie dowierzając w zapewnienia, że po bardzo lichym okresie w aktorskiej karierze Cage'a jest tutaj w stanie zrobić warsztatowy show, zostałem jednak siłą perswazji przekonany, by osobiście sprawdzić ile w tym optymizmie recenzentów jest prawdy i czy może bardzo dobre oceny filmu z tym specyficznym gwiazdorem nie są może bardziej zasługą dobrej roboty scenarzysty, reżysera i całej ekipy produkcyjnej, których wysiłku w tym przypadku Cage akurat nie spieprzył. Może mój brak wiary w jego umiejętności bezpodstawny, a swoje złośliwości, albo za duży dystans opieram na ogólnej mikrej do człowieka sympatii, ale prawda jest taka, iż może tylko raz lub dwa (dobra, może więcej) oglądając manieryczne popisy powyższego, nie czułem zażenowania. Stąd pomyślałem, że nawet jeśli teraz przyjebał spektakularnie, to przeszłości i to tej szczególnie ostatniej nie wymaże, więc za całokształt nadal uparcie trzeba człowieka ganić, a za poszczególne dobre epizody (od wielkiego dzwonu) chwalić. Pytanie zatem brzmi, jak jest z tą Świnią? :) Pig jest bomba i Cage jest bomba, ale nie to nie takie brawurowe permanentne wybuchy, tylko eksplozje poprzedzane długimi fragmentami ciszy i stopniowanym precyzyjnie napięciem w filmie o surowej fakturze i naturze. W filmie zemsty, ale nie takim szablonowym, bo wendeta z powodu świni, to nie jakaś ograna sztampa, a wręcz kuriozalna nieoczywistość. Kapitalne (z pozoru może oklepane) męskie kino, o takim zaszytym w lesie twardzielu - takim, co w przeszłości (he he) uznanym szefem kuchni był, a teraz z sobie tylko znanych powodów izoluje się od społeczeństwa. Tutaj jednak zemsta jest wyłącznie mechanizmem napędowym, a psychologiczny sznyt w postaci tajemnicy osobowości bohaterów i motywów kierujących ich działaniami jego paliwem. Kino zemsty jak się okaże bez zemsty, które właściwie jest dojrzałym kinem  rozpaczy, w obliczu bezradności prawdziwego człowieczeństwa wobec brutalności świata władzy i pieniądza. Dopieszczone, nastrojowe, też tak samo surowe i brutalne kino egzystencjonalne. To taki seans, po którym pozostaje się w stuporze, bądź ma się ochotę siarczyście zakląć. Ja sobie zaklnę. W chu dobre to kurw było, mimo że Cage to Cage i poza Cage'a zawsze pozostanie Cage'a pozą. :)

Drukuj