sobota, 15 lipca 2017

Porcupine Tree - Fear of a Blank Planet (2007)




Sześć kompozycji składających się na na optymalne 51 minut fascynującej muzyki, bez grama pustosłowia i megalomani, która do Hand. Cannot. Erase. w różnym stopniu gościła na albumach solowych Wilsona. Piszę z pozycji osoby dla której dwupłytowe albumy w większości przypadków stanowią trudno przyswajalne zakalce. Oczywiście istnieją przykłady pogodzenia rozpasania czasowego z artystyczną kreatywnością, nie mam zamiaru się kłócić, jednak to przypadki niezwykle rzadkie i w swojej istocie zapewne przewrotnie potwierdzające moją tezę o przeroście ambicji tych, którzy postanawiając stworzyć dzieła przełomowe rozbijają się niestety na murze przesady. Z tej właśnie perspektywy ucieszyłem się ogromnie, gdy Steven Wilson przy okazji solowego albumu sprzed dwóch laty przełamał schemat nadmiaru materiału, stąd też wyżej od The Incident cenię materiały mniej obfite, którym wspomniany krążek stałby się z pewnością gdyby tu i ówdzie poprzycinać. Fear of a Blank Planet to szczęśliwie idealny przykład sprecyzowanej próby pogodzenia rozbuchanej progresywnej formuły z popową wręcz piosenkowością, w spójną wysoką jakość. Proporcje doskonałe tutaj rządzą, charakterystyczne egzaltowane stylistyczne zagrania i sporo mechanicznego pulsu, który dodaje pikanterii udowadniając jak wielkimi muzykami są członkowie jeżozwierza. Kapitalne mocne otwarcie numerem tytułowym, przełamane wybornymi balladami, które jak zawsze unikając taniego patosu poruszającymi jednak bardzo głęboko i dopełnionymi osiemnastominutowym kolosem bez najmniejszych oznak nudy - Anesthetize ustawicznie potęguje napięcie, nakręca emocje lawirując pomiędzy uduchowioną nostalgią, a instrumentalnym żarem. A wszystko zamknięte intrygującą elektroniką w Sleep Together, piętrzącą się okazale wokół transowego kręgosłupa i przyprószone co nieco orientalną symfoniką. Fear of A Blank Planet to dzieło, które idealnie wkomponowuje się w triadę zapoczątkowaną przez In Absentia i chociaż dostrzegalny jest na niej element fermentu, pewnej próby wykorzystania mechanicznych wibracji to brzmi jednak jak typowy Porcupine Tree, gdyż komponent charakterystycznego przez lata budowanego stylu, ma wpływ decydujący.

P.S. Z perspektywy czasu, zaledwie lat dziesięciu cały koncept liryczny zbudowany wokół kwestii "pustej" młodzieży w przeładowanym bodźcami świecie, dzieciaków zdemotywowanych łatwością otrzymywania podniet, zdaje się zaledwie preludium do tego co czeka nas w perspektywie może zaledwie kilku tylko kolejnych lat. Ten świat nie wyhamuje - to pewne!

czwartek, 13 lipca 2017

Memoirs of a Geisha / Wyznania gejszy (2005) - Rob Marshall




Jestem świadom, iż dorobek filmowy Roba Marshalla ponad jedną głośną produkcje wyrasta, lecz niestety prócz znajomości samych tytułów nic poza Wyznaniami gejszy do tej pory nie obejrzałem. Nie żałuję, że nie widziałem jednej z odsłon przygód kapitana Jacka Sparrowa w jego reżyserii i rzecz oczywista nie ubolewam nad faktem, że baśniowe Tajemnice Lasu zignorowałem. Ja tylko wstydzę się, że ani Nine, ani tym bardziej Chicago przez niechęć do musicali, estetycznie nie skonsumowałem. Mając na względzie kapitalny zmysł wizualny, jaki Marshall zaprezentował przy okazji produkcji historii Sayuri to niewybaczalne by taki drobiazg jak muzyczny charakter filmu przed seansem powstrzymywał. Obiecuje sobie (któryś już raz :)) że to zaniedbanie nadrobię i przełamię się do obrazów, w których taniec i śpiew przede wszystkim emocje wywołuje. :) Wracając jednak do głównego tematu, powodu dla którego ten tekst spisany, to uprzejmie donoszę tym, którzy jakimś cudem tytułu nie widzieli, bądź tym którzy mają ochotę poznać moje zdanie, co następuje. Wyznania gejszy to wzruszająca opowieść będąca adaptacją bestsellera Arthura Goldena, rozgrywająca się w egzotycznej scenerii, taka poruszająco dramatyczna historia nie tylko i wyłącznie o miłości. Wybornie opowiedziana w klasycznym narratorskim stylu, przy znaczącym udziale pobudzającej zmysły muzyki oraz przecudnie zdobna emocjonalnie, ale i intrygująca przez wzgląd na kwestie mentalne i kulturowe. To ponad wszelką wątpliwość operatorski majstersztyk z doskonałą grą światła i barw, z ciekawą motoryką ujęć, urzekającą scenografią i mistrzowskim balansem pomiędzy artystyczną plastyką, kameralną intymnością i widowiskowym hollywoodzkim efekciarstwem. To wreszcie subtelny, niezwykle zmysłowy i edukacyjnie wartościowy portret ludzi i miejsca – orientalnego skrawka ziemi i zamieszkujących ją autochtonów, którzy poprzez swoją izolację i przyrodzone właściwości stworzyli bogatą i tak odmienną od innych kulturę, w której przywiązanie do kodeksu honorowego nie jest li tylko hasłem na ustach, a bezwzględność tradycyjnych wartości zważywszy na przemyślaną mądrość w nich zawartą nie prowokuje mnie do krytyki. 

P.S. Do powyżej złożonej deklaracji w temacie musicali nie skłonił mnie także pobłyskujący La La Land, a zachwyt nad Wyznaniami gejszy sprowadzony niemal wyłącznie do kwestii technicznych i kulturowych z pominięciem wątku miłosnego, absolutnie nie powodowany był obawą o uznanie mojej osoby za nazbyt zniewieściałą. :)  

środa, 12 lipca 2017

Black Label Society - Stronger than Death (2000)




Ostatnio nie bardzo idzie Zakkowi - muzycznie jest dosyć licho, niewiele spod jego masywnych łap rasowego materiału wyszło, a jak już raczył się ze snu wybudzić i w studiu nagrywać to na posuchę dobrych pomysłów te produkcje cierpiały. Raczej powtarzalnością zawiewało, niedostatkiem oryginalności i na brak większej dynamiki działań sfinalizowanych kapitalną porcją mocarnego riffowania szansy niestety i teraz nie dostrzegam. Szczególnie Catacombs of the Black Vatican, czyli krążek sprzed trzech lat nie napawał optymizmem, że coś drgnęło i szarpnęło do przodu. Przewidywalność, odcinanie kuponów i nawet jeśli we względnie poprawnym jakościowo stylu (bo o upadku nie ma mowy) to jednak bez śladu progresji. Nie bardzo więc wierzę w przełom choć im mniej nadziei tym większa zapewne radość będzie, gdy mylić mi się przyjdzie. :) Wracam zatem z tęsknoty za rasowym Wyldem przede wszystkim do przeszłości i w starociach odnajduje ukojenie - w tych albumach w rodzaju Stronger than Death, gdzie świeżość w spojrzenia na przecież klasyczne pojmowanie ciężkiego riffu na hard rockowych resorach dominuje. Dynamiczne pełne groovu konstrukcje tutaj królują z pysznymi solówkami i surowym szlifem w znaczeniu brzmienia i ciężaru. Kilka solidnych kopów dla rozkręcenia, zaś na przełamanie i dla kontrastu testosteronowe ballady w których zamiast ckliwości męska twarda refleksja. To krążek idealny do samczych spotkań przy browarze, by rubasznie obśmiać rzeczywistość, ponarzekać może nieco kontemplacyjnie i przede wszystkim złapać dystans do codzienności. Tak sobie kojarzę, gdy druga w dorobku płyta Zakka się kręci, że gdybym był wojownikiem szos ujeżdżającym połyskującego chromem Harleya, to z pewnością ze Stronger than Death w długich trasach bym się nie rozstawał, rozmyślając po drodze jak osiągnąć idealną proporcję w byciu prawdziwym mężczyzną. To znaczy jak odnaleźć ten złoty środek pomiędzy wrażliwością przytulnego misia, a siłą dającego poczucie bezpieczeństwa  niedźwiedzia. :)

wtorek, 11 lipca 2017

Fear Factory - Archetype (2004)




Sporo wydarzeń przykuwających uwagę w sensie niemuzycznym pomiędzy Digimortal, a Archetype w obozie fabryki strachu się wydarzyło. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi wpierw Burton C. Bell podjął zaskakującą (tak jakby nieodwołalną ;)) decyzję o opuszczeniu formacji, by w chwile później wycofać się z tego pomysłu i oznajmić, że wykopany został Dino Cezares. Gitarę przejął basista, a za osierocony bas chwycił znany ze Strapping Young Lad Byron Stroud. W tym przemeblowanym składzie przyszło ekipie dowodzonej przez wokalistę (już bez konkurencji ze strony drugiego samca alfa) stawić czoło nie tylko wymaganiom jakościowym ale i przede wszystkim zadaniu utrzymaniu fanów, dla których Dino Cezares był głównym powodem zainteresowania. Sam odnosiłem wrażenie, że nomen omen fundamentem FF postawny, znaczy pulchny gitarzysta, więc obawy ogromne miałem jak brak tak charakterystycznego wiosłowego i jego niezaprzeczalnego kompozytorskiego talentu wpłynie na zawartość Archetype. Obawy okazały się niepotrzebne, gdyż otrzymałem do łap produkt w pełni zaspokajający moje potrzeby, a nawet w mojej opinii często stającej w opozycji do "nieomylnej" większości, przewyższający mocą i chwytliwością ostatni krążek z Cezaresem. Digimortal miał swoje momenty, ale to właśnie Archetype wykorzystujący z wyczuciem całą gamę charakterystycznych cech muzyki Fear Factory porwał mnie od początku do końca. I mimo, że mógł się wydawać zbiorem numerów szybciej przyswajalnych, intensywniej melodyjnymi zaśpiewami obdarowanych to jego wartość udowodniły lata z nim kontaktu i absolutnie nieodczuwalny wpływ czasu i nieprawdopodobnej ilości odsłuchów. Tak ponad dekadę  temu jak i dzisiaj krążek z 2004-ego roku uznaję za brakujące ogniwo pomiędzy kultowym Demanufacture, a Obsolete, którym coraz mocniej w nu metalowy trend się wpisywali. Walor Archetype tkwi w dużej dojrzałości i permanentnej dramaturgii, bowiem przestrzenne kompozycje skonstruowane za zasadzie kontrastów nie dają absolutnie powodów do narzekania, iż wątek szarpany nie spaja się odpowiednio płynnie z tym melodyjnym. Niestety radość z odrodzenia nie trwała długo - zadowolenie z gęby natychmiast zdjął mi nagrany w zaledwie kilkanaście miesięcy później Transgression, jednak o nim później, dużo później napiszę, gdy zechcę żółć wylewać. :)

czwartek, 6 lipca 2017

Lady Macbeth / Lady M. (2016) - William Oldroyd




Niebezpieczny, bo podstępny to dramat na motywach noweli Nikolaja Leskova. Totalnie z człowieczych emocji wyprany tzn. one tutaj są, jednako przybierają formę skrajnie zimną stąd obcowanie z nimi miast w człowieku ludzkie odruchy pobudzać, one je usypiają, gdy jak w transie obserwuje się brutalną rozgrywkę. Przemianę zdystansowanej, apatycznej w końcu krnąbrnej młodej kobiety w bezlitosną morderczynię dla której własne szczęście jest celem uświęcającym wszelkie środki. W świecie patriarchalnym, zdominowanym przez władczych mężczyzn, w kontrowersyjnym stylu rozprawia się ze sztywnym gorsetem reguł i konwenansów. Traktowana jako ozdoba dusi się w tej przedmiotowej roli, zmieniając radykalnie istotę swojego istnienia, krocząc konsekwentnie ścieżką egocentryzmu, aż do tragicznego finału. Zapadający głęboko w pamięć debiut William Oldroyda, to nieprawdopodobnie klaustrofobiczny dramat – duszna, pozwolę sobie na odważne stwierdzenie – bardzo mroczna tragikomedia, gdyż w postaci tytułowej jest równie dużo frustracji jak demonicznej bezczelności i wreszcie nonszalancji. Za tą mistrzowsko zaadaptowaną paletę cech osobowości odpowiada młoda brytyjska aktorka niemal bez doświadczenia, co stanowi dla mnie dowód potwierdzający tezę, że z tym czymś co pozwala rozsiewać magnetyzm trzeba się po prostu urodzić. Bez jej przeszywającego spojrzenia, naturalnej maniery gdzieś pomiędzy frywolnym urwisem, a sugestywną sensualnością ponętnej dojrzałej kobiety, ten bardzo teatralny klimat zaproponowany przez Oldroyda stałby się nazbyt pretensjonalny. Precyzyjne statyczne ujęcia nie kumulowałyby skutecznie napięcia i nie wpijały się równie dobitnie w podświadomość. Mam przekonanie, że pomimo kapitalnej pracy reżyserskiej, gdyby nie Florence Pugh obraz nie sięgnąłby tak wyrazistego poziomu.

środa, 5 lipca 2017

Elena (2011) - Andriej Zwiagincew




Niezaradny, bo leniwy synuś w średnim wieku, wnuczek z potencjałem ale do bójek tak samo w wirtualu jak realu i synowa z ambicjami systematycznego rodzenia oraz tytułowa Elena jako mamusia i teściowa nadopiekuńcza. W realiach kapitalistycznej pseudodemokratycznej Rosji młode pokolenie rady sobie samodzielnie nie daje, wiedzie jednak wygodny żywot pasożytniczy żerując finansowo na organizmach emerytów, szczęśliwie o statusie materialnym wysokim, więc "daj" jest możliwe, bo skąd brać akurat mają. Para dziadków z obciążeniem psychicznym poprzedniego związku i dziećmi, które nie bardzo spełniają ich oczekiwania, a odpowiedzialność rodzicielska nakazuje utrzymywać parasol ochronny, który wyłącznie komplikacje przynosi. Ale to dopiero wstęp prolog, bo względnie spokojne życie emerytów kończy zbliżający się nieuchronnie zgon majętnego pana domu, a planowane zapisy testamentu zaskakująco niesprawiedliwe i nieprzychylne dla oddanej małżonki wymuszają kroki radykalne. Dalej to już determinacja przejmuje kontrolę nad działaniami i robi się naprawdę gorąco! Nie mogłem przegapić, kiedy TVP Kultura prezentuje taki repertuar - Zwiagincew po Lewiatanie dopiero dostał się w obszar mojego zainteresowania, a że nie było okazji zobaczyć jego wcześniejszych tytułów aż do teraz, toteż dotrzymałem do niemożliwie niekomfortowej pory emisji i absolutnie tego poświęcenia nie żałuję. Przyznaję że to może nie do końca ten sam kaliber spojrzenia na współczesną Rosję jak w obsypanym nagrodami Lewiatanie, jednak jako klimatyczne kino (przeszywająca muzyka) ze świetnie ogarniętą warstwą psychologiczną i błyskotliwą wnikliwością obraz ze wszech miar wart uwagi.

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Afghan Whigs - In Spades (2017)




Przekonała mnie redakcja Noise Magazine, siła jej sugestii widać ogromna a ja jej mentorskiemu autorytetowi uległy. :) Album numeru zobowiązuje, a nazwa gdzieś przez lata pośród rzeczy, które poznać powinienem, a dotąd tego nie czyniłem się przewijała - toteż kiedy jak nie teraz, gdy takie pochlebne recki i okładka z miejsca sympatię wzbudzająca (zaiste kapitalny obrazek). Oj wychwalony został ten krążek, bardzo celnie i intrygująco opisany, stąd moje zainteresowanie, może chwilowe trudno mi teraz z jednoznaczną pewnością perspektywę dla In Spades nakreślić. Sama muzyka to alternatywa (nawet gdy lider się wzdryga na to określenie), która bardziej spogląda w stronę wysp niż stąpa po tradycyjnych amerykańskich terenach. Może ja się akurat w tej stylistyce nie do końca odnajduję, niewiele znam grup z tej sceny więc zakładam nieco w ciemno, że u jankesów gra tak niewielu. Jak się okazuje, gdy przejrzeć historię, grupa najwięcej osiągnęła podczas flanelowej rewolucji to grunge’u nie gra, a jej korzenie sięgają lat osiemdziesiątych i stamtąd pochodzące inspiracje czuję wyraźnie. Taki to niewątpliwie ambitny, bo wybornie zaaranżowany, co nieco muśnięty quasi orkiestracjami i sekcja dętą, w palecie brzmień intrygujących z gracją się poruszający rock, z soulowym charakterem jednak bez wyjątkowego, znaczy głębokiego wokalu. Greg Dulli może i kombinuje, mruczy, szepce i tą zmysłową chrypką fajnie wpisuje się w bujającą muzykę, ale nie stanowi tutaj ogniwa na tyle wyrazistego, by brak tej maniery mógł zmienić radykalnie brzmienie numerów. Cierpi nieco całość na brak kopa (i nie tylko mam tu uwagi do głosu lidera), nie usłyszałem jakichś wrzących emocjonalnych uniesień, wzbudzenia pasji, niegrzecznej gwałtowności. To może być mój zarzut, nie co do koncepcji, ale w stosunku do moich oczekiwań. Tyle że, jeżeli już mieli zaspokajać wymagania to starych wiernych fanów którzy na styl z In Spades, jak prasa donosi nie kręcą nosem. Taki neofita jak ja ma się przekonać do tego, co dostaje a nie wystosowywać aroganckich roszczeń! :)

P.S. Tekst napisałem, zadowolony z efektu przy akompaniamencie Into the Floor się poczułem i bach, info o śmierci byłego gitarzysty formacji się pojawiło. RIP Dave Rosser.

niedziela, 2 lipca 2017

Arcadea - Arcadea (2017)




Zatrzęsienie wyrastających okołomastodonowych projektów jest faktem, znaczy tworów muzycznych współtworzonych przez członków ekipy Mastodon, lecz niekoniecznie bliźniaczych stylowi grupy. Więcej te wszystkie GTO, GIG czy KBK raczej daleko odchodzą od stylistyki macierzystej formacji czterech wyjątkowo płodnych instrumentalistów i chyba jeśli mnie słuch nie myli i odpowiednio ogarniam obcą mi, bo nazbyt elektroniką zdominowaną materię muzyczną, to paradoksalnie najbliżej jazdy pod Mastodon przez wzgląd na charakterystyczny flow, struktury i harmonie gry Dailora jest właśnie Arcadea. Zapewne prowadzona, a może i nawet zdominowana twórczo przez wielorękiego maga perkusji uzyskuje ten efekt bez użycia gitar, a cała aranżacja oparta jest na ejtisowych syntezatorowych brzmieniach na kształt ośmiobitowej technologii sprzed lat, mocno wspomaganej pełnymi wyobraźni odjechanymi impresjami. To jak domniemam rodzaj psychodelicznego space rocka bez wiosłowania, za to z intensywnym pulsem zestawu Dailora przykrytym lawą piskliwej elektroniki. Rzecz w mojej ocenie nieprzeciętna, mocno osobliwa, brzmiąca całościowo oryginalnie mimo pewnych inspiracji płynących z syntezatorowych tripów rozwijanych w kolorowych latach siedemdziesiątych i niewiele mniej barwnych osiemdziesiątych. Słucham tych jedenastu kompozycji już po raz kolejny z rzędu z zaskakującą mnie przyjemnością i wzrastającym wprost proporcjonalnie do ilości odsłuchów jednoczesnym niestety przekonaniem, iż efekt zainteresowania nie przeistoczy się w długowieczną fascynację. Intrygujący to album, ale to „MIDI” granie nie z mojej bajki. 

sobota, 1 lipca 2017

The Reader / Lektor (2008) - Stephen Daldry




Kino bezwzględnie zasługujące na miano wybitne – głęboko poruszające, wysoce pouczające i poprzez właśnie wysokie stężenie tych walorów niezwykle wartościowe. Z kapitalnymi kreacjami zarówno Kate Winslet jak i Ralpha Fiennesa oraz całej plejady aktorów pochodzenia niemieckiego. Nastrojowym klimatem, fenomenalnymi ujęciami i autentyczną scenografią. Wybornie skonstruowaną epicką formułą fabuły, tajemnicą finezyjnie zawartą w tytule oraz kameralnym spojrzeniem na istotę człowieczeństwa przez pryzmat wojennej traumy i życia z obciążeniem. Żadna to próba prostego usprawiedliwiania ludzkich czynów, błędów młodości czy wreszcie zwykłych instynktów. To niezwykle wnikliwa psychologiczna rozprawa o naturze ludzkiej i dostosowywaniu się do sytuacji, czy poszukiwaniu bliskości kiedy samotność nie do zniesienia. To też nie jest relatywizowanie postaw, choć pewnie żyjący w ciągłej nienawiści do narodu niemieckiego przez wzgląd na krzywdy wyrządzone, oczywistą i niewybaczalną masę okropieństw oraz cierpienia uznają go za próbę nieuzasadnionego dostrzeżenia w oprawcach istot ludzkich. Nic nie jest jednak oczywiste, rzeczywistość nie dostarcza prostych i zawsze słusznych rozwiązań, a natura ludzka z łatwością poddaje się pokusom władzy. Pytanie czy nikczemnikiem jest się wiecznie, a może tylko nim się bywa w odpowiednich okolicznościach. Kto wie do czego bylibyśmy zdolni żyjąc w przerażających czasach wojennej nienawiści. Te i inne pytania kotłują się w głowie, mniej lub bardziej bezpośrednio powiązane z dziełem Stephena Daldry’ego. Zastanawiam się teraz jak zrozumieć skomplikowany świat bez narzędzi do poszerzania perspektywy, otwierania nowych drzwi i pokory wobec niezrozumiałego. Niemniej jednak każdy ciemięzca powinien zapłacić za podłe czyny, jednak tak by zrozumiał swoją winę, bo na wybaczenie w żadnym stopniu nie powinien liczyć.

czwartek, 29 czerwca 2017

Vallenfyre - Fear Those Who Fear Him (2017)




Mam wrażenie, iż pogrążył się Gregor Mackintosh na dobre w nostalgii, a nawet poniekąd kombatanctwie, a mam takie przekonanie na podstawie zarówno dostarczanej obecnie muzyki jak i lektury wywiadów przy okazji premiery trzeciego krążka Vallenfyre. Odnoszę wrażenie, że zdając sobie sprawę, iż przy rewolucji asystuje się tylko raz, później jako pilny uczeń rozwija jej spuściznę. A wreszcie z zasady gdy wyczerpie się energia pozwala jej się umrzeć nie spoglądając za siebie, tylko poszukując naturalnie nowych podniet. Wpadł dzisiaj Mackintosh, kiedy kryzys wieku średniego każe zbyt często za siebie się oglądać, w spiralę która zarówno wraz z Vallenfyre jak i współczesnym obliczem Paradise Lost ściągać go będzie w otchłań tęsknoty za młodzieńczą pasją, już na zawsze odbierając szansę na jakikolwiek progres liczony w liczbie sprzedanych egzemplarzy. :) Bo trudno nawet przy sporej sympatii dla muzyki, która swego czasu pozwoliła mu na zaistnienie w ścisłej czołówce brytyjskiego metalowego grania nie dostrzec, iż nawrót na ścieżkę brutalną nastąpił po oczywistych niepowodzeniach w pogoni za sławą i pieniądzem. Ja rozumiem i nawet wierzę, że te sympatie wobec elektroniki spod znaku Depeche Mode przy okazji Host nie były li tylko szansą na mainstream, a ówcześnie głosem potrzeb artystycznych. Jednak każdy kolejny krążek Raju Utraconego, to tylko balansowanie pomiędzy przywiązaniem do lojalności metalowych sierściuchów, a łypaniem wzrokiem w stronę popkultury. A że jak się chce, a się boi i próbuje złapać dwie sroki za ogon, to najczęściej wychodzi się z niczym, lub ewentualnie jeszcze z ostateczną szansą na męską decyzję – w którym kierunku, ale już na całego! I poszedł nobliwy wiekowo Gregor na całość zagłębiając się w młodzieńczych muzycznych fascynacjach i eksplorując zaciekle już dawno wyeksploatowane w latach osiemdziesiątych i początkowej fazie dziewięćdziesiątych tereny "plugawego death metalu i wściekłego crustu". Ma człowiek jednak smykałkę do hałasowania w takiej stylistycznej tonacji i mimo, że o oryginalności mowy nie ma to na Fear Those Who Fear Him każdy numer brzmi odpowiednio pierwotnie i smaga intensywnie. To widać i czuć, że z tych dźwięków powstał kręgosłup jego pasji i tam korzenie mocno zapuszczone posiada, więc pamiętając mu (a jakże) szeroki rozkrok z którego długo nie potrafił się podnieść podchodzę z mieszanymi odczuciami do kolejnych kroków w konfiguracji Vallenfyre, jak tym bardziej Paradise Lost. Paradajsi już wkrótce nowy album wydadzą i okazja na cięgi, w najlepszym wypadku kręcenie nosem będzie, natomiast krwiste mięcho od Vallenfyre kręci się już kilka tygodni i co muszę przyznać nadal zachęcający aromat wydziela. Zakładam więc, że nowy materiał będzie się cieszył moją adoracją raz na jakiś czas, podobnie jak poprzedni Splinters zapuszczany zawsze gdy zapragnę przypomnieć sobie, że nadal drapieżnikiem gustującym w surowym mięchu jestem.

środa, 28 czerwca 2017

Låt den rätte komma in / Pozwól mi wejść (2008) - Tomas Alfredson




Będąc wciąż pod wrażeniem Szpiega, mimo że kilka lat już upłynęło, oraz wyczekując na premierę najnowszego obrazu Tomasa Alfredsona zapragnąłem w końcu przekonać się jakimi tytułami na własnej ziemi się zasłużył, iż kino mainstreamowe zainteresowało się i doceniło jego pracę, dając szansę na zaistnienie jego osoby w szerokim filmowym świecie. Zanim jednak z ostatnim szwedzkim aktem twórczym w dorobku reżysera seans odbyłem, uzbroiłem się w podstawową wiedzę doczytawszy, że to film o wampirach będzie. :) Pomyślałem natychmiast, nim więcej jak dwa akapity przypadkowego wprowadzenia poznałem, że dobra – spróbuję, bo przecież dobry horror nie jest zły, byleby straszył, a nie śmieszył. Znaczy powinien być sugestywny, a nie dosłowny – budzić autentyczny niepokój, a nie poczucie zażenowania. Ale jak się okazało Pozwól mi wejść to nie jest klasyczny film grozy i w żaden sposób nie ma mowy, by łatwo do jakiejkolwiek kategorii horroru go przyporządkować. Nie dlatego, iż nie straszy, lecz przez wzgląd na oryginalnie potraktowany motyw powiązany z wampiryzmem. Krew intensywnie spływa i dzieci nocy swe kły w szyjach ofiar zatapiają, lecz postaci, których mit i geneza stworzenia w obawie przed nieznanym kryjącym się w ciemności tkwi, osadzone tutaj w świecie współczesnym i przez pryzmat intrygujących rozważań psychologicznych spostrzegane stają się walczącymi z instynktem przetrwania istotami o cechach wyjątkowo ludzkich. To jak się okazało obraz niezwykle smutny i ogromnie przygnębiający, traktujący przede wszystkim o samotności i ofiarnym poszukiwaniu ciepła płynącego z przyjaźni. To film o dziecięcych outsiderach żyjących na marginesie rówieśniczych relacji towarzyskich, prześladowanych i nierozumianych przez najbliższe otoczenie. Osadzony wyraziście w skandynawskich realiach dalekiej mroźnej północy, gdzie promienie światła rzadkością, a ciemność stymulatorem stanów melancholijnych, depresyjnych czy nawet psychotycznych.

P.S. Znam kilku co najmniej wielbicieli skandynawskiego kina i chociaż akurat moja znajomość filmów z tego kierunku geograficznego mizerna, to po obejrzeniu podobnych Pozwól mi wejść tytułów rozumiem w czym tkwi ten magnes przyciągający ich do produkcji z tych właśnie północnych rejonów Europy. Mrok drodzy Państwo i to taki, którego nie uświadczycie w jankeskich produkcjach.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Que Dios nos perdone / Niech Bóg nam wybaczy (2016) - Rodrigo Sorogoyen




Rasowy mroczny kryminał, coś na podobieństwo ikonicznego fincherowskiego Siedem, tylko w iberyjskim wykonaniu - a gdyby szukać podobieństw po linii pochodzenia to na myśl przychodzą Dawne grzechy mają długie cienie, bądź Sekret jej oczu. Nie pierwszy i nie ostatni to zapewne raz, kiedy kino hiszpańskojęzyczne robi na mnie kapitalne wrażenie i nie mam na myśli tutaj jednego gatunku, w którym filmowcy z południa znakomicie się odnajdują. Thriller, kryminał, znaczy kino z dreszczykiem, ale i dramat, ewentualnie obyczajówka z masą głębokich przeżyć to te rejony twórczości filmowej gdzie zawsze znajduję tytuły, które dostarczają mi wartościowych wrażeń. Mają Hiszpanie i mocno powiązani z nimi argentyńscy filmowcy smykałkę do historii o ludziach z życiowymi tajemnicami, po przejściach dramatycznych, z traumami, obsesjami, psychozami czy fobiami. Rodzinnymi problemami i ogólnie mnóstwem złej energii wokół genialnie psychologicznie sportretowanych postaci. Niech Bóg nam wybaczy jest jednym z wielu przykładów na potwierdzenie powyższej tezy, z zastosowaniem mechanizmów warsztatowych budujących gęstą, mroczną i duszną atmosferę, z doskonałym aktorstwem i podkręcanym na zasadzie interwałów tempem oraz ustawicznym napięciem. Tajemnicą bez oczywistości, prowadzonym śledztwem, gdzie wysyp tropów, poszlak i dowodów – ślepych uliczek i na każdym kroku przeszywającego poczucia niebezpieczeństwa, czy czającego się tuż tuż zwrotu akcji.

czwartek, 22 czerwca 2017

Intouchables / Nietykalni (2011) - Olivier Nakache, Eric Toledano




Na poziomie poczucia humoru rozmijałem się z tym co oglądałem okrutnie, ten rodzaj żartu akurat do mnie nie przemawia, natomiast jeśli mówić o przesłaniu to rzecz wartościowa i bardzo istotna szczególnie w czasach alergii na wszelkie odmiany inności. To spotkanie dwóch światów, skrajnych osobowości i wymiana perspektyw spojrzenia, wpływ wzajemny na siebie, budowa głębokiej relacji, rozwijanie wrażliwości ma sugestywny wymiar. To jest film, który określę jako ładny, lecz czy to będzie komplement, czy kurtuazja, gdy obraz w wymiarze warsztatowym po prostu zachowawczy, a jednostajna emocjonalność dość nużąca i zwyczajnie mdła. Wiem że to tytuł, który znakomite recenzje zbierał, ale spotkałem się także pośród większościowych zachwytów z głosami umiarkowanie krytycznymi - że entuzjazm przesadzony, bo ambicje intelektualne nie w pełni wysokie. To oczywiście względnie wysokich lotów kino, szczególnie piękne w sferze duchowych przeżyć i zwykłych ludzkich odruchów, ale także jednocześnie nazbyt naiwne, w sensie zastosowanej formuły płaskie, schematycznie zrealizowane i przewidywalne. Nawet jeśli oczekując wyjątkowego seansu odrobinę się zawiodłem, bo emocje płynące z ekranu jednak nie mają najwyższej amplitudy i nie budują koniecznej huśtawki nastrojów, czy temperamentnych kontrastów, to nie traktując go jako arcydzieła, chociażby przez pryzmat wspaniałego tematu muzycznego uważam za tytuł co najmniej bardzo dobry. 

środa, 21 czerwca 2017

Forushande / Klient (2016) - Asghar Farhadi




Opóźnił się seans z Klientem, gdyż plany pierwotnego poznania najnowszego obrazu Asghara Farhadiego pokrzyżowała awaria projektora w kinie studyjnym, a nawał osobistych obowiązków nie pozwolił na zmianę terminu. Tym sposobem po kilkumiesięcznej pauzie dopiero na dniach tą nagradzaną intensywnie, w moim menu filmowym niezwykle egzotyczną produkcję sprawdziłem. Jak się okazało i co zaskoczeniem nie było obraz to z gatunku poniekąd tych mało filmowych, w tym tradycyjnym ujęciu kina z typowo hollywoodzką pompą. To bardziej kronika wydarzeń, a nawet obserwacja autentycznego życia, w zasadzie bez podkładu muzycznego lub z jego bardzo minimalnym udziałem. Nie forsuje reżyser w poczynaniach aktorów konieczności wykorzystywania teatralnej maniery - w zachowaniach, gestach czy mimice jest naturalnie i surowo, bez ingerencji zbędnej artystycznej oprawy. Z każdą minutą rozwijania się „akcji” atmosfera gęstnieje, a w finałowej scenie to już zawiesina maksymalnie skondensowana na widza spływa. Napięcie, którego z początku brakuje zaczyna gwałtownie narastać, a całkowity brak dosłowności i postawienie na tajemnicę niedomówień pobudza w widzu ciekawość i każe zadawać masę istotnych pytań. Poczynając od kwestii czysto psychologicznych w uniwersalnym dla każdego człowieka znaczeniu radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami, po zagadnienia mentalne, kulturowo związane z płcią i rolą społeczną. Tak naprawdę ten psychologiczny thriller (szukając znajomych klasycznych odniesień po linii twórczości Polańskiego i może nawet Hitchcocka), to dla osób z kultury zachodniej skarbnica wiedzy o właściwościach i kontekście kulturowym funkcjonowania jednostek i społeczeństw bliskiego wschodu. Ludzi tak samo nam podobnym jak diametralnie od nas różnych, bez względu na okoliczności miejsca zamieszkania zmagających się często nieskutecznie z własnymi niedoskonałościami, spętanych nie zawsze bez potrzebny całą paletą konwenansów, religijnych i światopoglądowych przekonań. Zazdrość i podwójna moralność, honor i uległość wobec pokus to przecież absolutnie nie są pojęcia immanentne wyłącznie dla wschodniej lub zachodniej cywilizacji. 

wtorek, 20 czerwca 2017

Royal Blood - How Did We Get So Dark? (2017)




Sprawa jest jasna! Kilka zaledwie przesłuchań nowego materiału krwi królewskiej i moja opinia odnośnie jego wad i zalet wykrystalizowana. Skłonny nawet jestem publicznie pochwalić się swoimi zdolnościami wróżenia i to akurat nie z fusów tylko z różnorakich dostępnych faktów (jakie to więc wróżenie), gdyż moje przewidywania niemal w stu procentach pokryły się z rzeczywistością. To chyba jednak żadna wielka sztuka domyślić się kroków zespołu, który już za sprawą debiutu błyskawicznie sporą jak na warunki rockowe popularność zdobył, a teraz musiał tylko i aż utrzymać ten zaskakująco wysoki status. Mając w dodatku do dyspozycji dość niewielkie pole manewru, bo instrumentarium skromne za duetem stoi, nie trzeba posiadać było zdolności paranormalnych by już przed ukazaniem się How Did We Get So Dark? oznajmić, iż przełomów rewolucyjnych na dwójce nie będzie. Żadnych istotnych zmian wysłuchując z uwagą tych dziesięciu kompozycji nie dostrzegłem, kombinują mimo wszystko zaciekle na ile mogą z brzmieniami i efektami, bo w samym kręgosłupie dłubanie o ograniczonym zakresie. Co wyraźnie wyczuwalne w kilku numerach udowadniają, że rękę na pulsie trzymają i wiedzą, jakie granie na skrzyżowaniu indie i garage rocka jest na topie, bo to chyba nie przypadek, że She's CreepingLook Like You Know i najbardziej Don't Tell kręcą się wokół stylistyki jaką Arctic Monkeys na AM z sukcesem przed czterema laty zaproponował. Posiadają Mike i Ben rękę do bujających rockersów, bogato nasączonych niekoniecznie bluesującym groovem – takich potencjalnych hitów, którym jednak wyczucia i klasy nie brakuje, ale czy są na tyle wyjątkowi by na ten mainstreamowy hajp zasługiwać to już po kilku miesiącach powracania do pierwszego krążka wątpliwości miałem, a teraz je tylko potwierdziłem. Tutaj w uzyskaniu popytu zapewne większą rolę odegrał fart powiązany ze zbiegami okoliczności, niż sama niewątpliwie dobra, ale nie względnie unikalna muzyka. Faktem jest, że to takie granie, które sympatię szerokiej masy zwolenników rocka wzbudzić potrafi, jednak jeśli głębiej w scenie pogmerać to ja akurat widzę kilka ekip bardziej na sukces komercyjny zasługujących. Stąd przez kilka tygodni do How Did We Get So Dark? będę powracał, lecz nie zakładam by u mnie na trwałe pośród topowych krążków zaistniała.

P.S. Bo bym zapomniał, a pochwała w całym zakresie, bez jakichkolwiek ale też się należy - za minimalistyczną oprawę graficzną i miłe dla oka, bo bez tandety teledyski. 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

T2 Trainspotting (2017) - Danny Boyle




Zawsze mam dystans do wszelkich kinowych kontynuacji, bowiem wiążą się z obawą oczywistą czy ona poziomem dorówna pierwowzorowi. Moje zaniepokojenie w takich sytuacjach uzasadnione, gdyż druzgocąca większość nie jest w stanie konkurować z oryginałami, a częstokroć jest jedynie skokiem na kasę przez pryzmat koniunktury, bądź sentymentu. Kultem obrósł Trainspotting i wyniósł Danny'ego Boyle'a do pozycji czołowego reżysera europejskiego, powiązanego z amerykańskim przemysłem filmowym. Teraz z określonym już wysokim statusem w branży wrócił do tematu i zaryzykował. Nawet jeśli przez większość seansu dominuje nostalgia, a prawdziwie elektryzujące fragmenty są rzadkością, to i tak jest niezła zabawa, rwane tempo i osobliwe poczucie humoru. Są i to najważniejsze czterej pojebańcy teraz w średnim wieku, a w ich wykonaniu rzeczy, które nobliwym Panom grubo po czterdziestce raczej robić nie wypada. Płynie z ekranu słowotok, slang i niezrozumiały akcent, jak i notuję programowo obleśne "ornamenty", bo wymiociny i seks analny w odwrotnej konfiguracji mogą odruchy zwrotne wywołać. Typki znów spierdalają w rytm skocznego znajomego numeru, kręcą dochodowe wałki i ze swoimi uzależnieniami się zmagają. Stracił się jednak rzecz jasna frustracki klimat, młodzieńcza pasja i efekt pierwszego starcia widza z pomysłem. Mimo że teledyskowe ujęcia dominują, w ogóle montaż jest świetny, to nie robią one oczywiście nokautującego wrażenia, bo wiem że to już widziałem i zapomnieć jakie to niegdyś szokujące było nie jest możliwe. Udała się jednak (jakby cholernie nie być zrzędliwym) pomimo kilku wpadek, tudzież świadomych zbyt dalekich sentymentalnych wycieczek Boyle'owi sztuczka z zabawą w odgrzewane kotlety we współczesnej odsłonie, na tyle by bez opierania się na sympatii uznać T2 za przyzwoitą robotę. Zaznaczę jednak stanowczo, iż więcej jednak powrotów do tego tematu sobie nie życzę!

piątek, 16 czerwca 2017

Anathema - The Optimist (2017)




Bracia Cavanagh od przełomowego We're Here Because We're Here idą konsekwentnie w stronę światła, tak muzycznie jak i w sensie przesłania w lirykach zawartego. Fakt, że muzyka nadal ma w sobie masę ilustracyjnego smutku i nieco mrocznego pierwiastka, ale bije z niej przede wszystkim emocjonalny optymizm, coś w rodzaju przekonania, że jakby nas życie nie gnębiło to warte jest tych cierpień, bo każde doświadczenie nawet najtrudniejsze dzięki odrobinie dobrej woli może zostać przekute w szczęście, którego za sprawą samospełniającej się przepowiedni jesteśmy kreatorami. Zdaje sobie sprawę z faktu, że takie stwierdzenie może zabrzmiało górnolotnie, ale przyznaję iż Anathema potrafi tak skutecznie grać refleksyjnym nastrojem, podnosić temperaturę emocji napięciem i wtłaczać podskórny puls, że zawsze prowokuje mnie do wzniosłych, czasem zbyt ckliwych, tudzież banalnych przemyśleń. :) Nie inaczej finalnie jest w przypadku The Opitmist, który jest tak mięciutki, że niemal pluszowy i w zasadzie po pierwszym kontakcie wywołał u mnie poczucie zaskoczenia, iż zamiast spełnienia niedosyt odczuwałem. Potrzeba było wielokrotnie wsłuchiwać się w kompozycje, odbierać je na poziomie całościowym jak i próbować na detale rozkładać poszczególne elementy by dotrzeć do jego jądra. Dopiero z czasem, przy wymuszonym zaangażowaniu album nabrał pełni barw i okazał się nie tylko kolejnym wyjątkowym dziełem w dyskografii grupy, ale ukazał ją w kilku fragmentach z zupełnie nowej formule, która jakby nie ewoluowała w poszukiwaniu świeżych środków nadal przesiąknięta jest specyficzną manierą immanentną wyłącznie dla ekipy braci Cavanagh. Gdy numery w rodzaju Endless Ways, Springfield czy Can’t Let Go w typowej transowej, a nawet hipnotyzującej manierze rozwijają długie tematy prowadząc konsekwentnie do punktu kulminacyjnego, to już Close Your Eyes przez wzgląd na użyte partie instrumentów dętych i jazzującą formułę zaskakuje bardzo in plus, dając przestrzeń i nadzieje na tego rodzaju intrygujące eksperymenty także w przyszłości. Nie będę udawał, iż nie oczekuję już w przypadku następnej płyty przesilenia w stylistyce, takiego na miarę właśnie We're Here Because We're bo symptomy zmęczenia materiału przy odrobinie krytyki są dostrzegalne. Nie mam jednak absolutnie jeszcze powodów do obaw o zjadanie własnego ogona przy akompaniamencie mlaskania w samozachwycie. Zakładam nie na wyrost, że muzycy tej klasy sami są świadomi, iż konieczność przeobrażeń jest już tuż tuż i zapewne nim pojawi się następcę The Optimist minie kilka długich tęsknych lat, które okażą się zbawienne dla samej muzyki. Apeluję więc pokornie o wstrzemięźliwość w kwestii wydawania kolejnych materiałów studyjnych, by kierunek na przyszłość wybrać starannie, bo przecież grunt to mocny fundament, na którym staną kolejne piętra doskonałej muzyki. Zanim jednak nastąpi kolejny akt w historii dumy Liverpoolu raduję się zatapiając w dźwiękach zawartych na tegorocznym krążku, oświadczając w pełni świadomie i odpowiedzialnie, iż mimo że lubię, gdy gitarowe pierdolnięcie usuwa obuwie, to w przypadku Anathemy kupuję bezdyskusyjnie każde jej oblicze, nawet to ultra delikatne z The Optimist.   

czwartek, 15 czerwca 2017

Gold (2016) - Stephen Gaghan




Dawno nic od Stephena Gaghana nie było, jak dostrzegam spoglądając na jego filmwebowy profil i jak pamięć się okazuje mnie nie myliła to już ponad dekada minęła od ostatniej reżyserskiej roboty. Syriana w 2005 roku i długo, długo nic aż do teraz, kiedy sygnowana jego nazwiskiem produkcja się pojawia i co tu zawile bez potrzeby pisać – nie zawodzi, ale i o zawrót głowy nie przyprawia. Gold to mianowicie bardzo sprawnie zrealizowana opowieść w formule zainspirowana poniekąd Wilkiem z Wall Street, ewentualnie ostatnio dość popularnymi Rekinami Wojny - tyle, że przez wzgląd na stereotypowe powierzchowne moralizatorskie pierdy i szablonowe sztuczki w scenariuszu poziom to bardziej z tym drugim niż pierwszym tytułem bliźniaczy. Mimo, że to film z nerwem i dobrym poczuciem humoru, z dynamicznie opowiedzianą historią opartą na autentycznych wydarzeniach i kapitalną rolą Matthewa McConaughey'a (ach ten antylook :)), to gdzieś niedosyt pozostawia konfrontowany z dziełem Martina Scorsese. A potencjał był ogromny od samej kluczowej postaci Kenny’ego Wellsa, człowieka mega ekspresyjnego i tak samo impulsywnego, owładniętego gorączką złota i przede wszystkim potrzebą sprostania zadaniu uratowania rodzinnej firmy, aż po skomplikowaną intrygę z wielością zajmujących wątków, tutaj niestety potraktowanych na zasadzie – dużo, ale po łebku, bo to tylko dwie godziny i może nie ma sensu rozwijać ich zbyt wielu, gdy widz tempem narracji w wir akcji i tak wprowadzony. To mimo mankamentów bardzo dobre kino, od nudy wystarczająco dalekie, godne polecenia jako dwugodzinny seans z dobrą zabawą nakręcaną licznymi zwrotami akcji i popisówką aktorską speca od wizerunkowych metamorfoz. Pech jednak taki, że mistrz Scorsese niedawno zrobił tego rodzaju energetyczne widowisko lepiej, poprzeczkę bardzo wysoko podnosząc. 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Mutoid Man - War Moans (2017)




Trafiłem jakiś czas temu (w okolicach poprzedniego ich wydawnictwa) na ten wesoły twór muzyczny, o którym z lenistwa tak niewiele wiem do dzisiaj w kwestii formalnej, a swoją wiedzę ograniczam wyłącznie do znajomości dźwięków teraz już z dwóch pełnowymiarowych krążków. Płyt które to na marginesie w wymiarze czasowym oscylują wokół dłuższego mini, bowiem obydwa wydawnictwa zawierają w przeważającym stopniu numery krótkie, dwu/trzy minutowe dając muzyki maksymalnie trzydzieści minut z okładem. Tak jak Bleeder zagościł w moim stereo na krótko (nie do końca zatrybiło – kiedyś szansę jeszcze otrzyma), to akurat War Moans od pierwszych dźwięków zyskał moją przychylność, chociaż jakiegoś objawienia w zetknięciu z tymi dwunastoma numerami nie doznałem. Nowy krążek to ciekawa hybryda punkowej zadziorności, ożenionej z niemal sludge’owym ciężarem, hard core'owym przytupem i finezją kojarzącą się z numerami sygnowanymi logiem Mastodon. Trójka dżentelmenów grzmoci intensywnie, pary w ich instrumentalnych poczynaniach nie brakuje, jak i wyobraźni kompozycjom starcza na tyle, by nie stanowiły jedynie surowych i topornych klonów ciężarnej sceny, a odznaczały się specyficznym rodzajem oryginalności. Tą niecodzienność poniekąd zapewnia wokalna maniera frontmana – żadna wyjątkowa barwa, ani warsztat genialny nie wchodzą w grę, gość zwyczajnie na tyle na ile mu dość skromne warunki pozwalają rytmiczne z ozdobnikami artykułuje teksty, przypominając czasem zmagania z materią wokalną (sic) krzykaczy amerykańskich pop rockowych składów. W specyficznej symbiozie z dźwiękami generowanymi przez sekcję i wiosło nie brzmi jednak ten wysilony głos jakoś wybitnie drażniąco, uszy nie więdną i od dobrych struktur numerów nie odpychają, a wyrazistość gwarantują. Może to akurat ciekawe kompozycje, ewidentna równowaga pomiędzy jadem, ciężarem i agresją, a względnie melodyjną powłoką osadzoną na twardym szkielecie, czy chwilami rozjazdami tonalnymi w kontrze do heavy wiosłowania, powodują moją wyrozumiałość dla mankamentów wokalu. Może dystans do śmiertelnie poważnego oblicza gitarowej młócki, poczucie humoru zaprzęgnięte do realizacji klipów i cała koncepcja zabawy w zespół bez spiny sympatię do tych typów i ich pracy wzbudza. Z pewnością w tegorocznych podsumowaniach War Moans nie zaginie, tudzież będę miał baczenie na ich kolejne posunięcia, lecz to jeszcze nie ten moment by śmiało mówić o zjawisku i kolejnym osobliwym motorze napędowy sceny. Papiery na więcej zdają się posiadać i byłoby miło gdyby ta legitymacja przyniosła efekty w konkretnym praktycznym wymiarze.

piątek, 9 czerwca 2017

Las 4 rano (2016) - Jan Jakub Kolski




Duży dystans zawsze miałem do obrazów sygnowanych nazwiskiem Kolskiego, nigdy tak w pełni mnie nie przekonał, ale także nigdy w pełni na to szansy nie dałem, gdyż z bogatej jego filmografii znam zaledwie kilka tytułów i to właśnie z pominięciem wczesnego okresu jego pracy. Takie Jasminum akurat spostrzegam bardzo pozytywnie, natomiast Zabić bobra, to był jakiś przegięty koszmarek, zarówno odpychający jak i nużący okropnie. Zatem do rzeczy, nie przyciągnęło mnie do tego lasu nazwisko reżysera, a wyłącznie osoba Krzysztofa Majchrzaka, który jest w polskim kinie w moim przekonaniu jednym z najlepszych aktorów o potężnych rozmiarach i gołębim sercu - poza tym gościem z klasą w tej aktorskiej lanserskiej kaście. :) I w sumie nic w temacie stosunku do pracy Kolskiego się nie zmienia, jak i podtrzymuję bezwzględnie opinię o Majchrzaku. Aktorsko świetnie, człowiek ten dominuje, chociaż gra surowo, jakby z przyczajki, gdyż dużo treści w obrazie, mniej w dialogach. Chociaż Kolski bezdyskusyjnie pośród polskiej reżyserskiej braci może być nazywany artystą, jednak to ten rodzaj artyzmu i intelektualnej ambicji, który akurat do mnie nie dociera na intensywnym poziomie emocji. Nie funkcjonuje na tym pułapie, może Kolski odlatuje zbyt wysoko i niekoniecznie wystarcza mu możliwości na zamiary i wyczucia, by uderzyć we mnie skutecznie, ferment do refleksji wprowadzając. Tym tytułem zawieruchy nie wprowadził, więc nie będę się silił i czasu tracił na wydumane interpretacje. 

czwartek, 8 czerwca 2017

Konwój (2017) - Maciej Żak




Te same co zawsze aktorskie twarze, na szczęście nie są to zwykli wyrobnicy, a warsztatowi perfekcjoniści, chociaż o charakterystycznej często już opatrzonej aparycji. Więckiewicz, Simlat, Bluszcz i wieczny Gajos, a obok jeszcze młody Tomek Ziętek, który tak na marginesie wygląda jakby był bratem bliźniakiem Dawida Ogrodnika. :) Oni, twardziele tutaj rządzą, bo film przede wszystkim zakapiorskim aktorstwem stoi, a chłopięce lico Ziętka to idealny kontrast i zobrazowanie niewinności i naiwności w starciu z przeżartym cynizmem i hipokryzją obrazem polskiego społeczeństwa. Cholera wie na ile ta historia miała, czy ma szanse zaistnieć w rzeczywistości – ile w niej wyobraźni scenarzysty, może braku wiedzy i przeszarżowania. Faktem tylko, że to przyzwoite polskie kino akcji z mocnym tematem, gdzieś pukające do drzwi z tabliczką „Polskie piekiełko”. Trochę po linii sensacyjnej klasyki Pasikowskiego i żonglowaniem koszmarem na modłę Smarzowskiego. Jest tutaj gęsty mrok, zawiesista atmosfera, bardzo zimne emocje oraz atrakcyjny dla ucha slang w typie „Szykujcie klatkę, ja idę po zbója”. Jest podnosząca poziom adrenaliny akcja, zawiła tajemnica i miałem napisać jeszcze, że w całej rozciągłości techniczna biegłość. Niestety, nie napiszę, bo spierdolona robota „speca” dźwiękowca, często tylko akcentowane wulgaryzmy pozwalała klarownie usłyszeń – znaczy na chuj komu rozumieć dialogi.

środa, 7 czerwca 2017

Deftones - Around the Fur (1997)




Oj wstydzę się, bardzo się wstydzę, że dopiero od niedawna w muzyce Deftones prawdziwy geniusz widzę. :) Mam moralniaka, że swego czasu dość pobłażliwie na fanów twórczości ekipy ze słonecznej Californii patrzyłem. Ślepy byłem, arogancko przekonany, że nie ma takiej opcji, by grupa zrodzona z pierwszej fali skocznego nu metalu mogła prezentować poziom kompozytorski zapewniający im długowieczność na scenie, a własnym płytom zagwarantować status kultowy pośród szeroko rozumianej rockowej elity. Długo się przekonywałem do tych dźwięków, mocowałem z zawartością kolejnych albumów, poznawanych już z odpowiednią starannością. Droga do w pełni świadomych wniosków wymagająca była, dość wyboista i niepozbawiona ostrych zakrętów, przed którymi wyhamowywałem, by odwagi stopniowo nabierać do pochłaniania kolejnych kilometrów w tej zaskakująco jak się okazuje, wartościowej i poszerzającej horyzonty podróży. Nie dalej jak lat kilka wstecz dawałem do zrozumienia, że jak Deftones to dla mnie jedynie od Diamond Eyes się liczy, bo reszta mało apetyczna, wręcz odpychająca - by po tej  deklaracji miesiąc po miesiącu systematycznie przesuwać granicę tolerancji i akceptacji dla zespołu. Do tego momentu, w którym obecnie się znalazłem, kiedy w dyskografii Deftones nie ma właściwie albumu, którego bym nie adorował szacunkiem podobnym klasyce i z zaangażowaniem bezkompromisowego neofity. Ducha tej muzyki odkryłem i systematycznie rozwijam umiejętność dostrzegania w niej cech wartościowych muzycznie jak i pasjami doceniam pokłady emocji zawarte we wrzaskach czy pomrukach absolutnie wyjątkowych wyłącznie dla Chino Moreno. Bowiem co rzadko spotykane, siła tego surowego przekazu przede wszystkim tkwi w antyśpiewie wokalisty, który postękiwaniem, pojękiwaniem na zmianę z wrzaskiem smaga słuchacza i w rodzaj hipnozy wprowadza. Formy dźwiękowe sączące ograniczoną chwytliwość, produkowane przez instrumentalistów wtedy tężeją i poczynają oblepiać zwoje rozedrganą, gęstą substancją. Kąśliwe kaskady zapalczywie atakują narząd słuchu, piętrzą się i zazębiają, pędu przez czterdzieści jeden minut absolutnie nie wytracając - więcej, one siejąc ustawiczny ferment, burząc standardowe postrzeganie harmonii, same swój własny, niestandardowy komponent melodyjny konstruują i jego energię w paliwo przetwarzają. Wgryzałem się w Around the Fur uparcie i finalnie oświadczam, że czas ten nie został zmitrężony. To praca, która dobrą inwestycją się okazała, bo nobilitowała grupę w moich oczach do miana czołowej ekipy pośród tych najbardziej kultowych. 

wtorek, 6 czerwca 2017

Clutch - From Beale Street to Oblivion (2007)




Jest początek czerwca 2017-ego roku, czyli za zaledwie kilka dni oczekuję kapitalnej sztuki zagranej przez amerykanów w Katowickim Mega Clubie. Jak szacunek dla wyczekiwanego bandu nakazuje, należy przed gigiem odpowiednio merytorycznie się przygotować, czyli intensywny przegląd dyskografii uczynić. Akurat w przypadku Clutch ograniczam ją przede wszystkim do studyjnych nagrań od Blast Tyrant w górę i od razu zauważam zerkając na autorskiego bloga, że akurat From Beale Street to Oblivion tekstem jeszcze nie został na jego łamach uhonorowany. Wpisałem się zatem przez przypadek w niechlubną tradycję ignorowania tego krążka, bo jak dostrzegłem robiąc przegląd magazynów muzycznych sprzed lat, gdy krążek w 2007 roku ujrzał światło dzienne niewiele w prasie wzmianek o tym fakcie zaistniało. Trudno zrozumieć, dlaczego ówcześnie tak znakomity przecież efekt pracy ekipy Neila Fallona został zmarginalizowany. Może się mylę, może tylko nie dysponuję tymi polskojęzycznymi tytułami, w których o płycie i to zapewne wyłącznie w ciepłym tonie pisano. Niemniej jednak dziwi, że kapitalna kontynuacja dobrej passy po Blast Tyrant i Robot Hive/Exodus głośniejszym echem w branży się nie odbiła. Zresztą zespół o takim potencjale i jakości wybornej zasługiwać powinien na status mega gwiazdy, miast sprzedawać w stosunku do elity popowej śladowe ilości krążków i prezentować swój doskonały funkujący blues rock w przybytkach pokroju zaniedbanego Mega Clubu. To jest rzecz oczywista, temat na obszerniejsze analizy dotyczące miejsca pierwotnego rockowego grania w ogólnie rozumianej pop kulturze oraz gustów, o których trafione przekonanie rzecze – "... się nie dyskutuje.". Dla mnie, bynajmniej nie totalnego odszczepieńca, ale z pewnością osobnika o preferencjach estetycznych różnych od miłościwie w mainstreamie panujących, Clutch to synonim szczerości działań i zachowań biegunowo odmiennych od "celebryckich". Idealny także przykład na zbudowanie z elementów może oczywistych, często już wyeksploatowanych (triada - hard rock, blues, funky), hybrydy jedynej w swoim rodzaju i z miejsca jednoznacznie z dobrą, bezpretensjonalną muzą kojarzonych. Natomiast sam From Beale Street to Oblivion jako top reprezentacyjny, mieści w sobie w idealnych proporcjach wszelkie znamiona charakterystycznej muzycznej maniery zespołu. Od dynamicznych rockerów w postaci otwierającego You Can’t Stop Progress i startującego zaraz za nim z równą mocą Power Play, czy One Eye $, poprzez hiciory w rodzaju mega nośnego The Devil & Me, White’s Ferry wyrastającego z natchnionego brzdąkania, przechodzącego w energetyczny trip i kończąc klimatem z początku. Krew pod ciśnieniem tłoczą i bioderka do podrygiwania zachęcają takie cacuszka jak pulsujący znakomicie Electric Worry, Rapture of Riddley Walker, względnie Opossum Minister i rewelacyjny (ukłony po raz kolejny) Mr. Shiny Cadillackness. Nie ma miejsca na słabsze momenty, nie doświadczam obniżki formy w tym idealnym konglomeracie rytmu, melodii i ciężaru. Wybieram się zatem jak na wstępie wspomniałem do stolicy Górnego Śląska z ogromnymi oczekiwaniami, by w post przemysłowym otoczeniu poczuć atmosferę wyśmienicie rozbujanego amerykańskiego blues/rocka.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Eadweard (2014) - Kyle Rideout




Takie to filmowe zaskoczenie było, niespodzianka spora, bardzo miła w dodatku. Tytuł, który większej promocji nie otrzymał, a zasługuje by do nieco szerszej grupy widzów dotrzeć, bo w intrygującej poetyckiej formie kluczową część biografii nietuzinkowej postaci pokazuje. Pioniera kinematografii, człowieka którego konsekwentna praca zapomniana przez historię została, gdyż w wyścigu o przełomowe dokonania tylko o krok za Thomasem Edisonem pozostał. Pasja ogromna w obsesję jego działania stopniowo zmieniała i życie prywatne trwale komplikowała. Ta nieznośna potrzeba uchwycenia życia na fotografiach w ruch wprowadzanych, by chwile ulotną zatrzymać. Bowiem uznawał, iż jedynie obrazy pozostaną wieczne, a on łącząc je w ruch podaruje im nowy żywot. Niestety Eadweard Muybridge ambitnie na kliszach życie utrwalając, sam z prostych życia zalet na nie tylko własną zgubę rezygnował.

piątek, 2 czerwca 2017

El ciudadano ilustre / Honorowy obywatel (2016) - Gastón Duprat, Mariano Cohn




Z czym się wiąże zaistnienie pośród laureatów nagrody Nobla? Sławą i zaszczytami, eleganckimi bankietami, oficjalnymi ceremoniami, wykładami i ogólnie masą nieznośnie pustych emocjonalnie, kurtuazyjnych interakcji. To co zobaczyłem, to chyba był rodzaj ironicznej przypowiastki z wartościowym przesłaniem, z wysokim natężeniem ukrytych znaczeń i otwartej ich interpretacji. Za marną kasę, bo widać ascezę produkcyjną, ale na pewno z ogromnymi ambicjami intelektualnymi. Bez fajerwerków stylistycznych, za pomocą prostych, ale nie prostackich środków o podróży sentymentalnej do rodzinnego prowincjonalnego miasteczka - jednocześnie z obowiązku i wewnętrznej potrzeby. Po literacką inspirację i aby rodzaj życiowego podsumowania dokonać w atmosferze uznania dla dokonań honorowego obywatela. Szczerze, to trudno mi orzec, czy to było wystarczająco dobre kino, czy siły dobrano adekwatnie do zamiarów. Mam w tym miejscu wątpliwości czy sam tandem reżyserski był z efektu finalnego w 100% zadowolony.

czwartek, 1 czerwca 2017

The Childhood of a Leader / Dzieciństwo wodza (2015) - Brady Corbet




Autentyczne wydarzenia historyczne są kulisami dla quasi biografii fikcyjnego autorytarnego wodza - streszczenia przełomowej fazy dzieciństwa zbudowanego z modelowych błędów i zaniechań wychowawczych, jako genezy ukształtowania dyspozycji psychicznych i cech osobowościowych. Rdzeniem fabuły treść i analiza merytoryczna zaburzonego procesu wzrastania, osadzona w sugestywnej kompozycji wizualnej i muzycznej. Archiwalne ujęcia okresu I wojny światowej i powojennej anomii kontekst skutecznie zarysowują, a potężna symfonia dźwięków napięcie i trwogę potęguje. Ponadto skomplikowane i dynamiczne tło historyczno-społeczne dodaje fabularnej substancji waloru edukacyjnego. To jest intrygująca, choć nie do końca filmowo udana wysoce ambitna próba zmierzenia się ze złożoną przede wszystkim psychologicznie materią. Miast permanentnie intrygować i prowokować do bogatej interpretacji, często za sprawą przyciężkawej i nie do końca temperamentnej narracji męczy. To jednakże bardzo obiecujący debiut reżyserski, niepozbawiony mankamentów i z pewnością nie naiwnie uproszczony. Potrzeba mu było tylko kilku żywiołowych interwałów, jeszcze intensywniejszego podkręcenia emocji i uatrakcyjnienia formuły by utrzymać u mnie skupienie. 

Drukuj