środa, 7 października 2026

Night of the Living Dead / Noc żywych trupów (1968) - George A. Romero

 

Okazja się pojawiła na powielanie w tekście truizmów. Na tablicy bowiem klasyk pośród klasyki, protoplasta gatunkowy, kino traktowane też z lekkim pobłażaniem, nie dorastające pozornie do rzeczy poważnych i tak dalej. Wszystko w sumie prawda, bo raz lubić trzeba, albo wręcz być geekiem, fanatykiem zombiaków by konwencję tematyczną łykać bezkrytycznie z zachwytem, dwa w segmencie w jakim funkcjonuje nie miał konkurencji, więc na numer jeden z automatu zasługiwał. Doczekał się u widza szczególnego (pasjonata nietuzinkowości i dziwaczności) dorobionej kultowości, ale i prócz zalet jakie niżej za moment wymienię, nie oferuje nic głębszego na he he POZÓR, zatem o znalezienie wspólnej płaszczyzny pomiędzy szanowanym przez krytykę kinem intelektualnym, a „żywymi trupami” trudno. Tylko że jak się luka na rozwój akcji, gdzie zaczyna się bez pardon od wysokiego tandetnego C i trzyma ten poziom w zasadzie do końca, lecz z zaskakująco rzeczowym na poważnie podejściem, to w kategoriach studium przerażenia, stanowi kapitalną pracę obserwacyjno umysłową szefa przedsięwzięcia w osobie legendarnego Romero. To nie straszenie wyłącznie, to więcej choć niekoniecznie mocniej, bowiem truposze bardziej symboliczni niż w swej estetyce upiorni, a w rdzeniu szpik kombinacyjnie wykorzystujący samo najgęstsze od Hitchcocka, który w odróżnieniu od Romero swoje w zasadzie proste historie kamuflował często zawiłymi interpretacjami. Dla mnie „noc” najbliżej największych klasyków od ikony suspensu, a wprost skojarzenia przez sposób wykorzystania muzyki i ten monochromatyczny sznyt, płyną w kierunku Psychozy. To w sumie jakby jej odbicie, w którym widać kulisy, podszewkę bez tych wszystkich finezyjnie tkanych dekoracyjnych mózgotrzepów, przecież z niby szorstką, a w rzeczywistości atłasową fakturą materiału i szlachetnymi dodatkami. Noc to też dla odmiany rodzaj jakby anty Alfreda straszącego niewidzialnym, więc bezpośredniego naturszczykowatego teatru sfilmowanego z wielu perspektyw, mega dynamicznie. Takie akurat surowe truposzami oblężenie robi wrażenie, a łomotanie nuty, nawet posiadacza super ironicznego dystansu, nie pozostawia obojętnym na wykreowany klimat. Nie mam wyjątkowego w sobie hajpa horrorkowego, ale nie posiłkując się półśrodkami i tanimi sztuczkami, Romero wpływa tutaj na mój puls i trochę obgryzanie pazurów. Też przekorność, ustawianie w roli szefa czarnoskórego bohatera, rozstawiającego po kątach białasów, czy metaforyczne nawiązanie do ówczesnej nuklearnej histerii oraz brak idealistycznego triumfu dobra nad złem - te cechy mnie ponad ukazanie autentycznego stanu oblężenia i relacji międzyludzkich w sytuacji krytycznej tutaj kupują.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj