niedziela, 1 marca 2026

Witchcraft - Idag (2025)

 

Poślizg konkretny w przypadku nowego albumu Wichcraft tutaj u mnie. Odstawiłem kompletnie bowiem projekt (kiedyś zespół, dzisiaj chyba bardziej indywidualny kaprys Magnusa Pelandera) - bez śledzenia, bez zainteresowania. Prawdę mówiąc byłem przekonany, iż stracił się on nie tylko z pola mojego widzenia, lecz przestał istnieć w ogóle. Okazuje się jednak, iż Magnus trwa i co ciekawe oraz przede wszystkim moja uwagę przyciągające, obecny krążek wraca do korzeni elektrycznych i co by o jego całościowej jakości nie napisać - trzeszczy i smrodzi przyjemnie najlepszymi starymi piecami. :) Witchcraft ponadto znowuż wydaje się jest drapieżnie okultystyczny, trochę po szwedzku, trochę po angielsku Pelander melodycznie recytuje co ma do powiedzenia. Ja nie kryje zaskoczenia na plus wyraźnego, gdyż nie byłem przecież (dałem już do zrozumienia) szalikowcem z poprzedniego albumu muzycznej koncepcji - patrz przekornie ochrzczony Black Metal. Znacznie bardziej szanuje powłóczyste riffowanie na fundamencie szorstkiego, organicznego brzmienia, gdzie prócz stonerowego przesterowania, pojawiają się zagrywki tak rodem z mniej skomplikowanego quasi jazzu czy jeszcze dla odmiany jakiegoś bardziej zapiaszczonego swingu or boogie. Nie przerzucam w takiej konstelacji także skrętów w stronę akustycznych nieco przyśpiewek folkowych, bo Witchcraft to też skojarzenia z przeszłością - podania, legendy i tym podobne. Kręci się zatem Idag u mnie całkiem sprawnie i szczególnie te numery z części angielskojęzycznej, gdzie czuć ducha sabbathów (Irreligious Flamboyant Flame - tak tak, bardzo blisko archetypicznej ery Ozzy'ego), czy Electric Wizard (riff Spirit taki taki właśnie), one wzbudzają moją największą sympatię. Finalnie jednak jest w tym rodzaj bałaganu aranżerskiego, czy coś w stylu nieprzepracowania i niedopracowania, a tym samym braku precyzyjnego spasowania elementów wpływających na jakość formy, więc myślę iż na dłużej z Idag to się nie zaprzyjaźnię. 

Drukuj