Byłem, do kina trochę nie wiedząc z czym będę miał do czynienia trafiłem i teraz mógłbym śmiało pogubić się w interpretowaniu, chwaląc się ile z tej zakręconej historii wychwyciłem i przemielając zrozumiałem, lecz za cholerę nie rozkminiłem pewnie więcej niż połowę, więc będę pomijał ze wstydu głębsze analizy, a tylko na początku zaznaczę, iż było NORMALNIE fajnie i mnie to wystarczyło. :) Fajnie było podczas seansu, mniej fajnie, ale finalnie też zabawnie gdy w trzech czwartych projekcji jakiś głos wielokrotnie prosił o spokojne opuszczenie sali, bowiem zaistniała sytuacja konieczna, a grupka widzów wraz z mega skonsternowanym tu w roli autora obecnym, zanim zważyła i zrozumiała powagę sytuacji, dość długo zdawała się interpretować apel, jako część prowokacji filmowej, a nie realnego zagrożenia. Ewakuacja i powrót po pół godzinie na salę to okoliczność niby poboczna, ale w kontekście złożoności fabularnej i ukierunkowania na brutalną, zawadiacką fantazję projektu, dość poniekąd spójna i dająca do myślenia. :) Natomiast „Miasma” sama w sobie, bez wydarzeń towarzyszących nasyciła mnie atrakcyjnymi dla oka metodami realizacji - uroczą prostotą środków, pod którą kryła się finezyjna wyobraźnia. Wykreowaną rzeczywistością, ciekawymi bohaterami i historią mocno hybrydową. Gatunkami wykorzystanymi licznymi, spod których form pobłyskują liczne znaczenia. Aktorstwem idealnie spójnym z klimatem, gdzie kapitalna Gillian Anderson na przykład z łatwością wychodzi ponad standardy z jakimi wiele lat była kojarzona i kto by się spodziewał, iż najlepiej (też wizualnie) zacznie wypadać, kiedy właśnie młodość pierwsza przeminie. Świetnymi dialogami intelektualnie pokręconymi oraz u źródła groteskowo absurdalną slasherową koncepcją, w której rola muzyki kluczowo przekorna - patrz scena rzezi z balladą dla zbuntowanych nastolatków. :) Film w zasadzie w filmie i film o filmie, w nieoczywisty sposób i o filmie jeszcze w dodatku wymyślonym, choć rzeczywistych inspiracji w kinie lat osiemdziesiątych nie brakuje. Inspirowana klasyką slasherów - świeża krwista porcja befsztyku, a nie jakiś przeciągnięty gumiasty burger. W jego woni mnóstwo zakręconego spostrzegania współczesnego oblicza kina, jak i popkultury. Fajna po prostu, nabijająca się z nadinterpretacyjnych tendencji, eksponująca zamierzenie kicz i przesadę, prowokacyjnie przerysowana, kinofilska oda do epoki VHS-ów, ale i o tożsamości seksualnej i braku poczucia bezpieczeństwa oraz własnym poczuciu wartości zaniżonym, przekombinowana dla jednych, a dla innych trafiająca w wrażliwość orgiastyczna uczta, która jak domniemam między wierszami krytykując ironizuje producencki apetyt na współcześnie doprowadzone do obłędu karmienie się franczyzami. Znaczy taka oda, co może i podcina satyrycznie gałąź na której większość fanowskiej ekipy „Miasmy” siedzi. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz