wtorek, 27 stycznia 2026

Blue Moon (2025) - Richard Linklater

 

Doskonały aktorski performance Ethana Hawka. Mistrzostwo nawijki pod charakterystykę postaci, w kameralnym subtelnym entourage'u. Kapitalne kino para-teatralne - tragikomiczne, sceniczne kino wzorcowe. Mnóstwo musiało być pasji w Lorentzu Harcie i to dzięki Ethanowi się w gigantycznej intensywności czuje. Czarującego intelektem, krasomówczym wdziękiem i błyskotliwym poczuciem humoru gawędziarza, pozbawionego niestety fizycznych cech pociągających, więc w miłości niespełnionego biedaka. Lorenza zarówno wybitnie zachwyconego własnym talentem pisarskim - nie w pełni docenionym, stąd też dodatkowa do tandemu wewnętrzna, chroniona pozornie przed światłem zewnętrznym frustracja, jak i Lorentza w swojej mikrej w sensie wyrazistości próżności i zmaksymalizowanej tendencji do melancholijnego samobiczowania, pod wpływem działania alko refleksjo-odwagi. Dzięki Ethanowi przekonuje się też do Linklatera, jako kompletny neofita wśród jego fanów. Namówiony tym samym sięgnę być może zaraz po całą jego klasykę, a tutaj dodam iż dialogi pikantne i rytm żywy. Za sprawą ubogaconej o wdzięczny sentymentalizm wartkiej akcji, w pozornie niesprzyjających takowej galopadzie warunkach baru i korytarza, ustawicznemu akompaniamentowi człowieka przygrywającego na pianinie do podlewanej nomen omen wylewności, tradycyjnej formie dopieszczonej detalami cech porywających postaci oraz technicznemu zabiegowi wizualnemu w postaci pomniejszenia, poprzez między innymi pomarszczenie portek, czy niezwykle spójnemu frontowi z tłem - bohater z hollywodzko-broadway’owskimi okolicznościami ukrywanymi za kulisami, w barze, przy szklaneczce. Dzięki temu wszystkiemu - jestem zachwycon, równie jak siedząca obok, wręcz zarazem pobudzona jak i oniemiała z zachwytu, współredaktorka Lalu. Lalu, która dałaby w tym roku Oscara Ethanowi i Leonardo ex aequo - patrząca na mnie teraz przy okazji z lekkim politowaniem, że nie widziałem Ethana z Julie w jej ukochanym Before Sunrise. :)

czwartek, 22 stycznia 2026

Soen - Reliance (2026)

 

Nie spodziewałem się kompletnie, kiedy single zapowiadające longplay w sieci się pojawiły, że tak mocno z tak podanym efektem finałowym, czyli już siódmym (i już kolejnym od sztancy) albumem, startowo projektu kogoś kto był rozpoznawalny jako bębniarz Opeth zwiążę. Porzuciłem bowiem nadzieje już niemalże, iż Soen zmieni odrobinę wody na których ostatnio (z pewnością ze względnym powodzeniem - sukcesem pół-mainstreamowym) pływa i podnosząc kotwicę oraz porzucając choć odrobinę ten raczej coraz bardziej banalnie bezpieczny akwen/okoliczności, przeobrazi tym samym ten doskonały/szlachetny, ale jednak pod względem schematu powielający idee kalkomanii, styl pisania. Spieszę donieść, iż ABSOLUTNIE nie wyrwał się poza spokojne, pewne wody i nagrał następną, pobieżnie spoglądając taką samą od kilku lat płytę, ale jest to JEDNO decydujące ale. Ale które trzyma przy tej płycie mnie od pierwszego przesłuchania i nakazuje naturalnie album po raz enty zapętlać i się przez doznane wzruszenia rozkoszować - bez względu na istotnie bliźniacze skojarzenia, wywołujące wydźwięk wspomnianego szablonu, jaki powstrzymuje uzasadnioną nad-euforię. Tylko dlaczego za każdym razem gdy odsłuchuje, to odpływam, bujam się i oczy mam zamknięte, a momentami spod powiek coś się wstydliwego dla faceta wysączy. To jest jakaś magia. Prosta i skuteczna. Reliance bowiem (żadne zaskoczenie) zdecydowanie mocniej odbiera się na poziomie samych emocji, niż słucha analitycznie. Mimo iż spotyka się po drodze kilka ciekawych zagrań, aranży przykuwających uwagę (Drifter), to dominuje skupienie, subtelne korzystanie z klasycznych quasi prog rockowo-metalowych instrumentalnych rozwiązań, gdzie melodie i solówki przede wszystkim zostają w głowie. Najważniejsze to jednak, że Reliance chwyta za serce i duszę kołysze. Daje ukojenie poprzez poruszenie miłe wewnętrzne, a wyróżnione na dzisiaj w mojej opinii Huntress i zamykający album cudowny Vellichor, mogę wciągać kilka razy z rzędu - póki co i to bez pretensji do siebie ochoczo czynię. Tak sobie myślę teraz, w dniu całkiem w sumie wyjątkowym i nastroju raczej nostalgicznym, że być może nowy Soen niczym pod względem też jakości emocjonalnej efektywności nie wyróżnia się od tego wydanego dwa, czy cztery lata temu krążka. Trafił tylko u mnie w odpowiednią, podsycaną licznymi refleksjami - rozczarowaniami i nadziejami porę.

środa, 21 stycznia 2026

Keeper / Bezpieczne miejsce (2025) - Osgood Perkins

 

Nic zasadniczo prawie nie zrozumiałem, a fajnie się bawiłem. Niewiarygodnie powykręcany, kompletnie niezrozumiały, a fajny. W moim przeświadczeniu dużo mocniej na mnie oddziałujący, niż tak głośno promowana ostatnio „osgoodowa” Małpa, z gigantycznym przymrużeniem oczu traktująca gatunkowe schematy horroru, zatem niepoważna i przez to tandeciarska, gdy poczucie humoru krwisto czerwone z moim dużo silniej z inteligentną ironią i niedosłownością powiązane. W dodatku jak pamiętam aktorsko, przede wszystkim z Panem Theo Jamesem poprzednio nie do końca grało, a tym razem totalny scenariusz schodzi na plan drugi, gdy na scenę wkraczają kapitalne aktorskie kreacje, dzięki którym taka uroczo charakterrrna Tatiana Maslany (swoja drogą w Małpie też okejka), tutaj wchodzi na poziom zapamiętania i jej kariery dość rozwiniętej dalej uważnego śledzenia. Czasem tak się zdarza, że twarz aktorska wielokrotnie jak się okazuje widziana (pierwsza z brzegu Niszczycielka i pierwszy z brzegu Niezwyciężony i jeszcze Złota Dama), choć poniekąd juz wówczas dostrzeżona, to dopiero teraz wbita w pamięć na amen. Kupuję to nowe „osgoodowe” przez ten techniczny pryzmat, ale też nie ma mowy bym podkreślenia unikał, że atmosfera jest tu rewelacyjnie ogarnięta, a zdjęcia wpływające na ową niebagatelnie same z siebie zrobiłyby robotę, bez konieczności stosowania tradycyjnych dźwiękowych chwytów niepokój graniczący z lekkim popuszczaniem zwieracza. Zwyczajnie nowy Perkins, to świetna estetycznie robota, bo i Pani zagadkowa, z dużymi oczami i długimi kończynami sama z siebie dość przerażająca, a te z finału stwory bardzo bardzo intrygujące. Ponadto (jakby scenariusz nie był forsowny i poprzeginany enigmatycznymi wątkami i zaskoczkami), to klamra przezajebista owe rozmycia wynagradza i pozostawia nie tylko z kolejnymi pytaniami, ale i przekornie daje pewne (w co nie wierzyłem niemal do końca) odpowiedzi. Niby dziwna hybryda, trochę art house’u i dużo nowocześnie pojmowanego horroru oraz ta folkowa gleba, na której to co dizajnerskie wyrasta i w tej sytuacji prądzi. I to jest Oooou Keeej!

wtorek, 20 stycznia 2026

Sorda / Dźwięki miłości (2025) - Eva Libertad

 

Depresja z frustracją, w dojrzałym, pogodzonym, oswojonym dzięki empatii, niekrzykliwym wydaniu. Eksperyment na widzu rozwijający się z wolna i tego widza nie tylko ubogacająco-uwrażliwiający, lecz przede wszystkim elementarnie do-edukujący. Nie zależy mu jednak by dotrzeć do wszystkich - jedynie do tej grupy, która w zwykłym życiu zauważy subtelne niuansy i się z nich dla swojego i otoczenia najbliższego wiele istotnego nauczy. Ascetyczny, ogołocony ze wszystkiego typowo filmowo zbędnego, więc po prostu przyziemnie prawdziwy, może lekko nazbyt prozaiczny. Wygrywa jednak poziomem realistycznych emocji, aktorskim autentyzmem w najbardziej możliwie naturalnym tonie. „Kamera skupia się na emocjach, napięciach i drobnych pęknięciach w codzienności, pokazując, jak różne sposoby doświadczania świata wpływają na bliskość. To subtelna, empatyczna opowieść o miłości, która wymaga uważności, cierpliwości i gotowości do spotkania się w różnicy.” Bowiem to momenty graniczne i skrajności targające duszą - cisza i jazgot. Niemożliwe stające się osiągalne, gdy za rękę kiedy potrzeba partner potrzyma i gdy to konieczne prawdę, nawet bolesną z serca wyrwie. Prawdziwe w sali kinowej subtelne emocjonalnie i optymistyczne wyciszenie oraz ciepłe przepracowanie obaw, lęków związanych z trudnymi wyzwaniami, po jej opuszczeniu.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Dreams (2025) - Michel Franco

 

Moje zdanie będzie radykalnie jednoznaczne i bezwzględnie subiektywnie, przynajmniej w moim mniemaniu niepodważalne, a sprowadzi się do twardego przekonania, że spośród tego co do tej pory widziałem i zawsze uznawałem za najwyższej jakości kino, a było sygnowane nazwiskiem Michela Franco, to Dreams po odbytym seansie urosło z miejsca tej stawki liderem. Uważam tak, gdyż na ekranie samo gęste i sterylne zarazem - konsekwentne na granicy przesady, wręcz niemożliwie skupione narracyjnie, skompresowane ogólnie i w każdym aspekcie technicznej sztuki filmowej (jaka centralizując się na dizajnerskim detalu formalnym, nie traci nic na wartości czysto artystycznej), docierając do poziomu nieoczywistego demaskatorskiego majstersztyku merytorycznego. Kamera stabilnie stateczna i precyzyjna ale i ciekawa bardzo niuansów. Plany szerokie, kapitalnie wykadrowane, a aktorstwo znakomicie interpretujące intencje reżysera (zawodowa Jessica zimna i magnetyczna, debiutujący Isaac autentyczny i ekspresyjny - odkrycie), jak i fenomenalnie wtopione w scenografię - zero wizualnej nudy, wszystko pod względem zamierzonej formuły artystycznej i technicznie (podkreślam) w punkt. Realizacja cierpliwa i skrupulatna, scenariusz bez zbędnych, rozpraszających marginesów, jednocześnie przenikliwy i konteksty szerokie społeczno-polityczne bez problemu do głównego wątku wplatający. Gigantyczna tutaj, aczkolwiek nieofensywna analityczna wartość tego co między wierszami, bo dialogi do minimum ograniczone, przekaz dla osób rozumiejących społeczno-polityczne uwarunkowania natomiast rozbudowany, a także co szczerze w kinie kocham, do maksimum grają tu gesty, mimika i atmosfera niepokojącego pulsu podskórnego. Świetne, choreograficznie dopieszczone i wystylizowane sceny seksu i kontrowersyjnie doprowadzone do sztuki sceny przemocy, wyglądające niczym quasi balet. Perwersyjne nie tylko werbalnie, nietypowe love story, inaczej rzecz wyjątkowa o relacji damsko-męskiej, od umownie uznając fascynacji do nienawistnej vendety, przez żarliwą namiętność, zwierzęcą żądzę, zaborczą zazdrość, przywłaszczenie w atmosferze kontrastowych nierówności społecznych do poziomu egoistycznego posiadania. W kolejnych krokach fascynująca na kilku poziomach interpretacyjnych, do finałowego wstrząsającego anty happy endu, prawdziwa kinowa uczta.

środa, 14 stycznia 2026

Went Up the Hill / Opętani (2024) - Samuel Van Grinsven



Dla Vicky, będącej teraz na fali sprawdziłem i zamiast dociekać w sumie i dogrzebywać się w historii zaproponowanej ukrytego, to ja zastanawiałem się przez pryzmat roli ostatnio u Jarmuscha - jaka Vicky jest aktorsko fajniejsza. Ta skupiona i smutna, jaka to poza zapewniła jej obecną rozpoznawalność i popularność wśród ambitnych reżyserów, czy Vicky wyluzowana, nonszalancka wręcz, a przede wszystkim z wypiekami uśmiechu (bo oczy to jej się zawsze jednocześnie śmieją i smucą) na twarzy? Odpowiedzi rzecz jasna radykalnej sobie nie wypracowałem, bowiem posiada ona fizyczne jak i mentalne predyspozycje aby grać role dramatycznie klasyczne, ale jestem po występie u Jarmuscha także bardzo pozytywnie zaskoczony jej bardziej bezpretensjonalnym urokiem. Szkoda jednak, że w jej filmografii zostanie takie coś jak Went Up the Hill, bo wyrazista sztuczność tej produkcji chwały nie przynosi, a i rola Vicky przez szablonowość jej walorów aktorskich przez reżysera spostrzeganie, po prostu tak typowa, że aż mdła i nawet irytująca. Taki klimatyczny że aż śmiertelnie niemal nudny arthouse’owy quasi horrorek przemęczyłem, bez konsekwencji emocjonalnych, mimo iż jest w tym siłowym scenariuszu tajemnica i potencjalna atmosfera - jest adekwatnie do charakteru skrupulatnie i konsekwentnie budowana aura niepokoju. Lecz jednowymiarowość ciągnącej się niemiłosiernie narracji plus plastikowa obsada, potrafi przymykać oczy, miast skutecznie wyostrzać zmysły. Poruszająca to w założeniu była historia, która mnie kompletnie nie zaangażowała. Wyszeptywana do skutecznego totalnego zamęczenia.

wtorek, 13 stycznia 2026

Ghostlight / Światełko w tunelu (2024) - Kelly O'Sullivan, Alex Thompson

 

Oglądasz M. filmów całą masę i czekasz oczywiście na te wszystkie wielkie zapowiedzi z możnych wytwórni i te mniejsze, ale często mocniejsze, o wartość emocjonalną dodaną głębiej oddziałujące produkcje z logiem bardziej niszowym (dla kumatych przede wszystkim znanych) i czasem nie czekasz, tylko ktoś poleci tytuł zupełnie niezapowiedzianie interesujący i się w nim jako istota czująca zapadasz, tudzież jak w sytuacji Ghostlight niemal taki totalny uczuciowy przyjemny zjazd zaliczasz. Gapisz się jak zahipnotyzowany na zwyczajną, aczkolwiek względnie skomplikowaną historię, z której kurtyna zdejmowana jest bardzo powoli, w sposób przemyślany, by efekt był naturalny ale i przejmujący. Psychologicznie wielowarstwowy i prawdziwy to był seans - bez banalnych wniosków, choć nic w nich szczególnego. One nie są przecież odkrywcze, lecz jedynie dla kogoś kto dysponuje rozwiniętą inteligencją emocjonalną, umożliwiającą spostrzeganie szerzej, więcej. Świadomy, złożony, głęboki i przejmujący obraz o traumie przepracowywanej, traumę oswajający, kreślony środkami prostymi, ale z doskonałym wyczuciem tak narracji, jak autentyczności. O otwieraniu człowieka starej szkoły emocjonalnej wstrzemięźliwości - wyłuskiwaniu konsekwentnym i troskliwym w środku magazynowanych trudnych uczuć. Tychże uczuć się delikwenta wstydzącego i zalęknionego zrzuceniem pozornie grubej skóry, więc wewnętrznie buzującego, wściekłego, niczym odbezpieczony granat niebezpiecznego dla siebie i wszystkich w zasięgu pola rażenia. Ten proces wrażliwości wyciskania i delikatnej tkanki głaskania może przecież osłabić jego MĘSKĄ szczególnie ODPORNOŚĆ - jak się potocznie i kulturowo przyjęło wszczepioną płciowo SIŁĘ, jakimś wymyślnym, subtelnym podstępem. W obsadzie samo aktorskie złoto, a obsada specyficzna (proszę sobie wyczaić powiązania rodzinne), w dużym stopniu bez doświadczenia lub pojedynczo z rozpoznaniem pracy przed kamerą większym, a efekt znakomity. Fajnie że ktoś był uważny i wychwycił, a jeszcze fajniej że ktoś wychwycił że ktoś wychwycił i dał mi też szansę bym sobie sczaił. :)

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Chien 51 / Pies 51 (2025) - Cédric Jimenez

 

Kolejne premiery śledzę sobie konsekwentnie, jakie są sygnowane reżyserskim podpisem Cédrica Jimeneza i nie bywałem do tej pory zawiedziony, więc jeśli nawet jego filmy nie zmieniają mojej perspektywy na kino, to zawsze dostarczają rzetelny efekt, podparty szacunkiem dla klasycznych dzieł gatunkowych. Choć celuje zasadniczo w sensacyjne oblicze filmowe, to nie trzyma się marsylczyk żadnej stylistyki kurczowo i każda jego praca sprawdza, jak się w praktyce w czymś gatunkowo nowym on odnajduje. Tym razem jego nowy film wyraźnie nawiązuje do dwóch głośnych produkcji, w tym jednej wręcz kultowej, mimo iż brak dosłowności w jej skojarzeniu, bo Pies 51 to nie jest nowy stary, czy nowszy nowy Blade Runner, ani też jeden do jednego spielbergowy Raport mniejszości. Można w jego fajnie realistycznej (te pojazdy, te drony) i na czasie nawiązującej do totalnie i błyskawicznie zmieniającej dzisiejsze realia problematyki AI dostrzec korelacje z wymienionymi, lecz też gdy pozwoliłem się wciągnąć w wir akcji i historii oraz przez wzgląd na kwestię języka, poczuć skojarzenia z nagrodzonym niedawno animowanym, fajnie wizualnie cytującym młodzieńcze scie-fi sentymenty francuskojęzycznym Mars Expressem - to było tak przyjemnie nostalgicznie, jak i bardzo stylowo. Stąd jestem na tak, pomimo iż takie kino nie jest niczym zaskakująco nowym, lecz i takie kino ostatnimi czasy niezbyt rzadko na dużych ekranach gości, a jeśli pojawia się w jakości która zachęca do komplementowania dobrego aktorstwa, nie aż zbytnio banalnie napisanych postaci, scenariusza całkiem zgrabnie skonstruowanego oraz robi wrażenie techniczne znakomite świetnymi sekwencjami pościgów (auta, droniska), widokiem miasta świateł ledów i gigantycznych ekranów, czy fundamentalnie koncepcją wizualnie spójną z fabułą, to ja się bawię w kinie przednio i uważam, że warto na plus fakt, że go grają wyróżnić.

Drukuj