czwartek, 5 lutego 2026

Black Pistol Fire - Flagrant Act of Bliss (2026)

 


Sporo w ofercie takich blues-rockowych duetów i sam jestem zdeklarowanym fanem kilku z nich, bowiem jak się jeden czy drugi trafi i on się wkręci, to algorytmy wytrenowane podrzucają rzecz jasna kolejne propozycje. Akurat BPF zapoznałem inną niż internetową drogą, za co wdzięczny jestem dawno nie widzianemu znajomkowi, który strasznie słabymi zbiegami, najgorszych jakie sobie mogłem kiedykolwiek wyobrazić okoliczności finalnie (kompletnie z nim nie związanych), być może ponownie zagości systematycznie w mojej codzienność - bądź nie! Trudno bowiem przewidzieć za kilka godzin przyszłość, czasami - czego ostro intensywnie traumatycznie mnie życie ostatnio doświadczyło, więc tylko luźno rzucam temat, a co będzie to będzie - może tak, może nie - ch w sumie wie. Powracając do meritum, a nim w tym miejscu kolejny krążek typów z Austin, to przyznam że single wirujące w sieci od jakiegoś czasu tak mnie mocno zachęciły, jak i spowodowały że bez narastającej euforii czekałem na FAoB i w sumie teraz gdy kilka rundek z nim odbyłem, to nie wiem czy jest lepszy od krążka poprzedzającego. Nie ma zaskoczenia że całości słucha się bardzo dobrze i teraz to mi siedzi fajniutko, a kilka numerów szczególnie mocno w pamięć zapada, bez względu iż osobowości indywidualnej, jakiejś ponad standardy żaden z nich nie posiada. To taka cecha przyrodzona tak stylu w którym BPF bezpretensjonalnie fruwają, ale też ich własnego sposobu interpretacji jego. Ja bym odważył się uznać, iż nowy album to wypadkowa sposobu intonowania z dwóch ostatnich materiałów, ale jak ten sprzed bodaj latek około pięciu był raczej przede wszystkim nastawiony na chwytliwość każdego zbioru nutek, tworzących raczej szablonowe numery, tak czuję uchem jednym i drugim, że FAoB bliżej w swej poszerzonej względnie różnorodności do nagranego prawie dekadę temu Deadbeat Graffiti. Tam też kilka kompozycji wpadało do głowy od razu, a kilka trzeba było sumienniej odkrywać i gama kierunków eksploracyjnych oferowała więcej przestrzeni. Od początku groove High Horse i świetny obrazek do niego wciąga, American Wet Dream rockuje fantastycznie i może konstrukcyjnym akcentowania, nabijania rytmu kojarzyć się z najbardziej chyba popularnymi przedstawicielami stylistyki jakimi The Black Keys, a trzeci Rock Bottom to wszystko co najlepsze w stylu duetu. Dalej jest cały czas na wysokim poziomie i pośród indeksów jakieś nostalgiczne westchnienia się zdarzą i coś więcej z elektroniki wskoczy (Faded Blue), czy ponownie trafi człowieka coś co miło i rytmicznie pobuja - Quiet Coyote, a na finał przy akompaniamencie westernowego wiosła zawodzącego, można odpłynąć do krainy suchego powietrza, pyłu i twardych facetów z wrażliwymi duszami, którzy nie płaczą, choć wyją w środku. Tak Cry Like a Man czuję i się ze łzami męskiego bezwstydu identyfikuję. :)  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj