wtorek, 29 lipca 2025

American Honey (2016) - Andrea Arnold

 

Swego czasu pominąłem, ale jak widać nadrobiłem. Nie przypadkiem tuż przed seansem Bird, nowego filmu Andrei Arnold. Trochę brytyjsko-amerykański Honey jawi się teraz jako kino pod obecnie nagradzanego Seana Bakera, z jego The Florida Project mi się poniekąd kojarząc, a scenariuszowo z... (zaraz sobie przypomnę...) tak, Dinner in America (nie zakodowałem nazwiska reżysera) - jeśli dobrze spamiętałem. Kadrowane z łapy oczywiście, estetycznie na żywioł, bez wymazywania tego co wstydliwe i ubarwiania tego co nośne. Postaci z tła codziennego bohaterami - naturszczycy i raczej odszczepieńcy, niż ktoś kim można by się w kontekście dumy narodowej pochwalić. Bowiem jaka taka tu ta rzeczywista w ogromnym stopniu Ameryka. Ameryka mało reprezentacyjna. Ameryka u fundamentu smutnego życia/żyć - być może często z wyboru, ale i Ameryka życia beztroskiego, znaczy wyborów podejmowanych świadomie uciekających od jakiejkolwiek odpowiedzialności i przywiązania do miejsca czy przedmiotów. W centrum zainteresowania nieźli ściemniacze, kitów i prenumerat wciskacze, utrzymujący się z mało szkodliwego procederu wykorzystywania naiwności politycznie poprawnego stereotypowego myślenia klasy dominująco-nadrzędnej, tudzież dobrego serca wrażliwców czy innych mniej lub bardziej skomplikowanych or podszytych dobrymi bądź podłymi intencjami motywacji. Bieda tak tutaj też zatem żeruje na innych mało majętnych ofiarach kapitalizmu, prócz wykorzystywania bogatszej klasy średniej, choć w minimalistycznym stopniu wyrównując rachunki jakie ekstremalnie niesprawiedliwy podział dóbr czyni. Zatem mamy obraz z racji publicystycznej z gruntu o wymowie społecznej, ale też gatunkowo film drogi oraz coś co współgra stylistycznie z dalekim od romantyzmu, realistycznie wybijającym z łba wiadome mrzonki romansem podbitym (a jakże) zazdrością. „18-letnia Star o niczym bardziej nie marzy niż o wyrwaniu się z małego miasteczka, gdzie mieszka z ojczymem i młodszym rodzeństwem. Po kolejnej domowej kłótni porzuca dotychczasowe życie i dołącza do przypadkowo spotkanej grupy rówieśników, którzy wspólnie krążą po Ameryce. Łączy ich poszukiwanie przygody i łatwych pieniędzy. Włóczęga jest ich codziennością, motele ich domem, a życie - niekończącą się zabawą w rytmie popularnych hitów”. Pod swoje skrzydła bierze Star Jake, a ich relacja przeradza się w fascynację i uczucie wystawione na próbę, więc emocji jest pod dostatkiem, bo wrze i się kotłuje, ale żeby przez ponad grubo dwie godziny obserwować kino gigantycznej dramaturgii, to raczej nie w tym przypadku. Czegoś poza tym brakuje i może to być powierzchowne podnoszenie wielu wątków, bez skupienia odpowiedniego tak na portretach psychologicznych postaci czy rozgrzebaniu ponurej rzeczywistości poprzez rozdrapywanie ran-wad świata przedstawianego, więc nie wnosząc w sumie niczego odkrywczego do analizy, jest mimo to doświadczeniem całkiem płynnego wchłaniania odprężającego jego nastroju. Bowiem właśnie klimatem ta przyziemna historia stoi.  

poniedziałek, 28 lipca 2025

Hey - ? (1995)

 

Wysoko zawsze oceniałem i nie zmieniłem zdania, mimo że lat od premiery znaku zapytania od groma minęło, a że był to album który miał dorównać debiutanckiemu bestsellerowi i jeszcze bardziej dojrzałemu, a komercyjnie równie udanemu Ho!, to rzec jasna wyzwanie przed ekipą szczecinian stało wówczas mega wymagające. Pragnę (jak pragnę być szczery), aby było w stu procentach prze-jasne, że na trójkę w dorobku Hey nie patrzę wyłącznie sentymentalnie przez wzgląd iż zawiera w sobie najmocniej ze mną rezonujący numer w ich dorobku, bowiem raz Dorosłość jako początek umierania pod każdym elementarnym (muzyka, tekst) i nie tylko względem uznaję za rzecz prze-trafioną, ale każdy z kawałków stanowiących o sile trójeczki jest świetny i zasługujący na wieczne uznanie - w co nie wątpię iż praktycznie tak jest przez fan bazę Hey spostrzegany. Zaczyna się kapitalnie i finalizuje równie doskonale, mimo iż zamykający album Gdy mnie sen zmorzy raczej ucieka skutecznie od po polsku "grandżowego filingu" ekipy Banacha, bowiem przecież cały ten album zasługuje na oklaski szacunku nie dlatego że jest kolejnym świetnym albumem grupy, kontynuując bardzo dobra passe, ale dlatego że stanowi dowód dojrzałego kierunku rozwojowego. Hey zawsze miał to do siebie, gdy patrzeć na ich dorobek, że ewolucja była wpisana jako podstawowy składnik do ich muzycznej formuły i nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek tej tezie zaprzeczył - nie istotne czy tęsknił za klimatami Fire i miał za złe że dość szybko od nich się oddalili, czy naturalnie od początku szedł jak zamroczony po ścieżce ich rozwoju. Każdy krążek jest po prostu odrobinę (czasem bardziej) inny od poprzednika, a jednocześnie nie ma mowy by tracił przyrodzony charakter nuty pomorzan. Mam też przekonanie, iż akurat ? jest zarazem surowo gitarowy, jak i zdradza oznaki inspiracji szerszym kontekstem rockowej alternatywnym, a gdy wbijać się analitycznie w liryki, to czuć iż nosi w sobie jeszcze silniejszy pierwiastek refleksyjny, a on tym samy daje do zrozumienia, że niezależnie od oczywistości w postaci zawsze dojrzałych tekstów Nosowskiej, ona nigdy nie zostawała na dłużej w miejscu w którym jeszcze chwilę temu była, dodając do już od początku wysokiego IQ poetyckiego, kolejne poziomy zachwycające wszystkich wrażliwych na głębie i przez nią reprezentowany ślad emocjonalny. Mógłbym wymieniać mnóstwo sytuacji w lirykach które porażają błyskotliwością wglądu i trafnością wniosków, jednak czy jest to w tym miejscu zasadne, gdy zapewne tekst mój przeczytają wyłącznie zatwardziali fani każdej artystycznej emanacji talentu Kaśki, którzy tym samym czują ją i jej przemyślenia w stopniu najwyższym. Wiedzą tym samym gdzie, w jakich wersach w jej myślach przelanych na papier jest ich najwięcej i które uderzenia w struny wioseł oraz w bębny wywołują w nich ciarrry, a że ja lubię być dla przekory niekonsekwentny to dodam jednak, iż Kropla, R.E.R.E. oraz Musli (mój po latach hymn, przewodnik :)) i Anioł, to te momenty poetyckie po polsku najbardziej prócz "dorosłości" moje, a poza "dorosłością" instrumentalnie to As Raindrops Fell - prze-K-aranż i kropka. Przypominając (a i owszem) że tak jak na początku dałem do zrozumienia - wszystko we wszystkim tu się przecież bezkrytycznie zgadza! 

piątek, 25 lipca 2025

Zapatos rojos / Czerwone pantofle (2022) - Carlos Eichelmann Kaiser

 

Zapraszam Mariuszu głębiej w rzeczywistość kina meksykańskiego i nie tylko i wyłącznie tego które posiada z tego geograficznego kierunku pochodzenie, a przez jakość najwyższa zostało przechwycone przez hollywoodzki przemysł filmowy i na szczęście nie przemaglowany przez jegoż najgorszą komercyjną pokusę. Zapraszam do Meksyku najbardziej charakterystycznego i w objęcia tych twórców tej egzotycznej proweniencji, którzy jeszcze, lub wciąż nie zostali przez północnego sąsiada zauważeni. Mówię tu teraz o przykładowo (ostatnia moja seansowa gigantyczna jednorazowa sesja) o mocno doświadczonym już i akurat flirtującym jak widzę przez moment z filmografią europejską Carlosie Reygadasie (pierwszy kontakt mój potwierdzam, kilka tygodni temu za sprawą mocnego Nuestro Tiempo) oraz dzisiaj właśnie zassanym do wnętrza Zapatos Rojos niejakiego Carlosa Eichelmanna Kaisera - zupełnie dla FilmWebu nieznanego. Zapatos Rojos krótki - zaledwie godzina i dwadzieścia minut z hakiem. Zapatos Rojos z początku bardzo mało atrakcyjny w kwestii scenariusza. Zapatos Rojos bez tempa i Zapatos Rojos budżetowo przeskromny. Zapatos Rojos naturalnie kompletnie bez gwiazd i w ogóle w obsadzie bez niemal nawet nazwisk jakie by FilmWeb rozpoznawał. Zapatos Rojos jednak w finale emocjonalnie fachowo konkretny. Zapatos Rojos po prostu minimalistyczny i dyskretny, intymny, ale też zgadzam się ze skąpymi opiniami z FilmWebu, kataryktyczny!

czwartek, 24 lipca 2025

The Elephant Man / Człowiek słoń (1980) - David Lynch

 

Myślę iż obok zapewne Prostej historii (domniemam tylko, nie widziałem wciąż), najbardziej to ludzki w sensie zwyczajny obraz lynchowy. Łączący w tym przypadku szlachetną kinematograficzną tradycję z momentami rzecz jasna typowej dla Lyncha psychodelii (jak podpowiadają znawcy interpretatorzy jego twórczości) z jego dodatkowo obsesją Czarnoksiężnikiem z krainy Oz. Trudno w kilku scenach nie zauważyć tejże zaawansowanej fascynacji, z jak domniemam najbardziej efektowną w tym kierunku sekwencją z teatru. Niezwykle smutny to też film o elementarnym człowieczeństwie (piękna postać Madge Kendal zagrana przez zawsze zjawiskową Anne Bancroft) w kontrze do ludzkiej podłości, kompletnego upadlania „wybryku natury”. Tytułowy Człowiek słoń, jako postać rzeczywista, to zagubione w świecie niezrozumienia odrzucone dziecko, nieprzystosowane do rzeczywistości, traktowane ze względu na swoje naiwne spojrzenie i deformacje jako w najlepszym wypadku ciekawostka, a w najgorszym jak zagrażające „normalnemu” społeczeństwu, przerażające monstrum, więc tak samo poddawane wizualnej konsumpcji w podrzędnych lunaparkach i szyderczym atakom zapijaczonej gawiedzi, jak i humanitarnie, ale jednak spostrzegane jako medyczny obiekt zdatny z zatroskanymi, mądrymi minami do wymiany opinii pomiędzy intelektualistami z wyższych sfer. Opowieść to zupełnie inna tym samym pod wszelkimi niemal artystyczno-formalnymi względami od Lyncha debiutu i prócz użycia czarno-białej taśmy, zarejestrowanych kapitalną optyką obrazów degeneracji, ja pozornie nie jestem w stanie ich na tej samej płaszczyźnie umieścić. Być może mój problem polega na tym, że Głowa do wycierania bezdyskusyjnie we mnie zrozumienia nie znalazła i totalnie jej zinterpretować po seansie możliwe nie było, więc bez czucia pracy artysty, nie jestem w stanie wyciągać jakichkolwiek merytorycznych wniosków, a tym samym porównywać na tych właściwych, głębokich poziomach analizy. Zupełnie inaczej widzę moją relację z powściągliwą charakterystyką Człowieka słonia, co świadczy o jednym, że wciąż mi nie po drodze z Lyncha wizjami, w których wodze fantazji są maksymalnie popuszczone i niestandardowy sposób myślenia czyni je przeintelektualizowanym bełkotem dla mniej widza inteligentnego. Wskazuję zdecydowanie przede wszystkim paluchem na siebie, tak jak David wskazuje oskarżająco paluchem na nas wszystkich, którym tylko się zdaje że czując się mądrzejsi od prymitywów, natychmiast stajemy się bardziej od nich humanitarni! Tak Panie doktorze Fredericku Trevesie!

P.S. Bardzo dziękuję za obecny trend wprowadzania na ekrany multipleksów klasycznych obrazów, bo zobaczyć na dużym ekranie tytuły jakich naturalnie gdy ich premiery miały miejsce nie mogłem, jak i te jakie mocno odcisnąć się w mojej świadomości przez kinową ekspozycją zdążyły (Seven), to doświadczenie ważne. Zamierzam korzystać!

wtorek, 22 lipca 2025

Le deuxième acte / Drugi akt (2024) - Quentin Dupieux

 

Dwa „dupieuxy”, jeden po drugim na blogasku, niemal bezpośrednio po sobie. Doświadczenie doskonałej zabawy raz po raz powtórzone, a tym bardziej znakomicie oddziałujące, gdyż dopiero obecnie, idąc za ciosem po kapitalnej produkcji sprzed sześciu lat (Deerskin), mega ekscentryk kinowy tak w punkt do mnie celnie swoją twórczością przemawia. Tak tak, ten chwilę wcześniej recenzowany  Daaaaaali!. był przekozaczny, ale Drugi akt okazał się jeszcze silniej wbijający w kierunek najwyższego poziomu przekornego doznania intelektualnego. Nie przeciągając zanim posypie się grad komplementów już donoszę, iż najnowsze dziełko stanowiące pierwszej klasy DZIEŁO Quentina, to jedna z najbardziej kreatywnych rzeczy w najbardziej esencjonalnym stylu, jaką we własnym życiu na oczy swe widziałem. Zero ściemy, tyle i tyle (80 dokładnie) minut czyściutko inteligentnej, jak i ostrej satyrą ciętą jak cholera sztuki. Sto procent naturalnej dramaturgii, wydestylowanej z emocji ludzkich, wypływającej z chemii pomiędzy aktorami. Zagrany obłędnie ale i napisany znakomicie, więc te kwestie recytowane płynnie mistrzowsko przez Vincenta Lindona (najwięcej w ekipie lat doświadczenia), Léi Seydoux (najbardziej z obsady twarz znana i współcześnie w kinie francuskojęzycznym rozchwytywana), Louisa Garrela (trudno napisać, że to w sumie mniej na fali aktorska francuska postać) i wreszcie Raphaëla Quenarda (to jest pieprzone prawdziwe odkrycie) oraz Manuela Guillota (nikomu tak groteskowo w kinie nie trzęsły sie dotychczas ręce :)), tylko pomagały w osiągnięciu finalnego efektu sztosem potocznie dzisiaj nazywanego. Przekorny elementarnie, przewrotny w przesłaniu i kreatywny od startu do mety soczyście nieprawdopodobnie, genialny filmowy flow o istocie kina, ale też czymś chyba co robi nam niezłe kuku we łbach, a cancel culture określanym jest właśnie.

poniedziałek, 21 lipca 2025

Delicatessen (1991) - Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro

 

Rozumiem że to może wydawać się żartem, ale wciąż wbijam premierowo w cykl rozpoznawczy filmografii Jeuneta i patrzę co mi może zaoferować ten raczej uznany za kultowego reżyser. ;) Nie znam na serio nic prócz kilka dni temu obadanej Amelii i jego odsłony serii o Obcym, w którym najbardziej rzucił mi się w oczy jak widzę ulubiony pół karzeł jego. „Delikatesy” chyba z przekory dawno temu i przez kolejne dziesiątki lat omijałem, a teraz zbierając dane i wyciągając wnioski napiszę, że ten tutaj pierwszoplanowy posmak groteski jak najbardziej na uwagę zabiegał, choć na początku lat dziewięćdziesiątych mam wątpliwości by mógł być słusznie przeze mnie doceniony. To nie był wtedy mój target filmowy, bowiem brudny, jakby od tego zwilgotniałego brudu wizualnie klejący i gęsty (gdzie dużo w nim szlamu i też te obślizgłe płazy, skorupiaki), to nie bajka podążającego śladem prostoty i chwytliwości Indiany Jonesa nastolatka. Lecz zarazem też na swój sposób jak się okazuje romantyczny, choć nie osładzany tak jak nagradzana i chyba wreszcie będąca największym sukcesem komercyjnym reżysera Amelia. Steampunkowe lub postapo poniekąd skojarzenia, posyłające też myśli ku kultowy powiązaniom z „gilliamowskimi” przyszłymi 12 małpami, ogólnie wpływ na siebie obydwu twórców zdaje się istotny, bo perspektywy w tym barwnym, w ogóle raczej komedio-horrorze jakby nieco oczywiście gilliamowskie. Scenograficzne stylizacje i filtrów wpływ niebagatelny, niezwyczajne humoru poczucie czarne, ale też ukazane nieco inaczej ono. Pachnie od startu makabrą w stu procentach założoną, ale ta makabryczność quasi slasherowa nie zostaje aż nadto wysunięta na front, a zgrabnie niedosłowna wciąż myślę pozostaje. Błazenada ale tylko pozornie, gdyż ta strona groteskowa elementarna, lecz pod nią też może nie drugie dno, ale jednak w tym scenariuszu ekscentrycznie szalonym jest coś intrygującego, a z pewnością jeśli kino archetypicznie wciąż ma być rodzajem rozrywki, to w zalewie fali mnóstwa produkcji „Delikatesy” pozostają jednym z bardziej ważnych wciąż, a z pewnością oryginalnych pozycji do zapamiętania. Niewątpliwie inspirujące dzieło, absolutnie nie zwykłe, zwyczajne, czy jakby jego specyfiki nie charakteryzować, w zależności od rodzaju poziomu na estetykę wrażliwości i dla estetyki przychylności.

sobota, 19 lipca 2025

Den stygge stesøsteren / Brzydka siostra (2025) - Emilie Blichfeldt



Swobodna reinterpretacja makabrycznie trafiona, bajki klasycznej o Kopciuszku. Zainspirowany kierunek interpretacji jak domniemam tym co prawie około roku temu zrobiło niezły szum w branży kinowej i ponownie przypomniało o jednej z przebrzmiałych z winy wieku gwieździe filmowej, a co otrzymało szyld Substancja, właśnie osobę Demi Moore promując. To samo w sumie przesłanie towarzyszy obu produkcjom, więc przed szerszym opisem co i jak się wzbraniam, bo niby po co się powtarzać. Najkrócej piękno to ból, poświęcenie jeśli jego natura poskąpiła, bądź z wiekiem jej błysk mocno przyblakł. Uroda osiągana kosztem zmian psychicznych szybkich i głębokich, a dążenie do niej i korzyści (chciwość jako bezwzględna potrzeba) przynosi koszmarną obsesję, napędzaną przez podobnie obłęd straszliwy. Dodatkowo tutaj banał aczkolwiek wartościowy dodany, że zewnętrzne pozory piękna bez znaczenia, gdy serca jedynie brzydotą się charakteryzują, a wszystko raczej w zderzeniu z doświadczeniem seansu tym czego się spodziewałem, więc bez na znaczący plus zaskoczeń. Innymi słowy porządnie zrobione, raczej kino z mikrym budżetem, ale to nie spowodowało by odczuć, iż brak pieniądza odbił się na jakości, szczególnie tam, gdzie sceny rodem z body horroru się pojawiły. Brutalnie ale z fasonem - bardzo udany debiut, przemawiający jednocześnie bezpośrednio do wyobraźni jak i pośrednio zdrowego rozsądku.

piątek, 18 lipca 2025

Le fabuleux destin d'Amélie Poulain / Amelia (2001) - Jean-Pierre Jeunet

 

Miał tu być wstęp w pierwszej kolejności - kilka zdań o tym że chyba mi wstyd przez to moje swego czasu zaniechanie i że brak świadomości bez świadomości o świadomości pewnych powiązań teraz trudniejszy niż naturalnie gdy był po prostu nie będąc w zasadzie. :) Miał być teraz ale będzie (być może) już za chwilę przy okazji kolejnego klasyka oryginalnego Francuza. W tym dzisiejszym czasu przedziale przejdę (bo tak sobie założyłem) natychmiast to sedna, że Amelia to żywe złoto, jako postać i jako opowieść. Rodzaj realizmu magicznego z bardzo głębokim, angażującym wyobraźnię i uczucia głębokim dnem. Oczywiście o miłości, niestandardowo mocno niekonwencjonalnie też o osobliwie wyjątkowym uczuciu, postaci wychodzących poza schemat i o pewnego rodzaju tajemniczej szaradzie, z pasją fascynująco opowiadanej. O wadze szczegółu i uszczęśliwianiu małymi sprytnymi planami. Układanka złożona z forteli o empatii i z dojrzałą romantyczną pocałunkową puentą – do dzieła, odważnie. :) Cudownie narracyjnie pleciona historia z mnóstwem nieoczywistych szczegółów i minimalna ilością rzeczy oczywistych. Z muzyką która nie jest li tylko tłem, ale integralną, a może wręcz kluczową wobec w mozaikę spisanej w scenariuszu treści. Z dźwiękami jakie w sumie nie tylko samą muzyczną warstwą oplątują widza, ale są wyrazistymi niezwykle przykładami jak wiele zależy od roli słuchu gdy paradoksalnie się patrzy, bowiem Amelia z pozoru to przede wszystkim wizualna strona. Swoje też robi finezyjnie płynny sposób filmowania w ruchu i scenografia z bogactwem rekwizytów, jest więc ogólnie bardzo oryginalnie w sferze słów i z żółto-zielonkawym filtrem, ale bez tej wysuniętej na front realizacji pobudzającej wyobraźnie nuty ze smaczkami (polecam posłuchać osobno też OST), natchniony i frywolny jednocześnie obraz, nie byłby aż tak gigantycznie inspirującym przeżyciem elementarnie/nadrzędnie romantycznym. Bez względu iż urzekające oczy i uśmiech Audrey - panienki z piątego, nadał mu walor w pierwszym kontakcie decydujący. Rozumiem teraz doskonale jak bardzo Amelia mogła wejść widzowi z wysokim poziomem wrażliwości, kierunkiem emocjonalnym podobnym pod skórę, do serca i do głowy i zostać tam na długie lata, bo spotkałem życiowym fartem fascynujący przykład takiej nie tylko wyłącznie sentymentalnej symbiozy, jaka okazała się jeszcze bardziej wiążąca niż się wydawało, wpływając nie tylko na sposób czucia świata, ale też podświadomie nawet na gesty. Mnie spóźnionego też Amelia natchnęła i włączyła mi wyobraźnię, ale kochasz ją najmocniej bezkrytycznie, kiedy jest wysoki poziom identyfikacji z cechami osobowościowymi i dyspozycjami psychicznymi, czyli mentalna zbieżność kluczowa. Taka prawda realna - w baśniowej oprawie.

czwartek, 17 lipca 2025

Nuestro tiempo / Nasz czas (2018) - Carlos Reygadas

 

Prawie trzy godziny totalnej opowieści, w której sedno jakby pomiędzy licznymi ujęciami o bardzo artystycznej proweniencji przemycane. Przez te zabiegi meritum skąpe pozornie tylko, poszerzone formalnie do objętości wymagającej czasowo, lecz absolutnie nie odczułem (ok ok, poczułem troszkę) podczas seansu, by zabiegi dodatkowe powodowały wydłużenie trudne do zniesienia. Chociaż nie uważam, aby zawsze dobrym dla odbioru filmu było nagromadzenie zbytnie motywów dodatkowych (rzeczy raczej tylko dla koneserów kina istotnych), to akurat w tym przypadku zdjęcia wzmagające artyzm kompozycji nie irytowały ponad siły i nie odbierały poczucia wkręcenia w pomiędzy słowami bujnie rozkwitającą w fascynację fabułę. Być może trochę przesadzam, że artystowskich dosmaczeń tak wiele i być może dodaje za wiele ich znaczeniu w tekście refleksji, bo przecież obserwując mozolny rozwój zdarzeń, naturalnie skupiłem się na wątku fundamentalnym i byłem wielce pod wrażeniem, jak scenarzysta z reżyserem w jednej kierowniczej osobie rozwija temat zazdrości w związku teoretycznie otwartym, gdy zagrożenie utraty kobiety na rzecz innego faceta bardzo realne. Ona i on i jeszcze on, ale jak się okaże to nie tylko jeden. Rodzina, wspólnota, lojalność vs. pożądanie, a może beznamiętne upadlanie. Gierki emocjami tak silnymi jak pomiędzy kobietą a mężczyzną, to gigantyczne niebezpieczeństwo. Nie ma miłości bez zazdrości, nie ma dobrej komunikacji bez jedności spojrzenia i czucia relacji. Tylko że w przypadku ekranowym więź rozpada się przez uzasadnioną obsesję - przez gierki raczej podłe, bez względu, iż teoretycznie podbudowane strachem. On (Juan) nagle w defensywie z pozycji ofensywnej, zrzuciwszy z niej (Esther) poczucie winy, tłumacząc ją z perspektywy własnej miłości, zdjął z niej winę i odebrał sobie siłę, którą ku chwilowej mojej dezorientacji (nie jest łatwo podsumowywać czy generalizować wnioskując po pierwszej godzinie projekcji) on zrazu odzyskuje, spoglądając na sytuację ekstremalnie praktycznie i na nowo ją kontrolując. Prawdziwy film o prawdziwych emocjach i naturalny o naturalnych okolicznościach. Osadzony w miejscu, które robi wrażenie prawdziwego z autentycznymi zachowaniami. Odważny i przekorny, subtelny i dosadny naraz pod powierzchnią, bowiem z nerwem stłumionym ale pulsującym charakterem wulkanu. Ponadto niejednoznaczność tej opowieści jest tak samo intrygująca co wręcz podniecająca. Smutny finał jednak wszystko bardziej jasno określa. Aranżując Juan sytuację z bezradności i z poczucia lęku przemienionego w poczucie kontroli, stał się nie jedyną ofiarą tych manipulacji. Mimo że mega obszerne i zapewne przez ten fakt w decydującym starciu o bycie i nie bycie w wyścigu po prestiżowe festiwalowe zaszczyty kino to przepadło, to było ono dla mnie wysokiej klasy intelektualnym spełnieniem - mrocznym, niebezpiecznym, niegrzecznym. Na tyle głębokim, by się osadziło i po seansie długo pozostawało oraz by się jego oddziaływania nieco obawiać.

środa, 16 lipca 2025

The Whales of August / Sierpniowe wieloryby (1987) - Lindsay Anderson

 

Mocna w rankingach pozycja, czyli klasyczna propozycja raczej teoretycznie nie do przejścia dla faceta (tak, samczego osobnika), bo gadki starszych Pań w szczególnie oczywistej w złośliwym znaczeniu tonacji, to wymagająca cierpliwości i wyrozumiałości dość nudnawa zachęta filmowa. Tyle że na wywczasach jako forma rozrywki mogła przejść, tym bardziej że tu obsada ciekawa i przednia. Bette Davis między innymi jako jedna legenda, jednej specyfiki filmowej i Vincent Price ikona zupełnie innej, a tu w miło, spójnie te wszystkie postaci aktorskie sprzed lat, w dojrzałej, nostalgicznej konstelacji. Może przegadany, może teatralny bowiem recytacyjny bardziej niż naturalny (tak wiem, to taki sposób mówienia anachroniczny, a nie sznyt świadomie manieryczny), lecz na swój sposób jako relikt przeszłości uroczy i piękny. Ponadto spokój ludzki, maniery i zupełnie dzisiaj nie pasujące do realiów dialogi oraz miejsce akcji, natura i człowiek w naturze próbujący odnaleźć okoliczności do wspomnień snucia i oczekiwania na finał ostateczny drogi. Starość nie radość, bo nie radość bez młodości, to też ucieczki w kierunku wstecznym, gdy do śmierci krok i wszystko w zasadzie za bohaterami. Taka stylizowana obyczajowo snuja o życiu i przemijaniu jegoż - o świadomości życia kresu, nieuchronności, ale bez nadętego dramatyzmu i tym bardziej złowieszczego mroku. Mądry film o przemijaniu, życiu niemal wyłącznie wspomnieniami w otoczeniu przedmiotów które tą nostalgię wzmagają. W rytualnej pętli powracania - póki jeszcze sierpniowe wieloryby przypływają.

wtorek, 15 lipca 2025

Daaaaaali! (2023) - Quentin Dupieux

 

Gdyby tak się zdarzyło co się nie zdarzy, że Dali zrobiłby coś wspólnego z  Almodóvarem, a jakimś jeszcze większym cudem do tego duetu podpiąłby się Dupieux, to by systemom moim wizualnym i intelektualnym strzeliły korki, takie by to musiałoby być odjechane. Wystarczy mi jednak podeprzeć się samą pracą tego ostatniego o tym pierwszym i patrzeć jak „najzajebistrzejszy” myślę ekscentryk pośród wszystkich ekscentryków z osobowością przekornie mega narcystyczną zostaje uchwycony „kamerą kinematrograficznie gigantyczną”, bym piał najbardziej barwnym kogucim pianiem z zachwytu, gdy patrzyłem na kapitalne sceny z kapitalnymi tekstami oraz ozłacał najwyższej próby kruszcem każdego z aktorów, który wciela się w postać Salvadora. Oczywiście pośród kilku Salvadorów mam swoich faworytów i moim zdaniem na szczególne obwieszczanie swojej aktorskiej (mimiczno-werbalnej) klasy zasługują Eduardo, Gilles i Jonathan. Rżałem dosłownie ze śmiechu jak ogier opętany - śmiechawa aż mi żuchwę nadwyrężała, takie to było w swojej abstrakcyjności fenomenalne. Tak mnie te odjazdy wyobraźni coraz bardziej do mnie od ostatniego filmu (Deerskin) trafiającego Dupieuxa pobudzały, że bez względu jak bardzo część zapewne kinowych widzów kompletnie nie rezonowała z przykładowo „deszczem martwych psów” czy huśtaniem bujnymi piersiami przed oczami, to ja też mimo że być może składając koncepcję w całość poległem (a może przekornie koncepcji nie było), to byłem przez kilka kwadransów projekcji totalnie totalną osobowością Daaaaaaliego!!! zafascynowany i totalnie totalną finezją Dupieuxa rozbudzony. Człowiek zrobił coś cudnie prostego, a jednocześnie upstrzonego genialnym surrealizmem, ale nie poszedł w kierunku pretensjonalnym, a wybrał formę wprost dziką i szaloną - jakiej sama postać bohatera by się nie powstydziła, chociaż pewnie tym wąsem by dla zasady pokręciła na farsę o sobie. :)

P.S. Nie bez znaczenia było też, że pojawiła się tu moja jedna ze współczesnych ulubienic jaką jest Anaïs Demoustier. Gdy ona na ekranie, to moje samcze kolanka zawsze miękną!

Drukuj