Dostałem do wciągnięcia teoretycznie czystej wody filmowe arcydzieło i ono pozornie dość jałowo z początku na mnie wpływając, ostatecznie w praktyce przemieliło (prze-memłało) mnie i wypluło kompletnie osłupiałego, ale i zarazem z wrzącymi w umyśle odkrywczymi, przełomowymi, krytycznymi wobec własnej ignorancji i arogancji samczej przemyśleniami. W mimice i między wierszami w ciągu kolejnych surowych i jednocześnie poetyckich ujęć mnóstwo wymowy pouczającej, lecz nie ofensywnie dydaktycznej treści. W długich ujęciach milczenia, tyle samo co w dialogach i gestach zawartości, jaką dopiero quasi epilog retrospekcyjny światłem wyjaśniającym rozjaśnia - wstrząsając i uprzytomniając. Tej treści nie podanej wprost, a sączonej z wolna, przelewanej świadomie oszczędnie bezpośrednio, a obficie niedosłownie. Sprawdzian z nieoczywistej męskości zostaje tutaj w punkcie kulminacyjnym totalnie oblany, a miało być prosto i dobrze - ona miała być ich matką, a on ojcem. Pomimo i dla, bowiem „pomimo” ukłucia tam gdzie honor faceta mieszka i „dla” dzieciaków w kontekście dorastania w rodzinie pełnej, gdyż naturalnie odpowiedzialności za dorosłych decyzje, traumy i frustracje, ponosić nie powinny. Wstrząsający portret cierpienia w milczeniu, z różnych perspektyw do wnikliwej jest tutaj obserwacji i ciąg decyzji podejmowanych w emocjonalnym uścisku i bezradności - ku osądowi moralnemu wszystkich głównych postaci dramatu, poddawana dawka obfita. Oblicze do przejrzenia duszy kobiecej, zbolałej pod wpływem przyduszenia bezradnością i niezrozumieniem w samotności - obciążenia potwornymi konsekwencjami biernej, nieświadomej męskiej toksyczności. Przejmująco-hipnotyzująca, niezwykle gorzka to historia, osadzona w realiach ponurych i malowana operatorsko tonami wyblakłymi. Dzieło które w formule emocjonalnej kolorystyki przygaszonej, przetacza się po sercu jak walec, a przecież nic w nim nie jest sztucznie dla efektu potęgowane, bowiem scenariusz nie zakłada manipulacji uczuciami. One są w nim skondensowane z natury, tak jak w powściągliwym, pozornie bez życia aktorstwie. To jest jakaś gigantyczna obszerność. Nie do przecenienia, totalny jeb w mój ślepy i głupi męski łeb!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andriej Zwiagincew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andriej Zwiagincew. Pokaż wszystkie posty
środa, 12 listopada 2025
sobota, 3 lutego 2018
Nelyubov / Niemiłość (2017) - Andriej Zwiagincew
Cykl w świecie organizmów żywych się powtarza, coś się
rodzi, by naturalnie z każdym dniem umierać. Dotyczy to równie silnie biologii jak i relacji społecznych, międzyludzkich stosunków opartych na wzajemności w
zaspokajaniu potrzeb partnera interakcji. Zabiegać, żebrać o ich nasycenie, trwać w stanie permanentnego zapętlenia, w węźle splątanych
nieporozumień, zaniechań i zaniedbań, po prostu błędów popełnianych często
nieświadomie? Czy może uciec w poszukiwaniu miłości i zrozumienia łatwiejszą
ścieżką, w kierunku związku nowego, relacji świeżej bez obciążeń? Zdaje się, iż
zdecydowanie łatwiej uszyć nowe, niż stare reperować, łatać, cerować, zszywać
tam gdzie przetarcia i popękania materiału, biorąc pod rozwagę, iż nieprzechodzone trwalsze się wydaje.
Nowe życie, nowa rodzina, lecz czy nie te same błędy, ta sama droga w kierunku
podobnej otchłani? Pytanie jest zasadne i jak domniemam po seansie Niemiłości stawiane obok kilku innych ważkich przez Zwiagincewa. Interpretacja trudna, nie
oczywista tego co na ekranie, w sterylnie, bez tanich łzawy chwytów jest
ukazane. Prolog z dwunastolatkiem łkającym w ukryciu, zagubionym w koszmarze
fundowanym przez egoistycznych rodziców. Wprowadzenie do dramatu, precyzyjna,
choć wymagająca skupienia charakterystyka głównych jego postaci. Odsłonięcie
świata składającego się już tylko z ruin, systematycznie zrównywanego
emocjonalnie z gruntem. Subtelna praca kamery, w dopracowanych ujęciach, z grą
światła podkreślającego mrok i powagę sytuacji. Doskonała symbioza obrazu, muzyki i
zagubionych uczuć w przeszywającej do szpiku kości treści. Ogromny ciężar
gatunkowy, obciążenie przygniatające do gleby, miażdżące wnętrzności od środka,
zaduszające ciśnieniem, kiedy schodzimy na życzenie reżysera coraz głębiej w rodzinną wielopłaszczyznową tragedię. Dalej zawiązanie akcji dramatu, moment
kulminacyjny, zaostrzający perspektywę spojrzenia na dorosłość absolutnie
bezradną wobec rozwijającej się, w pomyłkach z przeszłości zatopionej sytuacji.
Wzajemne przepychanki, oskarżenia, w zewnętrznych aktach frustracji uwypuklenie win partnera, z jednoczesnym wypieraniem, tudzież podświadomym chronieniem
przed obnażeniem w twardej skorupie własnych przewinień. Zwiagincew ostrożnie wątki
rozwija, napięcie podskórne nie eksploduje, tylko w przeraźliwej pustce i ciszy
narasta. W narracji wręcz czysto dokumentalnej, z przypisami na marginesie,
które dostrzegalne wyłącznie dla widza bystrego i wrażliwego. Dając szerokie
pole do interpretacji, poruszając właściwe struny w psychice dojrzałego widza,
doświadczonego licznymi w związkach zakrętami. Mam przekonanie, iż
Zwiagincew z przeszywającą precyzją zdiagnozował świat zwykłej rodziny,
skupionej na egoistycznej realizacji własnych potrzeb kosztem wspólnoty i dusz najbliższych.
P.S. "Niekochanym dzieciom wciąż chłodno, niekochane dzieci tulą misie...".
P.S. "Niekochanym dzieciom wciąż chłodno, niekochane dzieci tulą misie...".
piątek, 22 września 2017
Vozvrashchenie / Powrót (2003) - Andriej Zwiagincew
„Nie hałasujcie ojciec śpi! Kto?
Ojciec”. Tak się rozpoczyna dramat o powrocie na łono rodziny. Skąd się ojciec
wziął i dlaczego teraz? Zaskoczenie, konsternacja, cieszyć się, a może bardziej martwić? Czy
przywiózł lepsze czasy, czy może tylko kolejne problemy? Tajemnica nad wszystkimi co w fabule zawarte permanentnie się unosi - mroczna, tonąca w obawach,
niejasności i niedopowiedzeniach. Fragmenty układanki z przeszłości są w
przemyślany sposób w bardzo minimalnym stopniu odsłaniane, bo ważniejsze jest co tu
i teraz się dzieje. To w żadnym razie proste, łopatologiczne, bynajmniej też
widowiskowe granie z widzem w podchody - nie ma bezpośrednich wyjaśnień, wyłącznie w czystym
obrazie i między wierszami poszlaki dla bystrego widza dostrzegalne. Mocne,
ambitne, hipnotyzujące, surowe i bardzo przygnębiające kino, które zaburzone
relacje rodzinne obdziera żywcem ze skóry w ciszy, która wydaje się tutaj
bardziej przerażająca od najgłośniejszego krzyku.
P.S. Ta scena ze skokami do wody w
kontekście tragicznej śmierci młodego aktora grającego Andrieja nabiera
podwójnego znaczenia, czyniąc film Zwiagincewa tajemnicą wyobraźni scenarzysty
i natury prawdziwej rzeczywistości.
środa, 5 lipca 2017
Elena (2011) - Andriej Zwiagincew
Niezaradny, bo leniwy synuś w średnim
wieku, wnuczek z potencjałem ale do bójek tak samo w wirtualu jak realu i synowa z ambicjami systematycznego rodzenia
oraz tytułowa Elena jako mamusia i teściowa nadopiekuńcza. W realiach kapitalistycznej
pseudodemokratycznej Rosji młode pokolenie rady sobie samodzielnie nie daje,
wiedzie jednak wygodny żywot pasożytniczy żerując finansowo na organizmach emerytów,
szczęśliwie o statusie materialnym wysokim, więc "daj" jest możliwe, bo skąd brać akurat mają. Para dziadków z obciążeniem psychicznym poprzedniego związku i
dziećmi, które nie bardzo spełniają ich oczekiwania, a odpowiedzialność
rodzicielska nakazuje utrzymywać parasol ochronny, który wyłącznie komplikacje
przynosi. Ale to dopiero wstęp prolog, bo względnie spokojne życie emerytów kończy
zbliżający się nieuchronnie zgon majętnego pana domu, a planowane zapisy
testamentu zaskakująco niesprawiedliwe i nieprzychylne dla oddanej małżonki
wymuszają kroki radykalne. Dalej to już determinacja przejmuje kontrolę nad
działaniami i robi się naprawdę gorąco! Nie mogłem przegapić, kiedy TVP Kultura prezentuje
taki repertuar - Zwiagincew po Lewiatanie dopiero dostał się w obszar mojego
zainteresowania, a że nie było okazji zobaczyć jego wcześniejszych tytułów aż do
teraz, toteż dotrzymałem do niemożliwie niekomfortowej pory emisji i absolutnie
tego poświęcenia nie żałuję. Przyznaję że to może nie do końca ten sam kaliber
spojrzenia na współczesną Rosję jak w obsypanym nagrodami Lewiatanie, jednak
jako klimatyczne kino (przeszywająca muzyka) ze świetnie ogarniętą warstwą
psychologiczną i błyskotliwą wnikliwością obraz ze wszech miar wart uwagi.
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Leviafan / Lewiatan (2014) - Andriej Zwiagincew
Mocno
zwlekałem z zapoznaniem się z bezpośrednim rywalem Idy w wyścigu o Oscary. Dlatego że taki ze mnie kinoman, po części ograniczony tylko do kinematografii zza
oceanu lub najwyżej zachodniej Europy. Przyznaje nie znam niemal zupełnie kina
rosyjskiego za wyjątkiem może dosłownie kilku produkcji. Zwiagincew i jego
obrazy to dla mnie nowość i dopiero teraz za sprawą Lewiatana poznawana jego twórczość.
Na ekranie współczesne oblicze Rosji w lustrze odbite, przynajmniej tej
prowincjonalnej i bynajmniej nie w krzywym zwierciadle, a wyraźnie spory
wycinek prawdy ukazującej. Tam prostactwo, prywata i bezkarność władzy w nowej
konstelacji ustrojowej dominację sprzed lat kontynuuje, to przecież oczywiste, że mentalności przez setki lat kształtowanej, ćwierćwiecze kulawej demokracji nie przebuduje. W starciu zwykłego człowieka z
możliwościami przedstawiciela establishmentu, prosty obywatel z kretesem walkę przegrywa. Tu nawet "człowiek z Moskwy" rady nie da, bo władza o ironio przecież
od Boga pochodzi i póki jemu się podoba martwić się ona nie musi. Z Bożym
błogosławieństwem zatem władza sprawy bierze w swoje ręce, wykorzystując
bezdusznie słabości zwykłego ludu. No biednemu to zawsze wiatr w oczy wieje i
trudniej szczęście odnaleźć, kiedy to życie pod nogami wciąż nowe dołki kopie.
Nie wytrzymuje psychika, w uzależnienia wpędza i kolejne problemy mnoży. Te
przeorane bruzdami twarze, opuchnięte alkoholowym nałogiem oczy sugestywnie ten gorzki schemat obnażają. Uciec nie ma dokąd, możliwości niemal do zera
ograniczone, szanse rzadkie zatem nie zaskakuje, że bezradność wobec
rzeczywistości do żałosnych działań może popychać. Jak nadarzy się okazja to trzeba może
spróbować, bez względu na konsekwencje i poniesione ofiary. Niestety z władzą
to się kurwa nie zadziera! A jak się ją pod ścianę nieco zagoniło, do małego obsrania zmusiło, to ona tym bardziej
groźna. Państwo się wami głupcy zajęło! Szkoda, że ono nic wspólnego z
opiekuńczością nie miało. Jeszcze na koniec oprócz tej przygnębiającej puenty, jak sugestywnie w kontekście faktów mowa hierarchy kościelnego zabrzmiała. Przecież Bóg nie w sile, a w prawdzie! Nasz rodzimy filmowy klasyk
powiadał, prawda prawdą, ale sprawiedliwość to musi być po naszej stronie. Wiem, nieco ten cytat dla potrzeb tekstu przekształciłem. :)
P.S. Nie rozstrzygnę, Ida czy Lewiatan, bo obydwa obrazy liczne zalety posiadają. Bardzo odmienne w sensie czysto artystycznym, natomiast ich cecha wspólna do merytorycznej istoty sprowadzona. Nią przenikliwa percepcja trudnej rzeczywistości, właściwa dla czasu i miejsca akcji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




