Główna i kładąca się cieniem długim na odczucia finalne, wymowna uwaga jaka mi się po kontakcie z Vox Occulta nasunęła, związana jest z faktem, iż pomimo z gruntu ciepłego przyjęcia drugiej solowej płyty wokalisty Leprous, ja do niej zdecydowanie tak często jako do ZNAKOMITEJ i wręcz UZALEŻNIAJĄCEJ jedynki nie powracam. Wówczas maksymalnie wkręcon, słyszałem w "szesnastce" wielowymiarowość w sensie sporego eklektyzmu, natomiast nowe jest również wielowymiarowe, jednak zdecydowanie bardziej ograniczone do przede wszystkim ilustracyjnej formuły - symfoniczności momentami nie nazbyt epickiej, ale dominującej. Gwoli ścisłości, poprzedni materiał absolutnie nie był pozbawiony podniosłej atmosfery, lecz pośród kompozycji porywających w klimaty orkiestracyjne, było też sporo tych, które świetnie nie tylko urozmaicały dramaturgię płyty, ale przede wszystkim ją w charakter różnych brzmień ubierały - wspierając jej atrakcyjność. Nie mam jednak pretensji o to, że Einar zawęził krąg poszukiwań i świadomie skupił się na stworzeniu swoistej, dla jego osobowości muzycznej identyfikującej go, ogólnie definiując "rock opery". Czuję tylko, iż to nie ta najbardziej otwarta z możliwych droga jaką powinien podążać. Być może jest to w perspektywie ślepa uliczka, bowiem paradoksalnie im dalej w las brzmień quasi filmowych, tym bardziej ściany się do wewnątrz zsuwają i miast powietrza w takiej nucie robi się od monotonii duszno. Jest zjawiskowo pięknie, majestatycznie, aranżacyjnie zdobnie, wokalnie rozbuchanie i w punkt zarazem, inaczej w pełni profesjonalnie, ale ja mam mimo to podczas tej muzycznej podróży w kręgi uzasadnionego i intrygującego pretensjonalizmu poczucie jakiegoś dyskomfortu. Porywają mnie tematy i wątki i jestem pełen szacunku dla twórcy i jego współpracowników, bo przeżywam w duszy muzyczne pejzaże (progresywno też rockowe) niezwykle wartościowe duchowo i instrumentalnie. Nie zmienia moje oddanie się kompozycjom z Vox Occulta jednakowoż przekonania, że zbyt szybko, albo wręcz niepotrzebnie, strategicznie błędnie Einar ukierunkował się na filharmonijną elitarność, spinając się wewnętrznie zbytnio w patetycznym dryfie, gdzie zwiewny, urokliwy liryzm, spotyka się z objawami lekkiego jednak nadęcia. Być może nieco nie mogę się zdecydować chwaląc i wysuwając na zmianę zarzuty, ale niezwykle cenię rozedrganie i puls wywołujący dreszcze ekscytacji w każdej kompozycji Einara, o których brak się podświadomie boję w przyszłości, kiedy już teraz siła wyrazu użytych majestatycznych orkiestracji sprowadza to co powstało, do wypolerowania natury dźwiękowej i wspomnianego zsuwania się niebezpiecznego ścian. Chciałbym się mylić, zaakceptowania ścieżki na mur nie do przebicia, przeskoczenia Einarowi przecież nie życzę. Czuję się tylko po każdym odsłuchu miast rozpalony, to znużony przesytem, a przecież towarzyszyła mi w trakcie muzyka niezwykle bogata, w teorii inspirująca, a w rzeczywistości troszkę pomimo wszystkich jej zalet miałka. Przejmująco osobista, do bólu poważna, cudowna brzmieniowo, lecz w fakturze wielopoziomowej, wbrew teorii, ku ograniczeniom stylistycznym płynąca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz