Dla Vicky, będącej teraz na fali sprawdziłem i zamiast dociekać w sumie i dogrzebywać się w historii zaproponowanej ukrytego, to ja zastanawiałem się przez pryzmat roli ostatnio u Jarmuscha - jaka Vicky jest aktorsko fajniejsza. Ta skupiona i smutna, jaka to poza zapewniła jej obecną rozpoznawalność i popularność wśród ambitnych reżyserów, czy Vicky wyluzowana, nonszalancka wręcz, a przede wszystkim z wypiekami uśmiechu (bo oczy to jej się zawsze jednocześnie śmieją i smucą) na twarzy? Odpowiedzi rzecz jasna radykalnej sobie nie wypracowałem, bowiem posiada ona fizyczne jak i mentalne predyspozycje aby grać role dramatycznie klasyczne, ale jestem po występie u Jarmuscha także bardzo pozytywnie zaskoczony jej bardziej bezpretensjonalnym urokiem. Szkoda jednak, że w jej filmografii zostanie takie coś jak Went Up the Hill, bo wyrazista sztuczność tej produkcji chwały nie przynosi, a i rola Vicky przez szablonowość jej walorów aktorskich przez reżysera spostrzeganie, po prostu tak typowa, że aż mdła i nawet irytująca. Taki klimatyczny że aż śmiertelnie niemal nudny arthouse’owy quasi horrorek przemęczyłem, bez konsekwencji emocjonalnych, mimo iż jest w tym siłowym scenariuszu tajemnica i potencjalna atmosfera - jest adekwatnie do charakteru skrupulatnie i konsekwentnie budowana aura niepokoju. Lecz jednowymiarowość ciągnącej się niemiłosiernie narracji plus plastikowa obsada, potrafi przymykać oczy, miast skutecznie wyostrzać zmysły. Poruszająca to w założeniu była historia, która mnie kompletnie nie zaangażowała. Wyszeptywana do skutecznego totalnego zamęczenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz