Wraz z Mantra III retro muzyczna przygoda Michaela Amotta nabrała jeszcze większego pędu, niż ten który był jej udziałem po wydaniu debiutu, bowiem myślę że formuła będąca w ogóle i (jak się w temat wgryźć) także w szczególe miksem heavy-hard rocka, stoner metalu z elementami funky-bluesa, a nawet mniej kwaśnej hipisowskiej psychodelii okrzepła - zyskując na rozpoznawalności poprzez charakterystyczną energetyczną wyrazistość i oryginalność. Nie ma się co spierać, że to wszystko w różnych odmianach i konwencjach autorskich od lat sześćdziesiątych, poprzez siedemdziesiąte, a nawet na osiemdziesiątych kończąc z powodzeniem nie grano, ale w tym tyglu który określono duchowym żebractwem zmieszano wszelkie ingrediencje zaiste oryginalnie unikając zawsze podejrzliwie spostrzeganych klisz. Komponenty barwne i różnorodne, ale wciąż wszystkie one z blisko ze sobą spokrewnionych gatunkowo proweniencji, zbiorczo określanych jako retro rockowe. Oczywiście z tego misz maszu nie zlepiono by tak fantastycznych aranżacji, gdyby nie wyczucie tematu utalentowanych muzyków oraz ich smykałki do pisania świetnych riffów podbijanych kapitalnymi brzmieniami archaicznych, ale w swojej konwencji fenomenalnie ekspresyjnych klawiszy. Ponadto okazało się, iż Amott posiada też intuicje w kwestii doboru partnerów tej zbrodni doskonałej, polegającej na kradzieży patentów bez jakichkolwiek podejrzeń, że zapożyczeń na wieczność się dokonało oraz właśnie talentu tych wspólników, którzy prócz czuja w retro standardowych wojażach, posiadają także kapitalne umiejętności rzemieślniczo-artystyczne, na czele z gardłowym, który chrypką zawodową dysponując, nie waha się jej w duchowych celu użyć, jako waloru przesadzającego o jakości nie tylko oczywiście samej Mantry z trójka na końcu. Mimo że to retro rockowe granie, to takie też zdatne do machania banią, ale i niewykluczone, że jakby się uprzeć to potańczyć by się do niego też udało! Zatem... w tany Panowie i w tany bierzcie swoje Damy. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spiritual Beggars. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spiritual Beggars. Pokaż wszystkie posty
piątek, 1 maja 2020
piątek, 19 stycznia 2018
Spiritual Beggars - Ad Astra (2000)
To jest ta muzyczna twarz Michaela
Amotta, która poznana bliżej za czasów właśnie Ad Astra leży mi najbardziej. Żadne Arch Enemy, nawet nie Carcass - tylko Spiritual Beggars! Powtarzam to uparcie i pomimo częstych zmian frontmanów i także dźwiękowego
dryfu w kierunku hard rocka, stan stały, bezpiecznie niezmienny. :) Z ogromną
przyjemnością łapę każdą nutę ze wszystkich albumów duchowych żebraków, jednak
najwięcej radochy czerpię z odsłuchów krążków, na których za mikrofonem stoi koleś o
ksywie Spice i zaraz za nim, równie wyjątkowy J.B. Christoffersson. Do gwiazd, to jest ten
wyjątkowo groovem maźnięty, rubaszny stoner na funkowych resorach. Te
odpowiednio zużyte amortyzatory bujają wybornie w rytm przebojowych linii
melodycznych, lecz absolutnie pozbawionych banalności czy landrynkowej
słodyczy. Konkretny ołowiany riff pilnuje by należycie ciężko było,
organiczne Hammondy by soczyście, a potężne i głębokie brzmienie dopełnia
idealnie harmonię pomiędzy naturą mocarną i chwytliwą. Życie tętni w tych numerach, czuć w nich pasję i
zaangażowanie, ale też luz, bo spina tego rodzaju graniu całkowicie nie przystoi. Szczególnie, gdy
muzycy z kapitalnym warsztatem, świetnymi pomysłami, bez presji i ciśnienia na
karierę mainstreamową, pozwalają naturalnie przepływać szczerej energii.
Dwanaście bezpretensjonalnych numerów, zarówno z bezpośrednimi
strzałami w rodzaju Left Brain Ambassadors czy Angel of Betrayal, jak i nieco bardziej rozbudowanymi, o
progresywno-psychodelicznym charakterze, by od jednowymiarowości się nie ulało. Kozak muzyka i tyle! Lepiej jej słuchać niż o niej czytać, tak jak lepiej wychylić zimnego browara,
niż czytać o jego promocji w gazetce z marketu. :)
czwartek, 5 maja 2016
Spiritual Beggars - Sunrise to Sundown (2016)
Przeprowadziłem z Sunrise to Sundown swojego rodzaju eksperyment, doświadczenie które na celu miało sprawdzić jak szybko zużyty zostanie ten oldschoolowo przebojowy potencjał jaki Szwedzi na swym najnowszym albumie zamieścili. Eksploatacja krążka na maksa, do bólu niemal porzygania. :) Bezwzględnie, uparcie by przekonać się o jego klasie, zweryfikować właściwą wartość i dotrzeć do wszelkich zakamarków kompozycji. Myślę, że znam w tym momencie każdą nutę, wszelkie detale i mogę śmiało wydać własną opinię, która rzecz jasna nie ma większej siły oddziaływania ponad subiektywne przekonanie jakiegoś podrzędnego typa, któremu zamiast korzystać z prostackich uciech życia chce się pisać w niemal próżnie o przesłuchiwanych albumach. Żadna to kokieteria tylko smutne realia z jakimi należy się konfrontować z podniesiona głową. Komu prócz totalnych maniaków chce się jeszcze interesować muzyką z marginesu! Zapoznawać ze zdaniem innych, kiedy każdy wie najlepiej, posiada wiedzę wrodzoną (tylko taka teraz istnieje) ma głęboko w dupie (której dwa idealnie spasowane pośladki to ignorancja i arogancja) wszystko za wyjątkiem tego co w towarzystwie lans może zapewnić. Komu się pytam i z miejsca zaznaczam, że nie narzekam, tym bardziej się nie skarżę i głasków nie oczekuję, tylko informuję, że ta rzeczywistość, w tym segmencie nie spełnia moich oczekiwań - tyle! Na szczęście gitarowe młócenie w tym klasycznym energetycznym wydaniu, nie potrzebuję miejsca w mainstreamie, bo tam traci swój drapieżny charakter na rzecz miałkiego podlizywania się za kasę. Lepiej dla takiej stylistyki, kiedy fan nieliczny ale w pełni oddany. Tak siebie w tym momencie spostrzegam, gdy Sunrise to Sundown z maniakalną gorliwością niemal w każdej codziennej sytuacji katowałem, a on nawet w drobnym stopniu nie dał mi odczuć znudzenia, wbijając mi na gębę ustawiczny grymas zadowolenia, udowadniając że wzorce przemielone wielokrotnie w różnorodnych konfiguracjach nadal mogą ogromną przyjemność przynosić. Purplowski (ten made in Richie Blackmoore) hard rock od Return to Zero jest dla ekipy Michaela Amotta drogowskazem i po raz kolejny opieranie się na legendarnych wzorach przynosi sukces artystyczny, bo te jedenaście numerów bez wyjątku to kapitalna robota. Kiedy dodatkowo pośród fundamentalnej inspiracji ikoną hard rocka potrafi się z gracją i odważnie przemycić fantastycznie zaaranżowane zagrania sięgające do współcześnie wyklinanych, naznaczanych piętnem kiczu charakterystycznych struktur spod znaku Whitesnake czy o zgrozo Europe - to taki ruch zasługuję przynajmniej na miano outsiderskiej ekstrawagancji. Gdybym był właścicielem youngtimera rocznik 80, to wrzuciłbym na nos okulary Cobrettiego i z pełni wykorzystywanym potencjałem samochodowego stereo paradował po reprezentacyjnych ulicach miasta. Niech się gówniarze śmieją, niech to chociaż mają, bo na dobrej muzyce to za cholerę te rozkapryszone chłystki nie się znają!
wtorek, 1 grudnia 2015
Spiritual Beggars - Demons (2005)
Rok 2005 i Spiritual Beggars powraca w odsłonie numer sześć, z drugim krążkiem na którym głos akurat daje Janne "JB" Christoffersson. Doskonale pamiętam to popołudnie, kiedy entuzjazmem kierowany, z dreszczykiem emocji, jakie zawsze towarzyszyły zakupom od dłuższego czasu oczekiwanych premierowych albumów, na drugi koniec miasta po zamówiony egzemplarz Demons się udałem. Będąc zdeklarowanym fanem akurat tego muzycznego oblicza Michaela Amotta, przekonany doskonałymi poprzednikami (Mantra III, Ad Astra, On Fire) prędko po powrocie do mieszkania krążek do odtwarzacza wpakowałem i oddałem się wchłanianiu rubasznego hard rocka. Porównania szczególnie z On Fire nasuwały się oczywiste i Demons w tej konfrontacji okazał się mniej intensywnie przesiąknięty hipisowską aurą. Porzucili też goście nieco luz i odjazdy w kierunku psychodelii, na rzecz bardziej bezpośrednich i czytelnych dźwięków. Prą na Demons naprzód niczym buldożery, to granie którego kręgosłup zbudowany został z grubo ciosanych, potężnych riffów, podbitych hammondowym uderzeniem klawisza. Brzmienie jest soczyste, maksymalnie energetyczne, uwypuklające moc surowych gitar. Jak swego czasu deklarował JB, w Spiritual Beggars na tym etapie szczególnie, istniał fajny przepływ pomysłów - weszli do studia z zarysem kompozycji i w dwa tygodnie mieli w pełni gotowy materiał. Czyli spontan jak na ekipę hard rockowców z metalowym bagażem doświadczeń przystało! :) Przypadek nie tylko Michaela Amotta, to sztandarowy przykład, że nie jedną stylistyką dojrzały muzyk żyje. Ciął typ rzeźnickie łamańce w Carcass, a wcześniej brutalnie piłował w Carnage. Szyje heavy pasaże w Arch Enemy i dodatkowo dla przyjemności mojej i wielu innych grzmoci hedonistyczne hard rockowe riffy w Spiritual Beggars. Dzięki ci chłopie za taki rozstrzał stylistyczny.
piątek, 8 listopada 2013
Spiritual Beggars - On Fire (2002)
Latka lecą nieubłaganie i nawet albumy co jeszcze stosunkowo niedawno świeże na rynku były, a wyczekiwana ówcześnie ich premiera w pamięci zachowana jako doświadczenie niemal sprzed kilkunastu dni, z ponad dyszką na karku dzisiaj już się mierzą. Szczęście jednak że wraz ze zgubieniem charakterystycznego zapachu farby drukarskiej wiele z tych krążków nic na atrakcyjności i mocy pierwotnej nie straciły. Przykład pierwszy z brzegu, co tłocząc dźwięki w plastiku zawarte wypełnia przestrzeń gierkowskiego M4, taki szyld posiada adekwatny do treści. On Fire brodaczy ze Spiritual Beggars kręci się intensywnie i porywa do świata muzy autentycznej, bez cienia komercji czy trendziarstwa. Tam już wtedy od ośmiu lat legendarny Michael Amott na uboczu sceny się przyczaiwszy, popularyzowaniu hard rocka na stonerowym zawieszeniu się oddał. I przyznać muszę z perspektywy czasu, że to artystyczne wcielenie tego Skandynawa dla mnie najbardziej przekonujące. Nie Carcass który w branży krytykowany być nie może, czy dla odmiany Arch Enemy po których modne jest ostatnio jechanie jak po łysej kobyle (na co nota bene sobie tymi pierdołami jakie wydają zasłużyli), tylko właśnie to tradycyjne rockowe wcielenie skutecznie z powodzeniem aktywujące wśród metalowo-rockowej braci sentymentalną podróż do nuty idealnie oddającej ducha hedonizmu. Bez zbędnej napuszonej literackiej retoryki, prosto, rubasznie, z pierdolnięciem i pozytywną energią. Muzyka bogata aranżacyjnie, ale nie przekombinowana dla potrzeb uzyskania szałowego efektu, wykorzystująca proste środki przewartościowane w pełnym wyobraźni umyśle Amotta i kompanów. Naładowana dobitnym gitarowym łojeniem, pełna pasji i groov'u soczystego bębnienia, klawiszowych odjazdów w szlachetnej hammondowej formule i co istotne wokalnej kapitalnej maniery - szorstkiej jak i jednocześnie niezwykle głębokiej jaką bez wątpienia debiutujący ówcześnie w szeregach SB Janne JB Christoffersson dysponował. Skarb jakim dla tej formacji był niestety po dwóch krążkach własną drogę rozwoju muzycznego obrał, by poświęcić się bezwzględnie własnemu dźwiękowemu dziecku któremu na imię Grand Magus. Szkoda ogromna pomimo dwóch ostatnich w ogólnym rozrachunku bardzo dobrych krążków z Apollo Papathanasio, że zaledwie dwukrotnie na albumach duchowych żebraków dane jest mi obcować z tym wyśmienitym głosem. Na koniec wazeliniarska deklaracja bezkrytycznego uwielbienia dla On Fire! Nie mam żadnych właściwie uwag pod adresem tej produkcji, bo aptekarska dokładność czerwonowłosego maga wiosła nie pozwala się do żadnego nawet detalu tutaj przyczepić. Muza płynie, morda mi się cieszy i nic więcej w tej konkretnie materii mi nie trzeba!
środa, 17 lipca 2013
Spiritual Beggars - Earth Blues (2013)
I zrobił
to z powodzeniem po raz kolejny! Kupił mnie Amott specyficzną pulsującą
mieszanką, tym razem tego co najlepsze na klasycznych albumach nagrali
mistrzowie z Deep Purple i Rainbow! Zaczynając od pełnego polotu jeśli można to
tak nazwać stonera Spiritual Beggars wyewoluował w typową formacje hard
rockową, gdzie instrumenty klawiszowe (tu jednoznacznie Per Wiberg przybrał
postać Jona Lorda) na równych prawach
współistnieją z sekcją rytmiczną i riffową maestrią. I choć pierwsze fragmenty
albumu wywołały we mnie uczucie deja vu podobne temu co spotkało mnie przy
okazji premiery Return to Zero, kiedy to kompozycje otwierające wydały mi się w
pewnym sensie odrobinę zbyt proste i naiwne, nie wzbudzając zachwytu, czy
przesadnej euforii. Tak i w przypadku Earth Blues dopiero wielokrotny kontakt z
krążkiem pozwolił na odkrycie tego fascynującego poczucia satysfakcji, głęboko
ukrywanej magii jaka kryje się pod powierzchownością utworów. Tak naprawdę w
odczuciu moim zmieniło się na Earth Blues w stosunku do poprzedniczki niewiele,
gdyż już na Return to Zero wyraźnie zaakcentowano kierunek, kurs na Deep Purple
i Rainbow, a tu tylko się go kontynuuje. Jednak różnica pewna jest wyczuwalna i
ma charakter bardziej brzmieniowy niż warsztatowo-kompozycyjny. Bardziej to
produkcja o odrobinie szorstkim jak na konwencje szlifie, przy niej powrót do
zera wydaje się produkcją wygładzoną, wypolerowaną. Może to nadinterpretacja
ale odnoszę także wrażenie, iż w niektórych fragmentach Amott sięga do tradycji
charakterystycznej dla solowych krążków Ozzy’ego – pewne zagrywki, motywy
wyraźnie takie skojarzenia przywodzą. Zabieg to dorzucający do finalnego efektu
eksperymentalny smaczek, uatrakcyjniający formę i unikający zamykania się w
schematach. Ale to jedynie takie niekoniecznie oczywiście zgodne z
rzeczywistością subiektywne odczucie, zweryfikowane bądź potwierdzone wraz z
kolejnymi odsłuchami – czas pokaże! I szkoda jedynie, że rozeszły się drogi
Amotta i J.B. Christofferssona, gdyż pomimo tego, że Apollo Papathanasio dysponuje
ciekawą barwą, może jedynie zbyt siłową mam przekonanie, że oba ostatnie albumy
z wokalnym udziałem obecnego frontmana Grand Magus nabrałyby jeszcze większej
witalnej siły. Jednak śledząc częste zmiany na wokalu kto wie jaka postać
zajmie miejsce za mikrofonem w przypadku kolejnej produkcji? Dwa krążki z J.B,
dwa z Apollo, dwa z hmmm...? Historia lubi przecież często kierować się takimi
schematami!
środa, 5 czerwca 2013
Spiritual Beggars - Return to Zero (2010)
Przyswajając obecnie najnowszą produkcje Spiritual Beggars, kilka słów w temacie poprzedniczki Earth Blues. Zaczyna się ten krążek dosyć niemrawo jednak z czasem
wrażenie odniosłem, iż zabieg to ze strony muzyków jak najbardziej świadomy.
Bowiem pełzający riff Lost in Yesterday, gładko wprowadza nas w klimat Return
to Zero – krążka, który otwiera kolejny rozdział w karierze duchowych żebraków. Zmieniła się wyraźnie zarazem
muzyka jak i w etap nowy na posadzie wokalisty wkroczył Apollo Papathanasio - dotychczasowy głos greckiego Firewind. I przyznaje, iż wieść o dołączeniu do
tej wyjątkowej formacji power-metalowego południowca nie nastrajała mnie zbyt
optymistycznie, gdyż z ciekawości zapoznając się z fragmentem dorobku jego
macierzystego zespołu, barwa głosu przez niego prezentowana działała na mnie niezwykle
drażniąco. Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy po dziewiczym odsłuchu
powrotu do zera, słysząc tego samego człowieka odnosiłem jednocześnie wrażenie
obcowania z zupełnie inną jakością. Głos tu jego z pewnością bardziej
drapieżny, silnie w klasycznym kanonie stworzonym przez ikony sceny ciężkiego
rocka umiejscowiony. Konkretna to barwa w żadnym stopniu, gdyby nie wiedza o
jego historii, w power metalowej niszy osadzona. Prawdopodobnie zasługa w tym
nie tylko następcy J.B. ale i całej ekipy dowodzonej przez Michaela Amotta.
Zdecydowanie pchnął bowiem tą maszynę na tory w branży hard rockiem nazywanej,
gdzie silnie inspirowany klasycznymi dokonaniami Rainbow czy Deep Purple o
decydującym klawiszowym sznycie, jednakże w wersji sporo cięższej, czasem wręcz
rockowo-doomowej. Nie jest to jednak album jednowymiarowy, konstrukcja jego, charakter ma szczególnie interesujący za sprawą łamania dynamiki poprzez
kompozycje, zrazu dynamiczne o specyficznej w przekonaniu moim pogodnej formie
z tymi bardziej wolnymi o riffie mocarnym, solidnie osadzonym - taki to krążek
jednocześnie dynamiczno-mozolny czy zwiewno-ociężały! Wspomnieć należałoby
jeszcze, iż dodatkowym atutem produkcji tej jest użycie do budowy atmosfery
albumu, utworów o akustycznym charakterze. Dodają one ciekawej jako całość
mozaice ducha tajemniczości, subtelnej wrażliwości, mając istotny wpływ na moc produkcji w pełnym jej wymiarze. Return to Zero pomimo pierwotnie
wielu moich obaw kolejnym niezwykle udanym krążkiem żebraków się okazał – takim
co obok wcześniejszych perełek grupy bez najmniejszego poczucia zażenowania
można postawić! Na koniec rączki zacierając, iż już w stereo moim
świeże retro riffowanie w retro wydaniu dudni, zastanawiam się na ile
płyt Apollo miejsce w szeregach formacji zagrzeje, czy aby J.B. nowego
standardu nie wyznaczył i po dwóch produkcjach Amott kolejnego głosu dla
swojego dziecka nie będzie poszukiwał. Zaufaniem jednak darze tego rudowłosego
pracoholika, gdyż jak dotąd przeprowadzając roszady na tym decydującym dla
formy zespołu stołku nigdy się nie omylił. Ma gość intuicje i talent
niezaprzeczalnie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






