niedziela, 26 kwietnia 2026

Radiohead - The King of Limbs (2011)

 

Po pierwsze okładka - fantastyczna, która przyciąga i myśl się pojawia zrazu, że fajowo by było gdyby zawartość tak jak obrazkowa mogła zahipnotyzować. Po drugie już się cieszę że jest większa szansa, bo to nie album o długości na pokaźną drzemkę, tylko zaskakująco krótki, zwarty materiał, jaki można by określić dłuższą epką niż typowym około godzinnym długograjem, charakterystycznym najczęściej dla Radiohead smęcenia. Zwarty i krótki to nie znaczy że mniej bogaty, bowiem mam wrażenie że w trzydziestu ośmiu minutach zawarto tu dużo więcej ciekawych pętli i urozmaiceń, niż w każdym innym kogoś innego krążku o takiej długości. W dodatku bardzo rytmicznie ukierunkowany The King of Limbs to tak bez zaskoczeń rozwijający ich styl materiał, jak znak iż coraz głębiej penetrują perkusyjne przestrzenie, wzbogacane dęciakami i podporządkowaną rytmicznym zabawom trip-hopową elektronikę. W sumie brak tutaj w większości typowej melodyki, rządzi rozedrganie i transowy minimalizm, więc słuchając wpada się w rodzaj hipnozy półsennej z której wyrywają ostatnie dźwięki i inaczej niż często w przypadku albumów z przesadzona długością, chce się jeszcze raz play wcisnąć, wracając na wygodna kanapę i na powrót wtapiając w wybrzmiewającą nutę. Przyciąga od razu uwagę niepokojący, dziś z perspektywy roku 2026 i debiutu takich muzycznych dziwaków jak Squid, bardzo ich stylowi podobny Morning Mr Magpie, a dalej kompozycje zdają się idealnie ważyć subtelną piosenkowość z nerwowym charakterem niepokojących, plamami wypełnionych suit - Lotus Flower. Najbardziej jednak przejmujący i poprzez promowanie przez Denisa Villeneuve w Labiryncie (Prisoners) w pamięć zapadł mi Codex i wszystkie jego doskonałe walory, stawiające utwór jako doskonale zaaranżowaną perełkę pośród najmocniej wzruszających rzeczy - wszystkich rzeczy w muzyce elektronicznej nietuzinkowych i minimalistycznych. Kocham Codex, wokal w nim Yorke'a i ten jego pohukujący temat, więc nie przestanę go darzyć uczuciem, tak samego w sobie w kontekście filmu, jak i części składowej świetnego longplay'a, zamykanego odprężającym Separator, klarownym i też intrygującym motywem jaki teraz koreluje ze Squid, odmiennym do startowego, ochoczo jazzującego Bloom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj