Tydzień temu zapowiedzieli kolejny materiał i wsparli to promocyjne info świeżutkim singlem, a ja równolegle z zafiksowaniem się na Marianne odkryłem nową twarz zespołową z Irlandii i na zmianę słuchałem singla od gwiazd alternatywy i muzycznych obrazków od Gurriers. Marianne udowodniła iż główni rozgrywający już są daleko od swoich korzeni, a na ich miejsce śmiało mogą wskoczyć nowi - zaangażowani i obiecujący ogromnie. Wspominam o Gurriers bowiem gdyby nie Come and See, raczej tak szybko nie odpaliłbym Dogrel - raczej ciesząc się jedynie obliczem autorów jednego z największych obecnie przeskoków z podziemia do mainstreamu rockowego. Kiedy jednak poczułem wibracje surowsze i skojarzenia wyraziste, zapragnąłem z teraźniejszej perspektywy spróbować bardziej świadomie (bez już skupienia na tym co od A Hero's Death wydali) rozkminić stylówę z Dogrel Dobrze pamiętałem i trafnie myślę powiązałem Gurriers i wczesny Fontaines, choć absolutnie tych grup z początkowych okresów pomylić nie można. Ani jedni ani drudzy mimo posiadających cech na szczęście nie rozmywających granice, nie pretendowali wówczas/teraz do bycia artystycznym fenomenem, a ich albumy technicznie wymagającymi dziełami sztuki. To co nagrali, a z czym dokładnie w tej refleksji o Dogrel się mierze, było czystym odzwierciedleniem tak w warstwie tekstowej i muzycznej wyjątkowego w swym klimacie oblicza Dublina i mentalności jego mieszkańców. Jest tutaj zatem "ilustracyjnie" opowiadane, stąd między innymi dużo fucków (środkowych palców wystawionych) i obrazów plugastwa wprost z ulic, gdzie podobno bruk śmierdzi, przesiąknięty moczem oraz też konfrontacji katolickiej przeszłości z nowoczesnością i brutalnym kapitalizmem. Innymi słowy jest krytycznie i buntowniczo, a najczęściej po prostu jak na quasi poezję dosadnie, a muzycznie natomiast najczęściej post punk nabija skoczny rytm, bas dudni na poziomie transowej zimnej fali, a charakterystyczne wiosła generują całkiem chwytliwy dodatkowy hałas. Instrumentaria standardowe, a wokal niczym w nowym ciele głos bardziej rzutkiego z braci Gallagher. :) Chatten to jednak żaden porywczy frustrat, a bardziej kolorowy i wrażliwy indywidualista, który idealnie odnajduje się we własnej skórze poety outsidera, a jego ziomkowie do tej przyciągającej wzrok wielbicieli artystów nietuzinkowych prezencji dorzucają własny, dzisiaj już absolutnie nie od sztancy koloryt. On współcześnie się upstrokacił znacząco, jak i może nastwiony jest mocniej na realizację założeń PR-u, co mnie akurat nie przeszkadza, bowiem uwielbiam ekipy w których ucieczka od uniformizacji sprawia, że jednostkowe fascynacje i oryginalne osobliwości się znakomicie dopełniają. Liczy się efekt - motywy zostawmy branżowym specjalistą od psucia tego co działało. :)
środa, 26 sierpnia 2026
czwartek, 29 sierpnia 2024
Fontaines D.C. - Romance (2024)
Fanem Fontaines D.C. jestem stosunkowo od niedawna, chociażby nazwa była mi znana od ładnych lat kilku, to się uparłem chyba że nie wszystko co z okolic brytyjskich zostanie uznane za z potencjałem niebywałym objawienie, to ja będę łykał natychmiast. Pomyślałem "ach niech się ustoi", "ja jeszcze poczekam na swoją reakcję - dam jej dojrzeć" i nastąpiła ona, reakcja wzmożona jakiś czas po premierze Skinty Fia, a bliżej do premiery Romance i od tej pory systematycznie przechodzę z pozycji obwąchiwania do stanu szalikowca irlandzkiego ansamblu, bo niewątpliwie zasługuje on na nie tylko uwagę, ale wręcz już na otaczanie go kultem. Skinty Fia i jego poprzedniczka to były materiały zajebiste, jeśli dać sobie szansę się nimi obsłuchać i wieszczyły, iż Fontaines D.C. jest na szerokiej autostradzie do powiększania grona fanowskiego. Dzisiaj znając nie tylko znakomite single systematycznie do czasu premiery prezentowane wiem jedno - zawodu w temacie Romance nie uświadczyłem, bowiem trudno by akurat trzy numery były świetne, a reszta lipna. Romance jest fajnie tak przez wzgląd na barwę głosu, intonacje i ten charakterystyczny sznyt wokalny britpopowy, ale shoegaze'owa czy ogólnie indie rockowa poświata z lekka chuligańskim, bo ulicznym punkowym zacięciem powoduje, iż absolutnie nie jest łatwo przyporządkować Romance do konkretnego gatunku. Ten zespół posiada swój własny niezwykle intrygujący wizerunek, a do tekstów podejście tak analityczne, jak i zobowiązujące poprzez korzenie post punkowe także poniekąd buntownicze, najczęściej jednak liryczne, rozmarzone dodające mu bardzo emocjonalnego posmaku, szczególnie gdy dramaturgia albumu przykuwa koncentrację hipnotyzująco. Nuta to bowiem w której miesza się subtelność niekonwencjonalnej, pięknie bujającej pół akustycznej ballady (przykład Sundowner) z wyczuciem użycia elektroniki, czy smaczków aranżacyjnych - bez oglądania się na kwestie rockowych konwenansów, ale też bardziej zawadiackiego zanurzania się w energetyczne projekcje (Starburster i zupełnie inny Death Kink), bądź po prostu aż zaskakująco klasycznego brytyjskiego plumkania (nostalgiczny Favourite). Pytanie tylko czy Romance pod względem klasy prześciga Skinty Fia, na które odpowiadam sobie dyplomatycznie że jest po prostu inny i bardzo mi się ta intelektualnie logiczna sytuacja klei do uszka. :)
piątek, 7 czerwca 2024
Fontaines D.C. - A Hero's Death (2020)
Sytuacja niby nie jest wyjątkowa, bowiem wielokrotnie się zdarzało że jakaś formacja zdobywała ogólne uznanie i trąbiono o niej w prasie branżowej w tonie wielkiego entuzjazmu i równej niemu ekscytacji, iż zrodziło się zjawisko, a nie typowy, pierwszy lepszy band, a ja nie od razu rozumiałem tkwiący w nim fenomen, mimo że czułem podświadomie, iż jak ktoś się zna, słów na wiatr nie rzuca, więc masz M obowiązek wałkować do skutku - docierając do jądra. Czasem się upierałem, częściej jednak odpuszczałem gdy kilka prób większej przyjemności nie przynosiło, albowiem znoju w korzystaniu z muzyki nie akceptuję i wolę jednak dać sobie czas robiąc przerwy, niż na siłę próbować, zdając sobie wszakże sprawę, iż jak musowo, to raczej z oporami. Donoszę teraz (w sumie już wstępnie donosiłem chwilę jakąś temu), że złapałem tego bakcyla, lecz bakcyl z połowy maja jest znacząco dzisiaj dorodniejszy, bo tak jak Skinty Fia z opóźnieniem rozkmninione podbudowę fundamentu do fascynacji wylało, tak A Hero's Death tenże konkretnie wzmocniło i myślę, że mój apetyt na tegoroczny nowy krążek, to już nie ciekawość, a oczekiwanie z trzęsącymi się łapkami na album który mocno w mojej świadomości zawojuje i być może okaże się nie tylko jednym z najmocniej wyczekiwanych, ale i płytą która w podsumowaniach kończących rok na pudle się odnajdzie. Są takie uzasadnione obiektywnie podstawy i jest subiektywny czuj tak zwany aktywowany, ale zanim to, raz dodam tu kilka zdań co myślę i z czym mam do czynienia słuchając A Hero's Death oraz dwa, jeszcze zanim to co zanim dodam, że właśnie do mnie dotarło, iż Irlandczycy zagrają tuż tuż w warszawskiej Stodole i nawet się nastawiłem na wylot z mojej pipidówy do stolicy bardzo spontaniczny, ale zatrzymał mnie brak biletów na tą imprezę - mocno zdumiewiający. Zdumiewający bowiem, gdyż jak to możliwe iż granie właściwie niemainstreamowe klub dość obszerny wyprzedało, ale może co się odwlecze to nie ucieczce, a ja już bogatszy w znajomość szerszego materiału wybiorę się następnym razem, gdyż nie wykluczam sytuacji szybkiego Fontaines D.C. powrotu do kraju nad Wisłą, gdy koncert tak oblegany - oby tylko do miejscówki o podobnym potencjale jak Stodoła. Dobra, do meritum, a tu nuta poniekąd bardzo do Skinty Fia podobna, z pewnością posiadająca tą nić ewolucyjnie je łączącą, ale chyba bujająca jednak lekko bardziej nostalgicznie, a mnie już nie tak kojarzy się z britpopowymi legendami z najtisów, jak być może po jednej z sugestii recenzenckiej może być w tej nucie spory udział inspiracji niedosłownej, lecz pochodzącej od innych znakomitości w rodzaju Joy Division i The Cure, a zza oceanu o dekadę chyba późniejszych The Afghan Whigs. Jednakowoż trudno bezpośrednio muzycznie Fontaines D.C. z nimi skojarzyć i ja bym szukał tychże konotacji w ogólnie gatunku/gatunkach jakie reprezentują, niżby w konkretnych ekipach sprzed lat. Gdyby ktoś chciał się mimo to kłócić, nie stanę do pojedynku z argumentacji twardej arsenałem, bowiem przyznaję iż w tym estetycznym kierunku to podążam od niedawna i posiadam jeszcze mnóstwo pokory spod znaku "mogę g***o się znać), więc myślę że mogę liczyć na wyrozumiałość. Uprę się tylko, iż Fontaines D.C. dla mnie to ten współcześnie modny kierunek pomiędzy szeroką popularnością, a podziemiem jaki reprezentują Idles, Squid czy z innego bieguna pochodzenia Viagra Boys oraz Grave Pleasure. Z żadnym z wymienionych wprost podobieństwa, ale wszystkie je można bez trudu powiązać w sieć wypływających jeden z drugiego stylistyczno-brzmieniowych powiązań, a w przypadku podejścia do tworzenia i zaangażowania w sensie filozofii bycia, to wręcz bezpośrednich. Esencja inteligentnie zbuntowanego rocka, to one wszystkie!
niedziela, 19 maja 2024
Fontaines D.C. - Skinty Fia (2022)
Spóźniona o dwa lata to o "nowości" rozkmina, bo o istnieniu Fontaines D.C. i płycie Skinty Fia od dłuższego czasu i od momentu wydania doskonale wiedziałem, ale w uszko nie wpadło to co w teledyskach licznych proponowali, a może gdybym był bardziej uparty i zrzucił z siebie wówczas impregnowanie na tego rodzaju granie, to opóźnienia by nie było. Jednak jest, gdyż człowiek to nie zawsze reaguje trafnie i na czas, a przyzwyczajenia i uprzedzenia, to często nawet i pierwsza człowieka natura, więc o Skinty Fia nie wtedy, a teraz i to z zupełnie mnie zaskakującej perspektywy. Fan "brytyjskości" w szeroko rozumianym rocku w punkt trafi z inspiracjami jakie akurat (przepraszam za tą brytyjskość :)) Irlandczykom podczas tworzenia swojej nuty towarzyszyły, a to oczywiście postpunkowe korzenie i po trosze (a może bardziej niż) britpopowe wpływy (ten look i ta w głosie maniera :)), jednak tak jak w przypadku Idles przefiltrowane przez tak osobistą muzyczną wrażliwość, jak i dopieszczone aranżacyjnie bez trzymania się sztywno jakichkolwiek stylistycznych reguł. Świetne harmonie, bo Skinty Fia jest tak samo piosenkowe jak wymagające oraz duże zaangażowanie w równie mocno wpływający na efekt końcowy storytelling, a wszystko to z dużą swobodą i poczuciem, że zespół jaki za tym krążkiem stoi będzie wciąż i wciąż za każdym kolejnym razem lekko zaskakiwał i trudno od niego oczekiwać płyt powtarzalnych - i prawidłowo. Subtelny eksperymentalnie, niejednorodny brzmieniowo, jakby rozmyty w też triphopowych klimatach, z wyczuciem niemu swój styl zwierzający, chociaż absolutnie nie tracąc kontaktu z postpunkowym fundamentem, kojarząc się przez pryzmat wokalu natrętnie ze wzmiankowanym britpopem. Przede wszystkim jednak zasysany konsekwentnie, otwierający za każdym razem szerzej wrota do zrozumienia co takiego wyjątkowo intrygującego kryje się w tej z pozoru mało odkrywczej nucie, jaka bez erupcji napięć kapitalnie korzysta z bujających uniesień i hipnotyzujących wibracji. To była ich trzecia produkcja, a obecnie już za najbliższym zakrętem czeka na premierę oczekiwany czwarty album, który jak powyżej napisałem zanim jednak na wzmianki trafiłem i zapoznałem się z singlem promującym, przynosi zaskoczenie, bowiem Fontaines D.C. zdaje się jak domniemałem, nie trzymać utartego szlaku i podobnie do wspomnianych Idles idzie w tym kierunku, który czuje, bo naturalnie jego intuicja im podpowiada.



