poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Umi Yori mo Mada Fukaku / Po burzy (2016) - Hirokazu Koreeda

 

Jeszcze sporo, sporo bardzo z filmografii Koreedy zostało mi do poznania i będę się starał (sobie obiecuje) systematycznie, jeśli los pozwoli, wkraczać coraz głębiej w jego przeszłość reżyserską. Obraz z roku 2016-ego rozkręca się bardzo powoli (finalnie oplatając i przyjemnie przytulając z kubkiem herbaty pod ręką), a pisząc to myślę tutaj o sposobie w jaki reżyser wciąga widza w sączoną z wolna współczesną przypowieść obyczajową. Bez nadęcia, rezygnując kompletnie z krzykliwego dramatyzmu, możliwie najzwyczajniej odkrywając sytuację i pozwalając tym samym (czas dając) na zaprzyjaźnienie się z bohaterami, pośród których jeden główny i wokół niego w systemie powiązań rodzinnych i zawodowych istotnych postaci wiele. Bowiem to opowieść esencję wyciskająca z wielopoziomowości, tak rodzinna w sensie wspólnotowego sensu, jak i psychologicznie indywidualna - przez bohatera przykładowo ze względu na ukrywaną wstydliwie słabość, niepraktyczną finansowo i komplikującą bliskość "nieporadność", zarazem paradoksalnie w sobie akceptowaną. Brak sukcesu zawodowego pomimo talentu i pasji, nieudana próba bycia mężem i ojcem (cechy osobowościowe niesprzyjające), skutkujące samotnością pośród ludzi. Naturalnie, bardzo starannie kaligrafując Koreeda pisze tą historię, splatając drogi poszczególnych postaci, relacje wewnątrz rodzinnego układu, gdzie niby wszystko gra pod względem szacunku, ale nie brakuje też małych uszczypliwości, bowiem jak to zwykle nie wszystko jest idealne, chociaż na pozór prawidłowo funkcjonujące. Nostalgiczne, sentymentalne i przede wszystkim empatycznie subtelne kino - w swej prostocie formalnej uroczo prawdziwe, a w psychologicznym ujęciu skomplikowane kwestie psychologicznych indywidualizmów, w złożonym systemie ukazujące niezwykle przystępnie. Scenariusz zmierza do punktu kulminacyjnego, którym nadchodzący tajfun, jaki przy delikatnej mądrej i przebiegłej babcinej manipulacji staje się okazją do spędzenia wspólnie czasu osoby z rozproszonej (świadomie nie używam określenie rozbitej), mimo to niekoniecznie skłóconej rodziny. Pojawiają się wówczas głębsze, intymne rozmowy i interakcje na poziomie inspirującym, a film staje się znakomitym źródłem do analizy dojrzałego, z perspektywy czasu spostrzeganego życia - w ujęciu tak uniwersalnym i osobistym. Gdyby nie tytułowa i kluczowa nawałnica, nie byłoby tego niespodziewanego rodzinnego “pojednania”. Po tej burzy zostaną powracające wspomnienia - ona pozostawi niezatarty ślad, choć z pozoru nic ona namacalnie nie zmieniła.

P.S. Wyjątkowo ciepły film, z wyjątkowo z sensem i klimatem spójnym plakatem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj