Moi obecnie naj naj najulubieńsi muzyczni Norwegowie wydają swoje albumy jakby byli w ciągu, a przerwy choć niekoniecznie pedantycznie równe, w moim przekonaniu robią wrażenie bardzo systematycznych i cokolwiek by nie napisać o zawartości wydawanych krążków (bowiem nie każdy może jak ja być wobec nich wręcz bezkrytyczny), to nikt zorientowany nie odmówi zespołowi żelaznej konsekwencji w przemyślanym rozwijaniu stylu. Ostatnie dwa albumy były szczególnie doskonałym przykładem fantastycznego planu i ogromnego talentu wspomagającego owego realizację, a ja po pierwszych informacjach na temat nadchodzących Melodies Of Atonement zastanawiałem się czym mogą jeszcze ewentualnie zaskoczyć, co do wybitnego jakościowo już stylu dodać aby wznieść się na kolejny poziom ewolucji i nie mam tu na myśli jakiegoś mnożonego w postępie geometrycznym, zatem przełomowym poszerzania fanbazy. Myślę że do kogo mieli dotrzeć i kogo swoją twórczością tak zaciekawić jak poruszyć to w decydującym stopniu już do tej pory to uczynili, a nie życzyłbym sobie aby ich popularność poszła w skalę powszechną - czego raczej nie ma potrzeby się obawiać przy nucie wymagającej. Bardziej realnie boję się iż motywująco-inspirujący fundament i potencjał w postaci chemii pomiędzy muzykami nagle się wyczerpie, a niewątpliwa wyobraźnia muzyczna pogoni ich w różne strony, bądź jeśli dotrą, tudzież poczują iż dotarli do umownego kresu tego czym jest i mógłby jeszcze być Leprous, to zajmą się różnymi innymi osobnymi projektami - co po prawdzie żadną tragedią jednak nie będzie. Więcej doskonałej nuty od każdego z fantastycznych instrumentalistów i coś dodatkowo intrygującego od wokalisty przyjąłbym z otwartymi ramionami, więc gdyby prorokować i wiązać z proroctwami nadzieje, to chciałbym od tak Ejnara jak i jego ziomków czegoś na podobieństwo budowania karier równoległych. Ejnar zrobił już w tym kierunku pierwszy krok, a jego debiutancki solo album ja akurat zaliczam do grona najlepszych materiałów jakie usłyszałem w zeszłym roku. Tyle gdybania - wróżenia mimo pewnych jasnych przesłanek jednak z fusów! Pora na konkrety w sprawie Melodies Of Atonement! :) Rzeczony zdaje się w porównaniu z poprzednikami być bardziej stonowanie epicki, rozwijający paradoksalnie tematy jeszcze intensywniej progresywnie, czyli w sensie rozbudowany i podniosły ale bez przekraczania rzecz jasna granicy dobrego smaku, a pomaga w tym elektro zacięcie miast wpychania do aranżacja wyłącznie klawiszowych pseudo orkiestracji oraz walor biegłego używania wioseł w celu dopieszczania świetnych melodii, które nota bene nie są jedynie rezultatem biegania paluszków po gryfach, ale też dzieckiem wspomnianych syntezatorowych inklinacji. Jednako gdyby zabrakło w kompozycjach z Melodies Of Atonement kluczowego groovu czy bogatych linii wokalnych, to nic by nie pomogły zapewne podkreślone elektro zabiegi, bo bez odpowiedniego nerwowo pulsującego vibe'u żadna konstrukcja epicka nie jest w stanie się obronić przed zarzutem kiczowatej nader miałkiej egzaltacji. Leprous taka sytuacja absolutnie nie grozi, bowiem Leprous ma w składzie czującego groove pięknie basistę i przede wszystkim GENIALNEGO pałkera, którego daje sobie odebrać prawo do osobistych wycieczek refleksyjnych w temacie muzy i filmu jeśli nie zazdrości większość ambitnym zespołów progresywnych. To skarb gigantyczny, ale każdy z członków Leprous jest częścią składową którą trudno byłoby zastąpić bez szkody dla efektu kompozycyjnego, a póki każdy z muzyków czuje potrzebę rozwoju nie byłoby sensu myśleć o jakichkolwiek zmianach. Obecny album udowadnia że nie ma na razie mowy o nawet odrobinie stagnacji - słucham Melodies Of Atonement od kilkudziesięciu godzin niemal na okrągło i te indeksy naprawdę (ręka na sercu) z każdym podejściem odkrywają na nowo przede mną swoje cudne tajemnice, aż robię wielkie oczy i żuchwa mi z wrażenia opada, że jeszcze chwile temu miałem do czynienia z tymi samymi numerami, które słyszę i czuję obecnie szerzej głębiej i mam ciary - a za ciary muzyczne jestem w stanie oddać wiele. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leprous. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leprous. Pokaż wszystkie posty
sobota, 31 sierpnia 2024
czwartek, 2 września 2021
Leprous - Aphelion (2021)
Już jest! Już się kręci, na wiele sposobów na wielu poziomach swoim urokiem nęci i nawet jeśli nie
okazuje się jakimś olbrzymim przełomem w sensie formalnym, to tak jak
każde dotychczasowe dzieło Norwegów, do ich przebogatego aranżacyjnie stylu
wprowadza świeże subtelne drobiazgi. Tym razem jeśli próbować je precyzować, to ewolucja
prowadzi młodych fenomenalnych instrumentalistów i jedynego w swoich predyspozycjach
głosowych frontmana w stronę coraz bardziej sugestywnej muzyki ilustracyjnej, a
wiele z wielości cudownych linii melodycznych czy wokalnych idealnie
odnalazłyby się jako muzyczne tło filmowe w najbardziej emocjonalnych dramatach
obyczajowych, dodając poruszającym scenom/dialogom rozpoznawalnego/zapamiętywalnego
charakteru. Informuję iż tak jak jeszcze dwie/trzy płyty temu z muzyką Leprous
wiązała mnie dość niestała w uczuciach więź i wielokrotnie zachwycając się ich kompozycjami równocześnie od
albumów robiłem sobie przerwy (systematycznie do nich ostatecznie powracając), tak teraz skandynawska
formacja znalazła sobie w moim sercu miejsce na stałe i nie ma takiej siły bym miał
jakiekolwiek wątpliwości co do jej wartości. Co oczywiście nie oznaczało iż do całościowej
zawartości Aphelion tak od pierwszej styczności się przekonałem, by ostatecznie
rozkochać się w każdej z albumu nutce. Trzy single wcześniej znane apetytu
ogromnego narobiły i każdy z nich (cudnie subtelny Castaway Angels, genialnie
dojrzale z awangardowej symfonicznej formy korzystający Running Low i kapitalną
dynamiką tryskający The Silent Revelation) na swój własny sposób wzruszały,
poruszały, szczere wyrazy uznania dla aranżacyjnej i wykonawczej biegłości
wzbudzając. Ale jednak mnogość motywów zawartych w całościowym wymiarze Aphelion
potrzebowała kilku skupionych odsłuchów, aby pełnię swojego geniuszu w mojej
głowie osadzić. Dziś w nich zasłuchany i zakochany nie mogę wyjść z podziwu jak
piękna to płyta i jak wiele w niej umuzykalnionego ducha, który w zaciszu
domowym prowokuje raz zarazem podróż w głąb siebie. Gubię wówczas kontakt z
ziemią i są to te wspaniałe chwile tak potrzebnego wyciszenia jakich wciąż w zabieganym życiu brakuje. Toteż tak Aphelion cenię i zezwalam by totalnie absorbował moją uwagę, co chwilę pozwalając w sobie odnaleźć zachwycające
detale i w każdej rozbudowanej kompozycji precyzyjny zamysł, finezyjną
strukturę, wyborne linie wokalne i zostające ze słuchaczem melodie. Wymieniając
powyżej trzy z dziesięciu zdobnych mistrzowsko budowanym napięciem kompozycji, absolutnie nie mogę ich w tym towarzystwie wyróżnić, bowiem ich jakość
wybitna, lecz nie potrafiłbym uznać iż takie perły jak Out of Hand (grający na
emocjach tak siłą jak i delikatnością głosu Einara), The Shadow Side (lekki,
zwiewny i nieprawdopodobnie chwytliwy, z ogniście bujająca solówką) czy Have
You Ever? (plumkające cudo :)) są lepsze od singlowych utworów czy pozostałych pieśni wypełniających Aphelion. Leprous to już zjawisko na scenie - ze wspaniałym dotychczasowy dorobkiem i świetlaną przyszłością na horyzoncie. Nie wierzę by coś w tym kapitalnym personalnym układzie mogło się popsuć i odebrać mi szczęście poznawania ich kolejnych wielkich albumów. Po prostu nie!
piątek, 1 listopada 2019
Leprous - Pitfalls (2019)
Od debiutu w roku
2009-tym z godną uznania systematycznością kolejne albumy wydają i z
konsekwencją uparcie rozwijają własny styl, zasługując już ostatecznie na
trwałą uwagę nie tylko moją, lecz i tysięcy fanów odnajdujących spełnienie w progresywnej wrażliwości muzycznej, którzy docenią pracę i talent włożone w powstałe
dotychczas sześć długograjów. Ponadto stylistyka, jakiej wierność zaprzysięgli (i nic nie wskazuje by na jakąkolwiek i kiedykolwiek rejteradę się zanosiło), posiada
cechę niezwykle wartościową, bowiem ona właściwie to nic, albo bardzo niewiele
im narzuca - nie zamyka na eksperymenty, jednocześnie będąc tylko ich własną i z miejsca rozpoznawalną. Zanim
debiut na rynku zagościł, zapewne chwilę własnej drogi poszukiwali, jednak
kiedy wraz z Tall Poppy Syndrom ją odnaleźli, to od głównej arterii na każdym
kolejnym krążku sobie ostrożnie z zakodowanym wyczuciem głównego kierunku
zbaczali, lecz nigdy nie odbili na tyle ostro, by uznać że to zupełnie nowy
rozdział w ich dotychczasowej twórczej ekspresji. Podobnie rzecz się w mym
przekonaniu ma na najnowszym albumie, a ta subtelna różnica jaką dostrzegam
powiązana jest z całkiem wyraźnym skierowaniem uwagi na możliwości, jakie daje
zimna elektronika, w popowym syntezatorowym ujęciu. Tyle że ona pomimo w wielu
fragmentach przejęcia dominacji, nie zaburza harmonii pomiędzy stylowo rozedrganą rytmiką, niemal symfonicznym tłem i gitarowym sznytem. Cały pomysł na strukturę
kompozycji nie wychodzi zasadniczo poza ramy, które dotychczas wyznaczyli, a charakterystyczna głębia
duchowa ukonstytuowana przed dekadą na gruncie intensywnej emocjonalności
zachowuje wszystkie te walory, za które cenię każdą minutę muzycznych przeżyć w
towarzystwie Norwegów. Mimo że album jest bezbłędnie spójny i kapitalnie zespół
w każdym numerze napięcie buduje, to na wyróżnienie w subiektywnym spojrzeniu
zasługują trafnie promowane klipami Below i Alleviate oraz utwór, którego
szeroka skala doświadczanych dźwiękowych doznań w ramach leprousowego stylu, mówi
niemal wszystko to, co chciałbym powiedzieć o jej wyjątkowości, a gdzieś
brakuje mi właściwych określeń o silnym emocjonalnym zabarwieniu. Distant Bells
z namaszczeniem i pietyzmem w onirycznym rośnie klimacie, aż do namiętnej i
chwytliwej erupcji nagromadzonych uczuć. Leprous doskonale wiedzą, że wartościowa muzyka to przede wszystkim emocje - uczucia na wierzchu i nerw tuż pod
powierzchnią.
wtorek, 19 lutego 2019
Leprous - Tall Poppy Syndrome (2009)
O osobistej, specyficznej relacji z Leprous donosiłem już kilkukrotnie, zawsze wtedy gdy kolejny album miał swoją premierę. Od dnia zapoznania się z Bilateral z początkową ekscytacją wsłuchiwałem się w muzyczną propozycję Norwegów, by gdzieś grubo po kilkudziesięciu odsłuchach poczuć się na tyle zmęczony wokalną ekspresją Einara Solberga, aby odrzucić każdy bieżący krążek w kąt i powrócić do niego po dłuższej chwili abstynencji. Nowa to jednak dla mnie sytuacja, że zabieram się za ich płytę, a dokładnie debiut w dekadę po jego wydaniu i zastanawiam się czy historia się znowuż powtórzy, a moja duża obecnie sympatia do Tall Poppy Syndrome ulotni się w tempie błyskawicznym, by kiedyś z zaskoczenia jeszcze nawrót względnego uzależnienia odnotować. Co by jednak z fusów próbować wywróżyć i zweryfikować po miesiącach, bądź latach (tudzież za kilka tygodni, gdy płyta z topu nie zejdzie) moje obecne, może nawet nie chwilowe nastawienie jest mega optymistyczne, bowiem te osiem rozbudowanych kompozycji przywraca mi poniekąd miłe wspomnienia z okresu kiedy silniej metalem naznaczone materiały Opeth królowały w moim odtwarzaczu. Te czasy gdy kolektyw Mikaela Åkerfeldta przechodził z fazy Orchid/Morningrise przez My Arms, Your Hearse do okresu Still Life/Blackwater Park. Może nie jest to oczywiste porównanie z kategorii 1:1, lecz mam ja to odczucie i zbudowane na nim wzmożone przekonanie, że jedynka dla Leprous to coś w rodzaju czwórki dla Opeth. Nie mam w tym miejscu na myśli samej dźwiękowej zawartości, chociaż w niej także doszukuje się niejednojajowego, ale jednak bliźniactwa. Moje skojarzenie wiąże się w samej rzeczy z wokalną charakterystyką użytych rozwiązań, a dokładnie z wykorzystaniem ekstremalnych krzyków i biegunowo odmiennych subtelnych zaśpiewów. Skrajne wokale piętrzą się i kapitalnie zazębiają, wybornie korespondując melodycznie z rozbudowanymi partiami instrumentów. Aranżacje są kwintesencją tych znanych z dawno rozjeżdżonych kolein progresywnego metalu, w tym przypadku z mocno epickim zacięciem. Akustyczne pasaże kapitalnie współbrzmią w bezpośrednim sąsiedztwie ostrzejszego riffowania, zarazem obficie podlewane dość zaskakującą porcją syntezatorowych pomysłów. I niby wiele podobnego grania słyszałem kilkanaście lat przed powstaniem debiutu Leprous i nie ma szans by nazwać tą muzykę w jakimkolwiek stopniu odkrywczą, to jednak jej charakter jest na tyle rozpoznawalny, iż nie mógłbym też tych utworów pomylić z jakimkolwiek innym przedstawicielem sceny. To muzyka w zasadzie bez jednolitych ram gatunkowych, amalgamat wielu wpływów z własną jednak osobliwą aparycją i co ważne tak mocno buzująca emocjami, że ja ceniąc całą dotychczasowa twórczość Leprous, Tall Poppy Syndrome (obecnie jeszcze bez wahania) umieszczam w tym zacnym gronie jako płytę absolutnie nie odstającą od reszty, a nawet bijącą się o podium w bardzo równej stawce.
poniedziałek, 25 września 2017
Leprous - Malina (2017)
Przy
każdej dotychczas zrecenzowanej płycie Leprous zdawałem się z uporem maniaka powtarzać
sentencję, że muzyka tworzona przez Norwegów wpierw mnie fascynuje ogromnie, by
nagle z czasem odpychać gwałtownie, aby po dłuższym odstawieniu na nowo intrygować i
przyciągać. Czy tak będzie z najnowszym albumem nie jestem jeszcze w stanie stwierdzić,
gdyż Malina nie gości w słuchawkach tak często, aby przesyt zakończony
odstawieniem nastąpił. Jest tak ponieważ to pierwszy krążek zespołu, który nie
wbił się na moją playlistę z impetem, a każdy odsłuch mimo to przynosi wzrost
szacunku do jego wartości, jakkolwiek podkreślam, że totalnego fioła na jego
punkcie nie dostaję. Jest w nim coś, co respekt i dystans wywołuje i staram się
teraz dotknąć istoty tego odczucia. Czy powodowane jest ono faktem, iż pomysłów
na nim zatrzęsienie, ale zdają się one fragmentami wzajemnie kąsać, tracąc płynność, gdy eklektyzm formalny bierze
górę nad intuicją? Czy może zatraconą przebojowością, która na poprzednich longach w
refrenach i liniach melodycznych dominowała, a tutaj zepchnięta została do
defensywy przez nazbyt wydumany artyzm? Czy może powodem asekuracyjnego odbierania tych kompozycji jest fakt, iż soczyste rwane riffy i ten pasjonujący nerwowy puls niestety zachłystują się zbyt żarliwie generowaną syntezatorową lawą? Czy wreszcie epicka struktura,
bombastyczna natura i kojarząca się z sakralną obrzędowością żałobna afektacja pobudza zdystansowanie?
Analizuje ten materiał z konieczną drobiazgowością, ale jednoznacznych wniosków
nie jestem w stanie wyartykułować, nie potrafię ani zganić Norwegów ani ich wychwalić.
Pozostaje w tym momencie posłużyć się wytartym szablonem sprowadzając puentę do
ogólników. Napisać zgodnie z prawdą, że to kolejny materiał ugruntowujący pozycję
zespołu, że to dobrze wykonana robota i takie tam inne schematyczne zwroty. Dorzucając ponadto swobodnie, iż nie mam przekonania do użycia narzucającego się podświadomie, nasuwającego się od momentu poznania tytułu najnowszej studyjnej produkcji Leprous idiomu "Miód Malina". Przynajmniej jeszcze nie teraz.
P.S.
Kwestia wokalu! Trzeba go przepracować, aby przetrawić ten falset, czasami
zbytnią emfazę w głosie, swoistą lamentacją wespół z histerią, te odjazdy w
tony zbyt wysokie. Ale taka natura interpretacji Einara Solberga – trzeba nauczyć się z
tym żyć.
środa, 27 maja 2015
Leprous - The Congregation (2015)
Z każdym kolejny albumem Leprous jest tak, że wpierw wkręca mnie bezlitośnie i nie popuszcza ani odrobinę, by po okresie absolutnej dominacji przesyt wzbudzić i siłą znużenia nakazać odstawić go na czas pewien. Tych kilka albumów krąży w orbicie moich zainteresowań, powracając i oddalając się w cyklu systematycznych powtórzeń. Nie inaczej pewnie będzie w przypadku najnowszej odsłony twórczości intrygującej drużyny, rodzinnie spowinowaconego z Isahnem (dla niewtajemniczonych Emperor), Einara Solberga. Etap na którym kontakt z The Congregation obecnie w mej świadomości zafiksowany, to zapętlenie krążka i permanentna potrzeba z nim obcowania. Brak oznak zmęczenia, ciągłe kosztowanie klimatu z dźwięków się sączącego, ustawiczna fascynacja i rozbijanie faktury każdej kompozycji na detale - ten proces nadal na bieżąco się rozgrywa. Jest coś trudno definiowalnego na krążkach Norwegów, co moją uwagę tak intensywnie absorbuje i przekonuje, pomimo nie zawsze entuzjastycznego nastawienia do muzyki, gdzie epicka forma i egzaltowany klimat dominują. Jakaś magia odczuwalna, lecz nie w pełni zrozumiała w ich płytach zaklęta. Może wyjątkowość swej twórczości Leprous po części zawdzięczają nieszablonowej wokalnej estetyce jaką Solberg proponuje. Te pływające zaśpiewy, czy dryfowanie w rejestry wręcz jękliwie-piskliwe, to cecha już immanentnie jako właściwość szczególna mu przypisana. Ponadto wyraźnie pełny emocji śpiew, rozpościera nad instrumentalną rzeźbą atmosferę głębokiego zaangażowania i autentycznego przeżywania każdej nuty. Żaden to produkt kalkulacji nastawionej na dotarcie do smutnej młodzieży z głęboką czernią na paznokciach, tylko wiarygodna pod względem intencji sztuka. Taka, która prócz aspiracji by nią się stawać, także w potencjale technicznej biegłości i umiejętności aranżowania pomysłów zawarta. Oscylująca naturalnie w granicach bezpiecznego kompromisu pomiędzy chwytliwością melodyjnego czaru, a arytmią ambicjonalnego łamania struktury całą masą ciekawych kombinacji, czy gwałtownego akcentowania napięcia. Jest w kompozycjach grupy młodzieńcza pasja i refleksyjna dojrzała postawa, która nie mierzi tylko urzeka. Rzadko taka hybryda mnie przekonuje, bo ryzyko związane z ośmieszeniem pozy nadmiarem ckliwej, żenującej dramaturgii, czy samym przerostem formy nad treścią jest wysokie. W tym przypadku nie ma mowy by nadmierna emocjonalność w błazenadę się przekształciła. The Congregation to piękna i frapująca porcja doznań dla wrażliwego i wymagającego odbiorcy. Jeśli natura otwartego poszukiwacza form ekscytujących nie jest ci drogi czytelniku obca i nie wstydzisz się tej subtelnej, pełnej wrażliwości części swej osobowości to z głębi mojego "serduszka" polecam rozmarzoną podróż do krainy Leprous. Tak, wiem roztkliwiłem się! :)
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Leprous - Bilateral (2011)
Historia jest prosta - wertuje z pasjonackim zaangażowaniem wybrane muzyczne portale, czytam nieliczne już papierowe magazyny muzyczne i od czasu do czasu w nagrodę odkrywam formacje co konkretnie w mojej muzycznej świadomości potrafią namieszać. W takich okolicznościach, dodatkowo zaciekawiony intrygującą plastyczną oprawą na jak się okazało drugi krążek Norwegów z Leprous trafiłem. Dodatkowego smaczku dodała informacja, że Einar Solberg, czyli lider grupy to typ blisko skoligacony z legendarnym Ihsahnem. Dźwięki jakie serwują goście z Leprous nijak się jednako mają do tego co wycinali ich sławni ziomkowie z Emperor. I bardzo dobrze bo od jakiegoś czasu black metalowej formuły czy wszelkich wariacji na jej fundamentach tworzonych raczej do odtwarzacza nie wrzucam. Szanuje największych tuzów sceny jak i życzę silnemu podziemiu hord co rozwijać formułę black metalu w różnych kierunkach bez ograniczeń będą, jednak mnie chwilowa nastoletnia czy młodzieńcza fascynacja już dawno przeszła i na innych polach awangardowych muzycznych odkryć poszukuję. I tutaj najlepszym przykładem młodzi wymiatacze z Leprous, którzy w tyglu kilku co najmniej gatunków fantastyczną frapującą hybrydę kompozytorskiej oryginalności i świetnego warsztatu spłodzili. Trudno ich zaszufladkować, bo nazywanie ich muzyki jedynie metalem czy rockiem to obrażanie szerokiej skali inwencji i rozmachu z jakim Bilateral wkręca słuchacza w swój świat. Jest nostalgicznie, sentymentalnie ale również sporo w utworach dynamiki. Energia i pasja wyzierająca z kompozycji napędza moją muzyczną potrzebę obcowania z wielowarstowymi rozwiązaniami aranżacyjnymi jednocześnie łechcąc emocjonalną wrażliwość głębokimi przeżyciami natury duchowej. Norwedzy nie obawiają się użycia nietuzinkowych instrumentów z dęciakami w numerze Torn oraz sporą doza elektroniki płynnie współgrającej z klasycznym instrumentarium. Bywa, że z przytupem załomoczą agresywniej by po chwili oczarować urodziwym ckliwym motywem, a gdy już odpływam w pięknym melodycznym akcencie dolać silnie egzaltowanego patosu. To taka muzyka z teatralną niemal manierą, bardzo obrazowa i sugestywna - porywająca do aktywnego uczestnictwa w spektaklu. Co najważniejsze utwory w tej ferii barw zanurzone nie tracą nic na spójności, stanowią jedną monolityczna bryłę tyle, że o wielu odcieniach. Na koniec zdanie o wokalnej stronie przedsięwzięcia - mianowicie liderujący wokalnie Solberg dokonuje tu aktów iście imponujących. Potrafi być furiacki wchodząc w piskliwie skrzeczące rejestry, ryknąć po czym równiutko zaszeptać, zaśpiewać czysto niczym łza by po chwili jeszcze wprowadzić w konsternacje celowo ;) założonym fałszem. Prawdziwy kameleon idealnie dopasowujący swoje walory do muzycznej zawartości, taki jednako typ z rodzaju kochasz albo nienawidzisz bo przyznam wyjątkowo to specyficzna artykulacja w jego wykonaniu. Polecam wszelkiego typu wrażliwcom co w dźwiękach poszukują uniesień i doznań o charakterze niejako metafizycznym, ale również wszystkim otwartym na różnorodne formy kreacji brzmienia w obrębie szeroko rozumianego metalu i rocka. Znajdziecie na Bilateral bogate źródło przeżyć - gwarantuję!
wtorek, 9 lipca 2013
Leprous - Coal (2013)
Na starcie muszę podzielić się moim niewielkim rozczarowaniem, jakie wiąże się z nowym wypiekiem Leprous. Mianowicie będąc w pełni szczerym spodziewałem się po nich efektownego kroku w przód, niestety Coal w moim przekonaniu reprezentuje zwrot w tył i idealnie wtapia się w lukę pomiędzy Tall Poppy Syndrome, a Bilateral. Może moje utyskiwania wiążą się z ogólnym odbiorem krążka jako rzeczy mocno klimatycznej, choć po pełnym patosu podniosłym Foe Norwedzy uderzają dynamicznym, a nawet w pewnych fragmentach wręcz gwałtownym Chronic. A może to ten wyraźnie podkręcony patos wywołuje we mnie takie wrażenie? Trudno byłoby jednak także twierdzić, że poprzednia produkcja tej podniosłej aury była pozbawiona, jednak w bezpośredniej konfrontacji z Coal jednoznacznie w przekonaniu moim broniła się przed zarzutem, iż wokół samego patosu była zbudowana. Dobra starczy "kręcenia nosem", bo ty czytający gotów pomyśleć, iż album to zwyczajnie monotonny, bardziej w rejony pseudo-symfonicznego, czy nawet brrrr gotyckiego pitolenia skierowany. A prawda taka, że to kawał inteligentnej, dojrzałej progresywnej muzyki. Mocno osadzonej w rockowej konwencji, jednak z odwagą eksplorujący rejony zaskakujące czy intrygujące. Pozbawiony banalnej przebojowości, w jej miejsce trafnie wtłaczający chwytliwość zbudowaną na pięknych harmoniach instrumentalnych czy wokalnych (patrz. The Cloak, The Valley) - w wielu fragmentach silnie słuchacza uwrażliwiających. Krążek gdzie instrumentalna biegłość i zawiłe nieszablonowe rozwiązania głęboko pod specyficzną atmosferą, klimatem kompozycji ukryte, dzięki czemu każdy kontakt z albumem to przeżycie wyjątkowe, pełne aranżacyjnych smaczków i wzruszających uniesień. Klucz do tej przygody może właśnie w tym wzruszeniu, bowiem album to, co za serducho chwyta skutecznie, stąd jego smakowanie najbogatsze w przeżycia tuż przed zmrokiem, gdy zgiełk dnia ustaje, a refleksja zajmuje miejsce dynamicznej codziennej gonitwie. Dla każdego kto w muzyce poszukuje tego rodzaju wrażeń płytę polecam bez wahania - ciary gwarantowane, a takie perełki jak Echo, oszczędne mozolnie płynące, snujące własną opowieść, aby odnaleźć w sobie pokłady głęboko ukrytej wrażliwości - bezcenne! I choć podstawowym moim zarzutem zbytnia zachowawczość, a nawet delikatna wtórność w stosunku do poprzednich krążków grupy nie śmiałbym stwierdzić, iż płyta to słabsza. Napiszę więcej, album to w swojej niszy bardzo bliski ideału, a problem mój z nim tylko taki, że trochę innej drogi jaką wybiorą muzycy Leprous się spodziewałem. Pytanie teraz co w przyszłości przygotują, mając jednak na uwadze z tą płytą doświadczenie, nie będę próbował oczekiwań konkretnych w sobie kształtować. Z pewnością nie będzie to proste.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







