piątek, 27 listopada 2015

Artificial Intelligence: AI / A.I. Sztuczna inteligencja (2001) - Steven Spielberg




Bohaterami mechy, powołane do egzystencji z egoistycznych ludzkich pobudek, dla zaspokajania potrzeb bez względu na koszta. Niby temat wielokrotnie w kinie podejmowany, niby wyeksploatowany do cna, a jednak w tym spielbergowo-kubrickowym ujęciu ma w sobie coś więcej, ponad futurystyczną formę. Zamiast taniego efekciarstwa, dominuje dojrzała filozoficzna baśń traktująca o konsekwencjach i za nie odpowiedzialności. Wykorzystująca wątki z klasycznych powieści dla dzieci - nawiązania do Pinokia i Czarnoksiężnika z Krainy Oz są osią wokół której zbudowana wartościowa lekcja człowieczeństwa, paradoksalnie przez maszyny reprezentowanego. Chłopiec z drewna przez mistrza wystrugany, tutaj we współczesnym kształcie się objawia, jako cud technologiczny oparty na światłowodach - będący zarazem triumfem myśli naukowej jak i porażką nowoczesnego człowieka ulegającego "archaicznym" emocjom. One pomimo lat ewolucji wciąż największą jego słabością i kolejnym krokiem w stronę samozagłady, gdy uleganiu im tak duże możliwości kreacyjne w sukurs przychodzą. "Pinokio" marzy i tęskni, poszukuje i w tej "dłuuugiej" podróży mnóstwo doświadczeń zbiera - uczy się na własnej syntetycznej skórze, rozczarowania i upokorzenia przeżywając. Dociera w końcu do miejsca, gdzie jego potrzeby zostają zaspokojone - on tam nie jest dla mamusi, to mamusia jest dla niego. Piękny, bo przede wszystkim wzruszający to film, dojrzały gdyż do szlachetnych wartości się odwołujący, intrygujący jako że pobudza wyobraźnie i daje powód do głębokich przemyśleń. Tutaj Spielberg jako kreator z pewnością jest organiczny, w żadnym stopniu mechaniczny. 

P.S. Na marginesie to jeden z nielicznych filmów, gdzie Jude Law ze swoim zautomatyzowanym aktorstwem pasuje. Sztandarowy przykład kiedy ta kompatybilność roli i aktora jest tak wyraźnie dostrzegalna. I jeszcze jedno, ten łebek w roli Davida, chyba w swoim czasie wszystkim maniakom kina tak doskonale znany, daje tutaj taki popis, że czapki z głów - musiałbym go skaleczyć, by dowód zyskać, że on nie jest z tworzywa.

środa, 25 listopada 2015

Suffragette / Sufrażystka (2015) - Sarah Gavron




Taka sytuacja - kino studyjne, obecnych około 20-30 kobiet i ja rodzynek. Stąd pytanie, czy płeć męska ma głęboko w poważaniu ten temat? To uprzedzenia, arogancja, może brak M16 czy innego ustrojstwa w łapach kogoś w rodzaju Johna Rambo, o zbojkotowaniu seansu zdecydował. Wiem, rozumiem na seansie wieczornym pewnie proporcje zostaną wyrównane - jaki odpowiedzialny chłop w poniedziałek w czasie wytężonej harówy, tak około 14-tej ma czas na kino. :) Ja sobie na ten zuchwały luksus pozwoliłem i nie żałuję, bo prócz poniekąd znanej historii walki kobiet o prawo wyborcze w królestwie Wielkiej Brytanii, obejrzałem przede wszystkim sprawnie skonstruowany dramat, którego główną bohaterką młoda kobieta - upokorzona, bezsilna, a w konsekwencji doprowadzona do najwyższego poziomu frustracji, przez co zdolna do gigantycznych poświęceń. Matka, córka i buntowniczka, która przechodzi swoistą przemianę postaw, od pogodzonej z rzeczywistością, wychowanej w duchu pokory konformistki, do oddanej sprawie bezgranicznie, pełnej zapału aktywistki. Postawiona pod ścianą radykalizuje swe poglądy, podejmuje nierówną walkę z systemem opartym na bezduszności i ignorancji. I to by było tyle, bo tutaj przede wszystkim Sarah Gavron na człowieku się skupia i chociaż pod względem psychologicznym nie buduje głębokiej diagnozy, przyczyny nieco spłyca, dodaje sporo kobiecej ckliwości, która łzy intensywnie spływające po poruszonej twarzy prowokuje i do konstrukcji postaci poniekąd za wiele banału wprowadza, to akurat ma "szczęście", że do roli Maud Carey Mulligan zatrudnia, a wśród postaci drugoplanowych Helenę Bohnam Carter i Anne-Marie Duff obsadza. Dzięki tym wspaniałym aktorkom, z obrazu który w żadnym stopniu od strony wizualnej, artystycznej czy ogólnie technicznej ponad poprawność się nie wznosi, powstało kino wartościowe nie tylko przez pryzmat podniesionego tematu. Może nie każdego porwie, może nawet i nie przekona ale z pewnością w kilku fragmentach poruszy - chyba, że jesteś widzu zwolennikiem kina jedynie z ostrą wymianą ognia. :) Ty lepiej zamiast wybrać się na seans przypilnuj sobie by browar odpowiednio został schłodzony.

P.S. Małe wyjaśnienie odnośnie mych prywatnych przekonań, żeby była jasność. Krótko - równouprawnienie bezwzględnie tak, współczesny wojujący feminizm, generalnie chyba nie.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Riverside - Love, Fear and the Time Machine (2015)




Przyszedł czas na przełamanie, to znaczy całkowite przekonanie się do twórczości Riverside. :) Swego czasu, a było to tak na wysokości Second Life Syndrom, czyli drugiego albumu warszawiaków, dosyć intensywnie ten krążek eksploatowałem, tak że digipack szybko zaczął nosić wyraźne oznaki zużycia, co tylko potwierdzało, iż to co ładne najczęściej jest nietrwałe. Jak lichy okazał się materiał z którego opakowanie wykonano, tak też krótkotrwały był mój romans z muzyką Riverside. Znam (bo z obowiązku zawsze sprawdzałem) całą ich dyskografię, lecz zauroczenie nie przekształciło się w głębokie uczucie. Aż do teraz, kiedy zwrot nagły w tej historii nastąpił, a ja w dźwiękach komponowanych przez kwartet Mariusza Dudy odnalazłem, od lat przede mną skrywaną magię. Nie bardzo rozumiem co było powodem braku pełnej fascynacji - pogodzić się muszę, iż czasami trudne do pojęcia jest dlaczego akurat jedna grupa porywa, a inna posiadając podobne walory uczynić tego nie jest w stanie. Muzycznie w Riverside zawsze było do bólu profesjonalnie i z ogromną wrażliwością, może (szukam teraz powodu na siłę :)), problem leżał w osobie lidera i jego "jęczącej" manierze wokalnej, zbyt delikatnym używaniu "paszczy" do przekazywania emocji. Barwa mi nie odpowiadała, co przecież oczywiste kiedy admiratorem mocnych głosów byłem i mniej zrozumiałe, gdy nadal jestem. Tym oto sposobem zubożyłem swoją muzyczną codzienność, w której zabrakło dźwięków sygnowanych nazwą Riverside. Teraz sytuacja uległa gwałtownej transformacji, szczególnie paradoksalnie, że przy okazji albumu na którym Mariusz Duda śpiewa najbardziej subtelnie. Na Love, Fear and the Time Machine wraz z eterycznym wokalem, same kompozycje stały się kunsztownie wysublimowane lub patrząc na tą sytuacje z innej perspektywy, to muzyka finezyjnie wyciszona narzuciła Dudzie taki styl werbalnej interpretacji. Opowiada on cierpliwie i z zaangażowaniem, z dużą wrażliwością i przede wszystkim sugestywnie o ludzkich emocjach, w skrajnościach zagubionych. Manifestuje dojrzałość jako tekściarz i wraz z kompanami prezentuje wyrafinowany kompozytorski warsztat - perfekcyjne aranżacje bez szarpania się w wiązaniu różnorodnych barwnych motywów. Każdy pomysł naturalnie wypływa ze wcześniejszego zagrania, płynie wartkim nurtem do finału. Dominuje konsekwencja, rządzi wspólnie wraz z doświadczeniem, ściśle powiązana z wiedzą na temat struktury kompozycji. To jest ekstraklasa progresywnego rocka, bez nadętej megalomani zobowiązującej do pisania kilkunastominutowych kolosów. Esencja się liczy, wydestylowanie pełnego bukietu smaków, aromatu intensywnego i zamknięcie go w jedynie kilkuminutowej strukturze. Względnie zwarte, jak twierdzą członkowie zespołu piosenki, to clou dzisiejszej propozycji Riverside. Obycie w muzycznym środowisku w tę stronę ich popycha i dzięki niemu każdy numer to perełka. Poczynając od mojego subiektywnego faworyta jakim Saturate Me, przez singlowy cudownie eksponujący bas Discard Your Fear po zwwiewny Afloat - od czarującego Lost po jeszcze bardziej magiczny Found. Riverside nie stoi w miejscu, nie odcina kuponów od wciąż rosnącej rozpoznawalności, nie pozostał jedynie nadzieją rodzimego ambitnego rocka, on tą nadzieję spełnił. Obecnie członkowie formacji udowadniają, iż związanych z nimi oczekiwań nie powiązali jedynie z sukcesem na miarę muzycznej konwencji w jakiej funkcjonują. Zakładam (więcej, jestem pewny), że droga którą podążają, dostarczy jeszcze wiele okazji do narodowej dumy. Przyniesie mi artystyczne spełnienie i emocjonalne uniesienia!

P.S. Ani słowa nie napisałem, że dwa tygodnie temu widziałem ich na żywo - po prostu tak dech mi w piersi zaparło, że mowę mi odebrało. Serio!

piątek, 20 listopada 2015

Steve Jobs (2015) - Danny Boyle




Napraw to! Boyle z Fassbenderem i ekipą naprawił Jobsa, którego dwa lata temu J.M. Stern nieco zajechał poprawnością. Ten Jobs to bardziej pełny dramaturgi, trzymający przez cały seans za gardło rasowy psychologiczny thriller, niż oklepana, sztampowa biografia. To bogata w emocje symfonia, a jej siłą nie taki typowo hollywoodzki rozmach, ale surowa i esencjonalna kameralna estetyka, sprowadzająca się do potęgi oddziaływania dialogu i zwartej formy opartej na skumulowanym napięciu pojedynczych scen, splecionych z odpowiednią dramaturgią. Skojarzenia jakie taki styl we mnie wzbudził oscylowały wokół oscarowego Birdmana, sposób filmowania, korytarzowe bieganiny, ograniczenie lokacji do minimum czy centralna postać wokół której precyzyjnie sieć zależności i relacji budowana. Ona w centrum tego kosmosu i wokół niej ludzie w różnorakich konfiguracjach z nią powiązani. Jest córka, która córką nie jest wprost nazywana, porzucona partnerka z młodości, szef który w zderzeniu osobowości porażkę odnosi, dwaj przyjaciele z którymi szorstka przyjaźń iskry krzesa oraz współpracownica niczym wyrzut sumienia ludzkie odruchy w nim budząca. Bo Steve Jobs parafrazując (ok, słowo w słowo przepisując) fragment tekstu, którym okolicznościowo po obejrzeniu poprzedniej produkcji opisałem własne wrażenia, to żaden półbóg bez słabostek jakichkolwiek, tylko człowiek z krwi i kości, z równym udziałem wad i zalet jego osobowość konstytuujących. Geniusz pełen pasji, która w obsesje się przeradzając tworzyła i niszczyła. To utalentowany entuzjasta z wiedzą i energią, ale i despotyczny, pozbawiony sentymentów skurwiel - zdeterminowany i zmotywowany pasją kreacji nowej jakości, nie samym pieniądzem. W zależności od sytuacji skrajne cechy w nim ożywały i to akurat ciekawiej od Sterna Boyle zaznaczył. Docelowo despocie nadał cech człowieczych, bo Jobs nie był wyłącznie ludzką maszyną bez uczuć. One w nim głęboko były skrywane, a geneza wstydu związanego z ich okazywaniem zakorzeniona w dzieciństwie - porzuceniu, odrzuceniu i finalnie dorastaniu w adopcyjnej rodzinie, ogólnym braku satysfakcjonującego wpływu na własny los. Stąd właśnie potrzeba kontroli do rozmiarów obsesji urosła, pozwalając mu sięgnąć szczytów zawodowych i jednocześnie niemal dna w kwestiach rodziny. To naturalne przekleństwo wszelkiej maści geniuszy, którzy kierowani pasją o obłędu intensywności wybory zero jedynkowe czynią. Wóz albo przewóz, bez kompromisów - kupujesz to lub nie! Witaj w świecie niekompatybilności!

P.S. To niezwykłe, że brak fizycznego podobieństwa pomiędzy Jobsem i Fassbenderem (Kutcher na marginesie tutaj akurat wygrywał) nie psuje jednak wrażenia autentyczności. Zasługa w tym oczywiście tego genialnego aktora, który pokazał tutaj wiele masek/twarzy jakie jeden człowiek przybierał. Zrobił to tak przekonująco, że patrząc na niego brak tej parareli nie miał dla mnie znaczenia - on gra wnętrzem dzięki czemu sama sugestia, bez przeszarżowanej charakteryzacji jest skuteczna. To aktorski majstersztyk, nie tylko Fassbendera, wszak towarzyszy mu tutaj cała plejada warsztatowych mistrzów (Winslet, Daniels, Rogen, Stuhlbarg) bezapelacyjnie zasługujących na uznanie.

czwartek, 19 listopada 2015

Crimson Peak / Wzgórze krwi (2015) - Guillermo del Toro




Po wspaniałym Labiryncie Fauna z miejsca Guillermo del Toro do elity reżyserskiej w moim subiektywnym rankingu awansował. Niestety wszystko co po nim nagrać mu się zdarzyło jedynie wizualnie mogło zachwycić, bo treść w żadnym stopniu wysokiego poziomu nie osiągała. Pogodziłem się już, że bardzo długo przyjdzie mi czekać na chwilę kiedy przy produkcji sygnowanej jego nazwiskiem najwyższą notę postawię. Kiedy na horyzoncie pojawiły sie wzmianki o Crimson Peak pomyślałem, iż to może już teraz? Dziś jednak piszę, że byłem naiwny, zadaje sobie pytanie jak bardzo życzenie twardy realizm przysłoniło. Bo Wzgórze krwi jest wizualnie przebogate, stanowi bezsprzecznie ucztę dla wzroku, szczególnie gdy na przepych i fantazyjny klimat widz łasy - kiedy taka estetyka na modłę gotycką go fascynuje. Pod tym kątem patrząc na najnowszy film del Toro widz będzie usatysfakcjonowany, bo nawiązuje on do ikony jaką Drakula Francisa Forda Coppoli - również przez wzgląd na ciekawy montaż. Obraz unika też tego co we współczesnym kinie o takim kolorycie gatunkowym mocno mnie mierzi. Szczęśliwie dystansuje się od syntetycznego charakteru, jaki wypadkową użycia w nadmiarze grafiki komputerowej, nieudolnie imitującej pełną detali obfitą scenografię. Jasne że technologia jest tutaj dominująca, tyle że zakładam iż wrażliwość estetyczna del Toro, ekipy scenografów, autora zdjęć i finezja montażysty nie pozwoliły na dominację kiczu. Filtr wzrokowy pozwolił na uzyskanie względnego wrażenia naturalności miejsca oraz postaci i w efekcie sporego malarskiego artyzmu. Nie mogę też zapomnieć o tajemnicy zbudowanej z misternie zdobionych fragmentów oraz klasycznym rozumieniu pojęcia grozy. Sugestywnym i efektownym obliczu strachu, znaczy lęk widać i nawet pomimo baśniowego charakteru go czuć, chociaż jak trafnie stwierdził Tom Hiddleston - to nie jest horror, to gotycki romans. Jednego niestety zabrakło, co podkreśla wyraźną wyższość Labiryntu Fauna nad opisywanym obrazem. To treść której w rozumieniu głębokiego wartościowego przesłania wyraźnie brak. Ona rzecz jasna jest, tylko w zdecydowanie innej formule. Czasem jednak wystarcza, że film zauroczyć widowiskowym klimatem potrafi, ja jednak z utęsknieniem czekam na prawdziwe dzieło del Toro, równe mistrzowskiej opowieści o świecie Ofelii.  

wtorek, 17 listopada 2015

The Dead Weather - Dodge and Burn (2015)




Znawcą intensywnej, zakrojonej na szeroką skalę działalności muzycznej Jacka White'a nie jestem. Było i jest mi po drodze tylko po części z jego twórczością, stąd stanowisko poniżej zajęte nie będzie posiadało wartości jaką wyroczniom się przypisuje. Miarodajność jej ograniczona zostaje i w granicach subiektywnej opinii odnośnie zjawiska nie w pełni poznanego pozostaje. Nie bardzo fenomen jakim sięgająca nie tylko mainstreamu popularność Jacka W. mi zrozumiały, bo nadal nie widzę w tym człowieku muzycznego wizjonera. W moim przekonaniu trafił idealnie w czas, kiedy pusto w obrębie surowego rocka się zrobiło. Odważnie poszedł w kierunku niepopularnym, a potem to już tylko zdolności menadżerskie plus lans wśród yuppies robotę wykonały. ;) Dosyć już o Jacku, bo ty czytający moje wywody mógłbyś pomyśleć, że pojęcie autora tekstu o The Dead Weather ograniczone wyłącznie do nieuzasadnionego traktowania formacji jako folwarku w którym on rządzi i dzieli. Myślę że nazwiska które widnieją w składzie grupy, nie należą do ludzi którzy sroce spod ogona wypadli i własnej tożsamości nie posiadają. Alison Mosshart, Jack Lawrence i Dean Fertita, to artyści o ugruntowanej pozycji i silnych osobowościach, a ich wpływ na brzmienie The Dead Weather wyraźny. Ze współpracy tej ekipy powstał już trzeci album, a Dodge and Burn w moim przekonaniu udowadnia tylko ich silną pozycję na rynku, gdzie osadzony na urodzajnej glebie rock wyrasta i dorodne owoce wydaje. Korzenie są ewidentne, czyli największa legenda ze sterowcem kojarzona tutaj rządzi, natomiast nawóz  jakim one karmione, to już pochodna eksperymentatorskiego zacięcia. Znaczy odrobina odjechanej psychodelii, awangardowej elektroniki muśniętej vintage'owym brzmieniem i wokalnej kombinatoryki. Alison z tą swoją histerią w głosie i Jack skandujący rytmicznie, wspólnie i z osobna w różnorodnych konfiguracjach - nudy brak, wokalnie jest zdecydowanie ciekawie. Instrumentalnie czuć, że gimnastykować się by było intrygująco lubią. Jakby to niedorzecznie zabrzmiało, jest to takie kombinowanie w obrębie względnej prostoty surowością nazwanej. Jednak mnie najbardziej przekonują te numery, które prócz powyżej wymienionych cech, jeszcze kapitalnym groovem słuch pieszczą. Innymi słowy, te kompozycje które wprost zwartymi piosenkami mógłbym nazwać - I Feel Love, Lose the Right, Open up, Be Still i Cope and Go spełniają takie kryterium. Mnie (pamiętajcie ja się na White'a projektach nie znam), ten album zwyczajnie podoba się i chociaż nie sprawi (podobnie jak inne albumy z Jacka udziałem), że prywatne sanktuarium pod wezwaniem J.W. zbuduję, to z przyjemnością od czasu do czasu podepnę się do tej energii i podładuję swe akumulatory.

P.S. Chwilę po spisaniu własnych wrażeń, skusiłem się by sprawdzić opinie mądrzejszych, a przynajmniej bardziej ode mnie z tematem muzycznych dokonań Jacka White'a  osłuchanych. Niemal jednogłośnie twierdzą oni, że to bardzo dobry album, który rewolucji nie przynosi. Jest krążkiem który podąża wcześniej wytyczonym szlakiem, może jedynie takim bardziej piosenkowym krokiem. Czyli ja laik też trafnie Dodge and Burn podsumowałem. :)

poniedziałek, 16 listopada 2015

Biutiful (2010) - Alejandro González Iñárritu




W oczekiwaniu na najnowszą produkcję mistrza Iñárritu, sięgnąłem po obraz z 2010 roku i drugi seans z nim sobie zorganizowałem. Przyznaję, że odrobinę teraz żałuję, bo takie dobre samopoczucie jeszcze dwie godziny temu miałem, a teraz ono na przynajmniej kilka godzin prysło. Widać w międzyczasie, czyli w okresie trzech, czterech lat zapomniałem jakim Biutiful był druzgocącym doświadczeniem, potrafiącym człowieka zmaltretować przeokrutnie. Ludzie wraki w nim dominują, bez perspektyw niczym potępione duchy, które jakimś cudem jeszcze w fizycznym ciele przebywają. Potraktowani przez los czy własne błędy bezwzględnie, zatrzęsieniem wszystkich możliwych plag, od zaburzeń psychicznych po choroby ciała. Iñárritu życie w całkowitej ruinie śledzić każe, egzystencję w totalnym bagnie i odnoszę permanentne wrażenie, że zbyt obficie widza tą trucizną dla duszy obciąża - zbyt wiele cierpienia funduje, przygniata ciężarem trudnym do udźwignięcia. Z drugiej strony, jak trzeba autentyzm uwypuklić, to oczywiście użycie jakichkolwiek filtrów wykluczone - ukazana rzeczywistość musi być do bólu surowa, a przekaz głęboko duszę kaleczący. Pytanie tylko czy mistrz z tak głębokim realizmem rzeczywistość odtworzył, czy może dla uzyskania dojmującego wrażenia celowo przeszarżował? Skrajnie przygnębiające doznania zdecydowanie mi zaaplikował, dosłownie zrobił ze mnie masochistę, który świadomie ból sobie zadał. Nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek na taką katorgę sumienia się zdecyduję - ten krzyż jest zbyt ciężki, a ja na cierpienie jestem nieodporny.

piątek, 13 listopada 2015

Danny Collins / Idol (2015) - Dan Fogelman




Siła oddziaływania idola na życie fana ogromna, nawet wtedy gdy wielbiciel już w mocno dojrzałym wieku. Szczególnie kiedy w jego codzienności od lat absolutny brak satysfakcji i poczucie zaprzepaszczenia otrzymanych możliwości gości, a pogarda dla własnego odbicia w lustrze spokoju ducha naturalnie nie przynosi. Poczucie winy i frustracja permanentna w żelaznym uścisku nałogu utrzymuje, za cholerę nadziei na zmianę nie dając. Wtedy pewien zbieg okoliczności z idolem bezpośrednio powiązany nagłe otrzeźwienie przynosi, oczy otwiera i pozwala spojrzeć na siebie z perspektywy naiwnego ale pełnego szlachetnych przekonań młodziana. Nowa energia zrazu w człowieka wstępuje popychając do radykalnych działań, dla których czas już najwyższy. Ostatnia szansa przed nim i wykorzystanie jej obowiązkiem nie przywilejem, stąd zaangażowanie musi być bezgraniczne, a metody skuteczne. Inspiracją dla powyżej lakonicznie streszczonej fabuły prawdziwe życie, na poziomie scenariusza podrasowane wyobraźnią jej autora - innymi słowy to mniej więcej prawdziwa historia ale tak nie do końca. Zaczyn autentycznymi wydarzeniami sprowokowany, a dalej to już cholera wie, lecz to bez znaczenia kiedy finalny produkt okazuje się ogromnie wartościowy. Niby tutaj banał rządzi ale zadziwiająco zgrabnie skrojony na potrzeby filmu, potraktowany jednocześnie odpowiednio poważnie ale i z pewnym dystansem aby w śmieszność nie popaść. Paradoksalnie przed skrajną trywialnością i ośmieszeniem, to poczucie humoru obraz Fogelmana broni - podejście do spraw ważnych bez pretensjonalnej egzaltacji tylko z wiarygodnym balansem pomiędzy powagą, a luzem. To kino skrojone w sposób klasyczny, oparte na standardowych środkach bez pierwiastka artystycznie intrygującego lecz z całą paletą emocjonalnych barw, które w rzeczywistym życiu występują. Stąd ta przewidywalna opowieść w żadnym stopniu miałką nie może być nazwana, jej siłą znaczenie i naturalność oraz co oczywiste gdy na ekranie Al Pacino, Christopher Plummer lub Annette Bening gości, wspaniały warsztat aktorski z ich nazwiskami zawsze kojarzony.

czwartek, 12 listopada 2015

American Beauty (1999) - Sam Mendes




To już 16 lat od premiery minęło, w międzyczasie Sam Mendes kilka perełek wyreżyserował i na dobre potwierdził swój wysoki status za sprawą American Beauty początkowo zdobyty. Start miał zaprawdę kapitalny, bo historia Lestera Burnhama, który to z pokornego pantoflarza w wyemancypowanego mężczyznę się przeistacza, to dzieło dziś już klasyczne - takie co nic ze swej uniwersalności nie straciło. Może jedynie w pewnym wiekowo skonfigurowanym obszarze percepcji perspektywę odbioru zmieniło, w innej zaś dodatkowych barw, intensywniejszego kolorytu nabrało. Taki to obraz co wartość i znaczenie własne uzależnia nie tylko od wieku, ale i przede wszystkim życiowego etapu. Kryzys wieku średniego przychodzi do każdego w swym czasie, zapewne w formie i specyfice indywidualnej, lecz pewność jest iż on dotrze, nie ma przed nim ucieczki. Kierunek i schemat wszystkim wspólny, jedynie charakter jego osobisty, bo od wielu zmiennych uzależniony. Najtrudniejszym on wyzwaniem, gdy życie osobiste i rodzinne w gruzach leży, kiedy rozmontowane przez obojętność, często też bezradność wobec osobniczej emocjonalności we frustracji głębokiej zostaje zatopione. Rodzina przecież to galaktyka planet względnie autonomicznych, gdzie orbity się przecinają, a pola przyciągają lub odpychają w zależności od skomplikowanych wzorów. Te modele od wielu istotnych czynników zależne i w wielu przypadkach serią zaniechań czy błędów z przeszłości stymulowane. Nie ma prostego szablonu, który uniknąć ich pomoże, tutaj jedynie ustawiczna i systematyczna czujność, zaangażowanie głębokie oraz wiedza pokorą motywowana może względnie negatywne skutki pomóc okiełznać. Gwarancji powodzenia oczywiście brak, gdy o złożony byt ludzki chodzi! Taki alegoryczny obraz mam przed oczami, gdy dzieło Mendesa próbuję okiełznać, jego treść i przesłanie w pełni zrozumieć. Ono przeraża i bawi jednocześnie, tak je jako niemal czterdziestolatek odbieram, w ten sposób spożytkować i na doświadczenie przełożyć próbuje. Wyrwać z istoty i kontekstu jak najwięcej, by zminimalizować potencjalne dramatyczne skutki jakich we własnym życiu mogę doświadczyć. Bo American Beauty to lekcja życia jaką daje kino pełne wartościowej treści i niezwykłego artyzmu. Jest ono idealnym przykładem na to że sztuka wysokich lotów może posiadać znaczący walor pragmatyczny.

P.S. Na marginesie - obecnie Sam Mendes już drugiego Bonda własnego autorstwa do kin wprowadza, a ja nadal pierwszego jeszcze nie obejrzałem, bo wciąż obawiam się konfrontacji popkultury made in Mendes z prawdziwą sztuką w jego wykonaniu. 

wtorek, 10 listopada 2015

Black Hawk Down / Helikopter w ogniu (2001) - Ridley Scott




To nadal, mimo iż niemal piętnaście lat od premiery minęło, najbardziej spektakularny obraz wojenny w historii kina. Pisząc spektakularny mam na myśli widowiskowość uzyskaną dzięki operatorskiej wirtuozerii i dynamicznemu montażowi. Kamera jest wszędzie, obraz dociera z niemal każdej dostępnej perspektywy by dostarczyć najmocniej, najbardziej precyzyjnie i ponad wszelka miarę namacalnego autentyzmu pola walki. Walka z całym miastem, gdzie zza każdego rogu, budynku czy dziury tubylcy wyłażą i siekają z automatów, wyrzutni - bez skrupułów, bezmyślnie w kompletnym chaosie. Padają pod ostrzałem w ilościach niewiarygodnych, a i tak multiplikując się powracają w przytłaczających ilościach niczym jakieś kierowane rządzą mięcha zombie. Rozpierducha jest konkretna, a ogarnięcie jej przez zespół operatora to bezdyskusyjne mistrzostwo. Jeśli chodzi o warsztat Sławomir Idziak wzniósł się na poziom niebotyczny, połączył możliwości techniczne jakie dawał pokaźny budżet, z własnym wizjonerstwem i pomysłowością. To niepodważalny walor tej produkcji i poniekąd jednocześnie też jej minus, bo gdzieś pod tym pełnym realizmu miejsca i sytuacji operatorskim efekciarstwem, pod tą serią wybuchów, tym świstem kul zewsząd, tonami gruzu, złomu i rozbryzgującą się krwią z porwanych tętnic ginie przekaz odrobinę. Bez względu na amerykańską żonglerkę patosem niezwykle istotny i nie do końca tak bezkrytycznie pochwalny wobec amerykańskiego interwencjonizmu. Przesłanie przez pryzmat polityki odczytane zdaje się w miarę jasne - istnieją takie narody, które gardzą zachodnią demokracją, szczególnie kiedy ona (co tu się oszukiwać) przemocą narzucana arogancją im śmierdzi. Bez zwycięstwa nie ma mowy o pokoju, taki jest ich cały świat, w nim kompromis nie funkcjonuje, a ludzkie życie żadną przeszkodą by władze przejmować. W takim świecie nie ma miejsca dla cywilizowanych zasad, liczy się argument siły nie siła argumentu. Zachodnia demokracja w takich warunkach wyłącznie bronią zaprowadzana sama staje się skarłowaciałym odpowiednikiem tej z rozwiniętej Ameryki czy Europy. Nie sposób uniknąć ofiar przypadkowych, nie ma szans by w ferworze walki kolejnej fali niechęci wobec takich działań zapobiec. Giną mieszkańcy, śmierć ponoszą żołnierze - wstrząsający obraz bezsensownej przemocy prym wiedzie i szans brak na przerwanie tej spirali. Perspektywa dla bezpośrednio zaangażowanych w konflikt jest skrajnie odmienna i na dwóch przeciwstawnych biegunach usytuowana. To uzasadnione i usprawiedliwione, że ponad barykadę nie są w stanie się wznieść. Szczęściarzem ten kto z boku przygląda się tej zawierusze. On widzi więcej, a jego spostrzeganie pozbawione stronniczości do wyważonych wniosków może prowadzić. Niezależnie od tego jak bardzo może nie podobać się wtykanie wszędzie łap przez Amerykę trzeba uczciwie przyznać, że to nie pociągający za sznurki życiem ryzykują, to walczą zwykli ludzie dla których przyjaciel droższy własnego życia. Przecież prawdziwe przyjaźnie rodzą się w sytuacjach ekstremalnych - są najtrwalsze, gdy ich fundamentem pierwotne instynkty, nie racjonalne wybory. O tym moim zadaniem jest przede wszystkim obraz Ridley'a Scotta, a popis sprawności Idziaka i ekipy to tylko instrument do jego osiągnięcia, który swą błyskotliwością odrobinę uwagę od sedna odciągnął. 

poniedziałek, 9 listopada 2015

Gentlemans Pistols - Hustler's Row (2015)




Oh yeah yeah yeah yeah yeah yeah! Tak sobie pozwolę zacząć za wokalistą tych "vintage'owych" wyspiarzy skandując. Oni we wspaniały nastrój swoją kolejną płytką z łatwością mnie wkręcają, dając jednocześnie solidny zastrzyk pozytywnej energii - takie to różowe okulary i duża tabliczka czekolady w jednym. :) Wystarczy spojrzeć na ich wygląd, by już szeroki uśmiech na gębie się pojawił, a gdy zaczną bioderkami wywijać i nóżkami potupywać w rytm Devil's Advocate on Call to ja (chociaż moja natura raczej pesymistyczna i sarkazmem tryskająca) z marszu w wesołkowatego gościa się zmieniam. Sporo w tych dźwiękach endorfin i za to ich uwielbiam. Nie silą się na wyreżyserowane pozy, nie zgrywają zblazowanych rock'n'rollowców i co najważniejsze nie dbają o swój sceniczny wizerunek, bo go zwyczajnie nie mają. Chyba, że uznać iż spory dystans do siebie to ich naturalna poza, która ten wizerunek tworzy. Proszę mnie jednak opacznie nie zrozumieć, bo to żadni tam pajace, którzy ponad dobrą muzykę zgrywę stawiają tylko goście z pasją dla których kapitalne rockowe dźwięki idealnym środowiskiem rozwoju. Nakręcają zatem ten retro rockowy trend zdecydowanie w rock'n'rollowa uliczkę z impetem wjeżdżając - tam gdzie Phil Lynott Thin Lizzy zaprowadził i gdzie wielu mu podobnych satysfakcję płynącą z granej muzyki odnalazło. Mnie te okolice jako przyjazne się kojarzą i chętnie w nie się zapuszczam. Kiedy proza życia przytłacza, rutyna bezlitośnie spontaniczność morduje, gdy bezradny ręce załamuje lub wściekły wulgaryzmami sypię. Wtedy tak dla równowagi by harmonię przywrócić zwracam się w stronę optymistycznej gitarowej galopady, a Hustler's Row podobnie jak poprzednik w postaci At Her Majesty' Pleasure staje się oczywistym wyborem.

piątek, 6 listopada 2015

Everest (2015) - Baltasar Kormákur




Himalaje to niezwykle piękne góry, a ich majestat tutaj kamerą operatora jedynie w ułamku przecież uchwycony, dodatkowo dopieszczony efektami specjalnymi poraża jak i koniecznie każe zadać pytanie jak ogromne wrażenie to miejsce może robić na żywo spostrzegane. Faktycznie to pewnie brakłoby przymiotników aby ich monumentalizm i siłę oddziaływania na człowieka opisać, wszak posiadają one tak ogromny magnetyzm w sobie, że wciąż nie brak śmiałków, którzy ich panoramę z wierzchołka Mount Everestu pragną za wszelka cenę podziwiać. Film Baltasara Kormákura to właśnie kronika jednej z wypraw, która to niestety tragedią się zakończyła. Historia triumfu i chwile później strasznego dramatu, poruszający obraz poświęcenia i lojalności, bólu i cierpienia oraz pasji, która daje impuls do działania i determinacji - która motywuje do osiągania niemożliwego. Niestety ta szaleńcza fascynacja jednym z najgroźniejszych miejsc na Ziemi, zrozumiała przecież tylko nielicznym którzy smak zdobywania najwyższych szczytów poczuli, ma w sobie nie tylko naturalnie wliczone ryzyko jakie sami bohaterowie zaśnieżonych grani ponoszą. Przecież niemal każdy z nich ma rodziny, posiada instynkt samozachowawczy i jest osobą intelektualnie sprawną, jednak świadomie nierozsądny wybór podejmują stawiając własną pasję ponad nie tylko swe życie ale i spokój najbliższych. Jako osoba absolutnie pozbawiona fiksacji w temacie himalaizmu, nie rozumiejąc nawet w drobnym ułamku dlaczego podejmowane jest tego rodzaju ryzyko próbuje teraz sprowokowany, z całą mocą posiadanej empatii i wyrozumiałości usprawiedliwić tego rodzaju swoisty egocentryzm. Nie udaje mi się to jednak, bo jest to z natury niemożliwe póty sam miłością do ośmiotysięczników nie zapałam, póki osobiście nie stanę oko w oko z potęga natury i nie uświadczę ile daje konfrontacja z jej siłą. Wtedy gdy dotknę granicy życia i otrę się o śmierć namacalnie, poczuję czym jest życie i smakować je zacznę z zupełnie nowej perspektywy. Może gdy zaznam prawdziwego triumfu własnej siły nad osobistymi słabościami okupionego nadludzkim wysiłkiem i poświęceniem nie tylko dla idei ale i dla drugiego człowieka, to wtedy będę mógł przeniknąć tą tajemnicę. Zdobywając szczyty niemal kolekcjonerskiego obłędu uświadczę widząc jedynie to co jeszcze nie osiągnięte, a w cieniu pozostawiając wszystko co sukcesem jest tylko z przeszłości. Kierowany taką obsesją ponad wszystko kolejne wyzwania postawię, poświęcę każdą minutę życia na cierpliwe i konsekwentne realizowanie planu dla laików niezrozumiałego. Wtedy tylko dotknę jądra tej namiętności! 

P.S. To nie tylko świetnie zrealizowany technicznie, pasjonujący i głęboko poruszający film oparty na autentycznych wydarzeniach, to także dla całkowitych laików źródło podstawowej wiedzy o wspinaczce wysokogórskiej. Jako taki analfabeta w temacie przyznaję, iż ogromnie zafascynowany byłem przechodząc tą teoretyczną lekcję, jednak nigdy nie porwałbym się na praktyczną próbę. Za zimno, za wysoko, za niebezpiecznie!

czwartek, 5 listopada 2015

The Gift / Dar (2015) - Joel Edgerton




Nazwisko Edgerton przyciągnęło, bo ono z dobrym aktorstwem skojarzone. Zatem przez wzgląd na nie szansa została dana i dwie cenne godziny poświęcone. Niestety nie każdy zdolny aktor inklinacje do świetnej reżyserki musi posiadać lub inaczej nie od razu Rzym zbudowano. The Gift to w miarę sprawnie zrealizowany thriller, odpowiednio jak na gatunek tajemniczy z dość ciekawą fabułą i standardowymi, a może bardziej by tu pasowało określenie oklepanymi rozwiązaniami takimi w rodzaju - jeb(!) i w momencie na chwilę serducho staje. Niezłe kino, które w jednorazowym kontakcie nawet daje radę, lecz z pewności na długo w pamięci nie pozostanie i nie skusi na seans kolejny, bo zwyczajnie nie ekscytuje! Po cholerę przecież zawracać sobie głowę czymś wyłącznie poprawnym, kiedy mnóstwo pozycji piorunujących w zanadrzu. Ta debiutancka potrawa na razie taka mdła jednak może w przyszłości czymś o bardziej wyrafinowanym smaku Edgerton poczęstuje.

P.S. Oj jak ja nie lubię tej Rebeccy Hall - kiedyś sobie obiecywałem, że sporo czasu musi upłynąć bym nabrał odwagi aby z jej wyrazem twarzy się spotkać. Spróbowałem i co? Za odpowiedź niech posłuży stwierdzenie, że pozwolę jej nie zbliżać się do siebie znów przez czas dłuższy. Może niewielkie uprzedzenie w stałą niechęć ewoluowało.

środa, 4 listopada 2015

Down - NOLA (1995)




Przyszedł czas już najwyższy, by pośród subiektywnych opinii o albumach które dla mnie klasyką ogólnie rozumianego rocka i metalu, "maksymalnie subiektywna" refleksja w temacie debiutu Down się znalazła. Krążek ów od lat systematycznie gości w moim stereo i już wielokrotnie zamiary miałem, by kilka zdań o nim sklecić. Teoretycznie gotów byłem, brakowało czasu i żelaznej konsekwencji co wszelkie kłody pod nogi rzucane potrafi zwinnie przeskoczyć. Zawsze jakaś przeszkoda obiektywnej natury słów w czyny nie pozwalała zamienić. Dziś jednak przełom nastąpił, a jego zaczynem okazało się sentymentalne przeglądanie archiwalnej prasy muzycznej. W łapska moje wpadł stary egzemplarz "Młotka" - dla osób niewtajemniczonych, z jakiś innych powodów niżby merytoryczne moje teksty czytających na myśli mam tutaj poczytny swego czasu, a obecny i do dzisiaj na rynku polski odpowiednik brytyjskiego Metal Hammera. Znalazłem tam wywiad z filarem grupy jakim w przenośni i dosłownie (gabaryty) przez niemal dwadzieścia lat był Kirk Windstein. Interesująco z wrodzoną Jankesom nonszalancją i nabytym luzem między innymi o genezie powstania formacji opowiedział oraz detalicznie i obrazowo nagraną muzykę opisał. Zwięźle pisząc, spotkali się kumple (Kirk, Peeper, Rex, Phil, Jimmy i Todd) bez zobowiązań i napinki pojammowali i z tych spontanicznych sesji wykrystalizowały się numery. Jakie? Ano pełne pierwotnej siły, pulsującej energii i luzu, barwne i plastyczne - w doskonałych proporcjach te cechy w jednym tyglu zostały wstrząśnięte, a nawet i zmieszane (może dzięki towarzystwu odrobiny zioła i alkoholu, które to jednak nie zdominowały procesu twórczego, one były jedynie stymulatorem pobudzającym wyobraźnię). Posiadające oczywiste cechy macierzystych grup członków zespołu jak i jednocześnie kształtującą się własną tożsamość. Następnie efekty w studiu nagrali z żywym brzmieniem i oczywiście kapitalnym wokalem Phila Anselmo, który zarówno firmowego krzyku jak i rasowego śpiewu dla chwały projektu nie poskąpił. Razem zebrane i ochrzczone nazwą od miejsca narodzin pochodzącą oraz firmowane logiem co podobno źródło w niskim strojeniu miało. A że tak dobrze na rynku zostało przyjęte i masę satysfakcji sprawiało ojcom założycielom to i przedzierzgnięcia z projektu w pełnoprawny zespół jak historia pokazuje się doczekało. Cieszył ten fakt ówcześnie, raduje i dzisiaj, chociaż współczesne oblicze formacji nieco w ślepą uliczkę zabrnęło. Taka prywatna moja opinia, oparta o niepodważalne realia, nieraz podkreślająca chybiony pomysł rezygnacji z pełnowymiarowych albumów na rzecz quasi epek. Dzisiaj mnie tymi absurdalnymi ruchami nieco z równowagi wyprowadzają, kiedyś za sprawą wiecznych hiciorów w rodzaju Lifer, Stone the Crows czy Bury Me in Smoke wyłącznie w stan ekstatycznych muzycznych uniesień wprowadzali. 

P.S. Tekst powyższy jest luźną interpretacją rozmowy Z.Z. (pozostawię jedynie inicjały, bo tak! :)) z K.W. (Metal Hammer 12/1995). Stanowi on taką parafrazę konkretnych stwierdzeń i jest w krzywym zwierciadle odbiciem moich własnych ambicji stanowiących imperatyw zmuszający mnie do udawania dziennikarza muzycznego. Ot tak. :)

wtorek, 3 listopada 2015

Monster Magnet - Powertrip (1998)




Kiedy zespół jest na szczycie trudno jednoznacznie orzec, szczególnie gdy w pędzie zdobycznym w swoim przekonaniu wciąż na kolejne poziomy się wznosi. Dopiero z perspektywy czasu zaczyna być wyraźnie widać, kiedy pułap najwyższy został osiągnięty i kiedy to powolne schodzenie ze szczytu następuje. Alpinistą nie jestem i tylko z wiedzy potocznej, teorii bez praktyki wiem, że powrót z góry jest trudniejszy niż na nią droga. Jedni lecą na łeb na szyję w niekontrolowanym chaosie triumfu inni rozważnie z uwagą kontrolują kroki. Tym rozsądnym tempem zdawał się Monster Magnet po sukcesie Powertrip z piedestału schodzić i chociaż uzależnienia lidera nie sprzyjały takiej strategii, to i tak udało im się zejść bez większych urazów. Sukces któremu na imię Powertrip był podwójny, bo oto artystycznie poziom zachowali (tak twierdziłem ówcześnie i tak dziś nadal uważam) oraz rzecz jasna komercyjny biorąc pod uwagę intensywność pojawiania się ich teledysków w muzycznych telewizjach. Były to czasy kiedy muzyczne kanały kablowe z równym zaangażowaniem promowały popowe numery jak i od dobrego rocka nie stroniły. Stanowiły więc probierz nie tylko popularności ale także i dobrego smaku. Dziś taka sytuacja pewnie nie do wyobrażenia, zmieniły się gusta, drogi dystrybucji, środki promocji, tak po prawdzie niemal wszystko uległo transformacji. W tym nowym świecie, po wielu zawirowaniach, perturbacjach natury pozamuzycznej odnalazł się szczęśliwie Monster Magnet i nadal nagrywa kapitalne albumy z tym, że ich odbiorców mniej ale i oni bardziej świadomi. Po roku 1998 zmieniając odrobinę w proporcjach pomiędzy segmentami ich muzykę tworzącymi, rezygnując z kwaśnej psychodelii na rzecz odjechanego rock'n'rolla i nabierając oddechu mniej zapachem zioła zainfekowanego, weszli na poziom na którym z największymi gwiazdami rocka i metalu wspólnie na stadionowych imprezach grali. Nazwa w środowisku była rozpoznawalna, a przeboje w rodzaju Space Lord, Crop Circle, 19 Witches, See You in Hell, Tractor czy numeru tytułowego rozgrzewały licznych fanów rockowego mielenia. To kawał kapitalnej muzy, album który w kanon rocka najwyższego sortu się wpisał i na ten zaszczyt niewątpliwie zasłużył bez względu na to, iż jednoznacznie trudno okrzyknąć go najlepszym dokonaniem formacji.

poniedziałek, 2 listopada 2015

The Missing / Zaginione (2003) - Ron Howard




Odnoszę wrażenie, że to film nieco zapomniany, a już z pewnością mocno niedoceniany. Skąd ta ignorancja i pomijanie go, kiedy o wartościowym kinie mowa? Być może odpowiedź tkwi zarówno w gatunku jakim western i jego niewielkiej popularności jak i co naturalne patrząc na twórczość reżysera, silnym przywiązaniu Rona Howarda do klasycznej formuły kina. The Missing przecież to typowy obraz Howarda, z gatunku tych co tak naprawdę niczym nie zaskakują, są dość przewidywalne, a jednak (i tutaj największy walor) potrafią intensywne przeżycie zagwarantować. Są w nim emocje soczyste, jest budowana konsekwentnie więź widza z bohaterami i historia która bezpośrednie uniwersalne prawdy o życiu i relacjach międzyludzkich zawiera. Całość wyprodukowana w charakterystycznym hollywoodzkim stylu, gdzie idealny balans pomiędzy widowiskowością, a wartością treści zostaje zachowany. Ze wspaniałą obsadą, na czele z Cate Blanchett (bezapelacyjnie jedna z najlepszym współczesnych aktorek) i Tommy Lee Jonesem, który to z tym filozoficznie cierpiętniczym wyrazem twarzy szczególnie na dzikim zachodzie niezmiernie przekonująco wypada. To esencjonalne amerykańskie kino, czyli musiała być w nim zawarta szczypta banału w dojrzałej historii i odrobina nieracjonalności w działaniach bohaterów. Jednak kiedy atmosfera spowita błękitną mgłą w surowym klimacie osadzona uwagę zasysa, to i te drobne hollywoodzkie wady nie rażą. Mnie przynajmniej nie drażnią, bo z odpowiednim dystansem zawsze do tego rodzaju filmowej sztuki staram się podchodzić. Liczą się przede wszystkim przeżycia tu i teraz, bez kombinowania na siłę i poszukiwania form niekonwencjonalnych. Jak rozplątywać węzły skomplikowane mam ochotę to z pewnością nie sięgam po twórczość Rona Howarda - jak mam potrzebę obejrzeć klasyczne kino z emocjami wtedy w stronę  twórczości "Rudego" się zwracam.

P.S. Jedna rzecz aktorska biegłość gwiazd, inną kapitalna rola tej małolaty, która dziś już jest dorosłą kobietą. 

piątek, 30 października 2015

Black Mass / Pakt z diabłem (2015) - Scott Cooper




To nie spowiedź, to nie donos - nie jestem kapusiem, sprzedaje tylko tych co z uprzedzeniem do tej roli Deppa podchodzili i z racji jeszcze niewielkiego doświadczenia reżyserskiego Scotta Coopera (trzeci film) zakładali, iż nie podoła wyzwaniu jakim obraz o takim ciężarze gatunkowym. Nazwisk, pseudonimów czy adresów gdzie publikują jednak nie podam, bo to żaden dla mnie interes w taki sposób z konkurencją się rozprawiać. :) Różnimy się zdaniem, nie wchodzimy jednak sobie na własne terytoria, stąd lojalność wobec ziomali z "branży" (ha, ha, ha) blogerskiej zachowam. Wybaczcie ten nieco komiczny wstęp kiedy pisać o śmiertelnie poważnym temacie powinienem. Tak mnie Cooper w świat "Southie" wkręcił, że granice pomiędzy własną egzystencją w rzeczywistości zdecydowanie spokojniejszej, a gangsterskim kodeksem południowego Bostonu zmieszałem. Gdzieś tam jak się okazuje w przykładnym obywatelu obudziły się instynkty z półświatka lub gówniarska jeszcze podatność na sugestie z kina płynącą. Czuje się niejako usprawiedliwiony, gdyż Black Mass to zrealizowane według klasycznych szablonów kapitalne kino gangsterskie, dorównujące (tu ryzykowne stwierdzenie, które na lincz mnie skaże) najwybitniejszym dziełom Martina Scorsese, Briana De Palmy, Francisa Forda Coppoli czy cacuszku (American Gangster) Ridleya Scotta. Brak w nim ustawicznej spektakularnej akcji, a trzyma permanentnie w napięciu - sączy się z niego historia pełna dramatów i posoka spływa z łownej zwierzyny zasychając w zimnej aurze. Chociaż krew bryzga i przemoc z ekranu w surowej brutalnej formie tryska, to tak w rzeczywistości to co w nim najistotniejsze w psychice postaci i relacjach pomiędzy bohaterami się rozgrywa. Emocje nie są płaskie, wręcz przeciwnie one intensywnie pulsują, a ich głównym źródłem operatorska precyzja każdy detal teatru mimiki, spojrzenia i gestu wyraźnie akcentująca. Cóż jednak przyszłoby począć specowi od zdjęć gdyby warsztat aktorski był słaby, a charakteryzacja nienaturalna na tak sugestywne zbliżenia nie pozwalała. Na nic wtedy jego i reżysera wizja, ciężka praca włożona by założenia w praktyce zrealizować. Szczęśliwie magicy od makijażu artystycznego kawał doskonałej roboty odwalili, a wszelkie gromy jakie na nich bezpodstawnie spadały, że z Deppa Oldmana grającego Drakulę uczynili świadczą po raz kolejny o niechęci do aktora, nie do umiejętności charakteryzatorów. Pomijam (jednak nie bo przecież o tym piszę) ich rolę w stworzeniu autentyzmu odzwierciedlonej epoki i podkreślam dzieło scenografów. Bez nich realizm nie osiągnąłby tak wysokiego poziomu, a przez życie napisany scenariusz byłby tylko zmarnowanym potencjałem. Tego akurat bym Cooperowi nie wybaczył! Na szczęście każdy kto swoje trzy lub więcej groszy do produkcji dołożył wzniósł się na wyżyny profesjonalizmu, a obsada idealnie w castingu dobrana dodała całości pierwiastka prawdziwej aktorskiej sztuki. I tutaj kilka słów o samym oszpeconym Johnnym. Nie ukrywam, że ogromnym fanem jego talentu nigdy nie byłem, teraz jednak wrażenie jakie na mnie zrobił okazało się kolosalne. James "Whitey" Bulger w jego wykonaniu autentycznie przerażał i to nie za sprawą zepsutych zębów czy dziobatego ryja (choć ich rola istotna), ale przede wszystkim dzięki grze ciałem i mimiką, dzięki barwie głosu i intonacji oraz spojrzeniu na wskroś przeszywającemu. Majstersztyk i tyle! Możecie się ze mną nie zgadzać i spokojni pozostać bo różnicy zdań, ambicjonalnych konfliktów nie rozwiązuję sposobami Jimmy'ego. Proszę tylko aby ewentualne uprzedzenia z przeszłości nie kładły się cieniem na tej konkretnej roli, zwyczajnie Depp w tym przypadku zasługuje na pełną uczciwość. Na koniec jeszcze jedno zdanie, będę z niecierpliwością oczekiwał kolejnej produkcji Scotta Coopera, bo coś czuję, że nieraz jeszcze swoją obecność w wielkim kinie zaznaczy - było dobre Szalone serce, bardzo dobry Zrodzony w ogniu, a teraz doskonały Pakt z diabłem, więc tendencję człowiek notuje wznoszącą! Oby tak dalej. 

P.S. Pamiętacie scenę Z Chłopców z ferajny, gdzie Joe Pesci pyta Ray'a Liotte czy jest śmieszny? Depp z Davidem Harbourem odegrali tu równie ekscytująca scenę, tylko poszło o rodzinny sekret z przepisem na stek związany. Taki mniam - paluszki lizać. 

czwartek, 29 października 2015

In Flames - The Jester Race (1996)




Zrobiłem sentymentalną wycieczkę w czasie, by przypomnieć sobie chwile kiedy zauroczony The Jester Race oddawałem się namiętnym odsłuchom drugiego longa In Flames. Jak się okazało pamięć moja dobra i wspomnienia z łatwością powiązane zostały z emocjami jakie ówcześnie mi towarzyszyły. Chociaż dzisiaj ten rodzaj muzycznej wrażliwości z rzadka jest we mnie aktywowany, to o dziwo w tym przypadku zdołał poruszyć. Stara i krótkotrwała była to miłość, bo dawno i do przede wszystkim jedynie tej płyty ograniczona - ona znacznie zardzewiała jednak tak w pełni to nie umarła. "Ciar" już wywołać nie jest w stanie, lecz przyjemności dostarczyć już owszem. Słucham uważnie i kilka istotnych wniosków z perspektywy czasu się nasuwa. Grali wtedy imć Panowie Szwedzi z powodzeniem ten swój ultra melodyjny death, który z czystym sumieniem można by nazwać heavy metalem, gdyby nie histeryczny wokal i okazyjne gwałtowne perkusyjne nawałnice. Na siłę, a może bez naciągania poniższej teorii napiszę, że na rok przed spektakularnym (jasne, że jak na standardy metalowe) wypłynięciem HammerFall i wskrzeszeniem klasycznego power/heavy, to In Flames właśnie na The Jester Race w riffach i harmoniach uchwycił ducha lat osiemdziesiątych. Takie mam przekonanie, lecz nie mam jednak zamiaru tutaj przeprowadzać szczegółowej analizy struktury kompozycji czy charakterystyki dźwięków, by udowodnić prezentowaną tezę. Dodam tylko rezygnując z powagi rzucanych stwierdzeń, że rytmiczne, zsynchronizowane potrząsanie piórami i bujanie wiosłami można przy tych dźwiękach uskuteczniać bez trudu, a tego rodzaju choreografia to przecież znak rozpoznawczy power/heavy "rycerzy". Bardzo blisko In Flames tutaj typowego heavy swoje granie umieścili, a dopracowane chwytliwe harmonie i bogate w ornamenty solówki tylko potwierdzają sens tegoż przekonania. Jedynie brzmienie (prócz rzecz jasna wokalnej ekspresji) o skandynawskim pochodzeniu i innych korzeniach gatunkowych informują. Sound jaki został ukręcony, to wypadkowa po części sceny sztokholmskiej, w której brud wraz z gruzem dominował i sceny göteborgskiej, gdzie zaś jad i jazgot panował. Ta hybryda w tym konkretnym przypadku doskonale się sprawdziła, bo dla równowagi przebojowością i we fragmentach (The Jester's Dance) krystalicznie czystym dźwiękiem została okraszona, a ja i dzisiaj co zaskakujące czerpię frajdę z odsłuchu tak skonfigurowanego brzmienia. Wracam pamięcią do roku 1996 i chwil kiedy pozbawiony regularnie gotówki pożyczoną taśmę kopiowałem, a później własnoręcznie zdobiłem jej front pomysłową grafiką ze stylizowaną wytwornie czcionką. :) Trzeba było wtedy włożyć sporo wysiłku by cieszyć się ulubioną muzyką - przecież nikt na serwerach pełnych dyskografii za friko nie umieszczał. Pamiętajcie o tym gówniarze zapełniając terabajty na swych wypasionych twardych dyskach.

P.S. Gdzie jest teraz In Flames, w jakim miejscu zakotwiczył to dla wtajemniczonych pytanie retoryczne. Jak ktoś jednak nie zna odpowiedzi niech mnie nie pyta - za cholerę w te rejony nawet w myślach się nie wybieram.

środa, 28 października 2015

One Flew Over the Cuckoo's Nest / Lot nad kukułczym gniazdem (1975) - Miloš Forman




Koneserem kina nie mam śmiałości się nazwać, zbyt wiele jest tytułów z przeszłości które nadal mi nieznane, zatem bez kompleksowej wiedzy z autopsji pochodzącej pokornie do zaniedbań się przyznając, tytułować się tym zacnym określeniem nie zamierzam. Z drugiej strony żelazna klasyka sprzed lat w tej podstawowej wersji jest mi doskonale opatrzona i pośród niej odnajduję obrazy, które na miano arcydzieł kina także i w mojej skromnej ocenie zasługują. Jest kilkanaście, pewnie w porywach kilkadziesiąt filmów, szczególnie tych z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które to na zawsze głęboko zakorzeniły swą obecność w mej świadomości, dziwnym trafem w sporej ich liczbie Jack Nicholson zagrał - że wymienię tylko oczywiste oczywistości w postaci: Lśnienia, Chinatown i właśnie Lotu nad kukułczym gniazdem. Pisząc o farcie w zamierzony sposób ironię podkreślam, bo wiem iż to nie los ślepy, a talent i umiejętności ogromne właśnie Nicholsona w dużym stopniu zadecydowały o jakości i sukcesie powyższych produkcji. Miloš Forman i cała obsada aktorska rzecz jasna fenomenalną robotę wykonała, jednak wisienką na tym wybornym torcie pojedynek aktorski pomiędzy Nicholsonem, a Louise Fletcher siostrzyczkę Ratched grającą. On dziś ikoną kina niepodważalną, ona pomimo częstych ról jednak gdzieś na marginesie tego kina najwyższych lotów swą karierę osadziła. Trudno, nie każdemu los daje po równo, no i nie każdy też potrafi w pełni wykorzystać szansę jaka przed nim zaistnieje. Dla mnie z perspektywy Lotu nad kukułczym gniazdem to aktorzy podobnego formatu, a że tu i teraz o obrazie Formana pisze to i tylko na tych rolach się skupiam. Dzięki tak wyrazistym i autentycznym kreacjom zekranizowana powieść Kena Kesey'a nabrała statusu nie tylko wyjątkowego literackiego dzieła bogatego w metafory i alegorie, precyzyjnie piętnującego opresyjny system, ale także w postaci obrazu stała się synonimem naturalności i autentyzmu w opozycji do często przerysowanej teatralnie maniery. Nie doświadczam tutaj ani grama pretensjonalności i sztuczności, kiedy na osobliwe postaci spoglądam. Jestem pod ogromnym wrażeniem mimiki i detalicznej precyzji gestów. Każdy z pacjentów to osobny kosmos skomplikowanych zachowań - symbiozy wystudiowanych automatyzmów, męczących natręctw i nieprzewidywalnych reakcji spontanicznych. To innymi słowy genialna praca wykonana przez obsadę, by te charakterystyczne niuanse wychwycić i tak przekonująco je odtworzyć. Wespół z finezyjnie przemyślaną przez Kensey'a treścią i formą gdzie błyskotliwy manewr stawiający pospolitego rzezimieszka w roli niedoskonałego, aczkolwiek przede wszystkim prawdziwego w swym spostrzeganiu rzeczywistości probierza przyzwoitości, staje się dziełem wręcz wirtuozerskim. Z wysokowartościowym przesłaniem, że chociaż przez chwilę można poczuć się wolnym i pozostawić po sobie trwały owoc własnej pracy. Wygrać fragmentarycznie z systemem, który segreguje i odrzuca, oddziela ziarno od plew za pomocą filtra pozbawionego elementarnej przyzwoitości i pewnika zawartego w podstawie merytorycznej. Wiem, rozumiem, robi się to dla mojego dobra bym iluzorycznie poczuł się bardziej bezpieczny. 

poniedziałek, 26 października 2015

Coheed and Cambria - The Color Before the Sun (2015)




Nic oryginalnego w temacie Coheed and Cambria nie napiszę, bo moja pomysłowość chyba się wyczerpała odnośnie twórczości ekipy puszystowłosego Claudio Sancheza. Tak się też składa, że akurat The Color Before the Sun niczym nie zaskakuje i żadnego przełomu w karierze Amerykanów zapewne nie przyniesie - taki ze mnie wróżbita. ;) Zachodzę w głowę jakim cudem tak przebojowe granie jeszcze triumfów na szczytach list przebojów nie święci. Mają goście wszystko co teoretycznie potrzebne, by mainstream opanować, a jednak tego rodzaju sukcesu nadal nie uświadczyli. Może i dobrze bo gdyby większość latorośli ich numerów słuchała, to i w mojej świadomości pojawiłoby się pytanie dlaczego trendziarstwem dla małolatów się interesuję? Nie ma co ukrywać, że formuła muzyczna uprawiana przez Coheed and Cambria trąca na milę takim (szukam eufemizmu) rockiem dla nastolatków, ale to tylko pozorne odczucie, taki efekt uboczny chwytliwości kompozycji i charakterystyki głosu wokalisty - tak sobie przynajmniej tłumaczę i skutecznie jak widać przekonuję, że jednak każdą kolejną płytę przyjmuję z satysfakcją i oczekuję z niecierpliwością. Gdzieś pod przebojową fasadą dostrzegam w tych kompozycjach fantastyczny puls, finezję posługiwania się aranżem i wirtuozerię instrumentalistów. Na bogato chłopaki doprawiają przygotowywane potrawy - tu egzotyką przypraw zaskoczą, tu subtelnie musną harmonią eterycznych dodatków, tu ostrości dodadzą by zbyt mdło nie było, tu zaś błysną wykwintnym zestawieniem walorów smakowych. Nie ma nudy z pewnością! Jest za to w jej miejsce rozbudowana wyobraźnia i po prostu świetna muzyka jaka efektem tejże. Czy kiedyś ten kurs da im popularność globalną nie potrafię odpowiedzieć, życzę im progresu, a nie sukcesu w merkantylnym rozumieniu, bo to oczywiste, że fortuna rozleniwia, a ambicja rozwija. A ja chcę by ekscytowali, a nie przynudzali.

sobota, 24 października 2015

Clutch - Psychic Warfare (2015)




Tak się składa, że na poważnie to Clutch dość późno i w przypadkowych warunkach poznałem. Może już gdzieś o tym pisałem i ponownie zanudzać anegdotami zabawnymi tylko dla wtajemniczonych nie zamierzam. Jeżeli nie dzieliłem się tą historią to trudno, nie pójdzie w świat i tyle. :) Istotne, że zbieg okoliczności dał mi szansę na zapoznanie się z tak rasową ekipą i mam tu na myśli prócz co oczywiste muzyki, to i kwestie około muzyczne - bardziej te z samym podejściem muzyków do biznesu, wiecie, rozumiecie, lanserką, gwiazdorzeniem itp. związane. Nie ma w tych Amerykanach nawet grama napuszenia, jest za to (jak ich tak rzecz jasna z perspektywy fana obserwuje) pełna naturalność i ogromna pasja do robienia na własnych zasadach muzyki, takiej jaka w ich sercach gra. Powracają systematycznie z wybornymi materiałami i wycierają deski sceniczne podczas ciągłych tras. Pieniądze ich zepsuć nie mogły, bo i pewnie kokosów te działania nie przynoszą ale lojalność i uwielbienie ze strony fanów już w poczucie wyjątkowości co ego nieźle podkręca, to już akurat wpędzić mogło. Oni odporni są na te pokusy - takie wrażenie odnoszę, taką pewność z każdym kolejnym rokiem działalności Clutch zyskuje. Skupiają się chłopy na muzyce i po raz kolejny słychać to nowym krążku. Na otwarcie (i zakończenie, by klamrą spiąć całość także) tematyczne sample pewnie z jakiejś filmowej niskobudżetowej produkcji i dalej z impetem grzeją na rubaszną rockową modłę kolejne dynamiczne numery. Bez udziwnień, zatrzęsienia detali i niemal chwili dosłownie wytchnienia. Właśnie "niemal" gdyż mniej więcej w połowie albumu na chwilę tempo zwalniają i uspokajają "Salonem zagłady" i zaraz za chwilę kołyszą "Matką Bożą (??? ;)) w elektrycznym świetle". To jednak tylko takie przygotowanie do drugiej rundy, gdzie serie ciosów mocarnych zostają ponownie wymierzone. Runda pierwsza i ta finałowa aż puchną od testosteronu napędzającego dynamikę, tu pośród samych killerów na czoło wysuwa się sunący bez opamiętania (dosłownie) "Szlachetny dzikus", odrobinę funkująca "Szybka śmierć w Teksasie", eksplodujący w refrenie "Łasy na czarownicę", numer singlowy oraz zamykający krążek kapitalnie stopniujący napięcie "Syn Virginii". Wysokie obroty, pełna moc, rura i do przodu. Radocha, że maszyna w takiej formie i zapierdala aż się tumany kurzu po okolicy roznoszą. Przyznam, że akurat towarzystwo premierowego krążka Clutch podczas podróży samochodem mocno ryzykowne. Posiadają te dźwięki moc wyjątkową która do ciśnięcia prawego pedała w podłogę prowokuje. Jazda daje wtedy potężny zastrzyk adrenaliny, wodze puszczają i k**** jestem na drodze nie tylko potencjalnym zagrożeniem. Zatem rada taka by jak kto mistrzem kierownicy takim na poziomie zawodników Nascar (obowiązkowe amerykańskie skojarzenie) nie jest, to niech lepiej tego rockowego "sprzęgła" (ha! taki żarcik) zbytnio nie eksploatuje lub jak sobie tej przyjemności w wozie odmówić nie może to jeździ wtedy wyłącznie z odpowiedzialną małżonką co zbytnią ekspresję męża potrafi skutecznie powstrzymać. Sprawdzę z pewnością w praktyce jak się ma ta teoria do rzeczywistości, bo ze mnie wyłącznie rekreacyjny kierowca, żaden zawodowiec, a okazja będzie z pewnością bo najnowsza kapitalna produkcja ekipy brodatego towarzyszy mi od premiery na okrągło, dosłownie wszędzie.

P.S. Wszystkie tłumaczenia tytułów kompozycji autorskie, podparte teoretyczną, mało praktyczną znajomością języka angielskiego. :) Stąd gdyby jakiś ekspert moją pracę analizował bardzo proszę o wyrozumiałość. Porzucając wrodzone i utrwalone dobrym wychowaniem kulturalne maniery, (czasami trzeba) - względnie niech się odpieprzy i dupy mi nie zawraca swoim pedantyzmem i egoistyczną potrzebą karmienia swej próżności. Tutaj ja mam wyłączność na jej tuczenie i nie mam zamiaru rezygnować choć z grama tłuszczu jakiego może mi dodać. Fuck off and die! Chociaż na cholerę mi twoja śmierć, żyj jak chcesz i daj żyć innym. Poprawność językowa to przecież nie wszystko! Nie bądź człowieku Miodek. Ha! Bez urazy rzecz jasna. ;)

piątek, 23 października 2015

Róża (2011) - Wojciech Smarzowski




Dorociński w moim przekonaniu, to raczej aktor jednowymiarowy, ze zmanierowanym cierpieniem wymalowanym na twarzy, kiedy dramatyczną rolę odgrywa. Natomiast Kulesza to już całkiem inna bajka, obecnie pierwsza dama polskiego kina, aktorka najwyższego formatu. Ten duet co klasą nieprzystający do siebie, finalnie jednak nie wzbudza poczucia dysonansu, że niby po jednej stronie warsztat elastyczny, a po drugiej kwadratowy. Może i dlatego, iż u Smarzowskiego poziom gry aktorskiej dostosowuje się do wyrazistości postaci, a że bohaterowie na poziomie scenariusza są fenomenalnie nakreśleni, to i taki przeciętny Dorociński wspiąć się na wyżyny własnych umiejętności może. Poza tym Wojtek Smarzowski to reżyser, który z każdego aktora potrafi ogień wykrzesać. Ma gość łapę do obsady (choć ona przecież u niego przewidywalna), jak i smykałkę do budowania atmosfery która przygnębieniem miażdży. Wszystko jest do bólu surowe, nieobrobione masą kosmetyki, przez co autentyczne niezmiernie, szczególnie kiedy temat inaczej przez wzgląd na swą specyfikę potraktowany być nie może. Nie będę tutaj jednak historycznej dyskusji prowokował, bo ona i tak przez reżysera wystarczająco została podkręcona. Napiszę tylko, że to kolejna w Smarzowskiego autorskim stylu nakręcona produkcja pozostawiająca po seansie głębokie rany. Patrząc na ludzką tragedię rozgrywającą się w czasach anomii, pośród narodowościowo podgrzewanej politycznej zawieruchy zadaje sobie pytanie - jak silnie zło (okrucieństwo, nienawiść, lęk) w człowieku zakorzenione i jak łatwo w pewnych okolicznościach je uwolnić. Odważne i bezkompromisowe kino zarówno w sensie treści jak i formy. 

czwartek, 22 października 2015

Billy Elliot (2000) - Stephen Daldry




Stephen Daldry to dziś już uznany reżyser z wybitnym dorobkiem, gdzie bezdyskusyjnie szczytem The Hours i The Reader. Obok tych dzieł szacownych kilka niemal równie znamienitych, choć wśród krytyki już pewne dyskusje wzbudzających. Niemniej jednak Daldry to twórca wyjątkowy, taki propagator kina głęboko emocjonalnego, który niezwykły dar opowiadania historii poruszających ludzką wrażliwość posiada. Zawsze potrafi wybrać taki szlak, by nawet kiedy nieco zbyt bezpośrednio w ckliwe nuty uderza, to i tak finalnie do mojego serca drogę odnajdzie. Odnoszę wrażenie, że dwie ostatnie produkcje Daldry'ego, czyli z 2011 Extremely Loud & Incredibly Close i ubiegłoroczny Trash poszły tropem opowieści o Billym Elliocie. Mianowicie w obydwu przypadkach bohaterami dzieci, a ciężar gatunkowy harmonijnie rozłożony pomiędzy ambitnym kinem familijnym, a poważnym dramatem. Śmieć niedawno był przeze mnie opisany, natomiast refleksje w temacie Strasznie głośno, niesamowicie blisko już wkrótce spiszę. Dziś kilka dosłownie zdań spostrzeżeń/przemyśleń odnośnie obrazu z roku dwutysięcznego. Piękna to historia o (w tym miejscu kilka rzeczowników w chaotycznej kolejności wymienię), pasji, frustracji, bólu, gniewie, upokorzeniu, dumie, poświęceniu, miłości, przyjaźni i wreszcie sukcesie wbrew wszelkim przeciwnością. Osadzona w twardych warunkach, takim wymagającym środowisku robotniczej dzielnicy (sprzed kilkudziesięciu lat, a tak bardzo współczesnej dzisiaj polskim realiom górniczego zagłębia), gdzie pośród w gniewie tryskających testosteronem, właściwie to skrajnie sfrustrowanych i bezradnych wobec historycznych i gospodarczych przemian mężczyzn rozwija się prawdziwa młodzieńcza pasja jednostki absolutnie wyjątkowej. Tak silna, iż pokonuje wszelkie bariery, od tych natury wewnętrznej po te płynące z otoczenia (które trudniejsze do pokonania odpowiedź chyba retoryczna). Opowiedziana sugestywnym językiem muzyki i obrazu, ekspresyjnym tańcem zilustrowana, pełna wartościowej treści i artystycznego wdzięku. Z pozytywnym przesłaniem oraz optymistyczną puentą - czy ze zbyt naiwnym finałem, może i tak, lecz nie wszystkie poruszające historie muszą kończyć się dramatycznie. Nie jest przecież "źle" jak jest "dobrze". Tym jasnym i dowcipnym akcentem z życzeniem większej ilości happy endów w realnym życiu zakończę swoją zwięzłą wypowiedź. :) 

wtorek, 20 października 2015

Body / Ciało (2015) - Małgorzata Szumowska




Nic w takim typowym filmowym rozumieniu pozornie się nie dzieje, bo to kino, które jakby niepostrzeżenie do życia bohaterów wchodzi, wgląd do niego zdobywa, bez ingerencji w kształt historii i przeżywanych emocji - skupiając się zwyczajnie na człowieku i jego mrocznej emocjonalności. Środki realizacyjne są skąpe, ale w wirtuozerski sposób wykorzystane, niby kilka dysonansowych dźwięków, a harmonia zostaje zbudowana. Ona zauważalna po intensywnym zagłębieniu się w strukturę, gdzie przejmująca cisza, naturalne dialogi i wyborne operatorskie wyczucie kadru opowieść tkają. Posklejane chaotycznie sceny, pobieżnie niby bałagan lub też nonszalancja reżyserska, to w gruncie rzeczy przemyślany dogłębnie koncept bogaty w sugestywną symbolikę. Jest tu metoda, tylko trzeba dostrzec to co pomiędzy wierszami w ciszy do nas wykrzyczane. Filmy Szumowskiej nie są dla każdego - to truizm ale w tym miejscu zasadny. Może przez to, że otoczone atmosferą elitarności tak bardzo mnie intrygują i zmuszają do poszukiwań ukrytych znaczeń, sensu i wartości? A może ja w całkowitym oderwaniu od zachwytów zawodowych krytyków zwyczajnie lubię te obrazy, które coś więcej ponad szablon oferują? Te "dzieła" co porzucają ze znakiem zapytania, bo są niejednoznaczne. 

P.S. Polska kinematografia dwoma skrajnościami stoi, u nas przenosi się na ekran ciężkostrawne, przygnębiające tematy lub totalne pierdoły w kolorowych, połyskujących i szeleszczących niemiłosiernie papierkach - dwa bieguny dominują, a pomiędzy nimi niewiele. Absolutnie nie jest to zarzut, bo jakaś tam równowaga zostaje zachowana. Intelektualiści swoją psychologiczną dawką refleksji się maltretują i zwolennicy zabawy w rytmach nieskomplikowanych też do kina na co pójść mają. Aktorzy z powołania ze świetnym warsztatem w pocie czoła wypracowanym zarobią i ci z przypadku do biznesu trafiający (bo ładny, ładna) także na życie w odpowiednim standardzie szansę dostaną. Takie salomonowe rozdanie - i duży wilk syty, gdyż komercja napędzi oglądalność i mała owca cała, bo wilk najedzony już zeżreć jej nie musi. Jedni przyznają sobie nagrody festiwalowe ogrzewając się blasku wyrafinowanego splendoru, drudzy zaś srebrniki liczyć na kontach będą mając głęboko w dupie macanki i pożerany przez widza popcorn, które często większą atrakcją niż sam seans. Po jaką cholerę to piszę przy okazji kolejnej nagradzanej produkcji Małgorzaty Szumowskiej? Ano po to by dać do zrozumienia, że w tym systemie naczyń połączonych nie ma przypadku. Wszystko ma przyczynę i wiąże się z konsekwencjami. Dzisiejszy bardzo dobry jak na nasze warunki stan polskiego "biznesu" filmowego to konsekwencja współistnienia bez zgrzytów telewizyjnej popkultury, która na ekrany kin w postaci rozrywki się wbija z kinem ambitnym, które zaś pretensji nie ma, że widz też czasem i niewyszukanej zabawy potrzebuje. Tyle się znam co zaobserwuję, ale mam takie przekonanie, że sporo prawdy w tym co powyżej napisałem.

poniedziałek, 19 października 2015

Antimatter - The Judas Table (2015)




Całkowita szczerość na początek, a dalej to już pozerka z mojej strony będzie. ;) Gdzież tam, żart mi się do klawiatury klei, bo to chyba jasne, że jakakolwiek obłuda miejsca na stronach NTOTR77 do tej pory nie znalazła i nie znajdzie go i w przyszłości. Suchar czy jak zwał współcześnie mało zabawny tekst po trosze usprawiedliwiony, bo słuchając albumów Antimatter powaga dominuje, a ja lubię kiedy równowaga zachowana zostaje. Od Micka Mossa na krążkach żartobliwego tonu nie wymagam, gdyż konwencja muzyczna jaką uprawia nie przyjęłaby takiego luzu w swoje ramy, stąd sam wysiliłem wyobraźnię na maksa i w przypływie kreatywności tym żarcikiem otwierającym refleksję w temacie The Judas Table błysnąłem. Starczy już pajacowania, w tej chwili kończę zabiegi osobliwie treść urozmaicające i z pełną powagą na którą zasługuje szósty album Antimatter opisuję. To kontynuacja drogi jaką ekipa Mossa po odejściu ze składu Duncana Pattersona kroczyć zaczęła, czyli zamiast ultra klimatycznego dark wave’u, czy trip hopu, atmosferyczny rock jest tworzony. Tutaj atmosfera nadal rolę pierwszoplanową odgrywa, lecz tradycyjnie rockowe instrumentarium z gitarowymi akordami i solówkami przesiąkniętymi floydowską manierą zdecydowanie pulsu pobudzającego dostarczają. Czuć ducha Anathemy, szczególnie ze środkowego etapu działalności, więc kompozycje subtelnie sączą swą tajemnicę, płynnie w zapętlonej rytmicznej oprawie prowadząc główne motywy do kulminacji napięcia. A to czar roztoczy delikatna elektronika, załkają smyczki, akustyk krystalicznie czystym brzmieniem zaakcentuje swą niebagatelną rolę, a to samotny akord elektryka przygotuje pole dla popisowej solówki. Nad tą ucztą dla wrażliwców swym drżącym głosem zapanuje mistrz ceremonii wspomagany fragmentami wyrazistym głosem niewiasty. Tyle i tylko tyle lub wystarczająco lub nawet nadto? Prawdę mówiąc ten album to nic odkrywczego w sensie formuły ale został zagrany z pasją zaśpiewany z emocjonalnym zaangażowaniem i zaaranżowany po mistrzowsku, zatem ja jestem zachwycony. Szczególnie że czując się osierocony przez oblicze Anathemy z przełomu Eternity/Alternative 4/Judgement/A Fine Fay to Exit cieszę się z szansy obcowania z tego rodzaju dźwiękami. To piękna muzyka, która nie potrzebuje nadmiernych kombinacji by trafić do mojego serca - nie jestem uodporniony na jej walory, stwierdzam to z absolutną satysfakcją, nawet gdy nazwany miękkim przez brutalnych twardzieli zostanę. :)

niedziela, 18 października 2015

Kylesa - Exhausting Fire (2015)




Kylesa od kilku lat, a dokładnie tak od wydania Static Tensions funkcjonuje w mojej świadomości jako formacja całkiem interesująca, gdyż proponowana przez nią hybryda sludge'u i postrocka potrafi zarówno zmiażdżyć ciężarem jak i pobudzić transową chwytliwością z równą intensywnością. Stąd też przy okazji zapowiadanych nowych wydawnictw z zaciekawieniem nastawiam się na kolejną porcję produkowanego przez nią "hałasu". Nie inaczej było, gdy na horyzoncie pojawiły się wieści o nadchodzącym albumie zatytułowanym Exhausting Fire. Szczególnie gdy obrazek zdobiący front płyty okazał się jednym z ciekawszych plastycznych opraw jakie dane mi było ujrzeć w ostatnich latach - tak ten element ma zawsze dla mnie niebagatelne znaczenie gdy twórcze działania muzyków pozwalam sobie arogancko oceniać. Przykuwająca wzrok oprawa graficzna i interesująca muzyka (przez wzgląd na dotychczasowy dorobek jak i same kompozycje w necie sukcesywnie się pojawiające), to dla mnie wystarczające powody były, by nadchodzący krążek nabrał statusu priorytetowego wydarzenia. Nie ma finalnie rozczarowania, gdy całość już co najmniej kilkukrotnie odsłuchana, bo oto jest muzycznie, kompozycyjnie całkiem kreatywnie - na poziomie do jakiego przyzwyczaili. Jednak w tym satysfakcję podkreślającym tonie tkwi jedna wątpliwość, która jednoznacznego pozytywnego wrażenia nie pozwala wyrazić. Szkopuł w tym taki, że zawsze w przypadku zmierzenia się z pracą ekipy z Savannah krecią robotę robią wokale. I nie czepiam się, że zarówno Laura Pleasants jak i Phillip Cope nie potrafią śpiewać, nie oszukujmy się i weźmy pod uwagę, iż pośród wokalistów z takiego stylistycznego terenu mało prawdziwych wirtuozów strun głosowych. Problem jednak w tym konkretnym przypadku polega na tym, że jak nawet wielu z wokalistów z tej niszy gatunkowej śpiewać w tradycyjnym znaczeniu tego określenia nie potrafi, to chociaż w większości posiadają oni barwy ciekawe. Niestety oblicze głosu Laury i Phillipa jest nijakie i samo w sobie irytujące. To powód, że bezdyskusyjnie utalentowani kompozytorzy tworzący tą formację do mojej czołówki nadal wbić się nie mogą i póki wciąż duet wokalny drażnić będzie znaleźć się w tej elicie szans nie będą mieli. Żałuję ale nie jestem w stanie zdzierżyć nijakości i fałszowania w takim natężeniu, dosłownie fragmentami to aż mnie trzęsie.

P.S. Tak na marginesie jeszcze dodam, że interesująco potraktowany przez grupę Paranoid zabrzmiał cokolwiek intrygująco.

Drukuj