Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Ronduda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Ronduda. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2026

Powiedz mi, co czujesz (2026) - Łukasz Ronduda

 

Bardzo bardzo w porządku kino o charakterze fragmentami quasi etiudowym, w ogólnym formacie na poważnie pełnometrażowo fabularnym. Ale moją sympatię akurat łatwo zdobyć, właśnie takim sposobem filmowania i opowiadania, kiedy w tle tak swojska muzyczna alternatywa, jak też jako dodatkowy atut współczesna Warszawa. Miasto które męczy i boli zgiełkiem, ale też przyciąga i fascynuje feerią różnorodności ludzkiej i możliwościami spędzania czasu nieszablonowymi. Szanuję też szerokie spojrzenia na terapeutyzowanie w kinie - traum rozdrapywanie w formule artystycznej dramy, gdy fundamentem realne, a nie podbijane do poziomu nadinterpretowanego problemu, pospolite kłody rzucane pod nogi przez rzeczywistość. Gdy szczególnie konsekwencje dzieciństwa (kiedy starzy nieświadomie, sami doświadczani, bezradni i sfrustrowani rozpieprzają łeb na resztę życia), domagają się, wyjąc wręcz w człowieku przepracowania przez pryzmat dzisiejszej świadomości psychologicznej. Analizy na przykład wzorców bliskości, w zaburzonym kształcie odciskających piętno na podejmowanych próbach tworzenia związków, relacji. Miłości jako wyważonej empatycznej trosce, jaka wierzę potrafi naprawić „popsutych”, tkwiących w odległej czasowo, a wciąż rezonującej przeszłości biedaków, jeśli trwałość samego uczucia nie załamie się pod ciężarem wyzwania. Tak spostrzegam film Łukasza Rondudy, który dostarcza tak samo sporo ciekawych, ostrych alegorii, jak wprost silnych, odczuwalnych i równie przytłaczających co napawających jednak optymizmem emocji, gdy poza tematem jest to uroczo intymnie zagrane, przez zupełnie różną warsztatowo obsadę - patrz główni młodzie bohaterowie w kontraście do pary wcielającej się w postaci fantastycznie naturszczykowatych, mnie zachwycających autentyzmem Patryka rodziców. Dzięki temu obserwowałem odmienne wewnętrznie dramaty kapitalnie zestawiających kontrastujące oblicza dwóch mentalnych światów - wsi pozornie twardej, na nowe idee głuchej i stolicy świeżymi wpływami przesiąkniętej. Obejrzałem z otwartą już głową, przekonująco prawdziwy bo przefiltrowany przez wiek reżysera, dojrzały głos "młodego", inteligentnego pokolenia - konkretnie wzruszony.

P.S. Dodam, iż dopiero po seansie skojarzyłem z jakim tytułem od razu powinienem powiązać Łukasza Rondude.

piątek, 18 lutego 2022

Wszystkie nasze strachy (2021) - Łukasz Ronduda, Łukasz Gutt

 

Nie pozwólmy sobie wmówić, że tzw. poglądy pakietowe, to chleb powszedni Polaków. To oczywiście prawda ale zaledwie po części, bowiem pomimo budowania takiego wrażenia przez mediów spektrum całe, tylko ewidentnie mniejszość rodaków samodzielne myślenie boli i unikając tortury idą oni na łatwiznę. Taka refleksja po seansie się we mnie zrodziła i zastanawiam się czy akurat podświadomie, a może z premedytacją twórcy Wszystkich naszych strachów uciekli się do tego podważającego stereotypy zabiegu, czyniąc swoich bohaterów, a dokładnie znajdując ich w otaczającej przestrzeni jako przykłady zaprzeczające tej niestety ekstremalnie wbitej w nasze spostrzeganie społeczności prowincjonalnych teorii. Gej katolik to można rzec wręcz bluźnierstwo, a w rzeczywistości sytuacja typowa w kraju dumnie określającym się z wiarą wręcz zszytym. Gdyby odpowiednio wnikliwie wgryzać się w ten zaprzeczający oczywistościom sposób rozumowania, wnioski dla powszechnego myślenia będą druzgocące. Wieś dziś to żadna zabita dechami wiocha, a że ostatni bastion zacofania w nadmiernie uznawanej za opiniotwórczą kościółkowej odsłonie wciąż silny, to nie znaczy że wioskowe ludki to masowo pozbawione własnego rozumku zombiaczki. Świat się zmienia, a że wciąż na oścież otwarte mamy okna na te przemiany, to ciężko już dusić się we własnym sosie. Często też wbrew wielkomiejskiej (nowoczesnej, oświeconej i cholera potwornie wyniosłej) szkole deprecjonowania inteligencji chłopskiej, "mądrości ludowe" tak silnie przywiązane do tradycji, to tak naprawdę zdrowo na otaczającą rzeczywistość spoglądające i odrzucające nietrwałe, systematycznie zmieniające się i podlegające zwyczajnie trendom oraz balastom ideologicznym idee. Równie dobrze jednak mógłbym napisać wręcz odwrotnie i myślę, że też miałoby to sens i daleko od prawdy takie szablonowe wyrokowanie by nie lądowało. Bowiem nic już nie jest jasne i oczywiste, proste i jednoznaczne. Wszystko jednak co człowiek drugiemu człowiekowi w swoim zacietrzewieniu czyni, może krzywdzić i cierpienia o rozmiarach niezrozumiałych dla okopanego w swojej "świętej" racji inaczej kochającym dostarczać. Ludzie notorycznie nawzajem się krzywdzą i ci sami ludzie zdolni są do szlachetnych czynów, pokrzepiających serca. Wsparcie i odrzucenie nierzadko w relacjach ze sobą bezpośrednio sąsiadują, a prawdopodobieństwo ich wystąpienia zależy przeważnie tylko od impulsu z zasady wzajemności płynącego. Dlatego mimo że film Łukasza Ronduda i Łukasza Gutta, to surowa forma i dość już irytująco opatrzony Ogrodnik, historia i jej sens mocno poruszająca, jak i gniew niezgody prowokująca. Obraz kanalizujący rozpacz i tą rozpacz przekuwający na dobro, niczym ziarno na potencjalnie żyznej glebie zasiane. Religijne wartości i ich archetypiczne znaczenie, często i gęsto (wkurw się rodzi!) przez polityków dla własnych podłych celów zagospodarowywane. Miłość bliźniego teoretycznie tak, ale praktycznie przede wszystkim miłość do siebie samego, po trupach anonimowych ofiar mowy nienawiści. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, iż ubiegłoroczny zdobywca Złotych Lwów wywoła we mnie tak gigantyczny wstrząs emocjonalny. Obudzi, a wręcz niczym wyjąca z remizy syrena refleksję głęboką wymusi - mimo iż jego filmowa forma cicha. Dotknie mnie nie bezpośrednio, ale też ekstremalnie na poziomie elementarnej ludzkiej wrażliwości, która to wrażliwość reaguje na cierpienie i tragedie, które przecież tylko przy odrobinie dobrej woli i empatii są tak łatwe do uniknięcia. Tożsamość seksualna i dojrzałość osobowościowa - pięknie ten problem jest tutaj podniesiony i zinterpretowany, a ja przy okazji nie mam oporów by przyznać, iż pomimo braku we mnie religijnej wiary, to ta rozmowa Daniela z kapłanem odpowiadała moim osobistym wątpliwościom. Tylko prawda nas wyzwoli, a prawda jest taka że nie pozwolimy zabić w sobie dobra, póki w taki sposób docierać będziemy do ludzkich sumień. Dając odpór wszystkim naszym strachom!

P.S. Nie mam pewności czy te moje wywody trzymają się kupy i mają większy sens, niż tylko jako pobudzone emocjami reakcje na ból chaotyczne słowa.

Drukuj