piątek, 2 lutego 2018

The Shape of Water / Kształt wody (2017) - Guillermo del Toro




Chociaż mam to odczucie, że w Kształcie wody dużo więcej pod powierzchnią mąconej tafli, niż ostatnio w twórczości Guillermo del Toro bywało, to i tak nie jest to absolutnie ten stopień błyskotliwości i przenikliwości, jaki w Labiryncie Fauna mistrz kina niezwykle sugestywnie wizualnego zawarł. Emocjonalnie to zupełnie inny, niższy poziom, bo kiedy ból, cierpienie Ofelii jak i wydarzenia w kontekście historycznym dramatyczne i zintensyfikowane przez bezpośredniość i surowość ekspozycji, ukazane zostały nadzwyczaj poruszająco w kontrastowej baśniowej oprawie, to tutaj przeżycia płytsze i irytująco melodramatyczne, mimo iż temat przecież wartościowy. Zupełnie inne to od strony ambicji podejście do filmowej materii. Rozczarowująco zachowawcze, skrojone dla satysfakcji masowego odbiorcy, który oczekuje w ładnym opakowaniu produktu niewymagającego zbytniego wysiłku intelektualnego, ale niepozbawionego także moralnego drogowskazu i utożsamienia. Zaproponował więc del Toro bohaterów względnie czarno-białych i niestety żonglerkę całą masą stereotypów, wokół których męczące truizmy powciskane. Pod te w sumie niewyrafinowane intelektualnie gusta del Toro się podpina, spektakularną scenografią i urzekającym klimatem kamuflując ubogą filozofię. Mimo, iż obraz alegoriami stoi, to ich symbolika płaska. Chociaż sporo w nim brutalności, to chwilami po prostu w straszliwie żenującą dosłowność ona ubrana. Lata temu umieszczając w baśniowej konwencji świat sadystycznej dyktatury, przemawiał dosadniej i sugestywniej poprzez właśnie bogatą znaczeniowo i dogłębnie przeszywającą symbolikę alegoryczną. Współcześnie jego kino to głównie rozrywka, tylko odrobinę ambicjami w treści uzupełniona. Niby kino o czymś ważnym, ale bez uderzenia w te pokłady ludzkiej emocjonalności, które rysy na duszy pozostawiają. Takie filmy na podobieństwo stylistyczno-designerskich projektów a'la Tim Burton tworzy. Zbliżył się niebezpiecznie del Toro do formuły i metody starszego kolegi po fachu i sporo z własnej tożsamości z początku kariery stracił. Nie napiszę że jestem totalnie zawiedziony, rozczarowany tylko poniekąd, bo zasadniczo czuję, że przez wzgląd na ostatnie jego działania w branży, mogło być zdecydowanie gorzej. Mam wrażenie, iż wychodząc nieco z kryzysu, otrzymując za sprawą Kształtu wody nagrody i wyróżnienia, nie poszedł w tym kierunku jakiego bym oczekiwał. Laury zebrał, zapewne kolejne jeszcze przed nim, ale one bardziej na kredyt w sensie całokształtu, niż za dzieło namacalne przyznane. Gdzieś zapewne krytycy bardzo pragnęli zobaczyć w nim tego pasjonata, który Labiryntem Fauna oczarował i za to ich własne myślenie życzeniowe punkty przyznali. Oby była to dla niego motywacja, a nie sygnał potwierdzający właściwy kierunek, bo to nie jest jeszcze ten od kilku ładnych lat z utęsknieniem, zapewne nie tylko przeze mnie wyczekiwany.

P.S. Niby pieje się z zachwytu dla aktorskich kreacji, ale one przez prosty charakter postaci po prostu nietrudne do odtworzenia. Ja przynajmniej doceniając pracę Sally Hawkins, Michaela Shannona, Michaela Stuhlbarga, Richarda Jenkinsa i Octavii Spencer, widzę ich, pamiętam ich przede wszystkim w bardziej złożonych kreacjach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj