Darabonta (przypominam tego od ultra popularnych swego czasu i wciąż trzymających się w czubie hitów wszechczasów Skazanych na Shawshank i Złotej mili) bajeczka jakiej do tej pory obejrzeć nie zdołałem, a uczyniłem to jak widać teraz. Bajeczka, bo trudno inaczej określić fantazyjny scenariusz oraz też anturaż wizualny przepychem wyrazistych barw upstrzony. Bardzo faktycznie dopracowany, ale też pozbawiony nieco surowego autentyzmu, mimo że pozornie fragmentami przedmioty i dekoracje przybierają formę postarzałą. Ogólnie jednak atrybuty ilustracyjne są hollywoodzko nieznośnie dopieszczone i wymuskane, a nawet mam wrażenie że obróbka światłem faktur przypomina ingerencję branżowego programu komputerowego czy innego podobnego quasi ustrojstwa. Bajeczka też dlatego, iż pomysł oraz narracja taka wygładzona i nie zmienia tego też istotny udział prawdziwych mocnych akcentów, tak emocjonalnych jak i historyczno-politycznych. Nie jest to jednak zarzut tylko uwaga/spostrzeżenie, bo to taka konwencja stylistyczna i zapewne się sprawdziła, skoro widzowie ocenili ponad średnią znacznie wyżej. Rzewna i momentami dość płaska, a mimo to w tradycyjnie szlachetny sposób urocza sentymentalna podróż w kierunku klasycznego opowiadania o uniwersalnych wartościach i namiętnościach. Byli zapewne widzowie którzy beczeli, bo wrażliwość niejedno ma imię, a ta tutaj jak najbardziej w powszechny jej charakter precyzyjnie trafiająca. Ładne, ale bardzo poprawne i na koniec jeszcze z bardzo porządną porcją patosu oraz happy endem książkowym. Dałem radę znieść i nie napiszę aby trzymać się z daleka, bowiem trzeba tylko nastawić się na stylistykę poprawiającą przede wszystkim nastrój (bardzo umownie traktującą realia przez pryzmat fikcji), jak i sprawdzić zaskakująco dobrze obsadzonego Carrey'a, bo ta jego dramatyczność kreskówkowa, bardziej tutaj pasuje, od typowej dla innych specjalistów od „poważnych” aktorskich póz dramatyczności głęboko eksplorującej mroki. Tutaj trzymała z formą sztamę, będąc dramatycznością teatralnie powierzchowną, a zarazem taką wprost nastawioną na efekt westchnieniowy och i ach - bo to powtarzam rodzaj quasi baśni, a nie kino oczywiście dusznego realizmu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz