Owieczka Boża trwa i trzyma się własnego stylu, tyle by wystarczyło by opisać nowy krążek NIEbardzo młodego i pięknolicego ale wciąż potwornie energetycznego Randy'ego Blythe'a i jego wiekowych już ziomów. Żeby grać od ćwierć wieku wciąż umownie określany modern thrash, jaki czasem bardziej, momentami mniej ma wspólnego z thrash core'm czy hard core'm, to trzeba mieć potęgę siły i mocy, nie mniejszą niż miał komiksowy He-Man, bowiem jest to konkretnie fizycznie wymagająca działka. Skład Lamb of God kompletnie nie ma czego się w tym kontekście wstydzić, bo szarpanie strun i okładanie zestawu perkusyjnego oraz darcie mordy wychodzi im potężnie, z impetem zmiatając to co trzeba i kogo należy z powierzchni. Czym się jednak świeżo, mało-świeży album rożni od poprzedniczki i czy w ogóle tutaj jakiekolwiek przemiany zaszły, to ja nie jestem pewny. Słyszę jednak iż po przebojach w życiu prywatnym narwańca Randy'ego i po istotnej zmianie w składzie (gary), obecnie LoG okrzepli i jak po początkowym zadowoleniu z klasy Omens przyznam iż z rzadka do niej wracam (nie wiem czemu), to czuję że nomen omen Into Oblivion przynajmniej przez jakiś czas nie powtórzy przykładu poprzedniczki. Wszystko zdaje się być na swoim miejscu, współczynnik każdej stylistycznej cechy nuty LoG jest na poziomie bardzo zadawalającym, kompletnie nie zaskakującym, natężenie jebnięcia w kontekście ciężaru i precyzji napier-da-lanki to jest to to czego od nich oczekuję, a i czasem (w sumie jak od pewnego czasu zawsze) wyskoczy coś umilająco-urozmaicającego - podoba mi się ten El Vacío. Krążek jest tak samo agresywny jak motoryczny oraz pielęgnujący własny "owieczkowy" styl, więc pojawiają się pośród często wybitnie dobrego, impulsywnie melodyjnego czy nie stroniącego od nieco zakręconych breakdowów riffowania, także czyste popisy gitarowej po prostu ekwilibrystyki. Są one jednak podporządkowane nadrzędnej idei, aby przy tych kawałkach dawało się najbardziej możliwie efektywnie pomachać banieczką i ja zawsze gdy "owieczka" jest rytualnie składana w ofierze thrashowemu BÓSTWU, szyję własną poddaję sprawdzianowi. Coś przeskoczy czy nie daj PANIE wyskoczy - się obawiając, więc k***a ostrożnie! Teraz z mordą uchachaną, natenczas na cały niemal gwizdek pod akompaniament kapitalnego, częściowo szeptanego bangera A Thousand Years. No!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lamb of God. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lamb of God. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 marca 2026
sobota, 15 października 2022
Lamb of God - Omens (2022)
Zauważyłem że przeważają opinie, iż "Owieczka" nagrała najlepszy w swojej historii krążek i tak samo jak spore grono fanów komentujących ich fanpage'a, tak naturalnie z taką oceną Omens zgadzają się sami muzycy. Nie stwierdzę poniżej nic, co by mogło świadczyć, iż dziewiątego długograja w ich karierze nie uznaję za bardzo udany, ale też nie jestem tak jednoznacznie w stanie się zgodzić i zbić piątkę (w przypływie szalonego entuzjazmu) z maniakami, że to szczyt dotychczasowych szczytów LoG. Sypią na Omens niewątpliwie znakomitymi riffami i dociążają maksymalnie swoooją nutę znakomitymi (napiszę po polsku) brejkdałnami, a każdy wałek to wokalny mega popis scenicznego przeskurw...iela Randy'ego. To jest w tym segmencie roboty (napiszę po polsku) frontmeńskiej zwierz przekurw dziki i twierdzę, że bez niego "Owieczka" byłaby jednym z wielu przedstawicieli modern thrashu, a nie jego od już ponad dwóch dekad motorem napędowym, który nigdy nie zawiódł. Nie mam żadnego problemu z Omens oprócz drobiazgu ograniczającego się do zdecydowanego przeniesienia środka ciężkości z kombinowania w zakresie rytmiki (dokładnie okładanie bębnów) na wiercenie we łbie riffem i (o to mi przede wszystkim chodzi) chwytliwością wynikającą z wyrazistości refrenów. Nie jest to w sumie nic nowego, bowiem od dawna już Lamb of God jest przebojowe, ale odkąd za bębnami nie siedzi Chris Adler, to ich aranżacja idzie zwyczajnie w siłę, kosztem finezji. Nie mam jednak pretensji jakichkolwiek do Arta Cruza, bo gość wie jak nabijać i wywijać, ale zdaje się iż uderza mniej w centralki, może też talerze i być może tym samym muzyka amerykanów staje się bardziej hard core'owa, może wręcz metal core'owa niż thrashowa. Odpalam właśnie Ashes of the Wake i utwierdzam się w tym przekonaniu, po czym odsłuchuję Sacrament i stwierdzając że uwielbiam od startu Omens, to czy jest on najlepszy w dyskografii? Hmmm... tym bardziej że po drodze był jeszcze Sturm Und Drang z genialnymi gościnnymi wokalami Chino Moreno i Grega Puciato!
sobota, 20 czerwca 2020
Lamb of God - Lamb of God (2020)
Najnowszy Lamb of God z powodzeniem dobrym riffem stoi! Ponadto nie brakuje mu dynamicznych galopad, basowego bulgotu, zadziornego okładania zestawu perkusyjnego, mrocznego klimatu, nieco urozmaiceń w postaci uatrakcyjniających osłuchaną formułę dodatków i oczywiście maksymalnie zaangażowanego warczenia Randy'ego Blytha (aż mu żyły przy skroni wyłażą :)). Z tej młócy wylewa się panteropodobna surówka od lat i od początku kapitalne nawiązania do legendarnej ekipy braci Abbottów w wykonaniu owieczki nie przestają mnie cieszyć, choć powtarzalność z czasem powinna ostudzić moją ekscytację do poziomu odhaczania z obowiązku nowych krążków. Coś tkwi jednak w tym lambowatym graniu, co zawsze nakręci mnie na kolejne kompozycje i one zaś w praktyce udowodnią (czasem z nawiązką nawet), że warto było zainteresowanie w sobie pielęgnować. Poprzedni album kopał równo, a poza tym zawierał w sobie dwa ożywiające akty w postaci gościnnego udziału dwóch nietuzinkowych artystów metalowo-rockowej sceny. Obecny równie ostro obija potylicę i pielęgnuje przed pięcioma laty zainicjowaną tradycję wspierania się nazwiskami z pierwszej gitarowej ligi. Mimo wielkiej sympatii dla przynajmniej jednej ze wspierających ekipę Blytha gwiazd i uznania dla tej drugiej (mniej kojarzonej ;)) uważam jednak, że współpraca odpowiednio z Chino Moreno i Gregiem Puciato była bardziej wyrazista i odcisnęła głębszy ślad w numerach z ich udziałem. Najważniejsze mimo wszystko, że nagrany po pięciu latach burzliwej historii wokół ekipy z Richmond krążek, wciąga klejąc się do ucha nie gorzej niż to co wcześniej nagrali. Jestem więc w sumie kontent!
wtorek, 5 marca 2019
Lamb of God - Wrath (2009)
Nie
samym hałasem człowiek żyje, o czym coraz częściej wraz z upływającymi latami
się przekonuje, ale i bez hałasu żyć nie potrafi, chociaż już w mocniejszym
okładaniu instrumentów przez współczesną młodzież tak jak to drzewiej bywało
nie gustuje - a precyzyjniej ujmując już tak nie śledzi intensywnie, co na polu
brutalnej i agresywnej muzyki po linii thrash, core jest teraz modne. Wracam
jednak od czasu do czasu, jako człowiek sentymentalny, zarówno do korzeni
ekstremy sprzed lat już niemal czterdziestu, ale i nawet częściej do wypieków
muzyków sporo młodszych, których wówczas w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych,
co niektórzy nazywali niesłusznie wyłącznie epigonami. Przejście Lamb of God z
dość głębokiego undergroundu do względnie mainstreamowej popularności, wiązało
się zarówno wtedy z trendem na wskrzeszanie mody na soczysty thrash, jak i objawiło
jako całkiem świeże spojrzenie na nie tylko panterową spuściznę gatunku, gdzie od
prędkości bardziej istotny był bujający groove. Bowiem Wrath będący ich piątym długograjem pod szyldem „baranka”, przyszedł na świat już jako krążek grupy obytej scenicznie, dobrze na scenie rozpoznawalnej i warsztatowo
doświadczonej. Nie dziwi zatem że Wrath wypełniony został świetnie skrojonymi,
chwytliwymi numerami, łącząc pierwotną moc, dziką furię z intrygującą melodyką
i intensywną, połamaną pracą sekcji. Bez rewolucyjnych zmian, czy epokowych
pomysłów, przede wszystkim z szacunkiem dla wypracowanej estetyki i potężnym
ładunkiem energii, którą dostarczają zarówno fantastyczne ogniste riffy w
których dość zawiłej plątaninie idealnie odnajduje się charyzmatyczny
histeryczny krzyk i głęboki growl Randy’ego Blythe’a. Album, którego, jak
uważam specyficzne suche brzmienie ciekawie żeni drapieżność z bujającym
feelingiem - nawet jeśli musiałem akurat do jego zasadności chwilę się
przekonywać. Jednym słowem kapitalny skoczny „modern” thrash, już cholera sprzed
dekady, więc chyba nie taki „modern”. O czym nie przekonam się póki ktoś młodszy raczy mi uświadomić jak ten "modern" dzisiaj jest definiowany. :)
środa, 8 marca 2017
Lamb of God - Sacrament (2006)
Ta formacja to w pewnym sensie fenomen, a
konkretnie mam tu na myśli dość niecodzienną sytuację, jaka miała miejsce, myślę że aż do wydania właśnie czwartej płyty Amerykanów. Bowiem popularni i uznani w metalowym
środowisku za oceanem, zabierani na trasy przez największych tuzów thrashu, u
nas i pewnie ogólnie w Europie byli przez długi okres nieznani. Kontrakt z
potentatem i po macoszemu traktowana przez niego promocja plus brak dobrej
dystrybucji krążków przede wszystkim w naszym kraju przyczyniły się do
powyższego stanu. Jednak jeżeli ktoś prezentował tak wysoki poziom jak właśnie
Lamb of God w końcu i wysoki status musiał sobie zapewnić i już od Sacrament
przyszło względne zwiększenie zainteresowania grupą, którego apogeum nastąpiło
w momencie powiązania Epic Records z oczywiście przede wszystkim związanym z ciężkimi brzmieniami Roadrunner Records. Wydany w Europie pod szyldem RR Wrath dotarł ze wzmożoną promocją do fanów nowoczesnego thrashu
zamieszkałych w kraju nad Wisłą i myślę, że zasłużenie zbudował także tutaj
oddaną grupę fanów. Jednak zanim Wrath z pompą było przez Roadrunner promowane,
jak zwolennik motorycznego gitarowego mielenia chciał poznać, co to takiego
Owieczka Boża, to dotarł do źródełka i poddał się odsłuchowi krążka z
charakterystycznym sakralnym fioletem i kielichem na obwolucie, jak i nawet sięgnął do tych trzech niezgorszych przecież wcześniejszych jeszcze produkcji sygnowanych
logiem LoG. W moim osobistym przypadku historia kontaktów z albumami owieczki rozpoczęła
się w roku 2004 za sprawą Ashes of the Wake i kupiony tym, co już wtedy do moich uszu dotarło
z niecierpliwością oczekiwałem premiery nowej produkcji. Tak się złożyło, że
trudności z zakupem płyty pokonałem i już od pierwszego odsłuchu zostałem z
radością poddany wszystkim jedenastu sakramentom. One w porównaniu do trójki
nabrały większej chwytliwości, bo aranżacje nastawione były na natężoną bezpośredniość
przekazu, chociaż wraz z charakterystyczną przebojowością kawałków szła także
odpowiednia moc brzmienia. Płyta jak przystało na metalowy produkt kopie
intensywnie, jest energetyczna i ma ciężar stosowny do reprezentowanego
gatunku. Sekcja rytmiczna podkręca tempo, lecz nie popada nader często w zbyt
szaleńcze odjazdy, stawiając bardziej na groove niż bicie rekordów prędkości.
Bo Sacrament to taki idealnie skonstruowany modern thrash, gdzie klasyczne
solówki przenikają się bezkolizyjnie z bujającym rytmem, dając słuchaczowi sporo
satysfakcji z obcowania z ciekawymi rozwiązaniami i takiej bezpretensjonalnej dobrej
zabawy. Agresywnie z przytupem, chwytliwie z nośnymi melodiami, ale i
technicznie z ambicją i nerwem, lecz bez przytłaczającej przewagi żadnego z powyższych. Z
szacunkiem do tradycji, ale i spojrzeniem w przyszłość – bez archaicznych heavy
patatajek ale i bez kombinowania na siłę. Bo właśnie siłą największą Lamb of
God może przede wszystkim na tym krążku jest ten idealny balans pomiędzy
starym, a nowym i smykałka do budowania takich instrumentalnych konstrukcji,
które są zapamiętywalne, lecz absolutnie nie banalne.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Lamb of God - VII Sturm und Drang (2015)
Mam świadomość, iż Lamb of God to ekstraklasa modern thrashu, a ich albumy zawierają zawsze materiał nie schodzący poniżej bardzo wysokiego poziomu. Jednakże po ostatnim krążku, a szczególnie po odświeżeniu go po dłuższym czasie wrażenie we mnie powstało takie, że lekka zadyszka jankesom się przytrafiła. Brakowało na Resolution świeżości, polotu, błysku jakiegoś, który w porównaniu do wcześniejszych produkcji dostarczyłby kolejnej ekscytującej porcji pulsującej energii. Nie chce być źle zrozumiany, bo longpaly z 2012-ego roku w swoim czasie wysoko oceniłem i nadal jako porażki go nie rozpatruje. Dostrzegam tylko teraz szczególnie w odniesieniu do Sturm und Drang, iż tegoroczny zbiór kawałków w srebrnym krążku zawarty przynajmniej po kilkunastu przesłuchaniach ma w sobie sporo więcej inwencji i pomysłów, które to zdecydowanie zrewitalizowały obraz twórczości kapeli. Poczynając od dwóch starannie dobranych gości w osobach Chino Moreno i Grega Puciato, po eksperymenty wokalne z czystym głosem jakimi w Overlord Randy Blythe zaskakuje. Zarówno frontman Deftones jak i krzykacz The Dillinger Escape Plan kapitalnie wpasowali się w numery napisane przez muzyków owieczki lub inaczej sami kompozytorzy wyśmienicie zaaranżowali dźwięki po kątem udziału zaproszonych typów. Dzięki tym zabiegom Embers i Torches zyskały sporo przestrzeni i zabrzmiały chwilami po części (rzecz jasna tylko po części :)) jak kompozycje ich macierzystych formacji. Efekt w moim odczuciu wyborny i niespodziewany, bo ja zbytnim zwolennikiem kolaboracji nie jestem - wole kiedy znanymi nazwiskami nie szasta się dla osiągnięcia szumu i poklasku. Tyle tylko, że kiedy robi się to z takim rezultatem to rad jestem i z miejsca odszczekuje swoje uprzedzenia. Chwale numery dopieszczone charakterystycznymi wokalizami Moreno i Puciato, rozpływać w zachwytach zamierzam się także nad rozbudowanym Overlord, gdzie szepcze sobie Blythe oraz całą resztą programu, z riffów chwytliwych nagromadzeniem, witalną dynamiką i oczywiście odpowiednią dawką agresji, w co by nie napisać brutalnej gatunkowej konwencji. Nowa wytwórnia, nowe otwarcie - bardzo miłe zaskoczenie! Żadna rewolta, a jedynie mocne przewietrzenie stylu by na nowo w odpowiednio intensywnych barwach dźwięki odbierać.
czwartek, 13 lutego 2014
Lamb of God - Ashes of the Wake (2004)
Rok 2004-ty i znikąd wtedy w
postrzeganiu moim uderzenie formacji, co ożywczy podmuch do skostniałej
thrash/deathowej niszy wtłoczyła. Wiem, żadna to rewolucja gatunkowa w
wykonaniu Lamb of God była, bo inspiracje tej załogi nader jasno w dźwiękach
wyeksponowane. Pantera przede wszystkim i około thrashowe, groovem nośnym
przesiąknięte ekipy, jednak baranek czy owieczka inaczej ;) przetrawiła je i
wydaliła jako nawóz dla całej masy modern thrashowych wynalazków. Raz
lepszych, innym razem gorszych, jednako zawsze urozmaicających gatunek.
Pamiętam dokładnie co w pierwszym kontakcie wzrokowym z Ashes of the Wake mnie
zaintrygowało – to grafika z koperty o wyjątkowej urodzie sięgnąć po płytę
kazała. Niełatwo wszelako było oryginalnego cedeka z albumem przechwycić, gdyż
po macoszemu potraktowana grupa, w stajni zupełnie niemetalowej egzystująca na
naszym rynku słabo dystrybuowana była. Na marginesie wspomnę, iż do łez śmiechu
mnie doprowadziły wytwórniane próby sklasyfikowania łomotu przez Lamb of God
firmowanego, bo jak inaczej rozpatrywać żart, jakim nazwanie progresywnym
metalem dźwięków z popiołów zbudzonych. Taka już fachowa znajomość produktów
przez majorsów na rynek wrzucanych! ;) Zakotwiczyli Amerykanie w świadomości mojej dzięki przede wszystkim muzyce i do
dzisiaj ku mojej radości łupią sobie z sukcesami ten swój soczysty, chwytliwy
łomot – jak dotąd zawsze produkt zacny mi oferując. Pewnie spora w tym zasługa "adehadowca" w osobie Randy Blytha. Typ na laurach nie spoczywa, w koncertowym
obliczu obłędne zaangażowanie z publiczności uzyskując. Krzesa iskry na lewo i
prawo, drąc ryja z klasą i mocą. Taki frontman wspomagany przez zwinnych i
kreatywnych instrumentalistów to skarb niewątpliwie. Co będę więcej pieprzył!
Kto nie w temacie, a surowego i przebojowego żywiołu sonicznego chce zaznać
musi z rozdziałem pt. Ashes of the Wake niezwłocznie się zapoznać?
P.S. I ta nazwa formacji – strzał
prosto w sedno.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Lamb of God - Resolution (2012)
Lamb of God powróciło i nagrało
krążek do bólu klasyczny, z charakterystycznym nieco suchym brzmieniem,
połamanymi strukturami, szybkimi zrywami, gwałtownym bębnieniem, brzęczącymi
riffami i wokalną ekwilibrystyką szalonego Pana Blythe'a - niedowiarki niech
sprawdzą co to "zwierze sceniczne" robi w obrazku do kawałka
Desolation. Rola zespołu zdecydowanie jest tu także nie do przecenienia,
bębniarz rządzi, a i szalona publika napędza tą
machinę wyraźnie! Taką dawkę energii we współczesnym modern thrashu wytworzyć
potrafią naprawdę jedynie nieliczni, stąd uznanie należy się spore. Choć album
ze względu na przyzwyczajenie do stylu grupy, brak efektu zaskoczenia nie kopie
równie skutecznie jak Sacrament lub Wrath - zdecydowanie jednak daje rade, w
moim przekonaniu w swojej niszy stylistycznej sytuując LOG na pozycji lidera!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







