sobota, 20 grudnia 2025

Dom dobry (2025) - Wojciech Smarzowski

 

To z przekory, ja się nie nastawiłem na film Smarzowskiego, tak mocno jak WSZYSCY wokoło i INDYWIDUALNIE na film nie-jego o młodych sługach bożych i z poczucia obowiązku pisania prawdy wspomnę, że jednak ten Wojciech wyszedł znacznie lepiej od tego Piotra, jaki u podstaw wydawał się oryginalniejszym pomysłem. Porównanie obu produkcji, w sensie gatunku i tematyki raczej z duuu-py, więc jedynie w kategoriach intymnej ciekawostki, jak silnie na mnie może wpłynąć ogólny hajp na reżysera, o tego rodzaju konfrontacji przy wyborze wspominam. Nie oceniam też w ujęciu osobnym, Smarzowskiego pracy, jako sztuki filmowej wyższej warsztatowo, ponad walory publicystyczne, mimo iż Dom dobry będąc z zasady dokumentalnie wstrząsającą relacją fabularyzowaną, posiada coś co chyba jeszcze tak wyraźnie w jego filmach się nie pojawiało. Mówię o formie, gdyż ona bardzo spójnie z psychiczną udręką bohaterki i okolicznościami jakie mogą poddawać jej reakcje pod ocenę współbrzmiąca i wytrącająca tym samym z łap krytyczek (jak to bym sobie k***a na to nie pozwoliła!) głupie argumenty. Jak było i jak jest w historii Gosi - jak się jej koszmar skończył, nie wiemy i ten ruch strategiczny Smarzowskiego jak najbardziej oceniam szczwanie i efektywnie. Odrzucając też pojawiające się zarzuty, że taki sposób narracji sprowadził problem na nie całkowity, ale mimo wszystko margines empatii, a postać udręczonej Gosi wykorzystał jako narzędzie sadystycznego znęcania się na widzu - bez właściwego wprost (oburzenie oburzenie oburzenie) poddawania sedna problemu moralnej chłoście. Stanę jednako po stronie opinii, że czuć w tym formalnym zamierzeniu prócz swoistej wyprzedzającej manipulacji polską mentalnością (powtarzam - ja bym sobie k***a nie pozwoliła!), niestety tak samo nieco brak zniuansowania, jakby temat nie był przez ekipę twórców od podszewki poznany, jak i przez to w stu procentach naturalnie szczerze troską o ofiary napędzany. To jest częsty problem Smarzowskiego, że sam on powoduje, iż czuć w jego intencjach, ponad empatię w stopniu elementarnym, echa też zwykłego rozgrzebywania tematów nośnych, więc moje skojarzenia z motywacjami Patryczka Vegi, to nie tylko sama obserwacja zachowań społecznych, gdy medialnie głośne działania filmowe obu na ekrany wbijają. Siedzi we mnie najzwyczajniej przekonanie, a może wręcz do Smarzowskiego silna pretensja, że posiadając niewątpliwy talent opowiadacza i odwagę reportera interwencyjnego - przedkłada sensację w wymiarze epatowania patolą skrajną, nad możliwy gdyby zechciał oddźwięk też artystyczny. Gdyby nie znakomite u niego aktorstwo, flow czy chemia (jak nazwać, tak nazwać) pomiędzy kreacjami, także Dom dobry byłby pozbawiony półtonów, półdźwięków - odrobiny jakiejkolwiek subtelności i walił by jedynie po pysku bezpośrednim, na całego stereotypowym impetem. Czyni to czyni bez ogródek, lecz prócz wywołania z premedytacją dla korzyści finansowych publicznej dyskusji (syndrom najbardziej podobny do Kleru, czy Wołynia), to paradoksalnie trzeba być reżyserowi za to wdzięcznym, bo rozkręcić gigantyczną burzę akurat chwilową potrafi. Tyle że czasem mam wrażenie że to w rzeczywistości przysłowiowa burza w szklance wody, bowiem za piorunami/ciosami nie idzie ich trwałość. Jakby roztrzaskano mordę delikwentowi, a ona się zaskakująco szybko zagoiła, opatrzona społeczną znieczulicą i wypieraniem mentalnym - powodującym skutecznie brak ponadczasowej refleksji i natychmiastowej zmiany spostrzegania, zachowania. Obawiam się że efektem rekordów frekwencyjnych i czasu pozostawania Domu dobrego na ekranach, będzie tylko po czasie spuszczenie głowy i bezradność, bez działań u podstaw. Nie mówiąc już że nie wykluczam, iż zwiększenie zasięgów chamskich żartów o obijaniu nerek i wątroby, bo chyba drodzy Wojtka fani, nie wykluczacie podejrzeń, iż rechot kolesia obok, przed czy za wami siedzącego w prowokujących obnażanie prawdziwości intencji scenach, nic Wam nie sugeruje. To chyba tyle - gdyby nie to niżej.

P.S. Powyżej zakładam analitycznie - teraz chciałbym emocjonalnie. Przemoc to przemoc (je**ć teoretyków) i kropka. Silny kontra słabszy (fizycznie tak samo jak psychicznie). Ofiara i oprawca w dziwnym tańcu irracjonalnych powiązań. Matnia w której nie słychać głośnego płaczu, tylko dźwięk kruszejącego szkliwa na zębach od ich zaciskania. Niech k***a każdy dźwiga własny krzyż, bo on wynikiem osobistych wyborów! Dzieci, drogie biedne smarkacze - słyszycie? Rożne przemoce i chichoczące z przekąsem, fantazyjne w swojej kolorystyce ich reperkusje. Tutaj nie pomoże żadne sumienie narodu i żadne mądre wywody profesjonalnych wspomagaczy z dyplomami nie przerwą koszmaru. Nie żebym odbierał im prawo czy odmawiał im wpływu jakiegokolwiek. Aby przestać być ofiarą przemocy, trzeba WPIERW przestać być (i niestety nierzadko chcieć być) OFIARĄ! To elementarna podstawa przetrwania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj