Wieść co się dla wtajemniczonych niosła, zapowiadała dużo. Dużo dobra surowego i kameralnego w silnie emocjonalnym dramatycznym wydaniu, miał mi nowy film Macieja Sobieszczańskiego zagwarantować. Zagwarantował i spieszę donieść, iż ku mojemu (mimo zapowiedzi i komplementów mnóstwa) jednak zaskoczeniu, on może nie zmiata z planszy wszystkich innych polskich tegorocznych premier, ale z tych ostatnich to na swój skromny, bo nie przekombinowany i doskonale wykorzystujący moc tkwiącą w fantastycznych dziecięcych rolach sposób, jednak miażdży konkurencję pod tytułem Ministranci, a największy co oczywiste, bowiem z łapy Smarzowskiego pochodzący hicior stawia w świetle potrzebnej, ale skonstruowanej by wzbudzać kontrowersję pogoni za sensacją - multipleksowej must see dla wszystkich. Wspominam tutaj o Domie dobrym nie w sensie bezpośredniej konfrontacji z Bratem, gdyż to kino z zupełnie innej współcześnie ważnej społecznie bajki, tylko z prozaicznego powodu, że obydwa tytuły godne uwagi, ale tylko jeden z nich wyciągnął z prywatnych kwadratów publiczność na co dzień kompletnie nie kinową, a drugi przechodzi właśnie bez większej medialnej zawieruchy - bo ile gospodyń domowych czy pracowników branż usługowych słyszało o Sobieszczańskim? Wszyscy oni matkami i ojcami i wszyscy oni za ścianą dalszą lub bezpośrednia mają sąsiadów, więc ta lekcja braterskiej wrażliwości na drugiego człowieka (szczególnie postawionego od pierwszych niemal oddechów przed gigantycznymi wymaganiami życia, w sensie co tu nie halo) bardzo by się przydała. Lekcja która w finale potrafi potargać na grubo i jeszcze bez względu że jest próbą emocjonalnego spowodowania gardła zaciśnięcia z premedytacja poczynioną, to tak autentycznie, mimo że szokująco podaną, ani przez moment rozpatrywaną w kategorii przesady. Film robi sama historia z życia wzięta i ukazana tak, że czuję się w tym pozornie klasycznym ujęciu powiem świeżego powietrza, a zasługa kluczowa to poziom aktorski, gdzie kreacje dziecięce to złoto w najczystszej postaci. Filip Wiłkomirski i Tytus Szymczuk zdobywają moje serce, a zawodowiec w osobie jak zawsze fenomenalnej Agnieszki Grochowskiej potwierdza że grać nie tylko z innymi profesjonalistami znakomicie potrafi, ale odnajduję się też porywająco wybitnie w scenach i ujęciach z aktorską młodością. Ta mieszanka doświadczenia i intuicyjnego nosa pokierowana przez Sobieszczańskiego i uchwycona kamerą z ręki Jolanty Dylewskiej (ona żywa, szukająca postaci) mnie oczarowała i poruszyła do głębi, lecz też moje uznanie dotyczy tego, jak wątek sportowy został tutaj obrazowo pokazany, bo wszystkie walki na tatami wyglądają niezwykle naturalnie, więc nie tylko nasza branża może się technik w tym wypadku podpatrzonych nauczyć, ale przecież dobrze pamiętam, iż bywały i hollywoodzkie produkcje, które w tym wymiarze mocno kulały. Sumując wszystkie atuty, wyszło Sobieszczańskiemu kapitalne kino społeczno-obyczajowe nawiązujące zarazem do klasycznych rozwiązań, jak i na nowo dające gatunkowi powód do dumy, gdyż film robi cudowna chemia pomiędzy postaciami i czystość formy sprowadzona do prostoty środków, wywołujących jednoznaczne efekty emocjonalne. Realizm w opowieści o chłopcach którzy za szybko musza stać się mężczyznami i unieść ciężar odpowiedzialności - dla obu, mimo iż ostatecznie im się udaje, za duży.
P.S. Pisałem kiedyś o jedynym widzianym, wcześniejszym filmie Sobieszczańskiego, że pozostawia ślad, nawet jeśli nie jest dziełem wybitnym. Brata w pewnych kategoriach zawężonych, możliwe że uznam za wybitny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz