poniedziałek, 7 lutego 2022

Orange Goblin - Thieving From the House of God (2004)

 


Nie mam ochoty kłaść głowy pod krytyki topór przez własną arogancję, bądź też ignorancję długotrwałą, ale przyznaję, bo być może już gdzieś po drodze niezbyt przychylny stosunek względem Thieving From the House of God wyraziłem i lepiej chyba odważnie stanąć w prawdzie przyznając się niejako do błędu, niż wyjść na głupka, gdy materiały obciążające wypłynąć w każdej chwili są gotowe. :) Zatem zdefiniuje tutaj na nowo swój stosunek do albumu, który przez dłuższy czas nie uznawałem za udany, a dzisiaj stanowczo stwierdzam, że mimo  porównanie ze znakomitym Healing Thorugh Fire wypada mniej ekscytująco, to ogólnie w dyskografii Orange Goblin jakoś na minus się nie wyróżnia. Być może mój dystans do niego spowodowany właśnie głównie sąsiedztwem z wyżej wymienionym oraz też po części kojarzeniem z nie do końca rewelacyjnym okresem Coup De Grace, który uznaje wciąż za co najmniej symboliczne wahnięcie formy. Od Coup De Grace już na starcie odpychała mnie oprawa graficzna i nawet ta zdecydowanie bardziej wysmakowana koncepcja zdobiąca kopertę wydanego w 2004 roku albumu nie uchroniła go przed z rozpędu pochopną oceną. Coś też było jeszcze do niedawna nie tak z brzmieniem, które przecież obiektywnie  tak mocno nie wyróżnia się na tle tego wykręconego przy okazji pracy nad Healing Through Fire. Teraz jednak dotarło do mnie że przesadzałem i przez to błądziłem, a zarazem nie dałem mu szansy osadzić się w mojej głowie. Bo przecież ono kompromisowe i dobrze wyłapujące balans pomiędzy dźwiękiem tłustym, a selektywnym, a na pewno ono potężne. Materiał tak wyprodukowany smaga okrutnie, a umiłowanie do klasyki Black Sabbath i jednocześnie garażowego rocka czy ikon stonera, to ten zawsze wspólny mianownik łączący każdy okres z twórczości "Pomarańczowego". Nadąsani jazzmani kochający powoli drapać mur niezrozumiałości nie mają tu czego szukać. Tu się gra wprost z łapy na full podkręconych wzmacniaczach i bynajmniej nie wylewa się za kołnierz. Ale w sumie to co ja mogę wiedzieć o alkoholowych praktykach nadąsanych jazzmanów.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj