Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sidney Lumet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sidney Lumet. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 marca 2026

The Verdict / Werdykt (1982) - Sidney Lumet

 

Lumet w dramaty sądowe że potrafi udowodnił już najwyższej rangi klasykiem na starcie swojej przebogatej jak się okazało kariery. Zatem powracając niejako w 1982 roku do gatunku, obstawiany był raczej kolejny raz na faworyta do najwyższych laurów. Okazało się jednak jak teraz patrzę (bo nie mam tego w głowie), iż z kilku nominacji najbardziej prestiżowych żadna statuetka nie padła łupem Werdyktu, więc jeśli ja oceniam sam film bardzo dobrze i komukolwiek kto chciałby zobaczyć sądowe batalie w wersji kinowej archetypicznej szczerze polecam, to poniekąd też rozumiem dlaczego apetyty jedno, a realia drugie. Problem uważam tkwi w rzeczy prozaicznej i nawiązującej wprost do określenia klasyczny czy standardowy. Bowiem Werdykt jest zrobiony według najwyższych standardów warsztatowych - ciekawy z realnymi zakrętami scenariusz, techniczne kwestie bez zarzutu oraz doskonałe role zarówno pierwszego jak i dalszego planu, lecz jednocześnie jest też po prostu poprawny na poziomie charakterystyk napisanych postaci. To się świetnie ogląda, w to można uwierzyć, gdyż brak tutaj mało wiarygodnych aspektów, tym bardziej twistów oraz kreacja Newmana solidnie i autentycznie przyciąga uwagę i zyskuje w sensie wewnętrznej, dalekiej od elastyczności kręgosłupa moralnego czy sumienia potrzeby mocnego jej kibicowania. Tylko to jest formuła stylistyczna i moralno-etyczna wartościowa, nawet wbrew może pozorom życiowa, a jednocześnie mocno w kinie zarówno do roku 82-ego, jak i tym bardziej nieprawdopodobnie po wyeksploatowana. Dlatego może wówczas gdy się pojawiała, mogła jeszcze wśród przeciętnych widzów stać się popularna i ekscytująca, natomiast krytyka zawodowa być może oczekiwała kina mniej standardowego - z większą finezją, inaczej polotem. Tak, ja stoję oczywiście po stronie tych którzy oczekują od kina przełamywania schematów, ale odnosi się to przede wszystkim do produkcji bardziej mi współczesnych, a w seansach sprzed lat szukam głównie angażującej emocjonalnie historii, a tutaj mnie wciągnęła i byłem całym sercem za sprawiedliwością. Tym bardziej iż w takiego Newmana uwierzyłem - ryzykanta, który wiąże ambicje z potrzebą zadośćuczynienia i uczciwej postawy, z szansą na spektakularne odzyskanie reputacji. Wystawionego i upokorzonego, sprowadzonego momentami do parteru - upadłego, ale nie złamanego. Poddanego sprawdzianowi charakteru i z determinacją i etosem pracy walczącego - niedosypiającego, przytłoczonego ciężarem sprawy, a i tak gdy potrzeba energetycznego. Idealisty po przejściach, pośród stada krwiożerczych prawniczych rekinów. Człowieka i prawnika, który wygłasza taką szczerą mowę końcową, że gdybym był ławnikiem, to też wbrew stanowczym sugestiom sędziego, skazałbym oskarżonych. Bo wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej...

wtorek, 24 września 2024

The Pawnbroker / Lombardzista (1964) - Sidney Lumet

 

Bezwzględna rzeczywistość i upiorna przeszłość, w może nie najbardziej popularnym ale jednak potężnym klasyku amerykańskiego kina. Egzystencjalny przekaz w bogatym mądrością, dla koneserów kina kultowym dramacie osadzonym w warunkach biednej nowojorskiej dzielnicy, sięgający kontekstami daleko poza nią, ale i oddający celnie okoliczności miejsca, czasu i ludzi. Cała tutaj w tle dramatu bohatera menażeria cwaniaków, frustratów i biedaków z wyboru - mend i wyrzutków jak ich rozgoryczony, rozżalony określa. Jednak to co w niej kluczem i istotą, to przebijające wspomnienia w błyskowych retrospekcjach oraz doskonały Rod Steiger – fachowo przez speców od robienia twarzy postarzały w tej erudycyjnej rozprawie o człowieku cierpiącym, z sugestywnie mimicznie jałowym obliczem na zewnątrz, a wewnątrz z odbezpieczonym granatem samounicestwienia, jeśli tylko pozwoli sobie na chwile słabości. Człowieku uciekającym z premedytacją od uczuć, od ludzi - trzymającym się uzasadnienie od jakiejkolwiek więzi na kontrolowany dystans. Pozornie bez frustracji i gniewu, bez współczucia impregnowany na budujące emocje świadomie, nie wierzącym zastępczo w nic poza pieniądzem - przynajmniej w deklaracjach. Nie może on sobie pozwolić na chwile słabości, gdyż pęknie wewnętrznie, rozsypie się na tysiące nie do złożenia kawałków. Wielokrotnie kapitalny Sidney Lumet w potwornie duszny sposób o człowieku martwym za życia, trwającym w nieprzemijającej traumie Auschwitz. Nie zawsze rzucający na kolana Lumet, tym razem zamykający narrację porywającym, bowiem skumulowanym, puentującym, brutalnie dramatycznym finałem z "atonalnym" fusion jazzem Quincy Jonesa w tle. Powiesz o filmografii Lumeta że to prawda, dodasz jednak że awangardowy jazz i holokaust - no nie wiesz. Jeśli jeszcze nie widziałeś Lombardzisty zrozumiem. Jeśli... to nakazuję obejrzyj i zmień zdanie!

sobota, 13 stycznia 2024

Deathtrap / Śmiertelna pułapka (1982) - Sidney Lumet



Max punktów za scenografię pierwszoplanowego bohatera przytulnego domu, bo ona w drewnianym obliczu prezentuje się obłędnie. Prawie max również za aktorstwo, bowiem para Cain/Reeve oraz Dyan Cannon fantastycznie odnalazła się w klimacie sfilmowanej sztuki, jak doczytałem autora Dziecka Rosemary. Nieco mniej punktów jednak za scenariusz, czyli za fundament w postaci wspomnianego tekstu w formie sztuki - chyba że ktoś kocha klasyczne sytuacje, to na pewno doceni to przywiązanie do szlachetnego, ale jednak szablonu. Mocno to poza tym groteskowe, w żadnym stopniu nie poczułem jednakowoż iż maksymalnie pokrętne. Może że okaże się iż lekko przekorne, to coś mi świtało/podpowiadało, więc kiedy się rozwinęło tak jak się okazało, czyli z twistów wykorzystaniem po całość, to byłem zaskoczony i dzięki temu wcale nie porywający kryminał nagle się przeistoczył stając się znacznie bardziej interesujący, tak samo jak przez swą poniekąd naiwność lekko zabawny. Przyznaje na koniec, że scenariusz nie był taki plaski jakby się z początku wydawało i należy mu się też pod maxa ocena, gdyż z czasem pojawia się w nim nawet głębia i całkiem ciekawa filozofia wiwisekcji natury pisarskiej oraz potrzeby aplauzu, jakiej artysta częstokroć nie potrafi się oprzeć.

wtorek, 16 lutego 2021

Serpico (1973) - Sidney Lumet

 

Serpico, czyli w odświeżającym pamięć wydaniu gruby klasyk na ekranie. Mocarny obraz rozpoczynający się przy przeszywających dźwiękach syreny ambulansu - od sceny klamry, sceny podsumowującej ten kultowy dramat policyjny Sidney Lumeta. To właśnie tą bodaj główną rolą zagraną tuż po przełomowej kreacji w Ojcu chrzestnym na dobre Alfredo James Pacino rozpoczyna wielką karierę - ona i kolejne pozwalają stać się Pacino niemal błyskawicznie ikoną hollywoodzkiego kina. Archetypiczna z dzisiejszej perspektywy kreacja - historia starcia młodzieńczych naiwnych ideałów z brutalną rzeczywistością korupcyjnego bagna. Oparta na autentycznych wydarzeniach i realnie istniejącym Franku Serpico, wykorzeniającym korupcję i płacący za swoją bezkompromisową odwagę wysoką cenę. Napompowanego ideałami, teoretycznym mieleniem gębą w akademii policyjnej męczennika nazywanego Paco, traktowanego protekcjonalnie przez stare wygi doświadczeniem w bezczelności zahartowanych. Frank dla nich to typowa kula u nogi starająca się jakąś tam nic nieznaczącą uczciwością w pełnieniu służby zaburzyć fantastycznie funkcjonujące status quo pomiędzy półświatkiem kryminalnym, a stróżami ładu i porządku - więc zrozumiała ich wobec usuwającej spod nóg grunt sytuacji panika. Można by w tym miejscu idąc za ciosem rozpisywać się nad wszelkimi walorami filmu Lumeta, przybliżyć przy tym smarkaczom nie znającym legendarnego obrazu szczegółowy zarys fabuły, ale jest przecież tyle detalicznych opracowań tego dzieła, że nie widzę powodu by powielać coś co było już lepiej zrobione. Dodam tylko od siebie, że jak dziś patrzę na produkcje podobne tej, to myślę że ten klimat kina lat siedemdziesiątych wymiata i jest niepodrabiany. W tym przypadku rządzi nowojorska metropolia, a w niej tygiel emigracyjnego bogactwa nacji i obezwładniająco dołujący obskurną infrastrukturą klimat rozkładu miasta mnóstwa szans i tyluż też dramatycznych upadków. Ten rozgrzewający krew sznyt ówczesnej jankeskiej kinematografii - zahartowanych życiem wielkomiejskiej ulicy straceńców, bądź też pędzących radiowozów, gigantycznych z dzisiejszej perspektywy krążowników szos czy filmowania pościgów z wysokości zawieszenia i obowiązkowego pisku opon podczas pokonywania zakrętów. Klimat totalnie surowy - brudny, brutalny, też oczywiście na swój sposób kręcony archaicznie technicznie, ale za to bogaty autentycznym scenariuszem i aktorstwem bez wątpliwych jakościowo, często nadmiernych kombinacji. 

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Long Day's Journey Into Night / U kresu dnia (1962) - Sidney Lumet

 

W filmie granie to najogólniej przekonujące udawanie, a w starym kinie z dzisiejszego punktu widzenia było to prawdziwie natchnione, lecz w istocie swojej oszukiwanie - bardziej z sentymentu urokliwe niż wiarygodnie ot tak. Teatralna maniera i egzaltacja były częścią tamtejszego warsztatu aktorskiego, dalekiego zapewne od naturalności, lecz też paradoksalnie mimo podniesionej do rangi klucza wyżej przywary, nadal autentycznego. Ponadto rzucają się w oczy w produkcjach leciwych, najczęściej nieprzystający do dzisiejszych wymogów, strasznie leniwy montaż i te długie sceny rozpisane na kolubryniaste dialogi, bardziej podobne do monologów niż zwyczajnej rozmowy. Nie czepiam się jednak, gdyby jakimś cudem moje wywody takie wrażenie sprowokowały, bowiem to co mają filmy ze starego kina, tego nie będą już miały przenigdy współczesne produkcje. Im bowiem poskąpiono magii, nawet jeśli cześć z nich wielkimi dziełami bez nadymania i przekory można nazywać. Pisząc w duchu splątanego wartościowania co powyżej, mam na myśli nie tyko pobudzoną ekspresję Katharine Hepburn i Ralpha Richardsona, ale też Jasona Robardsa i najmłodszego w tym towarzystwie Deana Stockwella, którzy w przyszłości stając się ikonami ról drugoplanowych zdecydowanie z taką natchnioną manierą już się nie będą kojarzyli. Zatem to uniwersalna dla czasu specyfika właśnie starego kina, podniesiona do potęgi przez tekst powieści Eugene'a O'Neilla - dając tym samym zarówno pole do popisu dla aktorstwa zdecydowanie niedzisiejszego, ale w wymiarze doświadczenia wybitnie emocjonującego.

P.S. Natomiast merytorycznie (bo należy wspomnieć o czym tu wielkie halo :)), to na podstawie rozpisanej na cztery akty popularnej wówczas sztuki, niebywale rozbudowane rozgrzebywanie rodzinnych relacji. W układzie czterech jej członków przepracowywanie traum i brutalnie prawdziwe okazywanie miłości. Niby w szale wyrzucanie wszystkich brudów, równoważone emocjami o charakterze pokrewieństwa. Małe psychotyczne spowiedzi w ekstatycznym uniesieniu - w oczekiwaniu na rozgrzeszenia.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Dog Day Afternoon / Pieskie popołudnie (1975) - Sidney Lumet




Jak się skończył autentyczny skok na bank w wykonaniu zdesperowanych amatorów. Jak przez frustrację i bezwzględność na poziomie zerowym w potrzasku złodzieje się znaleźli i co w tym przypadku najistotniejsze, jak pomiędzy pseudo bandytami i w założeniu zakładnikami dość niezwykła relacja powstała. W obsadzie z energetycznym Alem Pacino i nieodżałowanym, tutaj wręcz wybitnym w milczącej grze wnętrzem Johnem Cazale, ta kameralna niemal ograniczona do kilku ścian historia wciąga skutecznie, bo i psychologiczna zależność postaci, ich reakcje i postawy to złożony teatr ludzkich zachowań w różnych formatach i na kilku płaszczyznach. Akcja służb to również interesujący materiał o nieudolności i braku kompetencji, żeby nie napisać totalnej amatorszczyzny w popisowej odsłonie. Negocjacje, rozmowy w atmosferze blefu i zastraszenia, poszukiwanie możliwych rozwiązań, dróg wyjścia z każdą chwilą z bardziej gorącej sytuacji. Nikt tutaj nad tym chaosem nie panuje, rabusie improwizują, a policja i agenci federalni poziomem organizacji ponad biegające kurczaki z obciętymi głowami nie grzeszą. To klincz, postawienie pod ścianą, profesjonalna akcja mundurowych czy rodzaj polityczno-społecznej manifestacji transmitowanej na żywo w telewizji. W takiej sytuacji sympatia może być wyłącznie po jednej stronie!

wtorek, 15 kwietnia 2014

12 Angry Men / Dwunastu gniewnych ludzi (1957) - Sidney Lumet




Nie będę powielał truizmów, że to klasyka, ikona itd. tylko w kilku zwięzłych zdaniach, według subiektywnych kryteriów oddam geniusz i długowieczność tego obrazu. Podstawowym walorem obok wybornego warsztatu aktorskiego brak trików, co by po latach żenadą w oczy kłuły. Surowa forma, bez zbędnych spektakularnych ozdobników – tylko czysta treść. Temat fascynujący do głębokich przemyśleń skłaniający, taki co pretekstem do szerszego spojrzenia na rzeczywistość. Taki prosty pomysł, a mimo to trzyma w zainteresowaniu i napięciu, bo o ludzkich słabościach traktuje i z metodyczną konsekwencją je obnaża. Nic nie jest oczywiste, każde zachowanie sprowokowane skomplikowaną etiologią. To co oczywiste się zdaje, pozorami może omamić, czujność uśpić prowadząc bezpośrednio do fałszywych wniosków. Uprzedzenia i stereotypy jako ich  fundament wyroki najczęściej wydają – tak łatwo nam nimi się posiłkować, a pamiętać trzeba, że ofiarą ich bezrefleksyjnej, bezwzględnej natury sami paść możemy. 

P.S. Tak na marginesie odjazd w kierunku innego mistrza z filmowego podwórka zrobię – myślę, że rodak Polański dostrzegł tą minimalistyczną drogę i wartość w niej zawartą, stąd Rzeź i ostatnio Wenus w futrze w jego dorobku reżyserskim zaistniały. W tym przypadku kino koło zatoczyło, przesytem efektownej lecz bezwartościowej papki znudzone, swe kroki ku korzeniom skierowało – w teatralnej, pierwotnej manierze się odnajdując. 

Drukuj