Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Crowley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Crowley. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2025

We Live in Time / Sztuka pięknego życia (2024) - John Crowley



Z początku ku mojemu zaskoczeniu obiecywał więcej niż mogłem się zawczasu spodziewać po obejrzeniu trailera, gdyż realnie zaczynał i zapowiadał całkiem nieszablonowo, a skończył schematycznie łzawym (prze)wzruszem, a przecież przez zdecydowanie większość projekcji wzruszał, lecz bez w podobnych historiach programowego, nader oczywistego oczu załzawienia, unikając wzruszu nadmiaru. Był ciekawie narracyjnie zaaranżowany i nawet mnie do siebie Andrew w przydzielonej roli przekonał, mimo że jego mimiczną formę wyrazu od zawsze trudno mi znieść, a tym bardziej pochwalić. W tym przypadku po prostu trafił jego potencjał mięśni twarzy w charakter postaci celnie, a i idealnie jego anty ekranowa charyzma zespoliła się na zasadzie kontrastu z mega charyzmą mega Florence, która (nie oszukujmy się) zmiotła moim zdaniem niezłego (miał swoje momenty) Andrew na margines i być może tylko wówczas, gdy sceny odgrywane były w parze, to chemia pomiędzy postaciami (rozpalająca zmysły partnerka, ogień namiętności) pozwalała jemu także jako postać współcentralna zaistnieć. Widać iż Andrew (Tobias) nie potrafi się Florence (Almut) oprzeć, a ona kupuję to jego męskie ciepło i czuje się przy nim bezpieczna, ale raz fajnie na mój odbiór działa tutaj ta nielinearna narracja, dobrze też robi trzymany przez większość czasu na wodzy ckliwy sentymentalizm i tragizm, w który prócz naturalnie mocnego ucisku na klatę powodowanego kluczową medyczną diagnozą, wszczepiony został też dramatyzm z domieszką dobrego humoru (scena porodu), jak i pomysł na zaistnienie nie tylko muzyki lirycznej, ale i popowej lekkości radiowego przeboju. To ważąc jednak na koniec zwycięża ta reżysera potrzeba do-manipulowania widza emocjami, żeby zapłakał się, zużywając przygotowane przed seansem, a nie w pełni wykorzystane w trakcie chusteczki higieniczne. Ogólnie nie wstydziłem się uronić łezki, spłakania konkretnego bez powodu nikomu też nie mam zamiaru zarzucać, bowiem Crowley postarał się z aktorów wyciągnąć chyba opór zaangażowania i po ludzku szkoda młodego życia Almut, ale ale ale - mam te pretensje, że na koniec cała dobra robota takimi strasznie tanimi chwytami emocjonalnej tandety została przykryta – jakby mocny wartościami i wartościowy artystycznie obraz, do-smaczyć mdławo kilkoma odcieniami różu.

piątek, 3 stycznia 2020

The Goldfinch / Szczygieł (2019) - John Crowley




O Johnie Crowley’u reżyserze z szerzej znanym nazwiskiem to dopiero świat się dowiedział po sukcesie serialu True Detective. Chociaż mam prawo się mylić lub zwyczajnie pobłądzić, a powyższa teza niewiele mieć tym samym wspólnego z rzeczywistością. Dla mnie jego nazwisko wypłynęło dopiero za sprawą dobrze przyjętego i nawet w kilku kategoriach nominowanego do Oscara przed prawie czterema laty Brooklynu. Więcej nie znam, jakoś nie było okazji, aby poznać przynajmniej jak doczytałem trzy wcześniejsze pełnoczasowe produkcje fabularne. Brooklyn był czarujący i tym samym wpisał nazwisko Crowley’a na listę obserwowanych twórców, a dziś mam okazję dodać kilka słów od siebie w temacie jego najnowszej produkcji. Cóż… Szczygieł pokrótce opowiada całkiem dobrze wizualnie dopracowanym obrazem o tragedii – dramacie spostrzeganym oczami nieprzeciętnego nastolatka, który miast ekscytować się młodzieżowym popem, to (sic) uwielbia słuchać kompozycji Beethovena i interesuje się mocno sztuką przez wielkie S. Lecz zdecydowanie jest to uproszczenie, spłaszczenie tego, co przez grupo ponad dwie godziny chciał reżyser przekazać, bowiem naprawdę bogato zainteresowanego widza on ugaszcza. Tyle jednak, że film ten jest nierówny, są w jego strukturę wplecione sceny wspaniałe (szczególnie ta z tłem w postaci Codex Radiohead), ale i zaskakująco przeciętne – takie jakby aranżacyjnie niedbale do fabuły wciśnięte. Cała historia zdaje się zbyt ambitnie rozbudowana, chwilami nazbyt naciągana i nawet naiwna, ale ma w sobie pewien rodzaj magii, który nawet jeśli nie tak jakby sobie życzyć wykorzystany, to jednak może się podobać. Niby nie otrzymałem poziomu jaki oczekiwałem, niektóre pomysły scenarzysty to siłowa walka z materią, a nie finezyjne tkanie zjawiskowego wzoru, ale przesłanie ogólne daje do myślenia i jego sens zgłębić jest ochota. Wszystko jest przed lub po - życie ma dla nas wiele niespodzianek, które w zbiegach okoliczności mogą posiadać ukryte przeznaczenie. Nie wiem, mogę się mylić, źle rozumieć lub zwyczajnie życzeniowo nadinterpretować.

sobota, 12 marca 2016

Brooklyn (2015) - John Crowley




Romansidła w klasycznym „babskim” wydaniu u mnie nie przejdą, mam uczulenie na miałkie powielanie schematu w rodzaju ona poznaje jego i pomimo przeszkód wszelakich uczucie zwycięża, a przed nimi długotrwała perspektywa szczęścia. Stąd mimo przychylnych opinii ze strony krytyków z dużym dystansem wobec tej produkcji stanąłem. Szczególnie, że całe tło dla romansu w postaci emigracji głównej bohaterki do ziemi, gdzie sen zwany amerykańskim może się spełnić spaczone fatalnym obrazem Jamesa Gray'a sprzed 3 lat. Imigrantka (bo o niej mowa) z Brooklynem nie ma co ukrywać dzieli w sporym stopniu podobny schemat jednak (i tu wyraźny akcent stawiam) po seansie absolutnie tych produkcji na jednej półce stawiać nie będę. Jakościowo one biegunowo odmienne, bo gdy „zły” wzorzec raził sztucznością i emocjonalną pustką to model „dobry” zachwyca realizmem i naturalnymi wzruszeniami. W czym tkwi recepta na sukces, jak twórcy Brooklynu odnaleźli przepis skuteczny na zjednanie sobie przychylności profesjonalnej krytyki i mojej skromnej osoby? Mianowicie dzięki obsadzie, szczerym kreacjom Saoirse Ronan i Emory Cohena. Między nimi po prostu czuć chemię, więc z miejsca autentycznie ich relacja wygląda i pomimo, że jak wcześniej wspomniałem miłosne historyjki to ja z trudem trawię, to tym razem bardzo przyjemnie było obserwować zakochanie. Bohaterowie uroczy, a uczucie między nimi tak pięknie rozpromienione, że ulec temu czarowi w stanie byłem. I gdyby ktokolwiek zanim film obejrzy pomyślał, że dla samej miłości, nawet tak pięknie ukazanej to czasu przed ekranem nie będzie tracił, już spieszę dodać, iż kontekst emigracji dodaje produkcji dodatkowych rumieńców i w niezwykle dojrzały i przenikliwy sposób rysuje obraz dwóch biegunowo odległych miejsc, z odmienną mentalnością i kulturą. Psychologiczna strona, świat wewnętrznych przeżyć, dylematów, sercowych rozterek, pokus w kontrze do obowiązków, sentymentalnych więzów i porywów to cały wachlarz skomplikowanych zależności. Przekonująco i dojrzale merytorycznie uzasadnionych wplecionych z lekkością w stonowany, subtelny i wysmakowany pod względem artystycznym obraz złożony z ujęć w których twarze postaci lustrem dusz, a w ich odbiciach masa emocji.

Drukuj