„Ktoś mi powiedział, że walczę tak, jakbym chciała zniszczyć tych którzy mnie skrzywdzili. Jakbym miała w sobie demony. Może to prawda?”. To zdanie z otwarcia, kołacze w głowie przez cały seans i w dodatkowym osobistym kontekście budzi mój strach, wespół ze skrajnie innym, krytycznym przekonaniem, że może brak mi tej determinacji i przez to pozwalam się coraz częściej i ofensywnie na jednym, emocjonalnym polu upokarzać. Christy zacięta, poniekąd przerażona siłą jaką uwalnia z podświadomości, ale też jak się okaże wraz z rozwojem wydarzeń, Christy słaba, bowiem nie potrafiąca się obronić w naprawdę właściwych momentach kryzysowych. Historia z głębokim dnem zagościła u mnie na ekranie, szczególnie warta uwagi jako psychologiczna przestroga, ale i posiadająca atut otwierający oczy i budujący wewnętrzną zaporę. Przykre tylko iż dramatyczny pierwiastek jest jakoby konkretny (łza się zakręciła, policzek zwilżyła, bo Sydney Sweeney przekonująca), ale ciężar gatunkowy fundamentu był gigantyczny i można było go jeszcze intensywniej wycisnąć. Fajna technicznie bokserka się ujawniła, zdaje żywej wody talent do tego sportu u Sydney i aktorsko bardzo sympatycznie wypadła, a u jej boku dla jej w fabule zguby, nie do poznania z początku, też aktorsko bardzo ok, co żadnym zaskoczeniem Ben Foster. Autentyczna opowieść gruba, opowiedziana porządnie jednak bez błysku. Potencjał większy niż to co reżyser z tego wyciągnął. Skupił się na drodze do tragedii, merytorycznie poszedł w dobrym kierunku i walki dobrze ogarnięte przez sztab współpracowników zostały, ale konstrukcja całości, to chyba za intencjami nie nadążyła. Nie wiem, czegoś mi brakło by przeżyć jeszcze bardziej tak jak należy. Choćby wymienieni aktorzy dwoili się i troili, wyszło li tylko niby poprawnie. Prądziło ale nie błysło, a oczekiwałem że błyśnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz