Rok 93 dla death metalu był okresem niezwykle ciekawym, gdy tak już od kilku albumów grający, jak i Ci którzy w różnych konstelacjach osobowych, a znani w środowisku zaczęli ostro w gatunku dziwaczyć - mam na myśli takie pierwsze z brzegu ekipy jak przykładowo Atheist czy Cynic. Zakładam iż dla starych wyjadaczy w death metalowym uniwersum, żadna z tych płyt, mimo że oczywiście mega oryginalnych, nie była takim nowym zjawiskiem jak Nocturnusa The Key z roku 90-ego, więc nie trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, iż tak eksperymentowanie, ale jednak trendowe, przez ekipę Mike'a Browninga mniej bezpośrednio czy bardziej pośrednio zainspirowane. Pestilence to wówczas był zdecydowanie w stawce jaka mocno w rejony umownie quasi "jazzujące" odjeżdżała, najbardziej z dorobkiem i wysokim statusem prócz Schuldinera Death'u doświadczona formacja. Zanim dotarli do momentu jaki okazał się dla nich ścianą (albo płytą na długo nagrobną), trzy wcześniej longi nagrali i one swoją rolę znaczącą na scenie odegrały. Jednak Spheres przy nich była tą najbardziej intrygującą i budzącą kontrowersję i tutaj rzecz jasna najintensywniej dla siebie nowych terenów poszukiwali (patrz taką bez wioseł miniarkę jak Aurian Eyses, czy miniaturki z wiosłami - Voices From Within/Phileas), ale i oczywiście każdy indeks z Spheres - hybrydowy i wyrafinowany pozostawał. Mnóstwo w nich ekscytujących tak pojedynków, jak i współdziałań instrumentalnych w pozornym chaosie aranżacyjnym, z którego większa ilość przesłuchań wyciska naturalne harmonie skryte za agresją i pozorną kakofonią. Nie jest to mimo wszystko jakaś cholernie skomplikowana faktura, bowiem brutalność często ustępuje po prostu miejsca finezji, a w Personal Energy, to nie mamy wręcz do czynienia z nawet śladową ilością archetypicznych cech śmierć metalu, a czymś w rodzaju powiązania nutek w progresywne fusion. Inaczej pisząc wygibasy, lecz nie skupione na prędkości czy ciężkości, tylko na interesujących frazach tworzących całkiem przejrzystą kompozycję. Natomiast w opozycji do wymienionych stoi reszta numerów, jakie na różnych poziomach natężenia serwują jednak szczególnie dla niewprawnego jeszcze metala, wyszczekaną mielonkę - pierwotnie mało może składną, ale finalnie kreującą bardzo uporządkowanych dźwiękowy wszechświat. Wracając do wstępu i wymieniając największych tego okresu, żadna z tych grup pomimo zbieżności czasu w jakim poszła w kierunku ekscentryzmu, nie może być pomylona z inną. Niby wszyscy uderzyli w podobną estetykę, ale w nacechowany po swojemu sposób. Dla Pestilence syntezatory były odkryciem, dla kogoś innego rozimprowizowane figury basowe czy tkanki pochodzące z flamenco. I bardzo dla eklektycznych ewolucji było to okej. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz