sobota, 18 kwietnia 2026

The Chronology of Water / Chronologia wody (2025) - Kristen Stewart

 

Spodziewałem się seansu bolesnego, ale nie przypuszczałem że przyjmę na klatę fizyczną dawkę cierpienia, w tak intymnej i do ekstremalnego bólu ciała i duszy nawiązującej formule. Przyczyny swojego niepełnego przygotowania upatruje w braku kompletnej wiedzy źródłowej powiązanej z fundamentem scenariusza, jakim literacko doskonała (podkreśla się jakość pióra) pamiętnikowa, poetycka i brutalna powieść autobiograficzna niejakiej Lidii Yuknavitch. Książka która według pierwszej na jaką trafiam informacji „jest zapisem życia autorki, poruszającym tematy traumy, utraty dziecka, seksualności, nałogów oraz uzdrawiającej siły pływania i pisania”. Wizualna interpretacja treści prozy niezwykle intensywnie zdaje się odzwierciedlać jeden do jednego pierwowzór, a domniemam tak gdy czytam, że "Yuknavitch bez lęku i zahamowań prowadzi nas przez własne doświadczenia, nie ukrywając egzystencjalnych kryzysów i nie uciekając od intelektualnych rozważań. Ma wielu przewodników, którzy pozwolili jej przetrwać lata niepewności, uzależnień i niewyobrażalnego bólu - od Joanny d’Arc po Kathy Acker, od markiza de Sade po Kena Keseya. Yuknavitch nie boi się dosadności, opisując ludzkie ciało jako metaforę tego, co przeżyte. Autorka imponuje szczerością i bezkompromisowością, odwagą, by pomimo przeciwności iść dalej." Miażdży Stewart dosadnością, szczególnie ilustrując wstrząsająco-przejmującą scenę porodu, powodując od początku do końca dzięki też znakomitej, cielesnej roli Imogen Poots, iż najcięższy kaliber dramaturgii można wpisać w bardzo artystycznie (arthouse, ten jeden z najambitniejszych) snutą opowieść - bez niemal chwili na oddech, mimo że formy narracji nie można określić dynamiczną. Czułem niemalże fizyczne katusze, tak silne iż wyszedłem ze ściśniętym brzuchem - zmaltretowany wrażeniem jakie na mnie to przygnębiające, a zarazem hipnotyzująco-fascynujące doświadczenie wywarło. Jeśli opisać to uczucie osobiście, to trauma bohaterki zarazem wywoływała u mnie współczucie graniczące z prowokacją do wymierzenia sprawiedliwości zewnętrznemu oprawcy, jak i jej sposób opisania auto-bezlitosnych konsekwencji oraz przebywanie niemal we wnętrzu rozedrganych, mimo że traumatycznych, ujmująco literacko ujętych wspomnień, powodowało wściekłość, że nie ma jednak takiej kary, jaka mogłaby zadośćuczynić popełnionym krzywdom i następstwom jakie mechanicznie psychologicznie ofiarę wprowadziły w zapętloną spiralę nienawiści większej do siebie niż przyczyny. Warsztatowo produkcja o której można by napisać, iż trudno uwierzyć że mogłaby być rezultatem kierowniczej pracy debiutanta/debiutantki, gdyby nie świadomość że to jednak fenomenalna, startowa wprawka Kristen Stewart i co kluczowe, jej jak się okazuje nieprawdopodobnie wrażliwej emocjonalności i wyobraźni do budowania kolażowo-ilustracyjnych, zawieszonych w świadomym, doskonale czutym, sugestywnym arthousie obrazów.

P.S. Dodatkowe punkty po przecinku, jeśli punktowe ocenianie nie jest obraźliwe dla tego typu kina, za drugi plan z weteranem Belushim i każdą inną wspomagającą kluczową kreację rolę.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj