Lumet w dramaty sądowe że potrafi udowodnił już najwyższej rangi klasykiem na starcie swojej przebogatej jak się okazało kariery. Zatem powracając niejako w 1982 roku do gatunku, obstawiany był raczej kolejny raz na faworyta do najwyższych laurów. Okazało się jednak jak teraz patrzę (bo nie mam tego w głowie), iż z kilku nominacji najbardziej prestiżowych żadna statuetka nie padła łupem Werdyktu, więc jeśli ja oceniam sam film bardzo dobrze i komukolwiek kto chciałby zobaczyć sądowe batalie w wersji kinowej archetypicznej szczerze polecam, to poniekąd też rozumiem dlaczego apetyty jedno, a realia drugie. Problem uważam tkwi w rzeczy prozaicznej i nawiązującej wprost do określenia klasyczny czy standardowy. Bowiem Werdykt jest zrobiony według najwyższych standardów warsztatowych - ciekawy z realnymi zakrętami scenariusz, techniczne kwestie bez zarzutu oraz doskonałe role zarówno pierwszego jak i dalszego planu, lecz jednocześnie jest też po prostu poprawny na poziomie charakterystyk napisanych postaci. To się świetnie ogląda, w to można uwierzyć, gdyż brak tutaj mało wiarygodnych aspektów, tym bardziej twistów oraz kreacja Newmana solidnie i autentycznie przyciąga uwagę i zyskuje w sensie wewnętrznej, dalekiej od elastyczności kręgosłupa moralnego czy sumienia potrzeby mocnego jej kibicowania. Tylko to jest formuła stylistyczna i moralno-etyczna wartościowa, nawet wbrew może pozorom życiowa, a jednocześnie mocno w kinie zarówno do roku 82-ego, jak i tym bardziej nieprawdopodobnie po wyeksploatowana. Dlatego może wówczas gdy się pojawiała, mogła jeszcze wśród przeciętnych widzów stać się popularna i ekscytująca, natomiast krytyka zawodowa być może oczekiwała kina mniej standardowego - z większą finezją, inaczej polotem. Tak, ja stoję oczywiście po stronie tych którzy oczekują od kina przełamywania schematów, ale odnosi się to przede wszystkim do produkcji bardziej mi współczesnych, a w seansach sprzed lat szukam głównie angażującej emocjonalnie historii, a tutaj mnie wciągnęła i byłem całym sercem za sprawiedliwością. Tym bardziej iż w takiego Newmana uwierzyłem - ryzykanta, który wiąże ambicje z potrzebą zadośćuczynienia i uczciwej postawy, z szansą na spektakularne odzyskanie reputacji. Wystawionego i upokorzonego, sprowadzonego momentami do parteru - upadłego, ale nie złamanego. Poddanego sprawdzianowi charakteru i z determinacją i etosem pracy walczącego - niedosypiającego, przytłoczonego ciężarem sprawy, a i tak gdy potrzeba energetycznego. Idealisty po przejściach, pośród stada krwiożerczych prawniczych rekinów. Człowieka i prawnika, który wygłasza taką szczerą mowę końcową, że gdybym był ławnikiem, to też wbrew stanowczym sugestiom sędziego, skazałbym oskarżonych. Bo wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej...
poniedziałek, 2 marca 2026
wtorek, 24 września 2024
The Pawnbroker / Lombardzista (1964) - Sidney Lumet
Bezwzględna rzeczywistość i upiorna przeszłość, w może nie najbardziej popularnym ale jednak potężnym klasyku amerykańskiego kina. Egzystencjalny przekaz w bogatym mądrością, dla koneserów kina kultowym dramacie osadzonym w warunkach biednej nowojorskiej dzielnicy, sięgający kontekstami daleko poza nią, ale i oddający celnie okoliczności miejsca, czasu i ludzi. Cała tutaj w tle dramatu bohatera menażeria cwaniaków, frustratów i biedaków z wyboru - mend i wyrzutków jak ich rozgoryczony, rozżalony określa. Jednak to co w niej kluczem i istotą, to przebijające wspomnienia w błyskowych retrospekcjach oraz doskonały Rod Steiger – fachowo przez speców od robienia twarzy postarzały w tej erudycyjnej rozprawie o człowieku cierpiącym, z sugestywnie mimicznie jałowym obliczem na zewnątrz, a wewnątrz z odbezpieczonym granatem samounicestwienia, jeśli tylko pozwoli sobie na chwile słabości. Człowieku uciekającym z premedytacją od uczuć, od ludzi - trzymającym się uzasadnienie od jakiejkolwiek więzi na kontrolowany dystans. Pozornie bez frustracji i gniewu, bez współczucia impregnowany na budujące emocje świadomie, nie wierzącym zastępczo w nic poza pieniądzem - przynajmniej w deklaracjach. Nie może on sobie pozwolić na chwile słabości, gdyż pęknie wewnętrznie, rozsypie się na tysiące nie do złożenia kawałków. Wielokrotnie kapitalny Sidney Lumet w potwornie duszny sposób o człowieku martwym za życia, trwającym w nieprzemijającej traumie Auschwitz. Nie zawsze rzucający na kolana Lumet, tym razem zamykający narrację porywającym, bowiem skumulowanym, puentującym, brutalnie dramatycznym finałem z "atonalnym" fusion jazzem Quincy Jonesa w tle. Powiesz o filmografii Lumeta że to prawda, dodasz jednak że awangardowy jazz i holokaust - no nie wiesz. Jeśli jeszcze nie widziałeś Lombardzisty zrozumiem. Jeśli... to nakazuję obejrzyj i zmień zdanie!
sobota, 13 stycznia 2024
Deathtrap / Śmiertelna pułapka (1982) - Sidney Lumet
wtorek, 16 lutego 2021
Serpico (1973) - Sidney Lumet
Serpico, czyli w odświeżającym pamięć wydaniu gruby klasyk na ekranie. Mocarny obraz rozpoczynający się przy przeszywających dźwiękach syreny ambulansu - od sceny klamry, sceny podsumowującej ten kultowy dramat policyjny Sidney Lumeta. To właśnie tą bodaj główną rolą zagraną tuż po przełomowej kreacji w Ojcu chrzestnym na dobre Alfredo James Pacino rozpoczyna wielką karierę - ona i kolejne pozwalają stać się Pacino niemal błyskawicznie ikoną hollywoodzkiego kina. Archetypiczna z dzisiejszej perspektywy kreacja - historia starcia młodzieńczych naiwnych ideałów z brutalną rzeczywistością korupcyjnego bagna. Oparta na autentycznych wydarzeniach i realnie istniejącym Franku Serpico, wykorzeniającym korupcję i płacący za swoją bezkompromisową odwagę wysoką cenę. Napompowanego ideałami, teoretycznym mieleniem gębą w akademii policyjnej męczennika nazywanego Paco, traktowanego protekcjonalnie przez stare wygi doświadczeniem w bezczelności zahartowanych. Frank dla nich to typowa kula u nogi starająca się jakąś tam nic nieznaczącą uczciwością w pełnieniu służby zaburzyć fantastycznie funkcjonujące status quo pomiędzy półświatkiem kryminalnym, a stróżami ładu i porządku - więc zrozumiała ich wobec usuwającej spod nóg grunt sytuacji panika. Można by w tym miejscu idąc za ciosem rozpisywać się nad wszelkimi walorami filmu Lumeta, przybliżyć przy tym smarkaczom nie znającym legendarnego obrazu szczegółowy zarys fabuły, ale jest przecież tyle detalicznych opracowań tego dzieła, że nie widzę powodu by powielać coś co było już lepiej zrobione. Dodam tylko od siebie, że jak dziś patrzę na produkcje podobne tej, to myślę że ten klimat kina lat siedemdziesiątych wymiata i jest niepodrabiany. W tym przypadku rządzi nowojorska metropolia, a w niej tygiel emigracyjnego bogactwa nacji i obezwładniająco dołujący obskurną infrastrukturą klimat rozkładu miasta mnóstwa szans i tyluż też dramatycznych upadków. Ten rozgrzewający krew sznyt ówczesnej jankeskiej kinematografii - zahartowanych życiem wielkomiejskiej ulicy straceńców, bądź też pędzących radiowozów, gigantycznych z dzisiejszej perspektywy krążowników szos czy filmowania pościgów z wysokości zawieszenia i obowiązkowego pisku opon podczas pokonywania zakrętów. Klimat totalnie surowy - brudny, brutalny, też oczywiście na swój sposób kręcony archaicznie technicznie, ale za to bogaty autentycznym scenariuszem i aktorstwem bez wątpliwych jakościowo, często nadmiernych kombinacji.

.jpg)




