Będzie o ikonie, bo w sidła autobiografii Massimiliano
Cavalery wpadłem, co echem ostatnio w statystyce odsłuchów klasycznych pozycji z
katalogu Sepy się odbiło. Co tu dużo filozofować Schizophrenia wyważyła im drzwi
do światowej metalowej pierwszej ligi, natomiast Beneath the Remains dał kopa,
napęd na kolejne siedem owocnych lat w ich karierze. Był początkiem
profesjonalnego progresu zakończonego z hukiem legendarnym Roots. Od pierwszych
dźwięków wkręcany jestem w rodzaj furii, której składnikami wyborna intensywna perkusyjna nawałnica wraz z gitarowym
jazgotem, w kapitalnej motorycznej oprawie. Na pełnych obrotach do przodu, przez
cały album, bez łapania drugiego oddechu, chwili na nabranie powietrza - tylko
szalona galopada na rozjuszonym byku. Odniosę się w tym miejscu do mitu jaki
wokół wczesnych lat Sepultury został wykreowany. Często z łatwością były one z
kopiowaniem przede wszystkim jaśnie nam panującego Slayera utożsamiane. Moim
skromnym zdaniem stawianie takiej tezy krzywdzące dla Brazylijczyków jest ze
względu na zupełnie inną aurę kawałków jakie spod ich łap wychodziły. Tam
temperament południowoamerykański dominuje, taki co energetyczny potencjał
zdecydowanie zwiększa. A że riffów struktura podobna - może odrobinę, bo to nie
tajemnica czego wtedy ci panowie słuchali, więcej jednako melodii w ich
autorskim łomocie. Zatem stawianie tez powyższych w moim przekonaniu bezzasadne szczególnie z perspektywy dalszych losów czy albumów jakie Sepa wydała.
Dziś chyba szybki rozwój jaki notowali budując jednoznacznie nie tylko własną
oryginalną tożsamość ale i zręby dla nowego gatunku w mocnym graniu nie pozwala
na nazywanie ich epigonami. Szacunek jest im zatem należny za tworzenie ówcześnie autorskiego sznytu, a precyzyjniej ujmując fundamentu dla
dalszego progresu, który już za dwa lata miał kolejną płytą jeszcze dosadniej
podziw i entuzjazm wśród metalowej hordy wzbudzić. O tym jednak przy okazji
kolejnego wpisu w temacie Sepultury.
poniedziałek, 21 października 2013
sobota, 19 października 2013
Pearl Jam - Lightning Bolt (2013)
Pearl Jam od dwudziestu lat jest
w przekonaniu moim specjalistą od rozczarowań. Żadna od V.S. płytka nie była w
stanie dorównać dwóm pierwszym albumom. I jak od lat to czynie, miałem jeszcze
nadzieję, że tym razem opakowany w prostą, jednako wysmakowaną oprawę graficzną Lightning
Bolt, przełamie tą smutną tendencję. I przyszedł dzień konfrontacji z najnowszym
longiem ekipy pięknogłosego Eddie’go Veddera. Bogatszy we wcześniejszą lekturę aktywnego
już od jakiegoś czasu w sieci singla Mind Your Manners, który nota bene swoją
dynamiką narobił mi sporego apetytu, oczekiwałem krążka przełomowego,
przerywającego nijakość jaką od lat serwują. I niech mi moja zwichrowana dusza
świadkiem będzie, że pragnąłem ja by ten nowy long oczarował mnie – pochłonął bez
reszty. Tyle w kwestii życzeniowej, czas przejść do racjonalnej, rzeczowej
analizy. A ta w krótkich słowach finalnie mogłaby być zawarta. Pearl Jam po raz
kolejny niestety moim oczekiwaniom nie sprostał. Nagrał album co startuje z
poziomu wysokiego bo Gateway, Mind Your Manners i My Father’s Son radę z
pewnością jeszcze dają, jednak balladowy Sirens zbytnio w ckliwą nutę uderzając
przerywa ten energiczny ciąg na bramkę. Proszę bym źle odebrany nie został, to
fachowa kompozycja, jednak zbytnio schematyczna przez co na dłuższą metę wieje
z niej miałkość i nuda. Przyzwoite, a nawet fragmentami intrygujące wrażenie
robią Infallible i Pendulum, jednak po nich zjazd w nijakość następuje. Nie
porywają mnie nawet dwie subtelnie kołyszące kompozycje zamykające album, a
może brak mi odwagi by przyznać, iż ulegam ja ich wrażliwej, pięknej aurze?
Wyraźnie nawiązują one do autorskiej Veddera ścieżki dźwiękowej do doskonałego
dzieła Seana Penna, Into the Wild. I
z pewnością tam odnalazłyby się znakomicie, szczególnie Future Days, kawałek
który w towarzystwie wyśmienitych Hard Sun i Society
wyglądałby kapitalnie i lśnił wraz z nimi niczym diament. Tutaj wszelako
powoduje, że Lightning Bolt przysiada, a ja czego innego się spodziewałem i
pewnie tajemnica takiej, a nie innej oceny najnowszej produkcji znamienitych
synów Seattle w tym zawarta. Liczyłem na rockową werwę wyczuwalną nawet w tych
spokojniejszych balladowych fragmentach, taki żar jak w kultowych Black, Jeremy czy Garden. Otrzymałem natomiast jedynie w równych
proporcjach zbitek kawałków dynamicznych, plus takich mocno tajemniczych z nutą
eksperymentu oraz kilka co żywcem niemal wyjęte z debiutanckiej solowej
Vedder’a produkcji. Niemniej jednak Lightning Bolt to w przekonaniu moim
najlepszy krążek Pearl Jam od bardzo długiego czasu i gdyby może nie świetne
ostatnie albumy Soundgarden i Alice in Chains propozycja ta zrobiłaby na mnie
większe wrażenie, a detaliczna chłodna analiza w odbiorze
płyty znacznie mniejsze znaczenie odgrywała. Konkurencja akurat na tyle wysoko poprzeczkę ustawiła wymagania podnosząc, że
częściej do powyższych krążków powracam. Wiem też mimo wszystko, że tegoroczny
wypiek Pearl Jam od czasu do czasu zagości w mojej duszy, bo zwyczajnie częściowo swoją
zawartością na to zasługuje.
piątek, 18 października 2013
Soulfly - Savages (2013)
Wystarczy mi już na siłę przekonywać
się do tego odgrzewanego kotleta, serwowanego przez Soulfly. Starałem
się, jednak poległem na dzień dzisiejszy w konfrontacji z Savages. Już zupełnie
bez smaku obwoluta krążka dawała do myślenia z czym mogę się tym razem zetknąć.
Intuicja podpowiadała, że mizernie być może, ale ja jej nie do końca ufałem. Jak się okazało, tak jak layout sztuczny i prymitywny w odbiorze, tak i muzycznie szału
niestety nie ma. Pomimo pozornej różnorodności razi ona sztampą, jednowymiarowym
tempem. Rytmicznie poniżej oczekiwań jest wyraźnie, szczególnie w stosunku do Enslaved, bo i
to pojedynek perkusistów z różnych poziomów, gdzie smarkacza umiejętności
dalekie od fachowego ogrania Davida Kinkade'a. Może ja i przygłuchy odrobinę
już jestem, ale partie Zyona zwyczajnie bez ikry i głębszej wizji, bogactwa
detali – takie topornie odwalone, jedynie dostosowane zapewne do możliwości
obecnego pałkera, przez co album traci ogromnie. I błagam, proszę aby nie wkręcać
mi naciąganych teorii, że to trochę powrót do tradycji w plemienia wykonaniu,
chyba, że kierując się najprostszym rozumieniem tego terminu, ona wyłącznie
ślepym odtwarzaniem minionych prymitywnych rytuałów, bo brak umiejętności, czy biegłości technicznej na nic więcej nie pozwala. Oczu nawet nie zamydlił mi Cavalera udziałem kilku zacnych
nazwisk z branży, nie łapie w tym przypadku tego wybiegu, gdyż zwyczajnie w
niewielkim stopniu uatrakcyjnił on odbiór krążka. Szczerze z szacunkiem dla
twórczości Maxa, przykro mi ale do
wniosku dochodzę, że od muzyki więcej oczekuje niż w tym przypadku otrzymałem
lub to coraz mniej interesująca dla mnie nisza. Myślę jednak, iż problemem
tutaj nie konwencja w jakiej tworzone dźwięki tylko przeciętna ich
jakość i klasyczny syndrom zjadania własnego ogona. Rzeka płynie dalej i zamiast dać porwać się
jej nurtowi który jeszcze z taką świeżością Enslaved niósł przed siebie, tym razem
Soulfly w zatoczkę wpłynęło i zakotwiczyło gdzieś na mieliźnie braku pomysłów,
zapętliło się i z węzła uwolnić nie potrafi. Oddać jednak starszemu z braci
Cavalera muszę, że pomimo ogólnego spadku formy smykałki do kapitalnej rzeźby
gitarowej nie utracił. Potwierdza to ten ekscentryk nawet na tym
rzemieślniczym wyrobie. Kończąc rozczarowaniem nasiąknięte refleksje niewielki
margines błędu sobie zostawię, bo mylić się to rzecz ludzka. Może w przyszłości
zdanie o całokształcie Savages zmienię, jednako używając retoryki wprost z
telewizyjnych spektakli piosenkowych dla mas, ja na ten moment jestem na NIE!
Wróć wodzu za czas jakiś dopiero, przemyśl drogę, strategię, daj sobie trochę
luzu, oczyść umysł, pozwól okrzepnąć nowym pomysłom i dobierz do realizacji
takich ludzi którzy na większą swobodę ci pozwolą i wtedy dopiero jebnij petardą na
którą bez najmniejszych wątpliwości cię stać. Tego ci dzisiaj władco
motorycznego riffu życzę.
czwartek, 17 października 2013
Anathema - Judgement (1999)
Sentyment ogromny utrudnia mi choć po części spojrzenie na ten album w obiektywny sposób. Zatem z takiej perspektywy jakiekolwiek jego mankamenty ciężko mi dostrzec, a zapewne takie istnieją. Szczególnie wzgląd biorąc na wciąż progres notującą historię Anathemy. Trudno tu na jednej płaszczyźnie stawiać Judgement i Were Here Because Were Here, czy ostatni dotąd Weather Systems. To zupełnie w przekonaniu moim różne krążki, jednako wyraźny specyficzny wspólny charakter formacji posiadające. Album z 1999 roku bardziej w stronę klasycznej rockowej maniery skierowany, surowy z prostszą, niemniej jednak szlachetną riffu strukturą. Jego magia zaklęta w subtelnie płynącej melodyce, rozpostartej w szerokiej płaszczyźnie, od gwałtownych pisków i sprzężeń po akustyczne, pięknem w postaci najczystszej przesiąknięte struktury. Niebagatelna tu w kompozycjach rola klawiszy - może z perspektywy lat odrobinę to brzmienie straciło na atrakcyjności, wszelako dobitnie klimat produkcji z lat 90-tych podkreśla. Wśród wielu płyt z tamtej epoki, które z perspektywy lat infantylną stylistyką trącają, w utworach Anathemy z tamtego okresu odnajdują się wyśmienicie - finalnie test czasu zdając celująco. Klimat na Judgement wykreowany, niemal niepodrabialny, a takie perły jak floydowski Emotional Winter, prosty lecz głęboko poruszający One Last Goodbye, ckliwy z wokalem Lee Douglas Parisienne Moonlight, dynamiczny Deep czy eksplodujący stopniowo numer tytułowy, to wyższy poziom wrażliwości. One na wieczność w mojej świadomości zakotwiczone, miejsce wyłącznie wśród ikon dźwiękowych posiadające. Analizując dyskografię tej brytyjskiej legendy, nigdy dosłownie się nie powtórzyli, jednakże w przekonaniu moim Judgement zrywając z kursem obranym na Alternative 4 (jedynie Anyone, Anywhere z powodzeniem do niego nawiązuje), zdryfował w kierunku brzmień mniej eksperymenty uskuteczniających - taki on zdecydowanie piosenkowy w swej manierze. Dziś Anathema dużo bogatsza aranżacyjnie, dopieszczona detalami, mniej spętana wymogami gatunkowymi, zwyczajnie wolna. Jakkolwiek to obecne oblicze bardziej obfite, to nie dyskredytuje ono starszych dzieł. Siła tej wybornej formacji w jakości, której nigdy na ich albumach nie zabrakło.
wtorek, 15 października 2013
A Perfect Circle - Mer De Noms (2000)
Zainspirowany szumem bieżącym wokół A Perfect Circle słów kilka w temacie Mer De Noms skreślić zapragnąłem. Intensywne w internetu sieci życie wieści o nadchodzącym zbiorze w rodzaju "the best" spore zamieszanie poczyniło, bowiem w pewnym sensie trudno zrozumieć artystyczną podstawę takiego kroku. Chyba że (i tu to prawdę mówiąc oczywiste się zdaje), iż krok to z punktu widzenia marketingowego uzasadniony, jeśliby zbiór ów miał być jakoby przypomnieniem nazwy tej w zapomnienie popadającej formacji, a w sukurs za nim nowy krążek od czasu jakiegoś nieśmiało zapowiadany na rynku by zaistniał. Innego wyjaśnienia nie jestem w stanie przyjąć, gdyż dwu albumowy autorski dorobek zbyt mizerny jeszcze w sensie ilościowym, by takimi megalomańskimi posunięciami był podsumowany - o co mimo wszystko tych zasłużonych muzyków nie podejrzewam. Rys historyczny, znaczy jak do życia ów ansambl został powołany sobie daruje, bo ja typ co Wikipedii wklejać w łamy swego bloga nie zwykł. Jak ktoś zainteresowany, jego znajomość tematu skromna, a ciekawość spora sam pewnie z nazwiskami sygnującymi nazwę grupy się zapozna. Do rzeczy, a w słowach co klasę lub lans posiadają do meritum! Otwarcie nowego milenium to czas, kiedy debiut A Perfect Circle na półki muzycznych salonów zawitał, a ja znając jego pochodzenie z drżącymi łapskami i podnieceniem ogromnym, podczas z buta powrotu ze sklepu, mlaskając z rozkoszy pierwszy fragmentaryczny odsłuch robiłem. Spodziewałem się naprawdę wiele i tyle właśnie otrzymałem. Jednoznaczna dominacja wokalnej maestrii tutaj w przekonaniu moim sednem krążka, odczucie wyraźnej maniery o toolowskim pochodzeniu. Jednako pomimo tego pokrewieństwa sztuka ekipie APC się udała wyjątkowa - znaleźli własną niszę do eksploracji głębokiej gotową. Pełną pasjonującej dramaturgii, surowego dystansu, trudno definiowalnej osobliwej aury ale i subtelnej wrażliwości. Spokojne, miarowe odkrywanie przestrzeni malowanej intrygującymi dźwiękami pochłonęło mnie bez reszty, a efekt prac studyjnych grupy towarzyszy mi do dzisiaj z zadziwiającą systematycznością. Zatem gdybym po tych dziesięciu latach od premiery ostatniego autorskiego dzieła, świeżym atrakcyjnym LP został przez tych magików obdarowany, bezwzględnie czułbym się fanem co najmniej na czas jakiś ponownie spełnionym. Mnie przecież tak niewiele potrzeba! :)
P.S. Pamiętam i często wracam do klipu Judith i tej kultowej sceny kiedy to Paz Lenchantin związuje włosy. Metafizyczne niemal doświadczenie!
P.S. Pamiętam i często wracam do klipu Judith i tej kultowej sceny kiedy to Paz Lenchantin związuje włosy. Metafizyczne niemal doświadczenie!
poniedziałek, 14 października 2013
Broken City / Władza (2013) - Allen Hughes
Grube ryby, cwani cyniczni karierowicze, młodzi ambitni ideowcy i były glina po przejściach - zaprawdę wzruszający typowy hollywoodzki szablon. Jednak w powyższym przypadku dzięki bezpośredniej konkretnej retoryce, wyrazistym postaciom oraz całkiem interesującemu wątkowi fabularnemu, otrzymałem zgrabnie skrojony, dynamiczny i względnie wciągający polityczny thriller. Czepiając się, może odrobinę naciągany z drobnymi dziurami logikę obrażającymi, lecz pomimo tego za sprawą prężnej, energetycznej i zdecydowanej produkcji ułomności powyższe na dalszy plan zepchnięte. Solidne to kino, gdzie pełen profesjonalizm twórców nie pozwala do warsztatu się przyczepić. Niemniej jednako brak mu zdecydowanie znamion dzieła wyjątkowego, stąd na lata w pamięci mojej pewnie nie pozostanie, ginąc w gąszczu innych rzemieślniczych produkcji czy ponosząc klęskę w starciu z obrazami o magii ponadczasowej. W każdym bądź razie na krótką metę się broni, nudy oszczędzając, unikając poczucia obcowania z zakalcem niestrawym! A to od czasu do czasu mi w pełni wystarcza.
niedziela, 13 października 2013
Side Effects / Panaceum (2013) - Steven Soderbergh
Steven Soderbergh nierównym twórcą
jest i basta! Tym stwierdzeniem parafrazującym klasyczną literacką frazę z
powodzeniem mógłbym dotychczasową karierę tego jegomościa podsumować.
Argument podstawowy raz! Bo obok takiej petardy jak Traffic, sypnąć
potrafił topornym Contagion czy zwyczajnie kilkoma kiepskimi, tandetnymi
klocami. Dużo działań plus mało czasu mierną finalnie jakość w prostym
równaniu daje - szybki wgląd w filmweb i jasne, 15 lat = 23 produkcje. Do sedna teraz! Panaceum niestety tej tendencji jakościowo nijakiej nie
zmienia znacząco, gdyż wykorzystując ciekawą zagadkę w rezultacie
zaprzepaszcza ją rzemieślniczym wykonaniem. Bez wyrazu, taki iskry i
pasji pozbawiony to thriller, dodatkowo fatalnie Jude'a Law mechaniczną
mimiką, manekina pozą firmowany - na margines swym siermiężnym aktorskim warsztatem
spychający przyzwoite role atrakcyjnych Pań. Straciłem ja już nadzieje
na bogate plony pracy Soderbergha, tym oto sposobem w otchłań niemocy zepchnięty. Kończ waść, miejsca innym ustąp, kasy szkoda! ;)
piątek, 11 października 2013
Rabbit Hole / Między światami (2010) - John Cameron Mitchell
Mało znane, przez niewielu pewnie obejrzane! Zatem owładnięty ideą, w miarę możliwości zmiany powyższej sytuacji, spieszę walory tego dzieła ukazać. Wyborne pierwszoplanowe aktorskie kreacje Kidman, Ekharta i debiutującego fabularnie jeśli się nie mylę - Milesa Tellera, wspierane przez Sandre Oh, Tammy Blanchard i ikonę w osobie Dianne Wiest, wyśmienicie tło wypełniających. Doskonałe ujęcia kamery, zdjęcia wraz z muzyczną oprawą idealnie współistniejące. Pełne symbolicznej treści sceny, raz wstrząsające, innym razem ciepłem spowite. Dopieszczone w każdym detalu, powoli odkrywające tajemnice w fabule zawartą, celnie między wierszami relacje rodzinne czy osobowości bohaterów szkicujące. I co kluczowe sama historia, szczerze wzruszająca, pełna realistycznych emocji, intensywna w pozornie statecznej formie. Kino najwyższych lotów dla każdego kto przeżycia głębokiego zamiast jedynie przaśnej rozrywki na ekranie oczekuje. Na koniec refleksja jeszcze, konkluzja jaką odczytałem. Przeżywanie tragedii różny obraz przybiera, a ogólnie przyjęte szablony radzenia sobie z jej ciężarem często zwyczajnie nieskuteczne. Intuicją kierowani sami wewnątrz siebie recepty przechowujemy, trzeba tylko subtelnej pomocy otoczenia lub przyjaznego zbiegu okoliczności by je odnaleźć i zrozumieć ich istotę i sens.
czwartek, 10 października 2013
Arctic Monkeys - AM (2013)
Zaskoczenie wkoło zanotowałem, że takie granie mnie wkręciło - zdziwienie tych szczególnie co mojej ewolucji w zakresie muzyki zauważyć dotąd nie chcieli. Żyli w przekonaniu, że ryki i niezrozumiały gwałt soniczny dla mnie wyłącznym przewodnikiem, a takie z atencją przeze mnie wychwalane formacje jak Graveyard, Orchid, Rival Sons czy odmienne biegunowo klasyki w postaci Anathemy i Porcupine Tree, to ekstremy bezlitosnej ikony. :) Błąd to wasz moi mili i aroganckiej ignorancji owoc. Jak kołek w miejscu nigdy nie stałem, tylko w poczuciu ciekawości i podniety w przetrząsanie świeżych niszy się angażowałem. A dzięki współczesnym możliwościom technicznym oraz wśród ciekawych osób czas spędzając takich ubogacających mentalnie doświadczeń mi nie zabrakło. Stąd na te fikające małpy trafiłem i od trzech tygodni wszędzie gdzie możliwość się nadarza zapuszczam sobie AM i poddaje czarowi tego albumu. Z obawą niestety permanentną, iż zbyt intensywne testowanie długiego terminu przydatności tegorocznego krążka Arctic Monkeys przesytem może się zakończyć. Ostrożność nakazuje rozsądnie dawkować korzystanie z tej przebojowej nuty, powściągnąć podniecenie przy wartościowaniu jej atrakcyjności. Jednakowoż siła przyciągania materiału jest kolosalna, a intuicja podpowiada, że oprócz kapitalnego pierwszego wrażenia, nasycony on z równą mocą walorem ponadczasowym. Instynkt kieruje w stronę wzmożonych kontaktów z AM, a już niemal czwarta dziesiątka przesłuchań przekonuje o braku objawów zmęczenia. Więcej nawet! Apetyt mój wzrasta wprost proporcjonalnie do intensywności odsłuchów. To wyborna dawka dojrzałej kompozycyjnej maestrii fundamentem powyższych odczuć, w sposób wykwintny korzystającej z owoców ewolucji aranżacyjnej - dla grupy kierunek otwierający na nowe możliwości. Z tego co w gorączce zachwytu udało mi się wyczytać, ci okrzepli już Panowie o wyspiarskim pochodzeniu, zameldowali się za oceanem by przy współudziale maestro Homme'a wysmażyć tak pasjonujące doświadczenie dźwiękowe. I jasne, że czuć tu wpływy amerykańskiego feelingu, zastępujące już na dobre szczęśliwie brytyjską pretensjonalność z Suck It and See - głębiej wstecz w ich dyskografii jeszcze nie grzebałem. Jednak niewiele tu zapożyczeń z twórczości lidera QOTSA rejestruję - może żaden ze mnie nadal koneser i znawca sztuki Josha Homme'a, gdyż dopiero ...Like Clockwork otworzył mi oczy na walory zawarte w jakości Q - ostrożnie zdopingował do odkrywania kolejnych kart znaczących ich studyjną historię. Jeżeli intuicja i słuch coraz lichszy mnie wszelako nie zawodzą, to plus dla Josha, że nie narzucał, a Arctic Monkeys nie poddali się magii legendy i nie zarzucili naturalnej iskry i talentu na rzecz autorytetu. Dzięki temu rozkoszować się jest mi obecnie dane nową zupełnie dla mnie jakością, świeżym zjawiskiem, które w wysublimowanym stylu penetruje odmęty klasyki rocka. Począwszy od bluesowych prekursorów, wpływów soulu, czy nawet muśnięcia rockabilly, poprzez tu w konkretnym przypadku łamiący strukturę w samym środku albumu lennonowski No. 1 Party Anthem, czy płynący leniwie tuż za nim Mad Sounds o fakturze gładkiej niczym jedwab. Jest w tej muzyce zarówno głęboko pod fasadą skrywany pazur, oszczędne wykorzystanie podstawowego instrumentarium jak i w pozornie banalnej konstrukcji bogactwo pomysłowych celnych rozwiązań, w sposób kapitalny ożywiających całość. Nie szarżują, na siłę nie eksperymentują, tylko zwyczajnie z wyczuciem w naturalnym rytmie dają porwać się nurtowi. Krążek pulsuje pełnią życia, wbija szeroki uśmiech na twarz moją, daje pozytywny napęd, poczucie korzystania z daru wyjątkowego jakim Arctic Monkeys na AM zechcieli się ze szczęściarzami takimi jak ja podzielić. Pozostaje mi jedynie liczyć na kontynuacje obranego kursu przy okazji kolejnego materiału. Przesilenie nastąpiło, trzeba więc iść za ciosem. Oby!
środa, 9 października 2013
The Dillinger Escape Plan - Option Paralysis (2010)
Poddałem się
szaleństwu ucieczki Dillingera w dwóch ostatnich studyjnych odsłonach –
redefinicji niemalże spojrzenia na fakturę kompozycji. I chociaż wcześniejsze
ich albumy są dla mnie nadal niezgłębioną, męcząca tajemnicą, Option Paralysis
i tegoroczny One of Us is the Killer lśnią ferią różnorodnych barw intensywnie
i urok swój na mnie skutecznie rzucają. Niemal popowe fragmentami, genialnego
Grega Puciato zaśpiewy tutaj kluczem - bramą szeroko otwartą. Linie wokalne
wybornie podkreślają zarówno pierwiastek obłędu jak i subtelnej introwertycznej
podróży. Pełna dynamiki i zaangażowania interpretacja tekstów, wraz z
aranżacyjną biegłością sztuką jest swoistą kapitalną umiejętnością, bowiem w
ramy jednolite wtłacza tak różnorakie pomysły, jednocześnie nie burząc ich
charakteru - kontrastową konstrukcje z powodzeniem spaja wspólnym mianownikiem.
Co istotne pogmatwane rytmicznie, matematyczne równania (jak to się w żargonie
pismaczym określać przyjęło), których składnikami podstawowe instrumentarium
plus wokalna ekwilibrystyka, wzbogacone komponentem o śmiałym przebojowym
zabarwieniu walorem immanentym Dillingerów. I ta specyficzna chwytliwość decydującą rolę odegrała w
zniewoleniu osoby mojej tego rodzaju dźwiękami. Nie jestem w stanie sobie
wyobrazić, że zawartość Option Paralysis byłaby w stanie mną owładnąć, gdyby
nie motywy, które pozostają w głowie na długo po wybrzmieniu ich w głośnikach,
jakby nie wykwintna żonglerka
Puciato, wyraźnie nawiązująca do autorskiej formuły legendy w osobie Mike'a
Pattona. Ogólnie wyczuwalny jest od tego krążka wpływ twórczości Faith No More
– żadne tam dosłowne kopiowanie, jedynie kreowanie bliźniaczej aury, zrywanie
więzów konwencji, śmiałe wykorzystywanie rozwiązań z często skrajnych
biegunowo, odmiennych gatunków. Wszystko dla finalnie zarówno efektownego jak i
efektywnego rezultatu. I tu na koniec apel wystosuje, życzeniowo licząc, iż
jakimś fartem będzie wysłuchany. ;) Kroczcie Panowie tą jedynie słuszną
ścieżką, w kierunku łamania barier, kreując muzykę eklektyzmem bogatą, śmiałą,
intrygującą ale i nośną na swój sposób. Jeśli taki kurs kontynuować
zamierzacie, w mojej skromnej osobie fana z pewnością mieć na lata będziecie!
P.S. Poradnik dla kakofonią pozorną tych nut przerażonych. Startujcie z pułapu Parastatic Twins, Widower, Gold Teeth on the Burn, by poprzez Chinese Whispers, Farewell Mona Lisa i Room Full of Eyes na kolejne poziomy wskakiwać. Winszując tym co się na to odważą życzę fascynującej przejażdżki tym rollercoasterem.
P.S. Poradnik dla kakofonią pozorną tych nut przerażonych. Startujcie z pułapu Parastatic Twins, Widower, Gold Teeth on the Burn, by poprzez Chinese Whispers, Farewell Mona Lisa i Room Full of Eyes na kolejne poziomy wskakiwać. Winszując tym co się na to odważą życzę fascynującej przejażdżki tym rollercoasterem.
wtorek, 8 października 2013
The Great Gatsby / Wielki Gatsby (2013) - Baz Luhrmann
Moja wina, że przed
seansem zrezygnowałem z jakichkolwiek bardziej szczegółowych informacji w
temacie produkcji Luhrmanna - ba
nie znałem nawet żadnej wcześniejszej ekranizacji powieści F. Scotta Fitzgeralda, będącej tu
bazą dla scenariusza. Nastawienie moje dalekie zarówno od wysokich oczekiwań, jak i obaw było, stąd też z neutralnym podejściem ale i naturalnymi
oczekiwaniami by ciekawy obraz zobaczyć, zderzyłem się ze ścianą banału w
najczystszej postaci. Bowiem zarówno anturaż w jaki wizualnie Wielki Gatsby
został ubrany, jak i sama historia niskich lotów się okazały. Ta pełna
przepychu, spektakularnie kiczowata wydmuszka jedynie wielbiciela photoshopu
lub innego upiększającego tabloidową rzeczywistość wynalazku, zachwycić zdoła.
Wielobarwne wizualnie, drażniąco przejaskrawione i przerysowane widowisko z
wielką pompą nadmuchane jedynie na tym bazuje. Melodramatyczna opowieść mdła
niestety tu sednem, naciągana do granic dobrego smaku, wyłącznie odruch zwrotny
we mnie wzbudziła. Miłość dla mentalnych dzieci jaka tu ukazana w wydaniu aż
tak irracjonalnie skrajnym, iż poczucie zażenowania we mnie obudzone każe mi
pytanie zadać o dojrzałość dorosłych twórców tego kinowego przeboju. Dramatu co
zamiast wzruszać i porywać, uśmiech politowania wzbudza. I gdybym na siłę
próbował w tym pseudo musicalu dla emocjonalnie ubogich jakiegokolwiek plusa
się doszukiwać, to wyłącznie dynamiczny montaż jakieś wrażenie robi - choć
odrobinę jest może w stanie ocenę podnieść. Jednakowoż zbyt nachalne użycie
wszelkiego rodzaju współczesnych tricków, bez smaku permanentna ingerencja
animacji, nawet przy zachowaniu daleko idącego dystansu jest w stanie zburzyć
poprawne wrażenie. I zrozumieć jestem w stanie, że taka forma artystyczna
założeniem reżysera, jednak nawet świadomość faktu tego oraz podczas projekcji
wzbudzanie odpowiedniego nastawienia, korygowanie wcześniejszych oczekiwań,
finalnie poczucia przerostu formy nad treścią nie były w stanie mi oszczędzić.
Chciałem w przekonaniu moim w sposób wyrozumiały zgłębić sens tych
groteskowych działań ekipy Luhramanna, jednakowoż pomimo chęci, ziewanie i
walka ze znużeniem wyrok tak surowy przypieczętowały.
P.S. Karkołomnego
pomysłu z oprawą muzyczną to właściwie nie będę komentował. Kropka!
poniedziałek, 7 października 2013
Evergrey - In Search of Truth (2001)
Imponujący głos Toma Englunda skupia na sobie uwagę podczas
obcowania z In Search of Truth. Jego walory zapewne płeć żeńską najskuteczniej
rozmiękczają, szczególnie w tych ciepłych fragmentach, kiedy pozostawiony
jedynie z akompaniamentem pianina czy akustycznego wiosła swój czar rozsiewa. I
albo we mnie ten pierwiastek kobiecy w sporej dawce egzystuje, że głos tego Szweda
wrażenie robi pokaźne lub też zaprzeczając przyjętemu modelowi socjalizacji,
podczas rozwoju społecznego nie pozbyłem się wrażliwości, naturalnie także
osobnikom płci męskiej przypisanej. Niemniej jednak nie będąc zniewieściałym
jak mniemam, nie mam także zamiaru rezygnować z korzystania także ze sztuki która walor emocjonalny posiada. A teraz już całkowicie poważnie będzie. :) Tom Englund
kapitalnie ze swoimi możliwościami wokalnymi zarówno w tych bardziej
melancholijnych fragmentach się odnajduje, jak i tam gdzie rwące gitarowe
partie więcej ognia do tej ogólnie klimatycznej formy dodają. Riffy serwowane,
gdyby odrzeć z klawiszowego tła i brzmienie nadmiernej sterylności pozbawić z
powodzeniem uniknęłyby zbytecznego rozmiękczenia. Stałyby się jadowite, a przez co pozwoliły
częściej szlachetną chrypkę wokalisty eksponować. W tę właśnie stronę na
kolejnych albumach Evergrey zacznie ewoluować. Struktury znacznie intensywniej
szarpane będą, a aranżacje prostoty pozbawione. Póki co jeszcze przy okazji In
Search of Truth więcej tu klimatu patosem solidnie doprawionego, niż
aranżacyjnej skomplikowanej faktury. Jednako album to od lat dla mnie wyjątkowy,
chwytający za serducho równie efektywnie jak dzieła Anathemy. Tyle że dźwięki
to zupełnie o różnej od twórczości ekipy braci Cavanagh proweniencji. Mniej w
nich awangardy, a klawiszowe pasaże tropem klasycznej symfonii podążające. I
gdyby komukolwiek w tym miejscu na myśl o plastikowej z casio pochodzącej
orkiestracji na mdłości się zbierało, śpieszę donieść, iż pomimo pozornej
gatunkowej analogii o lata świetlne zawarte na krążku Evergrey kompozycje
wyprzedzają wszelkie pseudo symfoniczne heavy potworki. To na czas obecny jak
już przy okazji refleksji w temacie Glorious Collision nie omieszkałem
wspomnieć jedyna formacja z tej niszy, która odruchów zwrotnych swą podniosłą
aurą we mnie nie wywołuje.
niedziela, 6 października 2013
Graveyard - Hisingen Blues (2011)
Kapitalne odkrycie z 2011 roku! Aż trudno w to uwierzyć, tak współcześnie też formacje grać potrafią, szczególnie te co za trendami ślepo nie podążają, w stacjach radiowych od czapy goszczą, a muzyczne "spopowiałe" (tak to się pisze?) telewizje i ich nieogarnięci przypadkowi pracownicy na wyrost dziennikarzami nazywani, ze względu na mizerny ich marketingowy potencjał z pewnością ignorować będą. Taki oto los perełek w obecnej telemarketingowej rzeczywistości, gdzie muzyka wyłącznie pełni rolę jingla dla uatrakcyjnienia towarów spod znaku muszę to mieć, bo inni to mają! Będą więc żyć sobie własnym życiem, gdzieś na marginesie mainstreamu i dotrzeć do nich zdołają jedynie pasjonaci co sami poszukiwać klejnotów w przepastnych zbiorach internetu zechcą. Ci co nie czekają aby na tacy podano, wskazano przez specjalistów public relations co też bez żalu, w tym współczesnych znaczeniu tego określenia słuchać się powinno, aby w towarzystwie lanserskich pozerów wszelakich zaistnieć. I cmoknijcie się w zady, trujcie dalej tępe umysły, zasmradzajcie je dźwiękowym kałem - ja tam mam zamiar samodzielnie decydować co w moim muzycznym świecie towarzyszyć mi będzie. I wybieram ja szlachetnego rocka na klasycznych fundamentach, gdzie wyjątkowa riffowa maestria króluje, pulsujący rytmicznie szkielet do dwóch topornych bitów się nie ogranicza, a wokalista zamiast sztuczną manieryczną lalą z pełnym makijażem, pasjonatem jest głęboko w przeżywanie nut zaangażowanym. Wszystko to, w ostatnim czasie przynajmniej ze zdwojoną siłą zaoferowali mi ci retro Szwedzi. Cudownie szczerą woń bluesa, sięgającą prekursorów z początków ubiegłego stulecia, namacalnie równocześnie muśniętą aurą przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Autentyczną podróż do czasów kiedy muzyka głębszą rolę w życiu odgrywała, posiadała wartość, a winylowe krążki w których zatopiona niemal jak relikwie traktowano. Ja oddany Graveyard niewolnik bije pokłony intensywne przed tym dziełem, opętany jego magią, wrażliwy na żar i emocje w tych dźwiękach zawarte. Tupiąc jednocześnie nóżką rytmicznie, bioderkami i szyjką wywijając, radość swą manifestuje na dzisiaj bogatszy już w kolejną rasową produkcje cmentarzyska, że w tej fasadowej teraźniejszej rzeczywistości można jeszcze na prawdziwą prosto z serducha graną sztukę trafić!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












