czwartek, 29 stycznia 2026

Twinless / Rozdzieleni (2025) - James Sweeney

 

Skromny realizacyjnie i raczej póki co niszowy. W sensie że niezależny, bez gigantycznej machiny promocyjnej wspierającej. Pozbawiony wielkich nazwisk w obsadzie, bo Dylan O'Brien to wciąż jeszcze nie ekstraklasa, choć potencjał w nim rozwijany raczej szczyty w najbliższym czasie mu wróżyć może. Ironicznie zabawny, bez względu że temat poważny, ale rozkmina przez świadome prowokowanie poprzez uśmiech i łzy zadumy to duży walor, kiedy człowiek chce oddać się grubszej refleksji, ale nie ma ochoty na tonięcie w śmiertelnej powadze i przygnębieniu odbierającym oddech. Świetne poczucie humoru, doskonale zaaranżowane i ciekawa koncepcja, w tym odważnie perwersyjny charakter z lekkim szokiem niemal na starcie. Sporo sytuacji prowokująco groteskowych, dziwnie smutnych momentów, ale u rdzenia namacalny, absolutnie nie sztucznie inscenizacyjny bunt, bo wściekłość i rozdrażnienie, bo gniew. Żałoba i niepogodzenie, smutek i pustka oraz w tym przypadku jeszcze więcej gdy trzeba zmierzyć się ze śmiercią jednojajowego bliźniaka czy z drugiej perspektywy, emocjami i motywacjami drugiego bohatera pierwszoplanowego równoległego (James Sweeney) - między innymi z poczuciem winy i błyskawicznie utraconym zauroczeniem. Fajnie to napisał, nakręcił i zagrał obiecujący bardzo Sweeney. Wymyślił sobie przyjemną dla oka i wartościową galerię postaci oraz wybrał (zakładam że jako mózg przedsięwzięcia miał decydujący wpływ) młodych i zdolnych aktorów, pośród których moją uwagę największą przyciągnęła Aisling Franciosi, wspaniale wcielając się w rolę ciepłą, bystrą i mądrze, refleksyjnie dojrzałą. Twinless to duża była przyjemność i całkiem mocne terapeutyczne doznanie. Bardzo SMART nowoczesna przypowieść - o bardzo bliskich przyjaźniach urocza amerykańszczyzna.

P.S. Na marginesie przemycę jeszcze odniesienie (bowiem nadarza się dobra okazja), które zdarzyło mi się w szerszej złożoności pominąć, gdy wczoraj o Hamnecie wrażenia spisywałem, że obydwa opracowania, choć bardzo różne względem formy, traktują niezwykle interesująco o więzi bliźniaczej i niezbadanej sile tejże.

środa, 28 stycznia 2026

Hamnet (2025) - Chloé Zhao

 

Wieczór niedzielny, w wymiarze ponad dwugodzinnym na nieodległej emigracji, w kinie lokalnym spędzony. Pośród zewnętrznych symptomów nadchodzącej chwilowej odwilży - poddanej natychmiast jednak w wątpliwość, gdy tylko dzienne nieśmiałe promienie słońca zniknęły pod naporem wciąż jeszcze błyskawicznie kończącego czas panowania względnego światła zmroku. Warunki zrazu idealne by zaszyć się w ogrzewanym pomieszczeniu i w wygodnym fotelu, w przymilnym szczerze towarzystwie, oddać się kontemplacji z wielu stron przychylnym gigantycznie okiem ocenianego, wysokokalorycznie emocjonalnego filmowego obrazu. Jednocześnie, gdy seans nieuchronnie w atmosferze prze-potęgi wzruszenia dotarł do finału, okoliczności przyrodnicze i aura nieco niesprzyjająca się okazała, bo mocno by się chciało gdy ostatnie tony stężonego nieprzeciętnie dzieła Chloé Zhao wybrzmiały - przysiąść chociażby w parku na ławeczce i słuchając szumu drzew i korzystając z rozgrzanego powietrza, przepracować w sobie to wszystko co przez te krótkie, wyrwane z codziennej z prozą życia szamotaniny, przez około dwieście czterdzieści minut, tak wiele dobra dostarczając, tak silnie rodzicielskie impulsy eksponując, zdziałało. Piszę te skorelowane jak tylko potrafię z atmosferą seansu wersy refleksjo-recenzji, w dwie ponad doby od wydarzenia i gdy wszystko co osiąść we mnie miało, właściwie się umościło, pamiętam przede wszystkim wciąż kolosalnie aktywnie, jak ta szokująco-poruszająca interpretacja tragicznych losowych sytuacji z życia Williama Szekspira mnie poskładała i jak trudno było bezpośrednio po, dojść do siebie, gdy nogi wiotkie i ciężkie równocześnie. Chcę przez to dać do zrozumienia, że wszystko co do tej pory o potędze emocjonalnej Hamneta zostało napisane i powiedziane, w moim przekonaniu pochodzącym z przeżytego doświadczenia jest prawdą i żadne blokady przed wyrzuceniem z siebie w łez postaci targających mną uczuć, nie mogły być wobec mocy emanującej z ekranu skuteczne. Bowiem Hamnet to raz Olimp aktorski, gdzie każda rola emocjonalnie dotyka niewiarygodnie i technicznie może stanowić wzór niedościgniony, a wyróżnienie Jessie Buckley i tego młodszego z braci Jupe, ma tylko sens w kontekście chemii w relacji i indywidualnego osiągniecia oraz talentu na praktykę przełożonego, a dwa historia której inscenizacyjnie-interpretacyjna wersja kompletnie zmienia moje zakulisowe, symboliczne spostrzeganie literackiego dzieła, którego ząb czasu nie śmie od kilku wieków nawet zadrasnąć. Chloé Zhao wraz z doskonale dobranymi, idealnie śmiem twierdzić czującymi jej intencje i nie tylko podążającymi za jej artystycznym głosem, ale ten kierunek ubogacającymi współpracownikami (wspomniane aktorstwo szczytowe, ale i muzyka z tła i sprzed sceny oraz wizualna koncepcja), stworzyła przejmująco smutne, totalnie szczere i niezwykle empatyczne DZIEŁO z finałowym KATHARSIS - z kompletnym udziałem tak treści wprost słowami wyartykułowanej, ale i ciszą operując, w tony subtelne wrażliwie uderzając, symboliką oraz mistyką malowanej spójności. Dzięki każdej z osób, przejętej kalibrem i zmotywowanej możliwościami szlachetnego wpływu na widza, w ten żałobny tren zaangażowanej oraz psychologicznej przejrzystej erudycji, trafnie ujmującej jak inaczej, na swój chłodem pozornym irytując, doświadczenie straty niepokornie wrażliwi, mocno rozedrgani mężczyźni przeżywać mogą. Zamknięci przez kulturowe nakazy, szczelnie odizolowani odpowiedzialnością za niepodsycanie już ekstremalnej depresji, wrzą i upadają w środku - niby zimni, niedotykalni w rzeczywistości wyjący z rozpaczy równie rozdzierająco jak kobiety. Coś tylko kategorycznie im zabrania póki są zdolni do utrzymania świadomości, tym bólem się dzielenia, tego bólu publicznego wprost wypuszczania.  

wtorek, 27 stycznia 2026

Blue Moon (2025) - Richard Linklater

 

Doskonały aktorski performance Ethana Hawka. Mistrzostwo nawijki pod charakterystykę postaci, w kameralnym subtelnym entourage'u. Kapitalne kino para-teatralne - tragikomiczne, sceniczne kino wzorcowe. Mnóstwo musiało być pasji w Lorentzu Harcie i to dzięki Ethanowi się w gigantycznej intensywności czuje. Czarującego intelektem, krasomówczym wdziękiem i błyskotliwym poczuciem humoru gawędziarza, pozbawionego niestety fizycznych cech pociągających, więc w miłości niespełnionego biedaka. Lorenza zarówno wybitnie zachwyconego własnym talentem pisarskim - nie w pełni docenionym, stąd też dodatkowa do tandemu wewnętrzna, chroniona pozornie przed światłem zewnętrznym frustracja, jak i Lorentza w swojej mikrej w sensie wyrazistości próżności i zmaksymalizowanej tendencji do melancholijnego samobiczowania, pod wpływem działania alko refleksjo-odwagi. Dzięki Ethanowi przekonuje się też do Linklatera, jako kompletny neofita wśród jego fanów. Namówiony tym samym sięgnę być może zaraz po całą jego klasykę, a tutaj dodam iż dialogi pikantne i rytm żywy. Za sprawą ubogaconej o wdzięczny sentymentalizm wartkiej akcji, w pozornie niesprzyjających takowej galopadzie warunkach baru i korytarza, ustawicznemu akompaniamentowi człowieka przygrywającego na pianinie do podlewanej nomen omen wylewności, tradycyjnej formie dopieszczonej detalami cech porywających postaci oraz technicznemu zabiegowi wizualnemu w postaci pomniejszenia, poprzez między innymi pomarszczenie portek, czy niezwykle spójnemu frontowi z tłem - bohater z hollywodzko-broadway’owskimi okolicznościami ukrywanymi za kulisami, w barze, przy szklaneczce. Dzięki temu wszystkiemu - jestem zachwycon, równie jak siedząca obok, wręcz zarazem pobudzona jak i oniemiała z zachwytu, współredaktorka Lalu. Lalu, która dałaby w tym roku Oscara Ethanowi i Leonardo ex aequo - patrząca na mnie teraz przy okazji z lekkim politowaniem, że nie widziałem Ethana z Julie w jej ukochanym Before Sunrise. :)

czwartek, 22 stycznia 2026

Soen - Reliance (2026)

 

Nie spodziewałem się kompletnie, kiedy single zapowiadające longplay w sieci się pojawiły, że tak mocno z tak podanym efektem finałowym, czyli już siódmym (i już kolejnym od sztancy) albumem, startowo projektu kogoś kto był rozpoznawalny jako bębniarz Opeth zwiążę. Porzuciłem bowiem nadzieje już niemalże, iż Soen zmieni odrobinę wody na których ostatnio (z pewnością ze względnym powodzeniem - sukcesem pół-mainstreamowym) pływa i podnosząc kotwicę oraz porzucając choć odrobinę ten raczej coraz bardziej banalnie bezpieczny akwen/okoliczności, przeobrazi tym samym ten doskonały/szlachetny, ale jednak pod względem schematu powielający idee kalkomanii, styl pisania. Spieszę donieść, iż ABSOLUTNIE nie wyrwał się poza spokojne, pewne wody i nagrał następną, pobieżnie spoglądając taką samą od kilku lat płytę, ale jest to JEDNO decydujące ale. Ale które trzyma przy tej płycie mnie od pierwszego przesłuchania i nakazuje naturalnie album po raz enty zapętlać i się przez doznane wzruszenia rozkoszować - bez względu na istotnie bliźniacze skojarzenia, wywołujące wydźwięk wspomnianego szablonu, jaki powstrzymuje uzasadnioną nad-euforię. Tylko dlaczego za każdym razem gdy odsłuchuje, to odpływam, bujam się i oczy mam zamknięte, a momentami spod powiek coś się wstydliwego dla faceta wysączy. To jest jakaś magia. Prosta i skuteczna. Reliance bowiem (żadne zaskoczenie) zdecydowanie mocniej odbiera się na poziomie samych emocji, niż słucha analitycznie. Mimo iż spotyka się po drodze kilka ciekawych zagrań, aranży przykuwających uwagę (Drifter), to dominuje skupienie, subtelne korzystanie z klasycznych quasi prog rockowo-metalowych instrumentalnych rozwiązań, gdzie melodie i solówki przede wszystkim zostają w głowie. Najważniejsze to jednak, że Reliance chwyta za serce i duszę kołysze. Daje ukojenie poprzez poruszenie miłe wewnętrzne, a wyróżnione na dzisiaj w mojej opinii Huntress i zamykający album cudowny Vellichor, mogę wciągać kilka razy z rzędu - póki co i to bez pretensji do siebie ochoczo czynię. Tak sobie myślę teraz, w dniu całkiem w sumie wyjątkowym i nastroju raczej nostalgicznym, że być może nowy Soen niczym pod względem też jakości emocjonalnej efektywności nie wyróżnia się od tego wydanego dwa, czy cztery lata temu krążka. Trafił tylko u mnie w odpowiednią, podsycaną licznymi refleksjami - rozczarowaniami i nadziejami porę.

środa, 21 stycznia 2026

Keeper / Bezpieczne miejsce (2025) - Osgood Perkins

 

Nic zasadniczo prawie nie zrozumiałem, a fajnie się bawiłem. Niewiarygodnie powykręcany, kompletnie niezrozumiały, a fajny. W moim przeświadczeniu dużo mocniej na mnie oddziałujący, niż tak głośno promowana ostatnio „osgoodowa” Małpa, z gigantycznym przymrużeniem oczu traktująca gatunkowe schematy horroru, zatem niepoważna i przez to tandeciarska, gdy poczucie humoru krwisto czerwone z moim dużo silniej z inteligentną ironią i niedosłownością powiązane. W dodatku jak pamiętam aktorsko, przede wszystkim z Panem Theo Jamesem poprzednio nie do końca grało, a tym razem totalny scenariusz schodzi na plan drugi, gdy na scenę wkraczają kapitalne aktorskie kreacje, dzięki którym taka uroczo charakterrrna Tatiana Maslany (swoja drogą w Małpie też okejka), tutaj wchodzi na poziom zapamiętania i jej kariery dość rozwiniętej dalej uważnego śledzenia. Czasem tak się zdarza, że twarz aktorska wielokrotnie jak się okazuje widziana (pierwsza z brzegu Niszczycielka i pierwszy z brzegu Niezwyciężony i jeszcze Złota Dama), choć poniekąd juz wówczas dostrzeżona, to dopiero teraz wbita w pamięć na amen. Kupuję to nowe „osgoodowe” przez ten techniczny pryzmat, ale też nie ma mowy bym podkreślenia unikał, że atmosfera jest tu rewelacyjnie ogarnięta, a zdjęcia wpływające na ową niebagatelnie same z siebie zrobiłyby robotę, bez konieczności stosowania tradycyjnych dźwiękowych chwytów niepokój graniczący z lekkim popuszczaniem zwieracza. Zwyczajnie nowy Perkins, to świetna estetycznie robota, bo i Pani zagadkowa, z dużymi oczami i długimi kończynami sama z siebie dość przerażająca, a te z finału stwory bardzo bardzo intrygujące. Ponadto (jakby scenariusz nie był forsowny i poprzeginany enigmatycznymi wątkami i zaskoczkami), to klamra przezajebista owe rozmycia wynagradza i pozostawia nie tylko z kolejnymi pytaniami, ale i przekornie daje pewne (w co nie wierzyłem niemal do końca) odpowiedzi. Niby dziwna hybryda, trochę art house’u i dużo nowocześnie pojmowanego horroru oraz ta folkowa gleba, na której to co dizajnerskie wyrasta i w tej sytuacji prądzi. I to jest Oooou Keeej!

wtorek, 20 stycznia 2026

Sorda / Dźwięki miłości (2025) - Eva Libertad

 

Depresja z frustracją, w dojrzałym, pogodzonym, oswojonym dzięki empatii, niekrzykliwym wydaniu. Eksperyment na widzu rozwijający się z wolna i tego widza nie tylko ubogacająco-uwrażliwiający, lecz przede wszystkim elementarnie do-edukujący. Nie zależy mu jednak by dotrzeć do wszystkich - jedynie do tej grupy, która w zwykłym życiu zauważy subtelne niuansy i się z nich dla swojego i otoczenia najbliższego wiele istotnego nauczy. Ascetyczny, ogołocony ze wszystkiego typowo filmowo zbędnego, więc po prostu przyziemnie prawdziwy, może lekko nazbyt prozaiczny. Wygrywa jednak poziomem realistycznych emocji, aktorskim autentyzmem w najbardziej możliwie naturalnym tonie. „Kamera skupia się na emocjach, napięciach i drobnych pęknięciach w codzienności, pokazując, jak różne sposoby doświadczania świata wpływają na bliskość. To subtelna, empatyczna opowieść o miłości, która wymaga uważności, cierpliwości i gotowości do spotkania się w różnicy.” Bowiem to momenty graniczne i skrajności targające duszą - cisza i jazgot. Niemożliwe stające się osiągalne, gdy za rękę kiedy potrzeba partner potrzyma i gdy to konieczne prawdę, nawet bolesną z serca wyrwie. Prawdziwe w sali kinowej subtelne emocjonalnie i optymistyczne wyciszenie oraz ciepłe przepracowanie obaw, lęków związanych z trudnymi wyzwaniami, po jej opuszczeniu.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Dreams (2025) - Michel Franco

 

Moje zdanie będzie radykalnie jednoznaczne i bezwzględnie subiektywnie, przynajmniej w moim mniemaniu niepodważalne, a sprowadzi się do twardego przekonania, że spośród tego co do tej pory widziałem i zawsze uznawałem za najwyższej jakości kino, a było sygnowane nazwiskiem Michela Franco, to Dreams po odbytym seansie urosło z miejsca tej stawki liderem. Uważam tak, gdyż na ekranie samo gęste i sterylne zarazem - konsekwentne na granicy przesady, wręcz niemożliwie skupione narracyjnie, skompresowane ogólnie i w każdym aspekcie technicznej sztuki filmowej (jaka centralizując się na dizajnerskim detalu formalnym, nie traci nic na wartości czysto artystycznej), docierając do poziomu nieoczywistego demaskatorskiego majstersztyku merytorycznego. Kamera stabilnie stateczna i precyzyjna ale i ciekawa bardzo niuansów. Plany szerokie, kapitalnie wykadrowane, a aktorstwo znakomicie interpretujące intencje reżysera (zawodowa Jessica zimna i magnetyczna, debiutujący Isaac autentyczny i ekspresyjny - odkrycie), jak i fenomenalnie wtopione w scenografię - zero wizualnej nudy, wszystko pod względem zamierzonej formuły artystycznej i technicznie (podkreślam) w punkt. Realizacja cierpliwa i skrupulatna, scenariusz bez zbędnych, rozpraszających marginesów, jednocześnie przenikliwy i konteksty szerokie społeczno-polityczne bez problemu do głównego wątku wplatający. Gigantyczna tutaj, aczkolwiek nieofensywna analityczna wartość tego co między wierszami, bo dialogi do minimum ograniczone, przekaz dla osób rozumiejących społeczno-polityczne uwarunkowania natomiast rozbudowany, a także co szczerze w kinie kocham, do maksimum grają tu gesty, mimika i atmosfera niepokojącego pulsu podskórnego. Świetne, choreograficznie dopieszczone i wystylizowane sceny seksu i kontrowersyjnie doprowadzone do sztuki sceny przemocy, wyglądające niczym quasi balet. Perwersyjne nie tylko werbalnie, nietypowe love story, inaczej rzecz wyjątkowa o relacji damsko-męskiej, od umownie uznając fascynacji do nienawistnej vendety, przez żarliwą namiętność, zwierzęcą żądzę, zaborczą zazdrość, przywłaszczenie w atmosferze kontrastowych nierówności społecznych do poziomu egoistycznego posiadania. W kolejnych krokach fascynująca na kilku poziomach interpretacyjnych, do finałowego wstrząsającego anty happy endu, prawdziwa kinowa uczta.

środa, 14 stycznia 2026

Went Up the Hill / Opętani (2024) - Samuel Van Grinsven



Dla Vicky, będącej teraz na fali sprawdziłem i zamiast dociekać w sumie i dogrzebywać się w historii zaproponowanej ukrytego, to ja zastanawiałem się przez pryzmat roli ostatnio u Jarmuscha - jaka Vicky jest aktorsko fajniejsza. Ta skupiona i smutna, jaka to poza zapewniła jej obecną rozpoznawalność i popularność wśród ambitnych reżyserów, czy Vicky wyluzowana, nonszalancka wręcz, a przede wszystkim z wypiekami uśmiechu (bo oczy to jej się zawsze jednocześnie śmieją i smucą) na twarzy? Odpowiedzi rzecz jasna radykalnej sobie nie wypracowałem, bowiem posiada ona fizyczne jak i mentalne predyspozycje aby grać role dramatycznie klasyczne, ale jestem po występie u Jarmuscha także bardzo pozytywnie zaskoczony jej bardziej bezpretensjonalnym urokiem. Szkoda jednak, że w jej filmografii zostanie takie coś jak Went Up the Hill, bo wyrazista sztuczność tej produkcji chwały nie przynosi, a i rola Vicky przez szablonowość jej walorów aktorskich przez reżysera spostrzeganie, po prostu tak typowa, że aż mdła i nawet irytująca. Taki klimatyczny że aż śmiertelnie niemal nudny arthouse’owy quasi horrorek przemęczyłem, bez konsekwencji emocjonalnych, mimo iż jest w tym siłowym scenariuszu tajemnica i potencjalna atmosfera - jest adekwatnie do charakteru skrupulatnie i konsekwentnie budowana aura niepokoju. Lecz jednowymiarowość ciągnącej się niemiłosiernie narracji plus plastikowa obsada, potrafi przymykać oczy, miast skutecznie wyostrzać zmysły. Poruszająca to w założeniu była historia, która mnie kompletnie nie zaangażowała. Wyszeptywana do skutecznego totalnego zamęczenia.

wtorek, 13 stycznia 2026

Ghostlight / Światełko w tunelu (2024) - Kelly O'Sullivan, Alex Thompson

 

Oglądasz M. filmów całą masę i czekasz oczywiście na te wszystkie wielkie zapowiedzi z możnych wytwórni i te mniejsze, ale często mocniejsze, o wartość emocjonalną dodaną głębiej oddziałujące produkcje z logiem bardziej niszowym (dla kumatych przede wszystkim znanych) i czasem nie czekasz, tylko ktoś poleci tytuł zupełnie niezapowiedzianie interesujący i się w nim jako istota czująca zapadasz, tudzież jak w sytuacji Ghostlight niemal taki totalny uczuciowy przyjemny zjazd zaliczasz. Gapisz się jak zahipnotyzowany na zwyczajną, aczkolwiek względnie skomplikowaną historię, z której kurtyna zdejmowana jest bardzo powoli, w sposób przemyślany, by efekt był naturalny ale i przejmujący. Psychologicznie wielowarstwowy i prawdziwy to był seans - bez banalnych wniosków, choć nic w nich szczególnego. One nie są przecież odkrywcze, lecz jedynie dla kogoś kto dysponuje rozwiniętą inteligencją emocjonalną, umożliwiającą spostrzeganie szerzej, więcej. Świadomy, złożony, głęboki i przejmujący obraz o traumie przepracowywanej, traumę oswajający, kreślony środkami prostymi, ale z doskonałym wyczuciem tak narracji, jak autentyczności. O otwieraniu człowieka starej szkoły emocjonalnej wstrzemięźliwości - wyłuskiwaniu konsekwentnym i troskliwym w środku magazynowanych trudnych uczuć. Tychże uczuć się delikwenta wstydzącego i zalęknionego zrzuceniem pozornie grubej skóry, więc wewnętrznie buzującego, wściekłego, niczym odbezpieczony granat niebezpiecznego dla siebie i wszystkich w zasięgu pola rażenia. Ten proces wrażliwości wyciskania i delikatnej tkanki głaskania może przecież osłabić jego MĘSKĄ szczególnie ODPORNOŚĆ - jak się potocznie i kulturowo przyjęło wszczepioną płciowo SIŁĘ, jakimś wymyślnym, subtelnym podstępem. W obsadzie samo aktorskie złoto, a obsada specyficzna (proszę sobie wyczaić powiązania rodzinne), w dużym stopniu bez doświadczenia lub pojedynczo z rozpoznaniem pracy przed kamerą większym, a efekt znakomity. Fajnie że ktoś był uważny i wychwycił, a jeszcze fajniej że ktoś wychwycił że ktoś wychwycił i dał mi też szansę bym sobie sczaił. :)

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Chien 51 / Pies 51 (2025) - Cédric Jimenez

 

Kolejne premiery śledzę sobie konsekwentnie, jakie są sygnowane reżyserskim podpisem Cédrica Jimeneza i nie bywałem do tej pory zawiedziony, więc jeśli nawet jego filmy nie zmieniają mojej perspektywy na kino, to zawsze dostarczają rzetelny efekt, podparty szacunkiem dla klasycznych dzieł gatunkowych. Choć celuje zasadniczo w sensacyjne oblicze filmowe, to nie trzyma się marsylczyk żadnej stylistyki kurczowo i każda jego praca sprawdza, jak się w praktyce w czymś gatunkowo nowym on odnajduje. Tym razem jego nowy film wyraźnie nawiązuje do dwóch głośnych produkcji, w tym jednej wręcz kultowej, mimo iż brak dosłowności w jej skojarzeniu, bo Pies 51 to nie jest nowy stary, czy nowszy nowy Blade Runner, ani też jeden do jednego spielbergowy Raport mniejszości. Można w jego fajnie realistycznej (te pojazdy, te drony) i na czasie nawiązującej do totalnie i błyskawicznie zmieniającej dzisiejsze realia problematyki AI dostrzec korelacje z wymienionymi, lecz też gdy pozwoliłem się wciągnąć w wir akcji i historii oraz przez wzgląd na kwestię języka, poczuć skojarzenia z nagrodzonym niedawno animowanym, fajnie wizualnie cytującym młodzieńcze scie-fi sentymenty francuskojęzycznym Mars Expressem - to było tak przyjemnie nostalgicznie, jak i bardzo stylowo. Stąd jestem na tak, pomimo iż takie kino nie jest niczym zaskakująco nowym, lecz i takie kino ostatnimi czasy niezbyt rzadko na dużych ekranach gości, a jeśli pojawia się w jakości która zachęca do komplementowania dobrego aktorstwa, nie aż zbytnio banalnie napisanych postaci, scenariusza całkiem zgrabnie skonstruowanego oraz robi wrażenie techniczne znakomite świetnymi sekwencjami pościgów (auta, droniska), widokiem miasta świateł ledów i gigantycznych ekranów, czy fundamentalnie koncepcją wizualnie spójną z fabułą, to ja się bawię w kinie przednio i uważam, że warto na plus fakt, że go grają wyróżnić.

niedziela, 11 stycznia 2026

Father Mother Sister Brother (2025) - Jim Jarmusch

 

Dżarmuszowe zaproszenie do pozbawionego emocjonalnego ognia toastu wodą z lodem lub herbatką, ale przecież nie będziemy wznosić czymś wysokoprocentowym, gdy w sumie nie ma czego świętować, ani za co na przyszłość wypić, bowiem w relacjach rodzinnych, przynajmniej tych z wątków z tatusiem i mamusią, to z prawdziwą bliskością słabo, gdy się w międzyczasie na życzenie świadome lub mniej, w temacie zażyłości i wzajemnej potrzeby obecności rozjechało, urządzając sobie prywatne życie na własnych, wygodnych dla siebie zasadach. Nie ma w zasadzie o czym w konstelacji Waits, Bialik, Driver i za chwilę Rampling, Blanchett, Krieps rozmawiać, więc w różny od strony okoliczności miejsca i charakteru gospodarza sposób, ale jednak w obu przypadkach kurtuazyjnie ciszę się wypełniać próbuje. Patrzy się na te jałowo gawędziarskie scenki sztucznej, bądź co najwyżej nieudolnej serdeczności z uśmiechem politowania i intensywnie pobrzmiewającym echem jakiegoś uniwersalnego przeniesienia i ogólnego poczucia, skąd to znasz człowieku? To jest w tym momencie siła dżarmuszowej sugestii, że w groteskowo inscenizowanej na potrzeby filmowej opowieści prawdzie prozy życia, nie ma ni grama fałszu, a wydźwięk jest tak samo jednocześnie tłusto satyryczny, co w najbardziej surowej, naturalnej formie troskliwie dosadny oraz bardzo, bardzo uniwersalny. Bowiem Dżim korzysta z własnej obserwacyjnej spostrzegawczości i poczucia humoru ironicznego, więc i potrafi na poważne sytuacje zerknąć z puszczeniem oczka bez spiny, jak i myślę naprawdę jest mu przykro (choć przecież nie ma pomysłu jak to zmienić - bo tak po prostu jest), że więzy pomiędzy najbliższymi tak często z czasem naturalnie się rozluźniają, iż zamiast ponawijać z serca, nawija się z jak z kompletnie obcymi, przypadkowymi osobami spotkanymi w wirze codziennych czynności. Do tego wdzięcznie analitycznego materiału (jak zdążył przyzwyczaić), wplata jakieś pomosty, wątki wiążące (skejci, rolexy, motyw kolorystycznego zgrania) i zwraca się z sugerującym aktywność szarych komórek apelem, aby sobie pogłówkować o co mu chodziło, a być może to tylko taka akcja szybka, intuicyjna skojarzeniowa auto sabotująca powagę podniesionego tematu. Dzięki tym zagraniom nie jest może mdło, a w przypadku mało eksplozyjnego, klinicznego w zasadzie teatrzyku było takie zagrożenie. Patrzył człowiek na te scenki i niby rozumiał intencje oraz bawił się autoironicznie nieźle, ale gdzieś czuł, że to chyba za mało na wielkie kino i wtedy strzela Dżim nowelką z siostrą i bratem i raz obsada najmniej rozpoznawalna robi najlepszą (mimo że gwiazdy też porządnie teatralnie wypadają) aktorską robotę, dwa trafia przekaz naprawdę mocno do serca i trzy wreszcie rozumie człowiek do czego legenda niezależnego kina, artystycznie i psychologicznie popkulturowo-dizajnerskiego w całościowej całości pije. Ale wtedy już napisy końcowe się pojawiają, bo to klamra przecież była.

P.S. Za motoryzacyjny prztyczek w nosek japońskiej technologii, punkcik dodatkowy. :) 

sobota, 10 stycznia 2026

Steve (2025) - Tim Mielants

 

Cillian Murphy celuje ostatnio po gigantycznie wypromowanym blockbusterze Nolana w produkcje raczej z mniejszym rozmachem i po doskonałej roli w Drobiazgi takie jak te, w kolejnej wybitnie skromnej u fundamentu, a warsztatowo kapitalnej kreacji znowu widzę go u Tima Mielantsa. Środowisko poprawcze w brytyjskiej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych pracowity reżyser, świetny obserwator i empatyczny człowiek zdaje się, ogarnia. Ekipę nieźle porytych nastoletnich wirażków i pracujących z tymi odbezpieczonymi granatami herosów (swoją drogą słabo opłacanych, z nikłym zawodowym poważaniem - tak jak w naszym grajdołku), specjalistów od radzenia sobie z demoralizacją zaburzonych, najczęściej miejscem pochodzenia skrzywdzonych wcześniej, dorastających (wrząc i wybuchając) smarkaczy. W szkole z poprawczakiem akcja się dzieje, przez pryzmat i po części z punktu widzenia materiału kręconego przez ekipę telewizyjną, w związku z kontrowersyjnymi kosztami resocjalizacji i realną groźbą ośrodka zamknięcia - z oczywiście względów ekonomicznych. Szybki montaż, duża dynamika i nerwowa praca żywej kamery plus jedna specyficzna, efekciarska sekwencja operatorska. Ponadto dobrze to jest zagrane i mam myślę uzasadnione poniekąd zawodowym doświadczeniem przekonanie, że bardzo autentyczne. Jak ktoś czuje jak i chce pomóc takim typom, to SZACUN gigantyczny dla niego, bowiem trzeba nam pedagogicznych bohaterów, jacy nie noszą peleryn, a czynią cuda, pracując zarazem ostrożnie i radykalnie z wyjątkowo skomplikowanym materiałem. Nie ma takich idealistycznych z pozoru, a mocno stąpających po ziemi w realu "szaleńców" wielu. 

piątek, 9 stycznia 2026

Nuremberg / Norymberga (2025) - James Vanderbilt

 


Znając jedyna reżyserską wprawkę Jamesa Vanderbilta (Truth z 2015) i wiedząc, że wypadła naprawdę więcej niż porządnie, powinienem spodziewać się z góry kina względnie wysokiej klasy w sensie scenariusza i zarazem jego zaadaptowania oraz wysokich wymagań jakie zostały narzucone obsadzie. Jednocześnie gdy dotarły do mnie wieści, iż Russell Crowe wciela się tutaj w postać "czarującego" Hermanna Göringa oraz obawiając się, że temat nazistowski potraktowany perspektywą amerykańską, wróży kino bardziej megalomańsko-narcystycznie hollywoodzkie niż wiarygodne, to miałem spore obawy. W sumie Norymberga w interpretacji Vanderbilta okazała się zasadniczo właśnie typowo hollywoodzka, lecz korzystając ze wszystkich cech wysokobudżetowego kina, dlatego i zasilona w potencjał finansowy mógł pion producencko-decyzyjny postawić na najlepszych fachowców, nierzadko może rzemieślników, ale przykładających się do swojej pracy z rzetelnym zacięciem. Zatem jest konkretnie dobrze, poczynając od kwestii technicznych po samą robotę reżyserską, przez aktorsko kapitalnie rozegraną partię, gdzie AKTORZY wybitnie w inscenizacyjnym rygorze się sprawdzili, a właściwie to centralny Crowe (Malek w głębokim jego cieniu), w moim odczuciu wspinający się gracją mimo nadwagi na takie wyżyny, że wręcz miałem ochotę jego przepraszać, tłumacząc się jak bardzo muszę być głupi, że w niego nie wierzyłem. Tu się przez gigantyczne „gie” gra i gra przez gigantyczne „ef” fenomenalnie, ale niewiele w tej grze jednak prawdy życiowej. To teatr, znakomity ale szlachetnie imitacyjny spektakl, w którym jest dużo fragmentów wielkiego bo rzetelnego niezwykle teatru w kinie - najbardziej rozmowa w celi czy rozgrzewające i przygnębiające sceny finałowe. Jest też pewien szczegół, rodzaj klamry odnoszącej się do prawdy historycznej, ale i współcześnie globalnej, więc i naszej rzeczywistości, że po trupach do celu - jeśli posiada się najgorsze ambicjonalnie cechy osobowościowe. Morał jest to rzecz jasna banalny w swej psychologicznie spójnej istocie, ale dzisiaj mnóstwo łbów na tą oczywistość impregnowanych i mnóstwo łbów z chorej zawiści czy ambicji pozbawionych refleksji, więc trzeba na wszelkie sposoby, korzystając z każdej sposobności przypominać jak się kończy dopuszczanie do władzy plujących jadem zwykłych nikczemników, tudzież nieudolnych bez wsparcia hołoty mentalnych zer, którym stanowiska, pozycja i związane z nimi możliwości totalnie i błyskawicznie priorytety przestawiają. Podawajcie w przyklęku ludzie dalej na tacy takim indywiduom narzędzia rewolucyjne, to popatrzycie sobie jeszcze zanim zdechniecie jak wasz świat k**** płonie. Niech was lepiej zawczasu ch*** strzeli, jeśli się macie nie opamiętać zanim. 

czwartek, 8 stycznia 2026

Vermiglio / Droga do Vermiglio (2024) - Maura Delpero

 

Przepiękny, niemal dosłownie obraz filmowy, wzruszająco-refleksyjnie kontemplacyjny. Subtelnie zrealizowana, pełna smutku emocjonalna podróż, której tematem są osobne i zarazem wspólne siostrzane losy, podejmowane kobiece wybory i ich konsekwencje, na które wielokrotnie nie było wpływu bezpośredniego, gdy życie toczyło się w kulturze z gruntu i tradycji patriarchalnej, w małej trydenckiej wiosce, pod koniec II wojny światowej - kluczowa figura ojca, wiejskiego nauczyciela. Fabuła złożona, lecz sposób jej prezentacji niezwykle stonowany stąd jasny, przejrzysty, a uczucia, namiętności, mimo iż ogniste, schłodzone lub skryte głęboko przed bezpośrednim spojrzeniem widza. Dla pełnej empatii trzeba je widzieć i poczuć, sięgać głęboko w dusze postaci, a nie jest to pomimo formuły bardzo głębokiej, z wysuniętym na pierwszy plan charakterem dopracowanej autentycznie detalicznie i estetycznie rustykalnej scenografii trudne, bowiem ilustracyjny ton uwagę przyciąga i wciąga, lecz też tworzy znakomicie warunki do skupienia i chłonięcia, wręcz pozbawionego kompletnie jakiejkolwiek, najmniejszej krzykliwości scenariusza. To fakt, iż praca reżyserska Maury Delpero koncentruje się pozornie, zwodniczo na uwypukleniu działań doskonałego operatora, zaaranżowaniu jak najbardziej naturalnie tła przyrodniczego (pejzaże urzekające), każdego elementu wystroju wnętrz czy architektury specyfiki i ich zagospodarowaniu tak malarskim okiem, jak i historycznie i kulturoznawczo wręcz akademicką myślę wiedzą (przedmioty, stroje, barwy, ich spójność z zachowaniami i reakcjami), ale nie tracąc absolutnie z oczu samej historii - jaka odtwarza edukacyjnie i duchowo wartościowo tak historyczne tło ze swoimi zawiłościami oraz traumatycznym wpływem, jak psychologicznie posiada gigantyczną siłę oddziaływania, poprzez związanie przeżyć bohaterek z sercem widza. 

środa, 7 stycznia 2026

Song Sung Blue (2025) - Craig Brewer


Bez poczucia czasu bezpowrotnie straconego, przy okazji dnia świątecznego w kinie było. Podczas sympatycznego seansu Song Sung Blue, czyli typowo w hollywoodzkiej manierze wyprodukowanego bio-picowego feel good movie, na podstawie zapewne podkoloryzowanych, ale jednak rzeczywistych wydarzeń, w których centrum stał duet coverujący lokalnie swego czasu przeboje Neila Diamonda, a o którym jak dopisek na koniec projekcji informował głośniej w szerszej amerykańskiej i być może europejskiej (tego nie wiem) przestrzeni się zrobiło, po premierze dokumentu z 2008-ego roku - jaki to (należy zaznaczyć) stanowi tutaj punkt wyjścia i podstawowy fundament dla fabularnej wersji Craiga Brewera. Filmu sympatycznego, ale i smutnego pomimo pozytywnego przesłania, bowiem w nim dramatyczne wydarzenia co raz to niszczą wypracowany spokój i żywo pulsującą nadzieję na późne zrealizowanie uciekających marzeń - „jeśli żyjemy wystarczająco długo, to obserwujemy jak umierają nasze marzenia.”. Stąd obserwowałem wygładzoną zapewne interpretację opowieści o odnalezieniu życiowej miłości i determinacji w pokonywaniu niezwykle poważnych przeszkód aby poczuć się szczęśliwym, bo spełnionym. Familijnie raczej targetowaną o losie który ułatwia ale i mocno krzyżuje marzycielskie wielkie plany i zwykłą beztroskę codzienności komplikuje. Hudson i Jackman grają fajnie - aktorsko sprawnie wokalnie dają sobie radę z milutkimi evergreenami Neila, a obok nich jeszcze większe wrażenie w moim przekonaniu robi młode pokolenie w osobach Elli Anderson i King Princess. Poza tym zaskoczył mnie tutaj kompletnie mi nieznany epizod Claire i Mike’a z supportem swego czasu dla zupełnie z innej bajki przecież grających Pearl Jam i samo stojące u podłoża takiego chwilowego mezaliansu zainteresowanie fenomenem tegoż cover duetu ze strony Eddiego Veddera. Nie zaskoczył za to sposób sprzedania historii, gdyż raczej trailer wyraźnie zapowiadał "poruszająco ciepłą historię o wzlotach ale i upadkach i przede wszystkim o walce z samym sobą". 

P.S. Obowiązkowo teraz, póki wrażenie jeszcze gorące, wspomniany dokument mam do nadrobienia. Sam sobie go polecam i już gapię się na znaleziony na YT materiał, nie mogąc uwierzyć i natychmiast donosząc nim minął czas pomiędzy spisaniem niniejszych wrażeń, a ich publikacją, że te postaci realnie nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. On z tymi szczwanymi oczkami zupełnie nie pasował do wrażliwca kreowanego przez Hugh i mocno zaprzeczał sposobem nawijki tak pokorze, jak i deklarowanej dwudziestoletniej abstynencji, a ona kompletnie nie przypominała atrakcyjnej fizycznie blondynki w typie Hudson. Zresztą mam teraz pewność, iż fizyczne podobieństwa nie były dla odpowiedzialnego za casting speca priorytetowe, bo gdyby były, to sporo na poziomie estetyki pomiędzy postaciami, a formą wizualną by się gryzło, a gryźć się nie powinno w kolorowej hollywoodzkiej wersji dla maksymalnie szerokiej publiczności. Fakt w post scriptum podniesiony, we mnie niestety powoduje rodzaj niesmaku, lecz miast się trząść nad jego powodami, spuentuję sytuację krótko - w tej historii był ciekawy potencjał, lecz nie na kierunek w którym poszedł reżyser.

wtorek, 6 stycznia 2026

Amorphis - Borderland (2025)

 

Kiedy w okolicy roku bodaj 2005 Amorphis (po perturbacjach z Pasi Koskinenem) zasilał na pozycji frontmana Tomi Joutsen, a wydany w około rok później Eclipse pokazywał jakim wokalnym potencjałem idealnym dla Finów nowy wokalista dysponował, byłem pełen nadziei na dalszy rozwój amorphisowej stylistyki - mimo, iż Eclipse raczej cofał ich nutę, niż przenosił mocno ku ewolucyjnym przemianom. Posiadał jednak ów krążek siłę przekonywania tak intensywną, że pomimo pobrzmiewających sygnałów o przyszłościowej stagnacji, łba sobie wówczas jeszcze nie nabijałem pesymistycznymi przekonaniami. Cieszyłem się jak smarkacz, iż nowe otwarcie jest tak żywiołowe i tak melodyjnie obfite i dopiero kolejne płyty włączyły na dobre przekonanie, że Amorphis z Joutsenem, to absolutnie nie będzie wchodził na tereny nieodkryte, tylko zaszyje się w swojej niszy, gdzie chyba oddana fan baza na tyle duża, że wystarczy ich dokarmiać, by trwać - nagrywać i koncertować. Dzisiaj po dwóch dekadach po przekształceniach i po wydaniu na świat kolejnego studyjnego wydawnictwa wszystko co w ostatnim zdaniu napisałem jest jak najbardziej aktualne i jedyne co więcej na temat Borderland mogę dodać, to powtórnie podkreślić przekonanie, iż pośród numerów wciąż od nowa nagrywanych, które do bólu są przecież takie same, nie ma nic kompletnie co... no właśnie - co by dawało sygnał o jakiejkolwiek, najbardziej minimalnej tendencji rozwojowej. Lecz (uwaga uwaga ;)) jakoby bieżące nie różniło się od przeszłego, to moc chwytliwości każdego indeksu z Borderland jest tak potężna, że na kilka (może pięć - palce jednej łapki) wystarczy śmiało. Krążek to bowiem z oczekiwanym niskim poziomem wejścia i zapewne niskim terminem przydatności, więc trzymający się kurczowo przepisu jaki okazało się, iż dał ekipie z Helsinek satysfakcjonujący ich sukces oraz zwolennikom nuty potężnie emocjonalnej i potężnie epickiej oraz równie potężnie riffem i klawiszem dobitej, jak rzecz jasna wyryczanej zajebiście gardłowo powód do posiadania w kolekcji - bez względu że Borderland w sumie mają już na półce z innymi tytułami i innymi obrazkami na okładce. 

P.S. Mogę psioczyć, ale złorzeczyć Amorphis nie ma mowy że będę, kiedy sam się tęgo wzruszam przy na przykład Despair - jaki sam jeden zapętlam właśnie już więcej niż piąty raz z rzędu. 

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Green Carnation - A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia (2025)

 

Noworocznego uzupełniania ciąg dalszy, bowiem okazuje się iż się zaczęło wylewać, gdy ostatni album In the Woods... wziąłem w obroty i okazało się, że ziomkowie z Green Carnation także w minionym coś wyrzeźbili i wydali. Nie ma jednak tak dobrze, że po bardzo udanej Otrze przyszło mi się zachwycić równie okazałym (subiektywnie) jakościowo A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia. Nie napiszę (nie to to nie) bardzo o premierowym Green Carnation źle - nie o to w moim problemie z nim chodzi, że to materiał słaby, ale o to, iż kompletnie do mnie nie przemówił. Zaskoczka solidna kiedy wziąwszy pod uwagę fakt niepodważalny, iż tak klasyczne albumy Norwegów, jak i specyficzny, bo poniekąd odgrzewany ostatni materiał wpadały mi w ucho, a do tych z początków lat dwutysięcznych to jestem wprost przywiązany sentymentalnie i odsłuchowo, bo co jakiś czas potrzebuje ich odświeżenia i jest to chwila naprawdę przemiła. A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia niby posiada wszystkie cechy właściwego stylu grupy - jest przede wszystkim w całej rozciągłości i głębi emocjonalnie, solówki są powłóczyście soczyste, refreny się potrafią przykleić do ucha, bowiem melodie mają w sobie przyjazną czystość i wrażliwość, czy riffy niosą konkretne uderzenie metalowo-rockowe, a z całości w formule progresywnej nie wieje teoretycznie nudą, bo pomysłów na czasem ostre (doczytuję, iż gościnny udział typa z Enslaved), czasem (raczej zwłaszcza) nieostre zakręty aranżacyjnie nie brakuje. Kłopot tylko w tym, że jak teoretycznie jest w porządku, to praktyka swoje i ja po odsłuchach wciąż jestem zmęczony, więc brakuje mi ochoty oraz elementarnie powodu do zachwytu, bądź co najmniej uznania, że wyszło w moim odczuciu tak fajnie, jak fajnie by się wydawało z pozoru iż wyszło. Paleta środków w teorii i zasób umiejętności są szerokie, a jednak nie jestem w stanie w tym momencie do efektu finalnego przekonać się tak w stu procentach jakbym sobie życzył, zatem pozostaje okazanie wstrzemięźliwości pokornej, bądź stwierdzenie subiektywne na maksa, iż Green Carnation tym razem nie wyszło. Radykałem w żadnym aspekcie oceny realiów się nie czuję, stąd zakończę wywód może nieco niestabilny określeniem bezpiecznym, iż nagrali to co zamierzali, a konsekwencje odbioru mogą być jak widać różne. Raz niemal euforyczne (sporo dobrego o powrocie na dobre Green Carnation się pisze), raz bez względu na sympatię dość chłodne - tak to o moim stosunku. Dziękuję za uwagę!

niedziela, 4 stycznia 2026

In The Woods... - Otra (2025)

 

Na początek uwaga fundamentalna, choć uwaga niekoniecznie decydująca! In the Woods... po swoim powrocie właśnie zdążył nagrać już więcej długograjów, niż zdołał zanim ze sceny zniknął, gdy może daleko mu było do gwiazdy pierwszego formatu, ale pod względem ambicji bycia doskonałym projektem ekstrawaganckiego metalu progresywnego, wiązał udanie chęci z rzeczywistością. Te trzy przed Otra współczesne albumy miały swoje momenty, ale też można było się ich czepić, wymieniając niedoskonałości na równi, obok walorów, tchem jednym długim - czego nie omieszkałem poczynić. Dlatego do Otra podchodziłem długo, nie tylko przez fakt że materiał wyszedł akurat w czasie mojej zintensyfikowanej działalności prywatnej/osobistej na zgoła innym niż fascynacje muzyczne polu. Chcę przez to powiedzieć, że nie chodzi o to że obwąchiwałem się z Otra, ale iż nie samym eskapizmem kulturalnym człowiek żyje, a szczególnie nie może sobie odlatywać poza rzeczywistość, gdy przyziemne sprawy wymagają koncentracji umysłowej i działań praktycznych. Stąd sporo w ubiegłym roku fajnych, tych z kategorii nie takich oczywistych i o formacie wydarzenia towarzyskiego akcji muzycznych mogłem pominąć, tak jak totalnie się biograficznie zaniedbałem - nie czytając niemal nic prócz tego czego musiałem aby ogarnąć tematy życiowe. :) Fartownie (a może to nie kwestia zbiegów okoliczności :)) mam nadzieję nadchodzi czas względnego zwolnienia i tak jak mam zamiar oddać się lekturom czy sportowym "baJkowym" uniesieniom or konsumowaniu wewnętrznego poczucia szczęścia (czytaj harmonii), tak muzycznie też będę grzebał i docierał w miejsca zainspirowane sentymentem, tudzież najzwyczajniejszą ciekawością. Tam gdzie akurat Otra mieszka zaprowadziła mnie jak wspominam na dosłownym szczycie tekstu (u góry he he) nostalgia i jakaś podświadomie podskórna wiara w tą powiązaną personalnie z chyba jeszcze bardziej przeze mnie lubianym Green Carnation norweską ekipę. Otra okazuje się tym czego oczekiwałem od In the Woods..., ale też tym co mnie się bezpretensjonalnie bardzo podoba, mimo iż absolutnie nie ma w tej nucie nic identyfikującego grupę z czymś muzycznie indywidualnym i oryginalnym. Słucham bowiem numerów bardzo bliskich stylistycznie właśnie Green Carnation, ale też wspomniane stylizacje kojarzą się z przekrojem pomiędzy chwytliwym Amorphis (A Misrepresentation Of I), a ulverowską urodą melodii. Czuć w tej nucie zarazem pierwiastek przebojowy, którego kurs to przykładowo taki banger jak Humanity z Diversum, jak nie stroni ona od quasi blackowych wrzasków i chwilowych przyspieszeń w klimacie tego bardziej przaśnego, ale nie żenującego totalnie blacku. Innymi słowy żonglowanie raczej skrajnościami, ale w przyjemny sposób, że nie wyraża się pretensji o toporne ich aranżowanie. Urzekające melodie miło i spójnie współistnieją z agresywniejszymi fragmentami, więc nuta płynie, kołyszę i nawet gdy silniej się wzburzy, to nie ma obaw aby wytrąciła ze zbudowanej nastrojowo strefy komfortu. Nie wiem jednak na ile ta mieszanka jest trwale atrakcyjna dla moich uszu - czy po jeszcze kilkunastu odsłuchach nadal będę odczuwał podobną lub wręcz większą przyjemność, gdy odkryje może coś w aranżacjach zakamuflowanego (otwierający The Things You Shouldn't Know mnie tak obecnie czaruje), lub bądź co bądź okaże się, że potencjał Otry skurczy się do rozmiarów płytki jedynie okej. Póki co kontakt z Otra to miłe doświadczenie i charakter jej, to dająca wiarę w dłuższą perspektywę nadzieja. 

Drukuj