Wspaniała niedzisiejsza oprawa muzyczna Andrzeja Trzaskowskiego. Te brzmienia bardzo charakterystyczne i jednoznacznie z epoką rozchwianą pomiędzy narzuconym przywiązaniem do skostniałych schematów post socrealizmu, a wytęsknionym duchem europejskim się kojarzące oraz szeptany cudownie nostalgiczny temat przewodni. No i Cybulski i wiadomo, fatalne skojarzenie z wskakiwaniem do pociągu - te dwie cechy plus kultowy wjazd o słonecznym poranku na półwysep helski, jeszcze dziki, naturalny, z otwartym, pełnym widokiem na morze, pozostają w mojej świadomości i pozostawały od lat, od kiedy bardziej niż jako rozrywką kinem się zainteresowałem, na dobre też w kinematografię legendarną wkręcając. O zainteresowaniu, w kontekście płciowym, można by tak nieco humorystycznie, jak z pozoru w ogólności określić to cacuszko. On myśli że jest z nią, ale ona przed nim ucieka, więc on nie jest nią, a ona kimś innym jeszcze może być zainteresowana, ale nim innym też jeszcze jedna kobieta wydaje się być mocno zauroczona, bo ten z którym jest formalnie, nie wzbudza w niej tego czego by od mężczyzny oczekiwała. Technicznie, filmowanie wymagające w zatłoczonym pociągu. Filmowanie bardzo precyzyjne i montaż też doskonały. Film gatunkowo złożony, tak rozrywkowy, bardzo nowoczesny z kryminalnym wątkiem znienacka, jak i mocno ambitny humanistyczny (lincz nieomal, co on mówi o ludziach, o ich odreagowywaniu) thriller psychologiczny z nostalgicznym, melodramatycznym roztaczającym atmosferę niepokoju powiewem nad wszystkimi stylistycznymi składowymi. Ponadto nie trudno dostrzec nawiązań społecznych, gdzie sam pociąg i związane z zamożnością miejsca pasażerów (od wygodnych sypialek, przez zatłoczone przedziały, po koczowanie w przejściach) odzwierciedlają ówczesną hierarchię i stanowią interesujący do analizy portret społeczny. Moja częsta niechęć do uznawania prac ikonicznych sprzed wielu laty szeroko uznawanych za wspaniałe, pod wpływem takich perełek jest bezradna, bowiem Pociąg jest skonstruowany doskonale, genialnie warsztatowo wypracowany i oczywiście aktorsko posiada niezwykłego, romantycznego ducha.
sobota, 28 lutego 2026
piątek, 27 lutego 2026
Mean Streets / Ulice nędzy (1973) - Martin Scorsese
Sekwencja z napisami startowymi może robi niezłe wrażenie i udowadnia że Scorsese od samego początku miał pomysły i koncepcję wyróżniające jego styl. Niestety jeśli odrzucić nostalgię i sentymenty, to przecież słaba, mimo że jeden do jednego bliska realiom Małej Italii jest historia i intryga. Raczej niedopracowana w szczegółach, radosna, energiczna jak cholera improwizacja fabularna - dokumentowanie szarej, lecz nie monotonnej absolutnie codzienności drobnych rzezimieszków, kanciarzy z ambicjami. Czuć fragmentami tą właściwą żyłkę do klimatów gangsterskich, a scena w klubie go-go z czerwienią spadająca na postaci, to jak dobrze kojarzę wprost protoplasta dla ikonicznych restauracyjno-barowych wątków Chłopców z ferajny. Jednako całość nie trzepie, jest bardzo nierówna, czasem wręcz tylko półprofesjonalna. Trochę komiczne szarpaniny, bójki bez ikry - wprawki gatunkowe, stylistyczne po całości. Czuć że to debiut w tych klimatach, pierwsze poważniejsze kroki które nie mają startu do wszelkich już w pełni profesjonalnych dalszych działań Scorsese. Aktorstwo jednak jest dobre, nawet jeśli nieco przesadzone, przestylizowane uważam. Prócz wyrazistego, podobno debiutującego tutaj De Niro, Keitel od zaraz doskonały, drugi plan też w większości bardzo autentyczny i Nowy Jork surowo, uczciwie sportretowany, z lat swojej słabej kondycji moralnej i architektonicznej zasługuje na uwagę oraz w sumie przesłanie - jakiś brutalny morał końcowy, przestroga że pogardliwość w stosunku do niewłaściwych typów i krwawa akcja odwetowa za upokorzenie, kończy krótką karierę buńczucznego, impulsywnego idioty wirażki.
czwartek, 26 lutego 2026
The Majestic / Majestic (2001) - Frank Darabont
Darabonta (przypominam tego od ultra popularnych swego czasu i wciąż trzymających się w czubie hitów wszechczasów Skazanych na Shawshank i Złotej mili) bajeczka jakiej do tej pory obejrzeć nie zdołałem, a uczyniłem to jak widać teraz. Bajeczka, bo trudno inaczej określić fantazyjny scenariusz oraz też anturaż wizualny przepychem wyrazistych barw upstrzony. Bardzo faktycznie dopracowany, ale też pozbawiony nieco surowego autentyzmu, mimo że pozornie fragmentami przedmioty i dekoracje przybierają formę postarzałą. Ogólnie jednak atrybuty ilustracyjne są hollywoodzko nieznośnie dopieszczone i wymuskane, a nawet mam wrażenie że obróbka światłem faktur przypomina ingerencję branżowego programu komputerowego czy innego podobnego quasi ustrojstwa. Bajeczka też dlatego, iż pomysł oraz narracja taka wygładzona i nie zmienia tego też istotny udział prawdziwych mocnych akcentów, tak emocjonalnych jak i historyczno-politycznych. Nie jest to jednak zarzut tylko uwaga/spostrzeżenie, bo to taka konwencja stylistyczna i zapewne się sprawdziła, skoro widzowie ocenili ponad średnią znacznie wyżej. Rzewna i momentami dość płaska, a mimo to w tradycyjnie szlachetny sposób urocza sentymentalna podróż w kierunku klasycznego opowiadania o uniwersalnych wartościach i namiętnościach. Byli zapewne widzowie którzy beczeli, bo wrażliwość niejedno ma imię, a ta tutaj jak najbardziej w powszechny jej charakter precyzyjnie trafiająca. Ładne, ale bardzo poprawne i na koniec jeszcze z bardzo porządną porcją patosu oraz happy endem książkowym. Dałem radę znieść i nie napiszę aby trzymać się z daleka, bowiem trzeba tylko nastawić się na stylistykę poprawiającą przede wszystkim nastrój (bardzo umownie traktującą realia przez pryzmat fikcji), jak i sprawdzić zaskakująco dobrze obsadzonego Carrey'a, bo ta jego dramatyczność kreskówkowa, bardziej tutaj pasuje, od typowej dla innych specjalistów od „poważnych” aktorskich póz dramatyczności głęboko eksplorującej mroki. Tutaj trzymała z formą sztamę, będąc dramatycznością teatralnie powierzchowną, a zarazem taką wprost nastawioną na efekt westchnieniowy och i ach - bo to powtarzam rodzaj quasi baśni, a nie kino oczywiście dusznego realizmu.
środa, 25 lutego 2026
Drømmer / Sny o miłości (2024) - Dag Johan Haugerud
Technicznie standardowo schematyczny, jakby bardziej rozbudowany teatr telewizji akurat zagranicznej. Wiem że tu o treści chirurgicznej w założeniu autopsji poddawane nadrzędnie chodzi i o dyskusję wewnętrzną, monolog ze sobą i mnóstwa kontekstów w intelektualnej nader manierze PRZE-poprawnym psychologizmem współcześnie w wolnym świecie zachodniej Europy popularnym przepracowanie. O samotności, izolacji i dojrzewającym w młodym inteligentnym umyśle egocentrycznym doznaniu wyimaginowanej, bądź realnej (trudno orzec) miłości. O babińcu rodzinnym, reakcji najbliższych oraz braku odwagi i o paradoksalnie też odwadze ten intencyjnie dojrzały, o wysokiej zawartości podmiotowych wartości ale i być może przegadany quasi sceniczny dramacik obyczajowy, kręcący się w kółko wokół uczuć i przemyśleń na które być może szkoda aż tak skupionej uwagi i czasu. Bowiem to myślenie szlachetne u podstaw, jak na standardy ambicjonalne wysokie jest aż boleśnie chwilami płaskie, bez zdroworozsądkowego momentami szacunku dla osób których intymność jest poddawana opiniowaniu i rozumieniu. To materiał kontrowersyjny, aczkolwiek typowo zachodni – politycznie aż do mdłości poprawny i maksymalnie kozetkowy, ironicznie z zaskoczenia tą kozetkowość jako całość krytykujący (ostatnia dosadna scena u terapeuty). Mimo mankamentów produkcyjnych, ten powściągliwy warsztatowo spektakl swoisty w widzu otwartym domniemam rośnie i jak z początku pretensjonalnością naiwnie egzaltowaną bezpośredni racjonalizm rani, tak na koniec pomimo wszystko to co aktorsko takie sobie, ślad pozostawia. Nawet jeśli warsztatowo to tylko proste środki podporządkowane wzniosłej, niekoniecznie autentycznej deliberacji.
P.S. Nie znam pozostałych dwóch elementów trylogii, której częścią Sny o miłości są w sekwencji początkowych napisów określane, więc być może brakuje mi głębszego kontekstu by je odkryć należycie. Nie zmienia ten fakt jednak mojego przekonania, że jakim cudem Sny zostały na poprzednim Berlinale tak szczodrym uznaniem nagrodzone.
piątek, 20 lutego 2026
Ulver - Neverland (2025)
Po kilkunastu dniach roku 2026-ego trafiła mnie niezła zaskoczka (ja głupi myślałem wówczas, że największa w najbliższym czasie - losie, ty losie), która akurat w obrębie hobbystycznych zainteresowań, w odróżnieniu od tej następnej krytycznej się objawiła. Mam na myśli rzecz jasna spadająca znikąd na sam koniec jak się okazało mijającego roku muzyczną premierę. Kompletnie bowiem nowego materiału Ulvera się nie spodziewałem, dlatego że nie przypominam sobie abym na jakąkolwiek, gdziekolwiek wzmiankę o zapowiedzi natrafił, jak i jeszcze chwile wcześniej przecież wydany późną jesienią 2024 roku Liminal Animals rozkminiałem i rozkminiam go wciąż jeszcze często, gdyż uważam że stał się przez ten czas bodaj najlepszym według mnie materiałem z ostatniego okresu stylistycznego ekipy Rygga - nazwijmy do umownie synth-popowym. Nakręciłem się więc na nowość bardzo szybko i bardzo mocno, ale zrazu mój entuzjazm został natychmiast ostudzony, bowiem jak zasięgnąłem internetowego języka, to się okazało, że fakt, album wydali znakomity, ale album instrumentalny. Doceniam, bo szanuję, uważam też że dobra muzyka nie potrzebuje wsparcia często wokalnego, ale też stwierdzam subiektywnie, że dobre wokale, dobrze zinterpretowane i położone dodają doskonałej warstwie instrumentalnej bardzo wiele, a gdy przesłuchałem Neverland to już donoszę, iż w tym przekonaniu się tylko utwierdziłem. Nie znam powodów z jakich w tym wypadku Ulver zrezygnował z głosu swego lidera (nie doczytałem), lecz w moim uznaniu, gdyby wzbogacić tą świetną nutę interpretacjami i intonacjami wokalnymi, to w swojej synth-popowej lidze mogłaby wskoczyć na poziom poprzedniczki. Jest jednak jak jest i pozostaje mi jedynie sobie wyobrażać jakby zabrzmiała w pełnym rynsztunku. Poczucie niedosytu mojego jest tym większe, że czuję iż w tych nowych kompozycjach istnieje przestrzeń do wokalnego zagospodarowania i nie czułbym mam mniemanie, że dodatkowy instrument w postaci ludzkiego głosu nazbyt zagęściłby struktury, przez co materiał robiłby wrażenie przesyconego. Jak widzę (rzucając tylko okiem na opinie) Neverland i jego forma kojarzona jest z czasem tuż przed i zaraz po milenijnym, gdy Ulver serwował fanom rozbudowane dzieła będące rodzajem ambitnie elektronicznych pejzaży - ambientowych złożonych ilustracji. Odnoszę jednak wrażenie, iż najnowszy krążek może pobudzać w taką stronę sentymenty, ale jedynie przez wzgląd na podkreślany charakter wyłącznie ograniczony do zastosowania określonych narzędzi, albowiem ja akurat w charakterze Neverland słyszę większe zbieżności z zasygnalizowanym Luminal Animals, który myślę z perspektywy dzisiaj płynnie wprowadzał w obecną małą ewolucję artystycznej formuły Ulvera. Tutaj jest ten sam kapitalny puls, żywe korzystanie z dynamicznie rozumianej rytmiki i pozbawienie elektronicznej faktury patosu, z jakim niewątpliwie w przypadku okresu około milenijnego pamiętam fan boy Ulver miał do czynienia. Neverland to znakomita płyta, ale dam do zrozumienia jasno, absolutnie nie radykalny nowy krok, tak samo jak materiał który uprę się równie dobrze mógłby być dopieszczony liniami wokalnymi i na pewno nic by nie stracił, a (uprę się ponownie) dostałby tym samym większy potencjał komercyjny. Piszę to wiedząc oczywiście, że Rygg z kolegami to totalnie świadomi artyści i zrobili co chcieli zrobić, gdyż czuli to co czuli i żadna odczuwalna niepełna satysfakcja moja, nie może mieć wpływu na ich dobre, po stworzeniu znakomitego materiału samopoczucie. :)
czwartek, 19 lutego 2026
En fanfare / Wysokie i niskie tony (2024) - Emmanuel Courcol
Los przewrotny, daje szansę i odbiera nadzieje na planów realizacje. Wybija z rytmu, ze strefy komfortu wyrzuca, stawiając przed człowiekiem zbyt trudne często wyzwania. Dźwigasz problem sam, bądź pomocą mogą służyć oddani przyjaciele i znajomi, a jeśli rodzina naturalnie daje radę, to dodatkowy, bezdyskusyjnie fundamentalny motor napędowy. Bohaterami pierwszoplanowymi „tonów” z krwi i kości postaci - bracia w bardzo wczesnym dzieciństwie rozdzieleni, o swoim istnieniu pojęcia nie mając, teraz się poznający, bowiem okoliczności dramatyczne ich ścieżki skrzyżowały i się okazało że różne ich losy oraz ich obrazy charakterów w odmiennych warunkach dorastania wytworzone, jedną wspólna cechę posiadają. W tle całkiem precyzyjnej narracji i jednocześnie jako sprężyna dla wydarzeń zaanonsowana dramatyczna iskra chorobowa oraz prócz społecznych tematów egzystencjalnych, kluczowa myślę dla uświadomienia sobie roli genetycznych predyspozycji, gdzieś głęboko u jednego skrywana i pielęgnowana zawodowa u drugiego CECHA - wrażliwość i pasja muzyczna. Lekko, zrazu mocniej ten francuski hit tamtejszy kinowy (2,5 miliona widzów) został udramatyzowany. Jako oczywisty i schematyczny go odebrałem, a mimo to można było się pokusić i może nawet bardzo polubić. Prawdę mówiąc spodziewałem się więcej, mocniej i intensywniej, ale gdy ponad oczekiwania postawić motywację z jaką został nakręcony i świadomość, że miał pozwolić poczuć się chyba lepiej, a nie wyłącznie przygnębiająco przeczołgać (przecież to w zasadzie komedia), to cieszę się że zobaczyłem. Obejrzy u nas pewnie garstka w porównaniu do hajpu w miejscu powstania i zapewne z przypadku przeczesując platformy streamingowe, bo w kinach zaistniał na krótko i tylko wybranych, jak kojarzę. Być może więcej fanów kina w miarę łatwo przyswajalnego zobaczy w przyjaznej weekendowej porze, poobiadowego na kanapie zalegania. Zmierzy się wówczas z nieco cierpkim poczuciem humoru i szczególnie na kwadrans przed końcem ciężkimi emocjami. Łezka się cholera też ze wzruszenia zakręci w ostatniej, z zamiarem jasne, ale nie perfidnie ku takiemu poruszaniu scenie przygotowanej.
środa, 18 lutego 2026
Jules (2023) - Marc Turtletaub
Starość jest w nadziei na długie życie celem i z drugiej manieczki gigantycznym lękiem przed długotrwałym przeciąganiu końca wszystkiego. Może być oczekiwaniem na wyhamowanie z codziennego biegu, ale i zarazem totalnie paraliżującą obawą przed odstawieniem człowieka w kąt - by sobie tam w „komforcie” snujących się dni i czasu dla siebie, na nieuchronny kres cierpliwie czekał. Sędziwy stan jawi się więc jako pełen sprzeczności i niby by się chciało tegoż doświadczyć, jeśli fart pozwoli i gdzieś po drodze człowiek nie zniknie z dnia na dzień nagle, bądź co gorsza w fizycznych i psychicznych cierpieniach choroby dech tracąc. Jak i może lepiej by było uniknąć jego, tym bardziej jakiegoś monotonnie nijakiego, tudzież miast możliwość jeszcze odrobinę czerpania z życia bezradnie dźwigając dokuczliwe dolegliwości, męczyć się w stanie zaawansowanie seniorskim niemożliwie. On po prostu podstępny, niebezpieczny, potrafi zapewne zaskoczyć i zmartwić, ale i ona, starość ta teoretycznie spokojna, bo świadoma, dojrzała i na swój sposób racjonalna, zebrawszy doświadczenia i przepracowawszy je, racjonalnie i zbawiennie klamrę naturalną oferując podsumowująca, fajna na swój "masochistyczny" sposób. Nie wiem czy będzie mi dana i jaka - zastanawiałem się, gdy pod wpływem jednej rekomendacji sprawdzić mi się zdarzyło mały oraz bez sprzeczności smutno-optymistyczny film wiszący na Netflixie. Prosty, bez pretensji wielkich ambicjonalnych, a mądry, uroczy bo wrażliwy -empatyczny. Po raczej taniości, ze słabościami realizacyjnymi, oczywistymi sytuacjami i groteską (sporo było dziwaczności w nim), ale przede wszystkim bez skomplikowanego do przesłania klucza. Wprost z poczuciem odjechanego i świadomego humoru o starości i samotności, z mocną obsadą weteranów. Z wnioskami dodającymi finalnie otuchy i siedmioma kocimi truchłami, zniebieszczonym łbem ufoka oraz sentymentem myślę do klasycznego Kapuśniaczku z Louisem de Funèsem.
wtorek, 17 lutego 2026
Wuthering Heights / Wichrowe wzgórza (2026) - Emerald Fennell
Żeby cokolwiek o efekcie napisać, trzeba jasno i wyraźnie (mimo że wszyscy wtajemniczeni przede wszystkim ten fakt podnoszą) do-zaznaczyć, że interpretacja reżyserki nie jest wierną (Lalu wie, bo zna - oj, zna) ekranizacją powieści Emily Brönte. Stanowi osobistą, raz bardzo bajkową, innym razem wręcz niczym orbitując klimatem wokół gotyckich horrorów wariacją Emerald Fennell o „Wichrowych Wzgórzach”, który to tytuł reżyserka celowo i zamierzenie zamyka w cudzysłowie. Świat wrzosowisk Fennell jest namiętny, magnetyzujący, nadpobudliwy i bardzo gorzki. Żywiołowy dramat miłosny, tragiczny w swoich skutkach, buzuje rozpasaną chemią między Cathy a Heathcliff'em, niemiłosiernie toksyczną namiętnością i zaborczością niszcząc oboje. Robbie i Elordi fascynują erotycznym pięknem, rozfantazjowaną cielesnością, skomplikowaną psychologią oraz nerwowym zespoleniem ciasnym bolącym sznurem. Historia jako całość jest operacją na żywym pulsującym organizmie, na którego tkankach przeprowadzane zostają eksperymenty wytrzymałości na niszczycielską moc zemsty, niespełnienia, fantazji, ogromu cierpienia i wreszcie potęgi nieskończonej miłości. Wizja reżyserska Fennell rozbija bańkę uprzedzeń, tabu, pruderii - zachłannie prowokuje, snuje opowieść bez chwili wytchnienia, z animuszem, dumą i pewnością siebie. Wizualnie mamy do czynienia z magicznym tworem, mało subtelnym, ociekającym erotyzmem, momentami karykaturalnym, ale jakże pięknym w swej dosłowności, gęstej mieszaninie emocjonalnych barw i emocji. Stroje, wystroje, makijaże, cały anturaż modowy, przywołują nieco „lanthimosowską” estetykę filmową i diabelskim wzrokiem przykuwają oko. Wraz z każdym dopieszczonym pojedynczym kadrem i ilustracyjnie płynnym obrazem rezonuje nieco nieoczywista w swej zaskakującej kompatybilności muzyka, idealnie podkreślająca charakter tej mrocznej bezlitosnej opowieści, oddająca klimat powichrowanych wzgórz pośród wrzosowisk, tętniących szerokim wachlarzem uczuć. Praca Fennell jest rozbudzoną, prowokującą, świadomie zamaszystą i momentami ironicznie groteskową kreacją, więc film nie tylko hipnotyzuje i intryguje, ale kipi, parzy, sprawia ból. Nie koi absolutnie, nie uspokaja - rozdrapuje i kąsa, po ludzku zwyczajnie wzrusza i porusza, budzi i pobudza. Podzieli widzów - już wiadomo iż ostro dzieli. Albo damy się ponieść folgowaniu scenariuszowemu, finezji artystycznej i opętać z zarumienionymi policzkami mrocznej i zmysłowej fantazji Emerald Fennell, albo pełni sceptycyzmu szukać będziemy usilnie Cathy i Heatcliffa z kart powieści Brönte i rozczarowani wrócimy ze spaceru po wrzosach.
P.S. Lalu bardziej zaimponował Elordi, a mnie Robbie - aktorsko oczywiście kwestię poza estetyczną (gdyby się dało ;)) rozumiejąc i zgłębiając.
poniedziałek, 16 lutego 2026
Jay Buchanan - Weapons Of Beauty (2026)
Najgłębiej emocjonalny i najsilniej tymi emocjami eksplodujący głos współczesnego rocka, czyli wokalista kapitalnego Rival Sons częstuje albumem solowym. Jay Buchanan serwuje znakomity zestaw po pierwsze wzruszających ballad, które tylko pozornie mogą być odbierane jako schematycznie klasyczne. Ich siła to nie wyłącznie znakomity technicznie, poruszający bez siłowej maniery głos Jay'a - chociaż on nie tylko wisienką na tym finezyjnie udekorowanym minimalistycznym gustem, o ogromnej sile uczuciowego oddziaływania, obficie nasączonym subtelnościami torcie. Ich moc to też konstrukcja nie taka oczywista jakby się z pozoru właśnie zdawało (fani Marka Knopflera mogą poczuć kolejny poziom wtajemniczenia :)), bowiem kompozycje rozwijają się uroczo biegle w kierunku odkrywania naturalnego melodyjnego kierunku, a same tony tak wpadające w ucho jak dotykające miękkiej, wrażliwej ludzkiej materii, nie pozostawiają po sobie w żadnym wypadku poczucia obcowania z czymś może egzaltowanym, ale pompatycznie fasadowym (czytaj - opakowanym w puste frazesy czy banały), lecz posiadają walor najwyższej jakości szczerości i sugestywnej poetyckiej umiejętności wyczulenia człowieka na wartość i wartości. Słuchasz i czujesz, a jak zaczynasz czuć, to masz poczucie że dostrzegasz wokół więcej, stając się bardziej uważnym. Może to zostać uznane za quasi afektowane, przesadne najzwyczajniej, lecz z każdym kolejnym odbiorem Weapons Of Beauty dokonuje we mnie rodzaju przemiany zmysłowej - niczym bym rodził się na nowo, z niemal wampirzym sposobem dostrzegania rzeczywistości. Pełnym, dokładnym, po prostu soczystym - bez względu czy te dźwięki w głowie i sercu rozbrzmiewające, to wspomniane melancholijne ballady, czy lekkie rockery ze świetnym pulsem podskórnym, które mogą się być może kojarzyć z czymś na kształt bardziej artystycznego country rocka, a są myślę wspaniale skomponowanymi przez istotę którą można określić niezwykle świadomym artystą, folkowo-gospelowymi, cudownie się rozwijającymi i uzależniającymi, gitarowo smakowicie podbitymi hymnami, które przesączają się do wnętrza słuchacza i nadają wielu rzeczom których nie zauważał, właściwych kształtów. W tym momencie, odkąd premierowy odsłuch we mnie wybrzmiał i wobec ogromnych oczekiwań jakie już singlowa Caroline rozbudziła, ja jestem Weapons of Beauty zauroczony i zahipnotyzowany. Dlategóż przestałem sobie ostrożnie ją dawkować zaraz po tym jak pomyślałem że mi się może niestety w niewytłumaczalny, ale jednak realny sposób przejeść. Przedawkowuje więc od niemal startu systematycznie Jay'a i nic złego (krytycznego w sensie) się nie dzieje, a wręcz odnoszę optymistyczne wrażenie, że ten album nie posiada ścian ograniczających i nie ma możliwości aby w jego chłonięciu dotrzeć do granicy po której przekroczeniu zacznie się czuć zmęczenie - tym bardziej uzna się, iż Jay rzucił jakiś czar, który możliwe że pryska. On potrzebuje tej długofalowej i niezwykle skupionej uwagi, bo wówczas jest w stanie coraz to bardziej dojrzale się odwdzięczać - takim oddechem jakim proszę wierzyć, gdy nie jest człowiek nieczuły i odważy się pozwolić wewnętrznie dla własnego dobra sentymentalnie zdruzgotać, nie zaczerpnąłem przy muzyce może nigdy, a może czynię to w miarę często, ale nie w takim kontekście stylistycznym.
środa, 11 lutego 2026
The Thing with Feathers / Czas kruka (2025) - Dylan Southern
Trzy bodaj perspektywy na najsilniejszą traumę, reagującą na nią kolejnymi fazami zjazdu przemianę bohatera - w tym tą reakcję dziecięcą, ujmującą i poruszającą najbardziej intensywnie. Benedict Cumberbatch, jako najbardziej rozpoznawalna, marketingowo kluczowa, oczywiście główna postać, w raczej ograniczonym budżetowo bardziej horrorze, niż dramacie. Mocnej schizie, znaczy wizualnym dosadnym ciosie, ale podanym w raczej totalnym bałaganie fabularnym. Zawieszonym jak zrozumiałem w umysłowym uniwersum człowieka przepracowującego ból, a opierającego się na realistycznej tragedii rodzinnej. Żałoba i grzęźnięcie w depresji, w ekstremalnej stylistyce filmu który sam sobie strzela w kolano, bo nie unosi ciężaru intencji. Niby zatapiamy się w mroku, spada na nas ołowiany ciężar cierpienia, ale to jakby toporna siła plus siła przynajmniej bez finezji, pozbawiona poetyki głębszej, a z pewnością psychologicznie błyskotliwej treści. Straszno-bolesna dawka wstrząsu, podbita ostrą paranoją, niestety przekombinowana motywami w jakich więcej wręcz groteskowej makabry, niż naturalnej mocy wyciskającej pot i łzy. Umysł w rozpadzie, bo emocje graniczne, tylko pomysł bądź już sama realizacja chybiona. Można się jak sugeruje czepiać, że tak fantastycznie sobie twórcy konspekt wymyślili i postawili na z drugoligowego horroru przerażenie, zamiast bardziej empatycznie rozsypkę, znakomitego swoją drogą tutaj Benedicta. Ale czy potworny ból nieokiełznany, to tylko dramatycznie romantyczne wzruszenie, czy totalne, potworne, może też alegoryczne przygnębienie. Cholera wie co z głową ono zrobić może i jakie obrazy w drodze przez piekło w kierunku możliwego katharsis tworzyć.
wtorek, 10 lutego 2026
Christy (2025) - David Michôd
„Ktoś mi powiedział, że walczę tak, jakbym chciała zniszczyć tych którzy mnie skrzywdzili. Jakbym miała w sobie demony. Może to prawda?”. To zdanie z otwarcia, kołacze w głowie przez cały seans i w dodatkowym osobistym kontekście budzi mój strach, wespół ze skrajnie innym, krytycznym przekonaniem, że może brak mi tej determinacji i przez to pozwalam się coraz częściej i ofensywnie na jednym, emocjonalnym polu upokarzać. Christy zacięta, poniekąd przerażona siłą jaką uwalnia z podświadomości, ale też jak się okaże wraz z rozwojem wydarzeń, Christy słaba, bowiem nie potrafiąca się obronić w naprawdę właściwych momentach kryzysowych. Historia z głębokim dnem zagościła u mnie na ekranie, szczególnie warta uwagi jako psychologiczna przestroga, ale i posiadająca atut otwierający oczy i budujący wewnętrzną zaporę. Przykre tylko iż dramatyczny pierwiastek jest jakoby konkretny (łza się zakręciła, policzek zwilżyła, bo Sydney Sweeney przekonująca), ale ciężar gatunkowy fundamentu był gigantyczny i można było go jeszcze intensywniej wycisnąć. Fajna technicznie bokserka się ujawniła, zdaje żywej wody talent do tego sportu u Sydney i aktorsko bardzo sympatycznie wypadła, a u jej boku dla jej w fabule zguby, nie do poznania z początku, też aktorsko bardzo ok, co żadnym zaskoczeniem Ben Foster. Autentyczna opowieść gruba, opowiedziana porządnie jednak bez błysku. Potencjał większy niż to co reżyser z tego wyciągnął. Skupił się na drodze do tragedii, merytorycznie poszedł w dobrym kierunku i walki dobrze ogarnięte przez sztab współpracowników zostały, ale konstrukcja całości, to chyba za intencjami nie nadążyła. Nie wiem, czegoś mi brakło by przeżyć jeszcze bardziej tak jak należy. Choćby wymienieni aktorzy dwoili się i troili, wyszło li tylko niby poprawnie. Prądziło ale nie błysło, a oczekiwałem że błyśnie.
poniedziałek, 9 lutego 2026
La grazia (2025) - Paolo Sorrentino
Sorrentino zapracowany (rok temu promował premierowo Boginię), a teraz grajdołek środkowoeuropejski może zweryfikować zachwyty wielkiego festiwalowego kina europejskiego, nad jego chronologicznie najnowszym DZIEŁEM. Nie waham się podkreślić tego czasem wyświechtanego określenia, sam podchodząc jednak do Łaski z nieco mniej emocjonalnie entuzjastycznym przekonaniem, bowiem z kina nie wyszedłem w tak poruszonym stanie jak ostatnio po projekcji Hamneta, ani jeśli mnie pamięć nie zawodzi, aż tak estetycznie przyjemnie zawstydzony czy oniemiały, jak po wspomnianej Bogini. Obiektywnie jest to jednak mniemam Sorrentino wręcz idealny, a na pewno najlepiej w swojej karierze warzący proporcje artyzmu i szołmeństwa do erudycyjnej, ale i zrozumiałej bez konieczności nad wyraz wysokiej inteligencji treści. Sorrentino przebogato serwujący zagadnienia ważne, konteksty wokół nich rozbudowane. Sorrentino w swoim stylu, jednakże czujący znakomicie granice przesady megalomańskiej do jakiej zdarzało mu się docierać i ją pretensjonalnie przekraczać, więc bardziej zniewalający zwodniczą troszkę, bardzo praktyczną, zasługującą na kolosalny podziw intelektualną deliberacją (wewnętrzną bohatera, na bazie precyzyjnie zanalizowanych przykładów do przepracowania), niż Sorrentino skupiony przede wszystkim na stronie wizualnej - mimo że ona ważna, a w jego wykonaniu (wyczucie kadru i rytmu przede wszystkim) zawsze doskonała. Robi wrażenie ilość tutaj wrażliwej, jakoby jednak podanej na analitycznie chłodnym poziomie substancji moralizatorskiej. Momentami jedynie emocjonalnie wybuchowej - podkręconej do wysokiej intensywności i nie zawodząc, podbitej małymi prztyczkami w nos bezrefleksyjnej i bezkrytycznej konserwy (patrz postać głowy Kościoła Rzymskiego). Pozornie zimna, książkowa prawnicza ocena dostępnych faktów, oparta jest o szerokie spektrum dylematów indywidualnych i obiektywnych wniosków - doświadczeń osobistych, kwestii nie dających spokoju, naładowanych po korek wręcz buzującymi, chronionymi przed słabością erupcji uczuciami. Przeszywająca mnie, ale w klinicznym sensie - niby czułem poruszenie, lecz jednocześnie obawiałem się tego eleganckiego kluczenia i przekornego inteligentnego manipulowania, tak treścią, jak i moimi w stosunku do zjawisk oraz egzemplifikacji przekonaniami. Pozostawałem lekko ostrożnie zdystansowany do niezwykle dojrzałej, może nie trudnej, ale złożonej przebiegle konstrukcji. Swoistej przemowy z punktu widzenia intelektualnie najwyższej próby, ale czy moralnie tejże mądrości dorównującej. Zachowywałem ustawiczną czujność, szczególnie gdy sam Sorrentiono dość wprost dał mi do zrozumienia abym ją zachował, nie idealizując między innymi przesadnie majestatu Prezydenta Republiki, uroku mędrca - symbolicznie marginalną, a merytorycznie nader istotną śmierć ogiera w męczarniach mając na uwadze. Bowiem ten sam bohater (Servillo aktorsko, jak to Servillo ;)), człowiek cnoty i rozwagi, kierowany właśnie paradoksalnie nimi pozwolił mu cierpieć, co niezwykle wymowne, potrzebując czasu do namysłu. Odpowiedzialna władza w ludzkich rękach pochopnych decyzji nie chce podjąć, a życie płynie - w tym konkretnym przypadku uwalniając go jedynie poniekąd od etycznych konsekwencji.
P.S. Przyznaję na marginesie jeszcze, iż nie widziałem chyba tak inaczej opracowanego tematu eutanazji w kinie. Być może potrzebuje czasu by sobie podobny przypadek przypomnieć.
niedziela, 8 lutego 2026
Crippling Alcoholism - Camgirl (2025)
Od nadużywania trzymam się najdalej jak potrafię, a ułatwia mi to natura przekorna, odporna na te pokusy, które w dzieciństwie przetestowane solidnie na otoczeniu, dały mi nie tylko w kość, ale i wiedzę, więc póki nie zostanę sprawdzony przez doświadczenie graniczne lub ostateczne, myślę że problem z jakim zmagał się lider Okaleczającego Alkoholizmu nie stanie się moim osobistym, a tym samym nie będę posiadał nigdy wewnętrznego pochodzenia świadomości z jaką suczą trzeba się w takich okolicznościach mierzyć. Za konceptem i fundamentem CA i za Camgirl kryje się "historia nałogu, rozpaczy i autostrady do samozniszczenia oraz muzyka, która inicjalnie nie miała służyć niczemu ani nigdzie iść". Stylistycznie rzecz jaką można po rozebraniu na części składowe pokojarzyc i przyporządkować, ale jako całość ta intuicyjna mieszanka sytnthpopu, gotyckiego rocka wraz z post punkiem i noisem zszytego jest myślę dość obiektywnie oryginalna i być może w dalszej drodze dojrzewania i samoświadomości tężenia, ewoluuje do formuły osobnej. Ona rodzi się z plam dźwięków rozmytych, a wokalnie pobrzmiewa echami niepokojących pogłosów, czy zmysłowych pomruków wyłaniających się z głębokiego tła, dopieszczanych w co niektórych momentach kobiecym akcentem. Sami muzycy definiują się horror bandem i zgadzają się z przyporządkowaniem do autorskiego określenia swej nuty murder popem, a ja póki co (zanim rozpoznam więcej i zrozumiem więcej i wreszcie wyciągnę więcej konstruktywnych wniosków i ciekawszą opinię kiedyś skonstruuje), napiszę, że to antyestetyka która mnie wessała, wciągnęła mnie, lekko mnie zestrachawszy. To co słyszę ma poniekąd nie tylko większy sens w mojej obecnej złożonej i poddanej konkretnej próbie sytuacji (ni słowa więcej), ale ma sens bardzo mocny ogólny (widzę że mogą wypełnić swoją artystyczną formułą niezagospodarowany do końca teren), oraz ma sens w sensie perspektywy na szerszą rozpoznawalność w przyszłości, bo baza fanów jak w spowiedzi artyści wyznają dynamicznie rośnie. Tacy brzydcy z brzydką nutą i brzydką historią, a moja wróżba bardzo optymistyczna, bowiem wierzę że autentyczność w muzyce dla odszczepieńców nigdy nie przestanie być w cenie, bo za nią stoi szorstka, ale przez to prawdziwa szczerość.
sobota, 7 lutego 2026
Puma Blue - Croak Dream (2026)
Okazało się, kiedy ospały risercz okołopremierowy nowego, bardziej właściwego niż niewłaściwego (wtajemniczeni trybią) krążka Jacoba Allena współpracującego robiłem, iż w międzyczasie jedno jego wydawnictwo zdarzyło mi się przegapić. Mówię o extchamber, tworzącym układ z antichamber, więc będę za chwilę, może dwie uzupełniał tak wiedzę, jak i doświadczenia odczuciowe. Zanim jednak zawinę w niedaleką przeszłość, z okazji bieżącej premiery Croak Dream (Rechotu?), spiszę dziesiątki określeń przymiotnikowych i może nie setkę, ale obfitość symetryczną słów, w zdania powyższe charakteryzujące pomagających zszyć. Opiszę w nastroju bujanym, coś co dla wielu może stanowić nudne plumkanie, a dla mnie jest czymś znacznie większym niż tylko półimprowizowanym korzystaniem z hybrydowych brzmień elektroniczno-akustycznych. Croak Dream emanuje minimalistycznym powabem, jednocześnie złożonym w swojej niepokojącej intymności, atonalnie miejscami brzmiącym przeszywającym niepokojem. Falującym nerwowo, kaskadowym charakterem w konwencji lo-fi jazzowego konceptu, zrytmizowanym trip-hopowo. Atonalnym dęciakiem raz i tymże samym przepływającym w aksamitne barytonowe motywy dopieszczonym. Wibrującym dźwiękiem, w dość eksperymentalnie rozumianym stylu. Urzekającym misternie uplecionym tripem - z oscylującej elektroniki o zmysłowych impulsach. Eterycznie ambientowymi dronami przestrzeń mojej oazy spokoju otaczającym. Dziękuję.
piątek, 6 lutego 2026
Puscifer - Normal Isn't (2026)
To jest dla mnie muzyczny premierowy temat numer jeden początku tego roku. Uznając iż niczym lepszym od wydawnictw Puscifer Maynard ostatnimi czasy nie może się pochwalić i twierdząc przy tym stanowczo, że na żadnym polu innych swoich grup kitu nie wciska, to jednak widać wyraźnie która z zawodowych aktywności prócz z pasją rozwijanej działalności winiarskiej, jest dla niego najważniejsza i w którą wkłada najwięcej siebie. Droga do Normal Isn't usiana jest kolejnymi co bardziej ciekawymi i za każdym razem nieco zaskakującymi, a z pewnością w różne strony rozwijającym gigantyczny potencjał, jaki Puscifer posiada, krążkami. Na uznanie a nawet miłość fanów Maynard nie zarobił bylejakością, więc nawet jeśli co niektórzy szalikowcy Toola czy A Perfect Circle nie bardzo gustują w przekozacznej sztuce Puscifer, to myślę że nikt nie mógłby z nich dać do zrozumienia, że w tym miejscu wciska on jakąś popelinę. Puscifer wiadomka, jest inny i jest osobny, ale i jest fenomenalny jeśli brać pod uwagę najszerszą wyobraźnię jaka go napędza i brak jakichkolwiek barier ograniczających swobodę tejże fantazji. Puscifer jest unikatowy i kropka, a Normal Isn't tylko potwierdza wszystkie tezy jakie teraz wysuwam. Poczynając od treści werbalnej, gdzie piętra sensów są szyte celną ironią i nietuzinkowym poczuciem humoru, dla jakiego fundamentem nie wyłącznie bystrość umysłu, ale dystans do rzeczywistości i samych siebie, a kończąc na prezencji scenicznej i oryginalnej choreografii. Pomiędzy oczywiście jest sama nuta i w tym konkretnym przypadku najnowszej płyty, nuta zdaje się mniej rozbudowana, z bardziej świadomie ograniczonym potencjałem przebojowym. Łapę się od pierwszego przesłuchania tak singli jak i efektu całościowego finalnego, na poczuciu że Puscifer czując możliwe dojście ze swoją układanką do ściany chwytliwości (która jakby chciał, to zapewne po swojemu by przebił), lekko odbił i się powstrzymał - może badając jak surowsze motywy odbierając rozmachu, dodadzą innego intrygującego pierwiastka. Ja właśnie tak odbieram NI, że w niego muszę się wgryzać od startu, a nie po natychmiastowym zachwycie przystępnością wciskam się z analizami w każdy zakamarek. Jest wręcz odwrotnie - to myszkując po zaułkach, zaczynam budować w swojej głowie harmonie i tematy, wątki się kleją. Być może kluczem nie jest w tym momencie styl grupy, a sposób nad nim pracy, bowiem kliniczność (właśnie brak obłości, ciosania struktur bardziej zamaszyście), może sugerować, iż względna improwizacja stała ponad dopieszczanie. Z drugiej strony te aranże są tak wielowarstwowe, że nie wykluczam iż nie po pierwszych pięciu, ale po pięciu razy dziesięć odsłuchach mnie się ten (nie mam wątpliwości) kapitalny album w całej krasie ukaże.
P.S. Ni jednego z indeksów póki co bym nie wyróżnił, bo to stop spójny, ale nie zrobiłbym tego, gdyby nie "Pomp and posturing Ostentatious I'll fluff and puff and Chuffed I'll huff and fluff and puff and blow your dignity down" Mantastic, frapujący z samplowanym głosem Seven One i singlowy ImpetoUs, który ten trzeci, też dzięki fantastycznie przemyślanemu obrazkowi, zachwycił mnie i zniewolił.
czwartek, 5 lutego 2026
Black Pistol Fire - Flagrant Act of Bliss (2026)
Sporo w ofercie takich blues-rockowych duetów i sam jestem zdeklarowanym fanem kilku z nich, bowiem jak się jeden czy drugi trafi i on się wkręci, to algorytmy wytrenowane podrzucają rzecz jasna kolejne propozycje. Akurat BPF zapoznałem inną niż internetową drogą, za co wdzięczny jestem dawno nie widzianemu znajomkowi, który strasznie słabymi zbiegami, najgorszych jakie sobie mogłem kiedykolwiek wyobrazić okoliczności finalnie (kompletnie z nim nie związanych), być może ponownie zagości systematycznie w mojej codzienność - bądź nie! Trudno bowiem przewidzieć za kilka godzin przyszłość, czasami - czego ostro intensywnie traumatycznie mnie życie ostatnio doświadczyło, więc tylko luźno rzucam temat, a co będzie to będzie - może tak, może nie - ch w sumie wie. Powracając do meritum, a nim w tym miejscu kolejny krążek typów z Austin, to przyznam że single wirujące w sieci od jakiegoś czasu tak mnie mocno zachęciły, jak i spowodowały że bez narastającej euforii czekałem na FAoB i w sumie teraz gdy kilka rundek z nim odbyłem, to nie wiem czy jest lepszy od krążka poprzedzającego. Nie ma zaskoczenia że całości słucha się bardzo dobrze i teraz to mi siedzi fajniutko, a kilka numerów szczególnie mocno w pamięć zapada, bez względu iż osobowości indywidualnej, jakiejś ponad standardy żaden z nich nie posiada. To taka cecha przyrodzona tak stylu w którym BPF bezpretensjonalnie fruwają, ale też ich własnego sposobu interpretacji jego. Ja bym odważył się uznać, iż nowy album to wypadkowa sposobu intonowania z dwóch ostatnich materiałów, ale jak ten sprzed bodaj latek około pięciu był raczej przede wszystkim nastawiony na chwytliwość każdego zbioru nutek, tworzących raczej szablonowe numery, tak czuję uchem jednym i drugim, że FAoB bliżej w swej poszerzonej względnie różnorodności do nagranego prawie dekadę temu Deadbeat Graffiti. Tam też kilka kompozycji wpadało do głowy od razu, a kilka trzeba było sumienniej odkrywać i gama kierunków eksploracyjnych oferowała więcej przestrzeni. Od początku groove High Horse i świetny obrazek do niego wciąga, American Wet Dream rockuje fantastycznie i może konstrukcyjnym akcentowania, nabijania rytmu kojarzyć się z najbardziej chyba popularnymi przedstawicielami stylistyki jakimi The Black Keys, a trzeci Rock Bottom to wszystko co najlepsze w stylu duetu. Dalej jest cały czas na wysokim poziomie i pośród indeksów jakieś nostalgiczne westchnienia się zdarzą i coś więcej z elektroniki wskoczy (Faded Blue), czy ponownie trafi człowieka coś co miło i rytmicznie pobuja - Quiet Coyote, a na finał przy akompaniamencie westernowego wiosła zawodzącego, można odpłynąć do krainy suchego powietrza, pyłu i twardych facetów z wrażliwymi duszami, którzy nie płaczą, choć wyją w środku. Tak Cry Like a Man czuję i się ze łzami męskiego bezwstydu identyfikuję. :)
środa, 4 lutego 2026
Marty Supreme / Wielki Marty (2025) - Josh Safdie
Porywający brawurą i muzyką, którym dodatkowo na całego w sukurs idzie świetny montaż, podkręcając turbo dynamikę. Przeróżna stylistycznie oprawa przebojowa, niby od czapy, pozornie bez ładu i składu gatunkowego, a genialnie działająca. O niej samej elaborat całkiem obszerny można by napisać. Nie o to jednak chodzi, by ją filetować, bowiem tutaj mnóstwo innego fantastycznego warsztatowo i fabularnie dobra. Język, nawijki z charakterystycznym nowojorskim akcentem z dzielnic pochodzenia bohatera. Niby Wielki Marty zszyty z gatunkowych klisz, ale szaleństwo całości sugeruje praktyczny nowy współcześnie gatunkowy kierunek - o który już powinienem napisać, przy okazji zeszłorocznego hiciora Paula Thomasa Andersona, bowiem to podobna stylistyka wywołująca w mózgu potężny wyrzut dopaminy. Zarazem świeża, lub ożywiająca z tęsknoty i posuchy takie wrażenie, gdyż ostatnio rzadko kino szeroko rozpoznawalne w tym kierunku podążało, przypominając że można kręcić jakby zuchwale pobudzony Allen spotkał siarczyście zawadiackiego Scorsese i po drodze dołączył do nich szeroko w Forreście plotący historię bohatera Zemeckis. Nakręcony jest Marty jak sam sukinsyn - irytująco sympatyczny typ w klapkach na oczach w pogoni za sukcesem. Z pyszałkowatymi ambicjami i bez zahamowań. W fabularnym chaosie o przewrotnym losie - splocie fartów i peszków. Narracyjnie u fundamentu inspirowany podobno biografią prawdziwej postaci, z czekającym tylko na komplementy i w dużym mierze uzasadnienie ich się domagającym Timothée Chalametem. Z motywami wywołującymi opad szczeny - wartką, pełną zwrotów akcją pulsujący. Osadzony w nowojorskim krajobrazie i z biglem korzystający z charakteru lokacji, gdzie wszystkie role drugo i trzecioplanowe zostają z widzem w pamięci, a w mojej najbardziej Abel Ferrara jako na emeryturze, starej daty gangster dla którego największą wartością jego wierny i groźny kundel, czy jako postać tępiąca zapał i czupurną butę bohatera pierwszego planu, znakomity Kevin O’Leary. To będzie być może klasyk, wielokrotnie wypełniający ramówki TV, jeśli telewizja linearna przetrwa. Tylko nie mam pewności który z braciszków Safdie zrobił w tym roku lepsze na mnie wrażenie. Uznajmy że oboje je zrobili.
P.S. Taki przekornie, ironiczny, ale i o wysokim stężeniu powagi łącznik startu i mety, czyli cud narodzin. Ja w nim naprawdę zauważyłem ponad klamrą, figiel scenarzystów i reżysera, bo jak ten bąbelek nie był podobny do Emory Cohena, to ja już nie wiem. :)
wtorek, 3 lutego 2026
Rental Family / Rodzina do wynajęcia (2025) - Hikari
Zrozumieć kraj kwitnącej wiśni, znaczy Japończyków ogarnąć od strony emocji - przyswoić, choć to przecież praktycznie niemożliwe ich mentalność w najlepszym wypadku, bowiem patrząc niewątpliwie zdroworozsądkowo krytycznie z punktu siedzenia wschodnio-europejskiego wciąż zaścianka, to ludzie inni i zdecydowanie chyba lepsi - mimo że jak ja czy Ty, Ty i nawet Ty jeden z drugim egocentryku podobnie pod pancerzem krusi. Z pozoru tylko chłodni, a przede wszystkim zadaniowo nastawieni do swojej roli w otoczeniu. Przywiązani niewątpliwie do tradycji, ale wyrastający w tradycji która nie stoi w opozycji tak do rozwijającej mentalność konstruktywnej nowoczesności, jak nie skłóca głębokiej duchowości z praktycznymi emocjonalnymi regułami codziennego życia. Nie ma zakładam bardziej zaawansowanego w tym kierunku niż ten z tegoż rejonu geograficznego sposobu myślenia i rozumienia sensu istnienia, tak jak nie ma bardziej mądrze pokornego, zaawansowanego empatycznie, ale też pro-rozwojowego dla dobra wspólnego i indywidualnego, a przy tym samokrytycznego i zdyscyplinowanego narodu. Mnie on imponuje, gdy u fundamentu zasady od zawsze piętnowały wszelkie tendencje szubrawcze, a złodziejstwo zaliczały do najskuteczniej pozbawiającego honoru skur******** i do dzisiaj doskonale kolejne pokolenia od dziecka są impregnowane na zwykłe, prymitywne cwaniactwo. Piszę co piszę i nie daje sobie odciąć nawet małych paluszków, że pisząc co piszę odnoszę się bezpośrednio do treści filmu Hikariego, w którym po raz kolejny w nowym fizycznym obliczu wiekowo już konkretniej zaawansowanym Brendan Fraser pokazuje, że jako dobrotliwa i wzruszająca wyraziście, szlachetnie usposobionymi oczętami postać wypada znakomicie. Dlatego ckliwa, niby banalna opowieść przybierająca formę klasycznego FGM oddziałuje i nie można jej tak jednoznacznie oskarżać o jakieś szantaże moralne. Brendan daje jej zarazem pluszowo-misiowaty wdzięk, jak i bardzo ludzką, otwartą na uszlachetniające i rozwijające doświadczenia twarz, która doskonale pasuje do obrazu z którego seansu wychodzi się z poczuciem milusiego, aczkolwiek nieprzesłodzonego na potrzeby wzdychania ciepełka na serduszku. Brawo Brendan za to nie tylko otulenie i ukojenie, ale przeprowadzenie mnie przez znacznie szerszą paletę emocji. Brawa też za wizualną stronę tej bardzo uczciwie poruszającej emocjonalnie pocztówki z egzotycznej Japonii. Pocztówki przysłanej przez zadziwionego Wuja Matta z podróży. :)

















