Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Dead Weather. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Dead Weather. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 stycznia 2018

The Dead Weather - Horehound (2009)




Kilka zdań wyłącznie, w formie skrótowcem nazwanej. Pierwsze skrzypce, na froncie gra Alison Mosshart, jej szorstki, histeryczny głos i intrygująca osobowość. Jack White w cieniu, pewnie kieruje z tylnego siedzenia? Jednak jego wpływ, choć zdecydowany, to na pewno nie decydujący, bo ekipa z Horehound to indywidualności i to z konkretnym dorobkiem, więc trudno zakładać totalną dominację. Surowy blues-rock rządzi, z garażowym sznytem i kapitalny flow z funky groovem. W mojej ocenie, The Dead Weather to taka zabawa dźwiękami jaką kiedyś Rage Against the Machine uskuteczniali. Rzecz jasna, zbieżna w filozofii grania, różna inspiracjami wykorzystywanymi. Bo jak Rage żywił się funkową pożywką i żenił ją z rozcieńczonym, ambitnym hard corem, to The Dead Weather skupia się na klasykach archetypicznego rocka. Starczy? Chyba? W sumie co o The Dead Weather napisać miałem, przy okazji poprzednich refleksji spisałem. Dodam tylko, że pomimo iż to najmniej obszerny tekst w ich temacie, to Horehound jest w moim odczuciu jak do tej pory najlepszym materiałem grupy. On aż kipi od pomysłów świetnie zaaranżowanych, które idealnie oddają myśl, jak zrobić dobrą piosenkę aby piosenką będąc zwykłej piosenki nie przypominała, a mimo to słuchalna była nie jako zlepek dźwięków, a jako całościowa forma z dużym marginesem na rozbudowywanie jej o elementy improwizacyjne. Tak, tak! Poniosło mnie, a miało być skrótowo. 

piątek, 5 maja 2017

The Dead Weather - Sea of Cowards (2010)




Nie jestem ślepym fanem, nie przekonałem się mimo kilku upartych prób do rozpasanej maniery The White Stripes jak i podobnie ostatnio wałkowany drugi album The Raconteurs ekscytacji we mnie nie wzbudził. Jedynie obok systematycznie przesłuchiwanych krążków The Dead Weather solowe albumy White'a posiadają ten magnetyzm, który względnie systematycznie mnie przyciąga, ale to akurat temat na inny wpis. Argumentem, może nawet i kluczowym natomiast w przypadku "pogody" dziki, nieokrzesany wokal Alison Mosshart - w tej wyrazistej charyzmie moc nieprawdopodobna. Może nie jest to fascynacja bezgraniczna, raczej bardziej ciekawość wraz potrzebą urozmaicenia muzycznych przeżyć, jednak jakby stanu tego nie definiować przyjemność z kontaktów z tym projektem młodej ikony rocka jest spora, choć nadal jeszcze nie optymalna. Staram się zatem na bieżąco odkrywać zawartość szczególnie jedynki i dwójki, przy okazji poniżej refleksji kilka w temacie Sea of Cowards archiwizując. Przester gitarowy na drugim krążku TDW bezdyskusyjnie rządzi, siła przekazu oparta na podrasowanym brzmieniu wioseł i na specyficzny sposób "funkującej" rytmice. To jest surowy rockowy hałas, czasem nawet irytujący jazgot (patrz solówki :)), ale też dzięki bujającemu punktowaniu sekcji i szorstkiej, aczkolwiek chwytliwej melodyce całość stanowi produkt przystępny, chwilami wręcz przyjazny. Na własny użytek nazywam ten rodzaj wibracji rockiem tanecznym, bo bioderka skutecznie uaktywnia - rockiem ze swadą potraktowanym nośnym groovem na bazie pulsu czarnego funky i dla pikanterii doprawionym krautową elektroniką. W mądrych magazynach doczytałem, że to też granie bogate bluesową tradycją, tyle że ja akurat dostrzegam jedynie symboliczne wpływy gatunku. Więcej w graniu na Sea of Cowards pokrewieństw z Rage Against the Machine, poniekąd zapatrzonych w stronę Led Zeppelin, tudzież w amerykański funk lat 70-tych niż tradycji czysto bluesowej. To osobiste skojarzenia, rozumiem iż nieco ryzykowne powiązanie, jak jednak inaczej miałbym tutaj napisać skoro blues w muzyce The Dead Weather spostrzegam jako inspirację co najwyżej drugoplanową. Pewnie się nie znam, błądzę niczym ślepiec, opieram się na intuicji bardziej niż na doświadczeniu, które mogłoby pochodzić z licznych odsłuchów. Zaczynam bowiem swoją przygodę z tą barwna trupą, brak mi może jeszcze dystansu, dźwięki nie okrzepły w mojej świadomości wystarczająco. Niejako neofita to pisze, więc jakby co koneserzy pewnie zripostują. :) 

wtorek, 17 listopada 2015

The Dead Weather - Dodge and Burn (2015)




Znawcą intensywnej, zakrojonej na szeroką skalę działalności muzycznej Jacka White'a nie jestem. Było i jest mi po drodze tylko po części z jego twórczością, stąd stanowisko poniżej zajęte nie będzie posiadało wartości jaką wyroczniom się przypisuje. Miarodajność jej ograniczona zostaje i w granicach subiektywnej opinii odnośnie zjawiska nie w pełni poznanego pozostaje. Nie bardzo fenomen jakim sięgająca nie tylko mainstreamu popularność Jacka W. mi zrozumiały, bo nadal nie widzę w tym człowieku muzycznego wizjonera. W moim przekonaniu trafił idealnie w czas, kiedy pusto w obrębie surowego rocka się zrobiło. Odważnie poszedł w kierunku niepopularnym, a potem to już tylko zdolności menadżerskie plus lans wśród yuppies robotę wykonały. ;) Dosyć już o Jacku, bo ty czytający moje wywody mógłbyś pomyśleć, że pojęcie autora tekstu o The Dead Weather ograniczone wyłącznie do nieuzasadnionego traktowania formacji jako folwarku w którym on rządzi i dzieli. Myślę że nazwiska które widnieją w składzie grupy, nie należą do ludzi którzy sroce spod ogona wypadli i własnej tożsamości nie posiadają. Alison Mosshart, Jack Lawrence i Dean Fertita, to artyści o ugruntowanej pozycji i silnych osobowościach, a ich wpływ na brzmienie The Dead Weather wyraźny. Ze współpracy tej ekipy powstał już trzeci album, a Dodge and Burn w moim przekonaniu udowadnia tylko ich silną pozycję na rynku, gdzie osadzony na urodzajnej glebie rock wyrasta i dorodne owoce wydaje. Korzenie są ewidentne, czyli największa legenda ze sterowcem kojarzona tutaj rządzi, natomiast nawóz  jakim one karmione, to już pochodna eksperymentatorskiego zacięcia. Znaczy odrobina odjechanej psychodelii, awangardowej elektroniki muśniętej vintage'owym brzmieniem i wokalnej kombinatoryki. Alison z tą swoją histerią w głosie i Jack skandujący rytmicznie, wspólnie i z osobna w różnorodnych konfiguracjach - nudy brak, wokalnie jest zdecydowanie ciekawie. Instrumentalnie czuć, że gimnastykować się by było intrygująco lubią. Jakby to niedorzecznie zabrzmiało, jest to takie kombinowanie w obrębie względnej prostoty surowością nazwanej. Jednak mnie najbardziej przekonują te numery, które prócz powyżej wymienionych cech, jeszcze kapitalnym groovem słuch pieszczą. Innymi słowy, te kompozycje które wprost zwartymi piosenkami mógłbym nazwać - I Feel Love, Lose the Right, Open up, Be Still i Cope and Go spełniają takie kryterium. Mnie (pamiętajcie ja się na White'a projektach nie znam), ten album zwyczajnie podoba się i chociaż nie sprawi (podobnie jak inne albumy z Jacka udziałem), że prywatne sanktuarium pod wezwaniem J.W. zbuduję, to z przyjemnością od czasu do czasu podepnę się do tej energii i podładuję swe akumulatory.

P.S. Chwilę po spisaniu własnych wrażeń, skusiłem się by sprawdzić opinie mądrzejszych, a przynajmniej bardziej ode mnie z tematem muzycznych dokonań Jacka White'a  osłuchanych. Niemal jednogłośnie twierdzą oni, że to bardzo dobry album, który rewolucji nie przynosi. Jest krążkiem który podąża wcześniej wytyczonym szlakiem, może jedynie takim bardziej piosenkowym krokiem. Czyli ja laik też trafnie Dodge and Burn podsumowałem. :)

Drukuj