Czasy odległe, wspomnienia wciąż całkiem jednak wydają się świeże - im człek starszy tym bardziej sentymentalny i tym silniej w pamięci odtwarza wydarzenia dawne, niż te sprzed dnia bieżące. :) Pamiętam zatem taśmę z Morbid Noizz nabytą, w okresie gdy wraz z fascynacją trendowym wówczas gotyckim metalem (spora grupa mogłaby logotypów zostać wymieniona), miałem czas na (i wciąż bardzo do dzisiaj lubię) death'n'rolla, zrodzonego myślę najtrafniej oceniając po przejściu Entombed na stronę miast dalszej, przemocowej dla uszu wręcz agresji, to brudu garażowego. Czasy wpierw Wolverine Blues, potem bardziej punkowej jego następczyni, a wreszcie ówcześnie raczej wyklętej, a dzisiaj mocno trzymającej poziom kultu względnego, bo docenionej (ja zawsze byłem na tak) Same Difference. Okres też gdy w death metalu z groove'm wysuniętym spróbowali się w nomen omen łabędzim śpiewie Carcass, a autor tego tekstu zamiast kultem coraz większym otaczać takich chwytliwych łomotaczy jak Obituary czy Bolt Thrower, częściej na uszy zarzucał wtedy w najwyższej formie, a dziś lubiany lecz bez statusu jednak legendy szczekliwy, łysymi baniami się wyróżniający Pro-Pain. W powyżej minimalistycznie opisanych okolicznościach trafić musiałem na Erase, bo raz info że z europejskiego tytana deathu Gorefest ewoluuje, bądź jak kto bardziej radykalnie konserwatywny woli deewoluuje, w kierunku domieszki wyraźniejszej przebojowości. Dwa natomiast, sytuacja w jakiej gardłowy Gorefest był określany najbardziej nisko brzmiącym wokalistą na scenie - nie było stąd opcji aby Gorefest zlać i nie odtworzyć z zakupionej za ciężkie grosze licencyjnej taśmy magnetofonowej. Werdykt wtedy nie był jakiś wyjątkowo euforyczny i też Holendrzy nigdy u mnie nie dołączyli do ścisłej czołówki, a fakt że postukać o nich ochoty tutaj nabrałem, wiąże się poczuciem że mimo iż ołtarzyka im nie budowałem, to zasługują na miejsce na blogasku. Ponadto jak wyrzuciłem z łba przekonanie o Spheres Zarazy/Epidemii, to powiązanie pochodzenia zaraz przypominało o mniej finezyjnych obywatelach Królestwa Niderlandów. Znacząco bardziej topornych i z tego powodu znacząco mniej dla mnie ważnych, bowiem jakby się na poziomie pierwotnym (machanie łbem) na nich nie móc zawieść, tak już te pomysły to raczej kwadratowe aranżacje, groove jednak bez cech zachęcających do bujania (co innego Entombed!) i numery po prostu miałkie, bo żeby ich melodyka za człowiekiem łaziła to nie nie - co innego Bolt Thrower i Obituary, a przede wszystkim z płyt najtisowych Pro-Pain :). Przyczyna jednak elementarnie pierwszoplanowa, iż z czasem Gorefest skleił mi się ze statusem podobnym tego, na jakim Six Feet Under u mnie ugrzęźli, że tak robili coś fajnie i na starcie mogli podać sobie łapy z Obituary, ale im dalej tym wartość muzyczna mistrzów i kopiarzy się rozjechała. Gorefest w sumie położył się u mnie plackiem jeszcze niżej, gdyż w sumie nigdy do pięt nie dorastali takim mocarzom jak podkreślany tutaj na każdym kroku ENTOMBED! W ch** taka brutal prawda.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz