Po kilkunastu dniach roku 2026-ego trafiła mnie niezła zaskoczka (ja głupi myślałem wówczas, że największa w najbliższym czasie - losie, ty losie), która akurat w obrębie hobbystycznych zainteresowań, w odróżnieniu od tej następnej krytycznej się objawiła. Mam na myśli rzecz jasna spadająca znikąd na sam koniec jak się okazało mijającego roku muzyczną premierę. Kompletnie bowiem nowego materiału Ulvera się nie spodziewałem, dlatego że nie przypominam sobie abym na jakąkolwiek, gdziekolwiek wzmiankę o zapowiedzi natrafił, jak i jeszcze chwile wcześniej przecież wydany późną jesienią 2024 roku Liminal Animals rozkminiałem i rozkminiam go wciąż jeszcze często, gdyż uważam że stał się przez ten czas bodaj najlepszym według mnie materiałem z ostatniego okresu stylistycznego ekipy Rygga - nazwijmy do umownie synth-popowym. Nakręciłem się więc na nowość bardzo szybko i bardzo mocno, ale zrazu mój entuzjazm został natychmiast ostudzony, bowiem jak zasięgnąłem internetowego języka, to się okazało, że fakt, album wydali znakomity, ale album instrumentalny. Doceniam, bo szanuję, uważam też że dobra muzyka nie potrzebuje wsparcia często wokalnego, ale też stwierdzam subiektywnie, że dobre wokale, dobrze zinterpretowane i położone dodają doskonałej warstwie instrumentalnej bardzo wiele, a gdy przesłuchałem Neverland to już donoszę, iż w tym przekonaniu się tylko utwierdziłem. Nie znam powodów z jakich w tym wypadku Ulver zrezygnował z głosu swego lidera (nie doczytałem), lecz w moim uznaniu, gdyby wzbogacić tą świetną nutę interpretacjami i intonacjami wokalnymi, to w swojej synth-popowej lidze mogłaby wskoczyć na poziom poprzedniczki. Jest jednak jak jest i pozostaje mi jedynie sobie wyobrażać jakby zabrzmiała w pełnym rynsztunku. Poczucie niedosytu mojego jest tym większe, że czuję iż w tych nowych kompozycjach istnieje przestrzeń do wokalnego zagospodarowania i nie czułbym mam mniemanie, że dodatkowy instrument w postaci ludzkiego głosu nazbyt zagęściłby struktury, przez co materiał robiłby wrażenie przesyconego. Jak widzę (rzucając tylko okiem na opinie) Neverland i jego forma kojarzona jest z czasem tuż przed i zaraz po milenijnym, gdy Ulver serwował fanom rozbudowane dzieła będące rodzajem ambitnie elektronicznych pejzaży - ambientowych złożonych ilustracji. Odnoszę jednak wrażenie, iż najnowszy krążek może pobudzać w taką stronę sentymenty, ale jedynie przez wzgląd na podkreślany charakter wyłącznie ograniczony do zastosowania określonych narzędzi, albowiem ja akurat w charakterze Neverland słyszę większe zbieżności z zasygnalizowanym Luminal Animals, który myślę z perspektywy dzisiaj płynnie wprowadzał w obecną małą ewolucję artystycznej formuły Ulvera. Tutaj jest ten sam kapitalny puls, żywe korzystanie z dynamicznie rozumianej rytmiki i pozbawienie elektronicznej faktury patosu, z jakim niewątpliwie w przypadku okresu około milenijnego pamiętam fan boy Ulver miał do czynienia. Neverland to znakomita płyta, ale dam do zrozumienia jasno, absolutnie nie radykalny nowy krok, tak samo jak materiał który uprę się równie dobrze mógłby być dopieszczony liniami wokalnymi i na pewno nic by nie stracił, a (uprę się ponownie) dostałby tym samym większy potencjał komercyjny. Piszę to wiedząc oczywiście, że Rygg z kolegami to totalnie świadomi artyści i zrobili co chcieli zrobić, gdyż czuli to co czuli i żadna odczuwalna niepełna satysfakcja moja, nie może mieć wpływu na ich dobre, po stworzeniu znakomitego materiału samopoczucie. :)
piątek, 20 lutego 2026
czwartek, 19 lutego 2026
En fanfare / Wysokie i niskie tony (2024) - Emmanuel Courcol
Los przewrotny, daje szansę i odbiera nadzieje na planów realizacje. Wybija z rytmu, ze strefy komfortu wyrzuca, stawiając przed człowiekiem zbyt trudne często wyzwania. Dźwigasz problem sam, bądź pomocą mogą służyć oddani przyjaciele i znajomi, a jeśli rodzina naturalnie daje radę, to dodatkowy, bezdyskusyjnie fundamentalny motor napędowy. Bohaterami pierwszoplanowymi „tonów” z krwi i kości postaci - bracia w bardzo wczesnym dzieciństwie rozdzieleni, o swoim istnieniu pojęcia nie mając, teraz się poznający, bowiem okoliczności dramatyczne ich ścieżki skrzyżowały i się okazało że różne ich losy oraz ich obrazy charakterów w odmiennych warunkach dorastania wytworzone, jedną wspólna cechę posiadają. W tle całkiem precyzyjnej narracji i jednocześnie jako sprężyna dla wydarzeń zaanonsowana dramatyczna iskra chorobowa oraz prócz społecznych tematów egzystencjalnych, kluczowa myślę dla uświadomienia sobie roli genetycznych predyspozycji, gdzieś głęboko u jednego skrywana i pielęgnowana zawodowa u drugiego CECHA - wrażliwość i pasja muzyczna. Lekko, zrazu mocniej ten francuski hit tamtejszy kinowy (2,5 miliona widzów) został udramatyzowany. Jako oczywisty i schematyczny go odebrałem, a mimo to można było się pokusić i może nawet bardzo polubić. Prawdę mówiąc spodziewałem się więcej, mocniej i intensywniej, ale gdy ponad oczekiwania postawić motywację z jaką został nakręcony i świadomość, że miał pozwolić poczuć się chyba lepiej, a nie wyłącznie przygnębiająco przeczołgać (przecież to w zasadzie komedia), to cieszę się że zobaczyłem. Obejrzy u nas pewnie garstka w porównaniu do hajpu w miejscu powstania i zapewne z przypadku przeczesując platformy streamingowe, bo w kinach zaistniał na krótko i tylko wybranych, jak kojarzę. Być może więcej fanów kina w miarę łatwo przyswajalnego zobaczy w przyjaznej weekendowej porze, poobiadowego na kanapie zalegania. Zmierzy się wówczas z nieco cierpkim poczuciem humoru i szczególnie na kwadrans przed końcem ciężkimi emocjami. Łezka się cholera też ze wzruszenia zakręci w ostatniej, z zamiarem jasne, ale nie perfidnie ku takiemu poruszaniu scenie przygotowanej.
środa, 18 lutego 2026
Jules (2023) - Marc Turtletaub
Starość jest w nadziei na długie życie celem i z drugiej manieczki gigantycznym lękiem przed długotrwałym przeciąganiu końca wszystkiego. Może być oczekiwaniem na wyhamowanie z codziennego biegu, ale i zarazem totalnie paraliżującą obawą przed odstawieniem człowieka w kąt - by sobie tam w „komforcie” snujących się dni i czasu dla siebie, na nieuchronny kres cierpliwie czekał. Sędziwy stan jawi się więc jako pełen sprzeczności i niby by się chciało tegoż doświadczyć, jeśli fart pozwoli i gdzieś po drodze człowiek nie zniknie z dnia na dzień nagle, bądź co gorsza w fizycznych i psychicznych cierpieniach choroby dech tracąc. Jak i może lepiej by było uniknąć jego, tym bardziej jakiegoś monotonnie nijakiego, tudzież miast możliwość jeszcze odrobinę czerpania z życia bezradnie dźwigając dokuczliwe dolegliwości, męczyć się w stanie zaawansowanie seniorskim niemożliwie. On po prostu podstępny, niebezpieczny, potrafi zapewne zaskoczyć i zmartwić, ale i ona, starość ta teoretycznie spokojna, bo świadoma, dojrzała i na swój sposób racjonalna, zebrawszy doświadczenia i przepracowawszy je, racjonalnie i zbawiennie klamrę naturalną oferując podsumowująca, fajna na swój "masochistyczny" sposób. Nie wiem czy będzie mi dana i jaka - zastanawiałem się, gdy pod wpływem jednej rekomendacji sprawdzić mi się zdarzyło mały oraz bez sprzeczności smutno-optymistyczny film wiszący na Netflixie. Prosty, bez pretensji wielkich ambicjonalnych, a mądry, uroczy bo wrażliwy -empatyczny. Po raczej taniości, ze słabościami realizacyjnymi, oczywistymi sytuacjami i groteską (sporo było dziwaczności w nim), ale przede wszystkim bez skomplikowanego do przesłania klucza. Wprost z poczuciem odjechanego i świadomego humoru o starości i samotności, z mocną obsadą weteranów. Z wnioskami dodającymi finalnie otuchy i siedmioma kocimi truchłami, zniebieszczonym łbem ufoka oraz sentymentem myślę do klasycznego Kapuśniaczku z Louisem de Funèsem.
wtorek, 17 lutego 2026
Wuthering Heights / Wichrowe wzgórza (2026) - Emerald Fennell
Żeby cokolwiek o efekcie napisać, trzeba jasno i wyraźnie (mimo że wszyscy wtajemniczeni przede wszystkim ten fakt podnoszą) do-zaznaczyć, że interpretacja reżyserki nie jest wierną (Lalu wie, bo zna - oj, zna) ekranizacją powieści Emily Brönte. Stanowi osobistą, raz bardzo bajkową, innym razem wręcz niczym orbitując klimatem wokół gotyckich horrorów wariacją Emerald Fennell o „Wichrowych Wzgórzach”, który to tytuł reżyserka celowo i zamierzenie zamyka w cudzysłowie. Świat wrzosowisk Fennell jest namiętny, magnetyzujący, nadpobudliwy i bardzo gorzki. Żywiołowy dramat miłosny, tragiczny w swoich skutkach, buzuje rozpasaną chemią między Cathy a Heathcliff'em, niemiłosiernie toksyczną namiętnością i zaborczością niszcząc oboje. Robbie i Elordi fascynują erotycznym pięknem, rozfantazjowaną cielesnością, skomplikowaną psychologią oraz nerwowym zespoleniem ciasnym bolącym sznurem. Historia jako całość jest operacją na żywym pulsującym organizmie, na którego tkankach przeprowadzane zostają eksperymenty wytrzymałości na niszczycielską moc zemsty, niespełnienia, fantazji, ogromu cierpienia i wreszcie potęgi nieskończonej miłości. Wizja reżyserska Fennell rozbija bańkę uprzedzeń, tabu, pruderii - zachłannie prowokuje, snuje opowieść bez chwili wytchnienia, z animuszem, dumą i pewnością siebie. Wizualnie mamy do czynienia z magicznym tworem, mało subtelnym, ociekającym erotyzmem, momentami karykaturalnym, ale jakże pięknym w swej dosłowności, gęstej mieszaninie emocjonalnych barw i emocji. Stroje, wystroje, makijaże, cały anturaż modowy, przywołują nieco „lanthimosowską” estetykę filmową i diabelskim wzrokiem przykuwają oko. Wraz z każdym dopieszczonym pojedynczym kadrem i ilustracyjnie płynnym obrazem rezonuje nieco nieoczywista w swej zaskakującej kompatybilności muzyka, idealnie podkreślająca charakter tej mrocznej bezlitosnej opowieści, oddająca klimat powichrowanych wzgórz pośród wrzosowisk, tętniących szerokim wachlarzem uczuć. Praca Fennell jest rozbudzoną, prowokującą, świadomie zamaszystą i momentami ironicznie groteskową kreacją, więc film nie tylko hipnotyzuje i intryguje, ale kipi, parzy, sprawia ból. Nie koi absolutnie, nie uspokaja - rozdrapuje i kąsa, po ludzku zwyczajnie wzrusza i porusza, budzi i pobudza. Podzieli widzów - już wiadomo iż ostro dzieli. Albo damy się ponieść folgowaniu scenariuszowemu, finezji artystycznej i opętać z zarumienionymi policzkami mrocznej i zmysłowej fantazji Emerald Fennell, albo pełni sceptycyzmu szukać będziemy usilnie Cathy i Heatcliffa z kart powieści Brönte i rozczarowani wrócimy ze spaceru po wrzosach.
P.S. Lalu bardziej zaimponował Elordi, a mnie Robbie - aktorsko oczywiście kwestię poza estetyczną (gdyby się dało ;)) rozumiejąc i zgłębiając.
poniedziałek, 16 lutego 2026
Jay Buchanan - Weapons Of Beauty (2026)
Najgłębiej emocjonalny i najsilniej tymi emocjami eksplodujący głos współczesnego rocka, czyli wokalista kapitalnego Rival Sons częstuje albumem solowym. Jay Buchanan serwuje znakomity zestaw po pierwsze wzruszających ballad, które tylko pozornie mogą być odbierane jako schematycznie klasyczne. Ich siła to nie wyłącznie znakomity technicznie, poruszający bez siłowej maniery głos Jay'a - chociaż on nie tylko wisienką na tym finezyjnie udekorowanym minimalistycznym gustem, o ogromnej sile uczuciowego oddziaływania, obficie nasączonym subtelnościami torcie. Ich moc to też konstrukcja nie taka oczywista jakby się z pozoru właśnie zdawało (fani Marka Knopflera mogą poczuć kolejny poziom wtajemniczenia :)), bowiem kompozycje rozwijają się uroczo biegle w kierunku odkrywania naturalnego melodyjnego kierunku, a same tony tak wpadające w ucho jak dotykające miękkiej, wrażliwej ludzkiej materii, nie pozostawiają po sobie w żadnym wypadku poczucia obcowania z czymś może egzaltowanym, ale pompatycznie fasadowym (czytaj - opakowanym w puste frazesy czy banały), lecz posiadają walor najwyższej jakości szczerości i sugestywnej poetyckiej umiejętności wyczulenia człowieka na wartość i wartości. Słuchasz i czujesz, a jak zaczynasz czuć, to masz poczucie że dostrzegasz wokół więcej, stając się bardziej uważnym. Może to zostać uznane za quasi afektowane, przesadne najzwyczajniej, lecz z każdym kolejnym odbiorem Weapons Of Beauty dokonuje we mnie rodzaju przemiany zmysłowej - niczym bym rodził się na nowo, z niemal wampirzym sposobem dostrzegania rzeczywistości. Pełnym, dokładnym, po prostu soczystym - bez względu czy te dźwięki w głowie i sercu rozbrzmiewające, to wspomniane melancholijne ballady, czy lekkie rockery ze świetnym pulsem podskórnym, które mogą się być może kojarzyć z czymś na kształt bardziej artystycznego country rocka, a są myślę wspaniale skomponowanymi przez istotę którą można określić niezwykle świadomym artystą, folkowo-gospelowymi, cudownie się rozwijającymi i uzależniającymi, gitarowo smakowicie podbitymi hymnami, które przesączają się do wnętrza słuchacza i nadają wielu rzeczom których nie zauważał, właściwych kształtów. W tym momencie, odkąd premierowy odsłuch we mnie wybrzmiał i wobec ogromnych oczekiwań jakie już singlowa Caroline rozbudziła, ja jestem Weapons of Beauty zauroczony i zahipnotyzowany. Dlategóż przestałem sobie ostrożnie ją dawkować zaraz po tym jak pomyślałem że mi się może niestety w niewytłumaczalny, ale jednak realny sposób przejeść. Przedawkowuje więc od niemal startu systematycznie Jay'a i nic złego (krytycznego w sensie) się nie dzieje, a wręcz odnoszę optymistyczne wrażenie, że ten album nie posiada ścian ograniczających i nie ma możliwości aby w jego chłonięciu dotrzeć do granicy po której przekroczeniu zacznie się czuć zmęczenie - tym bardziej uzna się, iż Jay rzucił jakiś czar, który możliwe że pryska. On potrzebuje tej długofalowej i niezwykle skupionej uwagi, bo wówczas jest w stanie coraz to bardziej dojrzale się odwdzięczać - takim oddechem jakim proszę wierzyć, gdy nie jest człowiek nieczuły i odważy się pozwolić wewnętrznie dla własnego dobra sentymentalnie zdruzgotać, nie zaczerpnąłem przy muzyce może nigdy, a może czynię to w miarę często, ale nie w takim kontekście stylistycznym.
środa, 11 lutego 2026
The Thing with Feathers / Czas kruka (2025) - Dylan Southern
Trzy bodaj perspektywy na najsilniejszą traumę, reagującą na nią kolejnymi fazami zjazdu przemianę bohatera - w tym tą reakcję dziecięcą, ujmującą i poruszającą najbardziej intensywnie. Benedict Cumberbatch, jako najbardziej rozpoznawalna, marketingowo kluczowa, oczywiście główna postać, w raczej ograniczonym budżetowo bardziej horrorze, niż dramacie. Mocnej schizie, znaczy wizualnym dosadnym ciosie, ale podanym w raczej totalnym bałaganie fabularnym. Zawieszonym jak zrozumiałem w umysłowym uniwersum człowieka przepracowującego ból, a opierającego się na realistycznej tragedii rodzinnej. Żałoba i grzęźnięcie w depresji, w ekstremalnej stylistyce filmu który sam sobie strzela w kolano, bo nie unosi ciężaru intencji. Niby zatapiamy się w mroku, spada na nas ołowiany ciężar cierpienia, ale to jakby toporna siła plus siła przynajmniej bez finezji, pozbawiona poetyki głębszej, a z pewnością psychologicznie błyskotliwej treści. Straszno-bolesna dawka wstrząsu, podbita ostrą paranoją, niestety przekombinowana motywami w jakich więcej wręcz groteskowej makabry, niż naturalnej mocy wyciskającej pot i łzy. Umysł w rozpadzie, bo emocje graniczne, tylko pomysł bądź już sama realizacja chybiona. Można się jak sugeruje czepiać, że tak fantastycznie sobie twórcy konspekt wymyślili i postawili na z drugoligowego horroru przerażenie, zamiast bardziej empatycznie rozsypkę, znakomitego swoją drogą tutaj Benedicta. Ale czy potworny ból nieokiełznany, to tylko dramatycznie romantyczne wzruszenie, czy totalne, potworne, może też alegoryczne przygnębienie. Cholera wie co z głową ono zrobić może i jakie obrazy w drodze przez piekło w kierunku możliwego katharsis tworzyć.
wtorek, 10 lutego 2026
Christy (2025) - David Michôd
„Ktoś mi powiedział, że walczę tak, jakbym chciała zniszczyć tych którzy mnie skrzywdzili. Jakbym miała w sobie demony. Może to prawda?”. To zdanie z otwarcia, kołacze w głowie przez cały seans i w dodatkowym osobistym kontekście budzi mój strach, wespół ze skrajnie innym, krytycznym przekonaniem, że może brak mi tej determinacji i przez to pozwalam się coraz częściej i ofensywnie na jednym, emocjonalnym polu upokarzać. Christy zacięta, poniekąd przerażona siłą jaką uwalnia z podświadomości, ale też jak się okaże wraz z rozwojem wydarzeń, Christy słaba, bowiem nie potrafiąca się obronić w naprawdę właściwych momentach kryzysowych. Historia z głębokim dnem zagościła u mnie na ekranie, szczególnie warta uwagi jako psychologiczna przestroga, ale i posiadająca atut otwierający oczy i budujący wewnętrzną zaporę. Przykre tylko iż dramatyczny pierwiastek jest jakoby konkretny (łza się zakręciła, policzek zwilżyła, bo Sydney Sweeney przekonująca), ale ciężar gatunkowy fundamentu był gigantyczny i można było go jeszcze intensywniej wycisnąć. Fajna technicznie bokserka się ujawniła, zdaje żywej wody talent do tego sportu u Sydney i aktorsko bardzo sympatycznie wypadła, a u jej boku dla jej w fabule zguby, nie do poznania z początku, też aktorsko bardzo ok, co żadnym zaskoczeniem Ben Foster. Autentyczna opowieść gruba, opowiedziana porządnie jednak bez błysku. Potencjał większy niż to co reżyser z tego wyciągnął. Skupił się na drodze do tragedii, merytorycznie poszedł w dobrym kierunku i walki dobrze ogarnięte przez sztab współpracowników zostały, ale konstrukcja całości, to chyba za intencjami nie nadążyła. Nie wiem, czegoś mi brakło by przeżyć jeszcze bardziej tak jak należy. Choćby wymienieni aktorzy dwoili się i troili, wyszło li tylko niby poprawnie. Prądziło ale nie błysło, a oczekiwałem że błyśnie.
poniedziałek, 9 lutego 2026
La grazia (2025) - Paolo Sorrentino
Sorrentino zapracowany (rok temu promował premierowo Boginię), a teraz grajdołek środkowoeuropejski może zweryfikować zachwyty wielkiego festiwalowego kina europejskiego, nad jego chronologicznie najnowszym DZIEŁEM. Nie waham się podkreślić tego czasem wyświechtanego określenia, sam podchodząc jednak do Łaski z nieco mniej emocjonalnie entuzjastycznym przekonaniem, bowiem z kina nie wyszedłem w tak poruszonym stanie jak ostatnio po projekcji Hamneta, ani jeśli mnie pamięć nie zawodzi, aż tak estetycznie przyjemnie zawstydzony czy oniemiały, jak po wspomnianej Bogini. Obiektywnie jest to jednak mniemam Sorrentino wręcz idealny, a na pewno najlepiej w swojej karierze warzący proporcje artyzmu i szołmeństwa do erudycyjnej, ale i zrozumiałej bez konieczności nad wyraz wysokiej inteligencji treści. Sorrentino przebogato serwujący zagadnienia ważne, konteksty wokół nich rozbudowane. Sorrentino w swoim stylu, jednakże czujący znakomicie granice przesady megalomańskiej do jakiej zdarzało mu się docierać i ją pretensjonalnie przekraczać, więc bardziej zniewalający zwodniczą troszkę, bardzo praktyczną, zasługującą na kolosalny podziw intelektualną deliberacją (wewnętrzną bohatera, na bazie precyzyjnie zanalizowanych przykładów do przepracowania), niż Sorrentino skupiony przede wszystkim na stronie wizualnej - mimo że ona ważna, a w jego wykonaniu (wyczucie kadru i rytmu przede wszystkim) zawsze doskonała. Robi wrażenie ilość tutaj wrażliwej, jakoby jednak podanej na analitycznie chłodnym poziomie substancji moralizatorskiej. Momentami jedynie emocjonalnie wybuchowej - podkręconej do wysokiej intensywności i nie zawodząc, podbitej małymi prztyczkami w nos bezrefleksyjnej i bezkrytycznej konserwy (patrz postać głowy Kościoła Rzymskiego). Pozornie zimna, książkowa prawnicza ocena dostępnych faktów, oparta jest o szerokie spektrum dylematów indywidualnych i obiektywnych wniosków - doświadczeń osobistych, kwestii nie dających spokoju, naładowanych po korek wręcz buzującymi, chronionymi przed słabością erupcji uczuciami. Przeszywająca mnie, ale w klinicznym sensie - niby czułem poruszenie, lecz jednocześnie obawiałem się tego eleganckiego kluczenia i przekornego inteligentnego manipulowania, tak treścią, jak i moimi w stosunku do zjawisk oraz egzemplifikacji przekonaniami. Pozostawałem lekko ostrożnie zdystansowany do niezwykle dojrzałej, może nie trudnej, ale złożonej przebiegle konstrukcji. Swoistej przemowy z punktu widzenia intelektualnie najwyższej próby, ale czy moralnie tejże mądrości dorównującej. Zachowywałem ustawiczną czujność, szczególnie gdy sam Sorrentiono dość wprost dał mi do zrozumienia abym ją zachował, nie idealizując między innymi przesadnie majestatu Prezydenta Republiki, uroku mędrca - symbolicznie marginalną, a merytorycznie nader istotną śmierć ogiera w męczarniach mając na uwadze. Bowiem ten sam bohater (Servillo aktorsko, jak to Servillo ;)), człowiek cnoty i rozwagi, kierowany właśnie paradoksalnie nimi pozwolił mu cierpieć, co niezwykle wymowne, potrzebując czasu do namysłu. Odpowiedzialna władza w ludzkich rękach pochopnych decyzji nie chce podjąć, a życie płynie - w tym konkretnym przypadku uwalniając go jedynie poniekąd od etycznych konsekwencji.
P.S. Przyznaję na marginesie jeszcze, iż nie widziałem chyba tak inaczej opracowanego tematu eutanazji w kinie. Być może potrzebuje czasu by sobie podobny przypadek przypomnieć.
niedziela, 8 lutego 2026
Crippling Alcoholism - Camgirl (2025)
Od nadużywania trzymam się najdalej jak potrafię, a ułatwia mi to natura przekorna, odporna na te pokusy, które w dzieciństwie przetestowane solidnie na otoczeniu, dały mi nie tylko w kość, ale i wiedzę, więc póki nie zostanę sprawdzony przez doświadczenie graniczne lub ostateczne, myślę że problem z jakim zmagał się lider Okaleczającego Alkoholizmu nie stanie się moim osobistym, a tym samym nie będę posiadał nigdy wewnętrznego pochodzenia świadomości z jaką suczą trzeba się w takich okolicznościach mierzyć. Za konceptem i fundamentem CA i za Camgirl kryje się "historia nałogu, rozpaczy i autostrady do samozniszczenia oraz muzyka, która inicjalnie nie miała służyć niczemu ani nigdzie iść". Stylistycznie rzecz jaką można po rozebraniu na części składowe pokojarzyc i przyporządkować, ale jako całość ta intuicyjna mieszanka sytnthpopu, gotyckiego rocka wraz z post punkiem i noisem zszytego jest myślę dość obiektywnie oryginalna i być może w dalszej drodze dojrzewania i samoświadomości tężenia, ewoluuje do formuły osobnej. Ona rodzi się z plam dźwięków rozmytych, a wokalnie pobrzmiewa echami niepokojących pogłosów, czy zmysłowych pomruków wyłaniających się z głębokiego tła, dopieszczanych w co niektórych momentach kobiecym akcentem. Sami muzycy definiują się horror bandem i zgadzają się z przyporządkowaniem do autorskiego określenia swej nuty murder popem, a ja póki co (zanim rozpoznam więcej i zrozumiem więcej i wreszcie wyciągnę więcej konstruktywnych wniosków i ciekawszą opinię kiedyś skonstruuje), napiszę, że to antyestetyka która mnie wessała, wciągnęła mnie, lekko mnie zestrachawszy. To co słyszę ma poniekąd nie tylko większy sens w mojej obecnej złożonej i poddanej konkretnej próbie sytuacji (ni słowa więcej), ale ma sens bardzo mocny ogólny (widzę że mogą wypełnić swoją artystyczną formułą niezagospodarowany do końca teren), oraz ma sens w sensie perspektywy na szerszą rozpoznawalność w przyszłości, bo baza fanów jak w spowiedzi artyści wyznają dynamicznie rośnie. Tacy brzydcy z brzydką nutą i brzydką historią, a moja wróżba bardzo optymistyczna, bowiem wierzę że autentyczność w muzyce dla odszczepieńców nigdy nie przestanie być w cenie, bo za nią stoi szorstka, ale przez to prawdziwa szczerość.
sobota, 7 lutego 2026
Puma Blue - Croak Dream (2026)
Okazało się, kiedy ospały risercz okołopremierowy nowego, bardziej właściwego niż niewłaściwego (wtajemniczeni trybią) krążka Jacoba Allena współpracującego robiłem, iż w międzyczasie jedno jego wydawnictwo zdarzyło mi się przegapić. Mówię o extchamber, tworzącym układ z antichamber, więc będę za chwilę, może dwie uzupełniał tak wiedzę, jak i doświadczenia odczuciowe. Zanim jednak zawinę w niedaleką przeszłość, z okazji bieżącej premiery Croak Dream (Rechotu?), spiszę dziesiątki określeń przymiotnikowych i może nie setkę, ale obfitość symetryczną słów, w zdania powyższe charakteryzujące pomagających zszyć. Opiszę w nastroju bujanym, coś co dla wielu może stanowić nudne plumkanie, a dla mnie jest czymś znacznie większym niż tylko półimprowizowanym korzystaniem z hybrydowych brzmień elektroniczno-akustycznych. Croak Dream emanuje minimalistycznym powabem, jednocześnie złożonym w swojej niepokojącej intymności, atonalnie miejscami brzmiącym przeszywającym niepokojem. Falującym nerwowo, kaskadowym charakterem w konwencji lo-fi jazzowego konceptu, zrytmizowanym trip-hopowo. Atonalnym dęciakiem raz i tymże samym przepływającym w aksamitne barytonowe motywy dopieszczonym. Wibrującym dźwiękiem, w dość eksperymentalnie rozumianym stylu. Urzekającym misternie uplecionym tripem - z oscylującej elektroniki o zmysłowych impulsach. Eterycznie ambientowymi dronami przestrzeń mojej oazy spokoju otaczającym. Dziękuję.
piątek, 6 lutego 2026
Puscifer - Normal Isn't (2026)
To jest dla mnie muzyczny premierowy temat numer jeden początku tego roku. Uznając iż niczym lepszym od wydawnictw Puscifer Maynard ostatnimi czasy nie może się pochwalić i twierdząc przy tym stanowczo, że na żadnym polu innych swoich grup kitu nie wciska, to jednak widać wyraźnie która z zawodowych aktywności prócz z pasją rozwijanej działalności winiarskiej, jest dla niego najważniejsza i w którą wkłada najwięcej siebie. Droga do Normal Isn't usiana jest kolejnymi co bardziej ciekawymi i za każdym razem nieco zaskakującymi, a z pewnością w różne strony rozwijającym gigantyczny potencjał, jaki Puscifer posiada, krążkami. Na uznanie a nawet miłość fanów Maynard nie zarobił bylejakością, więc nawet jeśli co niektórzy szalikowcy Toola czy A Perfect Circle nie bardzo gustują w przekozacznej sztuce Puscifer, to myślę że nikt nie mógłby z nich dać do zrozumienia, że w tym miejscu wciska on jakąś popelinę. Puscifer wiadomka, jest inny i jest osobny, ale i jest fenomenalny jeśli brać pod uwagę najszerszą wyobraźnię jaka go napędza i brak jakichkolwiek barier ograniczających swobodę tejże fantazji. Puscifer jest unikatowy i kropka, a Normal Isn't tylko potwierdza wszystkie tezy jakie teraz wysuwam. Poczynając od treści werbalnej, gdzie piętra sensów są szyte celną ironią i nietuzinkowym poczuciem humoru, dla jakiego fundamentem nie wyłącznie bystrość umysłu, ale dystans do rzeczywistości i samych siebie, a kończąc na prezencji scenicznej i oryginalnej choreografii. Pomiędzy oczywiście jest sama nuta i w tym konkretnym przypadku najnowszej płyty, nuta zdaje się mniej rozbudowana, z bardziej świadomie ograniczonym potencjałem przebojowym. Łapę się od pierwszego przesłuchania tak singli jak i efektu całościowego finalnego, na poczuciu że Puscifer czując możliwe dojście ze swoją układanką do ściany chwytliwości (która jakby chciał, to zapewne po swojemu by przebił), lekko odbił i się powstrzymał - może badając jak surowsze motywy odbierając rozmachu, dodadzą innego intrygującego pierwiastka. Ja właśnie tak odbieram NI, że w niego muszę się wgryzać od startu, a nie po natychmiastowym zachwycie przystępnością wciskam się z analizami w każdy zakamarek. Jest wręcz odwrotnie - to myszkując po zaułkach, zaczynam budować w swojej głowie harmonie i tematy, wątki się kleją. Być może kluczem nie jest w tym momencie styl grupy, a sposób nad nim pracy, bowiem kliniczność (właśnie brak obłości, ciosania struktur bardziej zamaszyście), może sugerować, iż względna improwizacja stała ponad dopieszczanie. Z drugiej strony te aranże są tak wielowarstwowe, że nie wykluczam iż nie po pierwszych pięciu, ale po pięciu razy dziesięć odsłuchach mnie się ten (nie mam wątpliwości) kapitalny album w całej krasie ukaże.
P.S. Ni jednego z indeksów póki co bym nie wyróżnił, bo to stop spójny, ale nie zrobiłbym tego, gdyby nie "Pomp and posturing Ostentatious I'll fluff and puff and Chuffed I'll huff and fluff and puff and blow your dignity down" Mantastic, frapujący z samplowanym głosem Seven One i singlowy ImpetoUs, który ten trzeci, też dzięki fantastycznie przemyślanemu obrazkowi, zachwycił mnie i zniewolił.
czwartek, 5 lutego 2026
Black Pistol Fire - Flagrant Act of Bliss (2026)
Sporo w ofercie takich blues-rockowych duetów i sam jestem zdeklarowanym fanem kilku z nich, bowiem jak się jeden czy drugi trafi i on się wkręci, to algorytmy wytrenowane podrzucają rzecz jasna kolejne propozycje. Akurat BPF zapoznałem inną niż internetową drogą, za co wdzięczny jestem dawno nie widzianemu znajomkowi, który strasznie słabymi zbiegami, najgorszych jakie sobie mogłem kiedykolwiek wyobrazić okoliczności finalnie (kompletnie z nim nie związanych), być może ponownie zagości systematycznie w mojej codzienność - bądź nie! Trudno bowiem przewidzieć za kilka godzin przyszłość, czasami - czego ostro intensywnie traumatycznie mnie życie ostatnio doświadczyło, więc tylko luźno rzucam temat, a co będzie to będzie - może tak, może nie - ch w sumie wie. Powracając do meritum, a nim w tym miejscu kolejny krążek typów z Austin, to przyznam że single wirujące w sieci od jakiegoś czasu tak mnie mocno zachęciły, jak i spowodowały że bez narastającej euforii czekałem na FAoB i w sumie teraz gdy kilka rundek z nim odbyłem, to nie wiem czy jest lepszy od krążka poprzedzającego. Nie ma zaskoczenia że całości słucha się bardzo dobrze i teraz to mi siedzi fajniutko, a kilka numerów szczególnie mocno w pamięć zapada, bez względu iż osobowości indywidualnej, jakiejś ponad standardy żaden z nich nie posiada. To taka cecha przyrodzona tak stylu w którym BPF bezpretensjonalnie fruwają, ale też ich własnego sposobu interpretacji jego. Ja bym odważył się uznać, iż nowy album to wypadkowa sposobu intonowania z dwóch ostatnich materiałów, ale jak ten sprzed bodaj latek około pięciu był raczej przede wszystkim nastawiony na chwytliwość każdego zbioru nutek, tworzących raczej szablonowe numery, tak czuję uchem jednym i drugim, że FAoB bliżej w swej poszerzonej względnie różnorodności do nagranego prawie dekadę temu Deadbeat Graffiti. Tam też kilka kompozycji wpadało do głowy od razu, a kilka trzeba było sumienniej odkrywać i gama kierunków eksploracyjnych oferowała więcej przestrzeni. Od początku groove High Horse i świetny obrazek do niego wciąga, American Wet Dream rockuje fantastycznie i może konstrukcyjnym akcentowania, nabijania rytmu kojarzyć się z najbardziej chyba popularnymi przedstawicielami stylistyki jakimi The Black Keys, a trzeci Rock Bottom to wszystko co najlepsze w stylu duetu. Dalej jest cały czas na wysokim poziomie i pośród indeksów jakieś nostalgiczne westchnienia się zdarzą i coś więcej z elektroniki wskoczy (Faded Blue), czy ponownie trafi człowieka coś co miło i rytmicznie pobuja - Quiet Coyote, a na finał przy akompaniamencie westernowego wiosła zawodzącego, można odpłynąć do krainy suchego powietrza, pyłu i twardych facetów z wrażliwymi duszami, którzy nie płaczą, choć wyją w środku. Tak Cry Like a Man czuję i się ze łzami męskiego bezwstydu identyfikuję. :)
środa, 4 lutego 2026
Marty Supreme / Wielki Marty (2025) - Josh Safdie
Porywający brawurą i muzyką, którym dodatkowo na całego w sukurs idzie świetny montaż, podkręcając turbo dynamikę. Przeróżna stylistycznie oprawa przebojowa, niby od czapy, pozornie bez ładu i składu gatunkowego, a genialnie działająca. O niej samej elaborat całkiem obszerny można by napisać. Nie o to jednak chodzi, by ją filetować, bowiem tutaj mnóstwo innego fantastycznego warsztatowo i fabularnie dobra. Język, nawijki z charakterystycznym nowojorskim akcentem z dzielnic pochodzenia bohatera. Niby Wielki Marty zszyty z gatunkowych klisz, ale szaleństwo całości sugeruje praktyczny nowy współcześnie gatunkowy kierunek - o który już powinienem napisać, przy okazji zeszłorocznego hiciora Paula Thomasa Andersona, bowiem to podobna stylistyka wywołująca w mózgu potężny wyrzut dopaminy. Zarazem świeża, lub ożywiająca z tęsknoty i posuchy takie wrażenie, gdyż ostatnio rzadko kino szeroko rozpoznawalne w tym kierunku podążało, przypominając że można kręcić jakby zuchwale pobudzony Allen spotkał siarczyście zawadiackiego Scorsese i po drodze dołączył do nich szeroko w Forreście plotący historię bohatera Zemeckis. Nakręcony jest Marty jak sam sukinsyn - irytująco sympatyczny typ w klapkach na oczach w pogoni za sukcesem. Z pyszałkowatymi ambicjami i bez zahamowań. W fabularnym chaosie o przewrotnym losie - splocie fartów i peszków. Narracyjnie u fundamentu inspirowany podobno biografią prawdziwej postaci, z czekającym tylko na komplementy i w dużym mierze uzasadnienie ich się domagającym Timothée Chalametem. Z motywami wywołującymi opad szczeny - wartką, pełną zwrotów akcją pulsujący. Osadzony w nowojorskim krajobrazie i z biglem korzystający z charakteru lokacji, gdzie wszystkie role drugo i trzecioplanowe zostają z widzem w pamięci, a w mojej najbardziej Abel Ferrara jako na emeryturze, starej daty gangster dla którego największą wartością jego wierny i groźny kundel, czy jako postać tępiąca zapał i czupurną butę bohatera pierwszego planu, znakomity Kevin O’Leary. To będzie być może klasyk, wielokrotnie wypełniający ramówki TV, jeśli telewizja linearna przetrwa. Tylko nie mam pewności który z braciszków Safdie zrobił w tym roku lepsze na mnie wrażenie. Uznajmy że oboje je zrobili.
P.S. Taki przekornie, ironiczny, ale i o wysokim stężeniu powagi łącznik startu i mety, czyli cud narodzin. Ja w nim naprawdę zauważyłem ponad klamrą, figiel scenarzystów i reżysera, bo jak ten bąbelek nie był podobny do Emory Cohena, to ja już nie wiem. :)
wtorek, 3 lutego 2026
Rental Family / Rodzina do wynajęcia (2025) - Hikari
Zrozumieć kraj kwitnącej wiśni, znaczy Japończyków ogarnąć od strony emocji - przyswoić, choć to przecież praktycznie niemożliwe ich mentalność w najlepszym wypadku, bowiem patrząc niewątpliwie zdroworozsądkowo krytycznie z punktu siedzenia wschodnio-europejskiego wciąż zaścianka, to ludzie inni i zdecydowanie chyba lepsi - mimo że jak ja czy Ty, Ty i nawet Ty jeden z drugim egocentryku podobnie pod pancerzem krusi. Z pozoru tylko chłodni, a przede wszystkim zadaniowo nastawieni do swojej roli w otoczeniu. Przywiązani niewątpliwie do tradycji, ale wyrastający w tradycji która nie stoi w opozycji tak do rozwijającej mentalność konstruktywnej nowoczesności, jak nie skłóca głębokiej duchowości z praktycznymi emocjonalnymi regułami codziennego życia. Nie ma zakładam bardziej zaawansowanego w tym kierunku niż ten z tegoż rejonu geograficznego sposobu myślenia i rozumienia sensu istnienia, tak jak nie ma bardziej mądrze pokornego, zaawansowanego empatycznie, ale też pro-rozwojowego dla dobra wspólnego i indywidualnego, a przy tym samokrytycznego i zdyscyplinowanego narodu. Mnie on imponuje, gdy u fundamentu zasady od zawsze piętnowały wszelkie tendencje szubrawcze, a złodziejstwo zaliczały do najskuteczniej pozbawiającego honoru skur******** i do dzisiaj doskonale kolejne pokolenia od dziecka są impregnowane na zwykłe, prymitywne cwaniactwo. Piszę co piszę i nie daje sobie odciąć nawet małych paluszków, że pisząc co piszę odnoszę się bezpośrednio do treści filmu Hikariego, w którym po raz kolejny w nowym fizycznym obliczu wiekowo już konkretniej zaawansowanym Brendan Fraser pokazuje, że jako dobrotliwa i wzruszająca wyraziście, szlachetnie usposobionymi oczętami postać wypada znakomicie. Dlatego ckliwa, niby banalna opowieść przybierająca formę klasycznego FGM oddziałuje i nie można jej tak jednoznacznie oskarżać o jakieś szantaże moralne. Brendan daje jej zarazem pluszowo-misiowaty wdzięk, jak i bardzo ludzką, otwartą na uszlachetniające i rozwijające doświadczenia twarz, która doskonale pasuje do obrazu z którego seansu wychodzi się z poczuciem milusiego, aczkolwiek nieprzesłodzonego na potrzeby wzdychania ciepełka na serduszku. Brawo Brendan za to nie tylko otulenie i ukojenie, ale przeprowadzenie mnie przez znacznie szerszą paletę emocji. Brawa też za wizualną stronę tej bardzo uczciwie poruszającej emocjonalnie pocztówki z egzotycznej Japonii. Pocztówki przysłanej przez zadziwionego Wuja Matta z podróży. :)
czwartek, 29 stycznia 2026
Twinless / Rozdzieleni (2025) - James Sweeney
Skromny realizacyjnie i raczej póki co niszowy. W sensie że niezależny, bez gigantycznej machiny promocyjnej wspierającej. Pozbawiony wielkich nazwisk w obsadzie, bo Dylan O'Brien to wciąż jeszcze nie ekstraklasa, choć potencjał w nim rozwijany raczej szczyty w najbliższym czasie mu wróżyć może. Ironicznie zabawny, bez względu że temat poważny, ale rozkmina przez świadome prowokowanie poprzez uśmiech i łzy zadumy to duży walor, kiedy człowiek chce oddać się grubszej refleksji, ale nie ma ochoty na tonięcie w śmiertelnej powadze i przygnębieniu odbierającym oddech. Świetne poczucie humoru, doskonale zaaranżowane i ciekawa koncepcja, w tym odważnie perwersyjny charakter z lekkim szokiem niemal na starcie. Sporo sytuacji prowokująco groteskowych, dziwnie smutnych momentów, ale u rdzenia namacalny, absolutnie nie sztucznie inscenizacyjny bunt, bo wściekłość i rozdrażnienie, bo gniew. Żałoba i niepogodzenie, smutek i pustka oraz w tym przypadku jeszcze więcej gdy trzeba zmierzyć się ze śmiercią jednojajowego bliźniaka czy z drugiej perspektywy, emocjami i motywacjami drugiego bohatera pierwszoplanowego równoległego (James Sweeney) - między innymi z poczuciem winy i błyskawicznie utraconym zauroczeniem. Fajnie to napisał, nakręcił i zagrał obiecujący bardzo Sweeney. Wymyślił sobie przyjemną dla oka i wartościową galerię postaci oraz wybrał (zakładam że jako mózg przedsięwzięcia miał decydujący wpływ) młodych i zdolnych aktorów, pośród których moją uwagę największą przyciągnęła Aisling Franciosi, wspaniale wcielając się w rolę ciepłą, bystrą i mądrze, refleksyjnie dojrzałą. Twinless to duża była przyjemność i całkiem mocne terapeutyczne doznanie. Bardzo SMART nowoczesna przypowieść - o bardzo bliskich przyjaźniach urocza amerykańszczyzna.
P.S. Na marginesie przemycę jeszcze odniesienie (bowiem nadarza się dobra okazja), które zdarzyło mi się w szerszej złożoności pominąć, gdy wczoraj o Hamnecie wrażenia spisywałem, że obydwa opracowania, choć bardzo różne względem formy, traktują niezwykle interesująco o więzi bliźniaczej i niezbadanej sile tejże.
środa, 28 stycznia 2026
Hamnet (2025) - Chloé Zhao
Wieczór niedzielny, w wymiarze ponad dwugodzinnym na nieodległej emigracji, w kinie lokalnym spędzony. Pośród zewnętrznych symptomów nadchodzącej chwilowej odwilży - poddanej natychmiast jednak w wątpliwość, gdy tylko dzienne nieśmiałe promienie słońca zniknęły pod naporem wciąż jeszcze błyskawicznie kończącego czas panowania względnego światła zmroku. Warunki zrazu idealne by zaszyć się w ogrzewanym pomieszczeniu i w wygodnym fotelu, w przymilnym szczerze towarzystwie, oddać się kontemplacji z wielu stron przychylnym gigantycznie okiem ocenianego, wysokokalorycznie emocjonalnego filmowego obrazu. Jednocześnie, gdy seans nieuchronnie w atmosferze prze-potęgi wzruszenia dotarł do finału, okoliczności przyrodnicze i aura nieco niesprzyjająca się okazała, bo mocno by się chciało gdy ostatnie tony stężonego nieprzeciętnie dzieła Chloé Zhao wybrzmiały - przysiąść chociażby w parku na ławeczce i słuchając szumu drzew i korzystając z rozgrzanego powietrza, przepracować w sobie to wszystko co przez te krótkie, wyrwane z codziennej z prozą życia szamotaniny, przez około dwieście czterdzieści minut, tak wiele dobra dostarczając, tak silnie rodzicielskie impulsy eksponując, zdziałało. Piszę te skorelowane jak tylko potrafię z atmosferą seansu wersy refleksjo-recenzji, w dwie ponad doby od wydarzenia i gdy wszystko co osiąść we mnie miało, właściwie się umościło, pamiętam przede wszystkim wciąż kolosalnie aktywnie, jak ta szokująco-poruszająca interpretacja tragicznych losowych sytuacji z życia Williama Szekspira mnie poskładała i jak trudno było bezpośrednio po, dojść do siebie, gdy nogi wiotkie i ciężkie równocześnie. Chcę przez to dać do zrozumienia, że wszystko co do tej pory o potędze emocjonalnej Hamneta zostało napisane i powiedziane, w moim przekonaniu pochodzącym z przeżytego doświadczenia jest prawdą i żadne blokady przed wyrzuceniem z siebie w łez postaci targających mną uczuć, nie mogły być wobec mocy emanującej z ekranu skuteczne. Bowiem Hamnet to raz Olimp aktorski, gdzie każda rola emocjonalnie dotyka niewiarygodnie i technicznie może stanowić wzór niedościgniony, a wyróżnienie Jessie Buckley i tego młodszego z braci Jupe, ma tylko sens w kontekście chemii w relacji i indywidualnego osiągniecia oraz talentu na praktykę przełożonego, a dwa historia której inscenizacyjnie-interpretacyjna wersja kompletnie zmienia moje zakulisowe, symboliczne spostrzeganie literackiego dzieła, którego ząb czasu nie śmie od kilku wieków nawet zadrasnąć. Chloé Zhao wraz z doskonale dobranymi, idealnie śmiem twierdzić czującymi jej intencje i nie tylko podążającymi za jej artystycznym głosem, ale ten kierunek ubogacającymi współpracownikami (wspomniane aktorstwo szczytowe, ale i muzyka z tła i sprzed sceny oraz wizualna koncepcja), stworzyła przejmująco smutne, totalnie szczere i niezwykle empatyczne DZIEŁO z finałowym KATHARSIS - z kompletnym udziałem tak treści wprost słowami wyartykułowanej, ale i ciszą operując, w tony subtelne wrażliwie uderzając, symboliką oraz mistyką malowanej spójności. Dzięki każdej z osób, przejętej kalibrem i zmotywowanej możliwościami szlachetnego wpływu na widza, w ten żałobny tren zaangażowanej oraz psychologicznej przejrzystej erudycji, trafnie ujmującej jak inaczej, na swój chłodem pozornym irytując, doświadczenie straty niepokornie wrażliwi, mocno rozedrgani mężczyźni przeżywać mogą. Zamknięci przez kulturowe nakazy, szczelnie odizolowani odpowiedzialnością za niepodsycanie już ekstremalnej depresji, wrzą i upadają w środku - niby zimni, niedotykalni w rzeczywistości wyjący z rozpaczy równie rozdzierająco jak kobiety. Coś tylko kategorycznie im zabrania póki są zdolni do utrzymania świadomości, tym bólem się dzielenia, tego bólu publicznego wprost wypuszczania.
wtorek, 27 stycznia 2026
Blue Moon (2025) - Richard Linklater
Doskonały aktorski performance Ethana Hawka. Mistrzostwo nawijki pod charakterystykę postaci, w kameralnym subtelnym entourage'u. Kapitalne kino para-teatralne - tragikomiczne, sceniczne kino wzorcowe. Mnóstwo musiało być pasji w Lorentzu Harcie i to dzięki Ethanowi się w gigantycznej intensywności czuje. Czarującego intelektem, krasomówczym wdziękiem i błyskotliwym poczuciem humoru gawędziarza, pozbawionego niestety fizycznych cech pociągających, więc w miłości niespełnionego biedaka. Lorenza zarówno wybitnie zachwyconego własnym talentem pisarskim - nie w pełni docenionym, stąd też dodatkowa do tandemu wewnętrzna, chroniona pozornie przed światłem zewnętrznym frustracja, jak i Lorentza w swojej mikrej w sensie wyrazistości próżności i zmaksymalizowanej tendencji do melancholijnego samobiczowania, pod wpływem działania alko refleksjo-odwagi. Dzięki Ethanowi przekonuje się też do Linklatera, jako kompletny neofita wśród jego fanów. Namówiony tym samym sięgnę być może zaraz po całą jego klasykę, a tutaj dodam iż dialogi pikantne i rytm żywy. Za sprawą ubogaconej o wdzięczny sentymentalizm wartkiej akcji, w pozornie niesprzyjających takowej galopadzie warunkach baru i korytarza, ustawicznemu akompaniamentowi człowieka przygrywającego na pianinie do podlewanej nomen omen wylewności, tradycyjnej formie dopieszczonej detalami cech porywających postaci oraz technicznemu zabiegowi wizualnemu w postaci pomniejszenia, poprzez między innymi pomarszczenie portek, czy niezwykle spójnemu frontowi z tłem - bohater z hollywodzko-broadway’owskimi okolicznościami ukrywanymi za kulisami, w barze, przy szklaneczce. Dzięki temu wszystkiemu - jestem zachwycon, równie jak siedząca obok, wręcz zarazem pobudzona jak i oniemiała z zachwytu, współredaktorka Lalu. Lalu, która dałaby w tym roku Oscara Ethanowi i Leonardo ex aequo - patrząca na mnie teraz przy okazji z lekkim politowaniem, że nie widziałem Ethana z Julie w jej ukochanym Before Sunrise. :)
czwartek, 22 stycznia 2026
Soen - Reliance (2026)
Nie spodziewałem się kompletnie, kiedy single zapowiadające longplay w sieci się pojawiły, że tak mocno z tak podanym efektem finałowym, czyli już siódmym (i już kolejnym od sztancy) albumem, startowo projektu kogoś kto był rozpoznawalny jako bębniarz Opeth zwiążę. Porzuciłem bowiem nadzieje już niemalże, iż Soen zmieni odrobinę wody na których ostatnio (z pewnością ze względnym powodzeniem - sukcesem pół-mainstreamowym) pływa i podnosząc kotwicę oraz porzucając choć odrobinę ten raczej coraz bardziej banalnie bezpieczny akwen/okoliczności, przeobrazi tym samym ten doskonały/szlachetny, ale jednak pod względem schematu powielający idee kalkomanii, styl pisania. Spieszę donieść, iż ABSOLUTNIE nie wyrwał się poza spokojne, pewne wody i nagrał następną, pobieżnie spoglądając taką samą od kilku lat płytę, ale jest to JEDNO decydujące ale. Ale które trzyma przy tej płycie mnie od pierwszego przesłuchania i nakazuje naturalnie album po raz enty zapętlać i się przez doznane wzruszenia rozkoszować - bez względu na istotnie bliźniacze skojarzenia, wywołujące wydźwięk wspomnianego szablonu, jaki powstrzymuje uzasadnioną nad-euforię. Tylko dlaczego za każdym razem gdy odsłuchuje, to odpływam, bujam się i oczy mam zamknięte, a momentami spod powiek coś się wstydliwego dla faceta wysączy. To jest jakaś magia. Prosta i skuteczna. Reliance bowiem (żadne zaskoczenie) zdecydowanie mocniej odbiera się na poziomie samych emocji, niż słucha analitycznie. Mimo iż spotyka się po drodze kilka ciekawych zagrań, aranży przykuwających uwagę (Drifter), to dominuje skupienie, subtelne korzystanie z klasycznych quasi prog rockowo-metalowych instrumentalnych rozwiązań, gdzie melodie i solówki przede wszystkim zostają w głowie. Najważniejsze to jednak, że Reliance chwyta za serce i duszę kołysze. Daje ukojenie poprzez poruszenie miłe wewnętrzne, a wyróżnione na dzisiaj w mojej opinii Huntress i zamykający album cudowny Vellichor, mogę wciągać kilka razy z rzędu - póki co i to bez pretensji do siebie ochoczo czynię. Tak sobie myślę teraz, w dniu całkiem w sumie wyjątkowym i nastroju raczej nostalgicznym, że być może nowy Soen niczym pod względem też jakości emocjonalnej efektywności nie wyróżnia się od tego wydanego dwa, czy cztery lata temu krążka. Trafił tylko u mnie w odpowiednią, podsycaną licznymi refleksjami - rozczarowaniami i nadziejami porę.
środa, 21 stycznia 2026
Keeper / Bezpieczne miejsce (2025) - Osgood Perkins
Nic zasadniczo prawie nie zrozumiałem, a fajnie się bawiłem. Niewiarygodnie powykręcany, kompletnie niezrozumiały, a fajny. W moim przeświadczeniu dużo mocniej na mnie oddziałujący, niż tak głośno promowana ostatnio „osgoodowa” Małpa, z gigantycznym przymrużeniem oczu traktująca gatunkowe schematy horroru, zatem niepoważna i przez to tandeciarska, gdy poczucie humoru krwisto czerwone z moim dużo silniej z inteligentną ironią i niedosłownością powiązane. W dodatku jak pamiętam aktorsko, przede wszystkim z Panem Theo Jamesem poprzednio nie do końca grało, a tym razem totalny scenariusz schodzi na plan drugi, gdy na scenę wkraczają kapitalne aktorskie kreacje, dzięki którym taka uroczo charakterrrna Tatiana Maslany (swoja drogą w Małpie też okejka), tutaj wchodzi na poziom zapamiętania i jej kariery dość rozwiniętej dalej uważnego śledzenia. Czasem tak się zdarza, że twarz aktorska wielokrotnie jak się okazuje widziana (pierwsza z brzegu Niszczycielka i pierwszy z brzegu Niezwyciężony i jeszcze Złota Dama), choć poniekąd juz wówczas dostrzeżona, to dopiero teraz wbita w pamięć na amen. Kupuję to nowe „osgoodowe” przez ten techniczny pryzmat, ale też nie ma mowy bym podkreślenia unikał, że atmosfera jest tu rewelacyjnie ogarnięta, a zdjęcia wpływające na ową niebagatelnie same z siebie zrobiłyby robotę, bez konieczności stosowania tradycyjnych dźwiękowych chwytów niepokój graniczący z lekkim popuszczaniem zwieracza. Zwyczajnie nowy Perkins, to świetna estetycznie robota, bo i Pani zagadkowa, z dużymi oczami i długimi kończynami sama z siebie dość przerażająca, a te z finału stwory bardzo bardzo intrygujące. Ponadto (jakby scenariusz nie był forsowny i poprzeginany enigmatycznymi wątkami i zaskoczkami), to klamra przezajebista owe rozmycia wynagradza i pozostawia nie tylko z kolejnymi pytaniami, ale i przekornie daje pewne (w co nie wierzyłem niemal do końca) odpowiedzi. Niby dziwna hybryda, trochę art house’u i dużo nowocześnie pojmowanego horroru oraz ta folkowa gleba, na której to co dizajnerskie wyrasta i w tej sytuacji prądzi. I to jest Oooou Keeej!
wtorek, 20 stycznia 2026
Sorda / Dźwięki miłości (2025) - Eva Libertad
Depresja z frustracją, w dojrzałym, pogodzonym, oswojonym dzięki empatii, niekrzykliwym wydaniu. Eksperyment na widzu rozwijający się z wolna i tego widza nie tylko ubogacająco-uwrażliwiający, lecz przede wszystkim elementarnie do-edukujący. Nie zależy mu jednak by dotrzeć do wszystkich - jedynie do tej grupy, która w zwykłym życiu zauważy subtelne niuansy i się z nich dla swojego i otoczenia najbliższego wiele istotnego nauczy. Ascetyczny, ogołocony ze wszystkiego typowo filmowo zbędnego, więc po prostu przyziemnie prawdziwy, może lekko nazbyt prozaiczny. Wygrywa jednak poziomem realistycznych emocji, aktorskim autentyzmem w najbardziej możliwie naturalnym tonie. „Kamera skupia się na emocjach, napięciach i drobnych pęknięciach w codzienności, pokazując, jak różne sposoby doświadczania świata wpływają na bliskość. To subtelna, empatyczna opowieść o miłości, która wymaga uważności, cierpliwości i gotowości do spotkania się w różnicy.” Bowiem to momenty graniczne i skrajności targające duszą - cisza i jazgot. Niemożliwe stające się osiągalne, gdy za rękę kiedy potrzeba partner potrzyma i gdy to konieczne prawdę, nawet bolesną z serca wyrwie. Prawdziwe w sali kinowej subtelne emocjonalnie i optymistyczne wyciszenie oraz ciepłe przepracowanie obaw, lęków związanych z trudnymi wyzwaniami, po jej opuszczeniu.
poniedziałek, 19 stycznia 2026
Dreams (2025) - Michel Franco
Moje zdanie będzie radykalnie jednoznaczne i bezwzględnie subiektywnie, przynajmniej w moim mniemaniu niepodważalne, a sprowadzi się do twardego przekonania, że spośród tego co do tej pory widziałem i zawsze uznawałem za najwyższej jakości kino, a było sygnowane nazwiskiem Michela Franco, to Dreams po odbytym seansie urosło z miejsca tej stawki liderem. Uważam tak, gdyż na ekranie samo gęste i sterylne zarazem - konsekwentne na granicy przesady, wręcz niemożliwie skupione narracyjnie, skompresowane ogólnie i w każdym aspekcie technicznej sztuki filmowej (jaka centralizując się na dizajnerskim detalu formalnym, nie traci nic na wartości czysto artystycznej), docierając do poziomu nieoczywistego demaskatorskiego majstersztyku merytorycznego. Kamera stabilnie stateczna i precyzyjna ale i ciekawa bardzo niuansów. Plany szerokie, kapitalnie wykadrowane, a aktorstwo znakomicie interpretujące intencje reżysera (zawodowa Jessica zimna i magnetyczna, debiutujący Isaac autentyczny i ekspresyjny - odkrycie), jak i fenomenalnie wtopione w scenografię - zero wizualnej nudy, wszystko pod względem zamierzonej formuły artystycznej i technicznie (podkreślam) w punkt. Realizacja cierpliwa i skrupulatna, scenariusz bez zbędnych, rozpraszających marginesów, jednocześnie przenikliwy i konteksty szerokie społeczno-polityczne bez problemu do głównego wątku wplatający. Gigantyczna tutaj, aczkolwiek nieofensywna analityczna wartość tego co między wierszami, bo dialogi do minimum ograniczone, przekaz dla osób rozumiejących społeczno-polityczne uwarunkowania natomiast rozbudowany, a także co szczerze w kinie kocham, do maksimum grają tu gesty, mimika i atmosfera niepokojącego pulsu podskórnego. Świetne, choreograficznie dopieszczone i wystylizowane sceny seksu i kontrowersyjnie doprowadzone do sztuki sceny przemocy, wyglądające niczym quasi balet. Perwersyjne nie tylko werbalnie, nietypowe love story, inaczej rzecz wyjątkowa o relacji damsko-męskiej, od umownie uznając fascynacji do nienawistnej vendety, przez żarliwą namiętność, zwierzęcą żądzę, zaborczą zazdrość, przywłaszczenie w atmosferze kontrastowych nierówności społecznych do poziomu egoistycznego posiadania. W kolejnych krokach fascynująca na kilku poziomach interpretacyjnych, do finałowego wstrząsającego anty happy endu, prawdziwa kinowa uczta.
środa, 14 stycznia 2026
Went Up the Hill / Opętani (2024) - Samuel Van Grinsven
Dla Vicky, będącej teraz na fali sprawdziłem i zamiast dociekać w sumie i dogrzebywać się w historii zaproponowanej ukrytego, to ja zastanawiałem się przez pryzmat roli ostatnio u Jarmuscha - jaka Vicky jest aktorsko fajniejsza. Ta skupiona i smutna, jaka to poza zapewniła jej obecną rozpoznawalność i popularność wśród ambitnych reżyserów, czy Vicky wyluzowana, nonszalancka wręcz, a przede wszystkim z wypiekami uśmiechu (bo oczy to jej się zawsze jednocześnie śmieją i smucą) na twarzy? Odpowiedzi rzecz jasna radykalnej sobie nie wypracowałem, bowiem posiada ona fizyczne jak i mentalne predyspozycje aby grać role dramatycznie klasyczne, ale jestem po występie u Jarmuscha także bardzo pozytywnie zaskoczony jej bardziej bezpretensjonalnym urokiem. Szkoda jednak, że w jej filmografii zostanie takie coś jak Went Up the Hill, bo wyrazista sztuczność tej produkcji chwały nie przynosi, a i rola Vicky przez szablonowość jej walorów aktorskich przez reżysera spostrzeganie, po prostu tak typowa, że aż mdła i nawet irytująca. Taki klimatyczny że aż śmiertelnie niemal nudny arthouse’owy quasi horrorek przemęczyłem, bez konsekwencji emocjonalnych, mimo iż jest w tym siłowym scenariuszu tajemnica i potencjalna atmosfera - jest adekwatnie do charakteru skrupulatnie i konsekwentnie budowana aura niepokoju. Lecz jednowymiarowość ciągnącej się niemiłosiernie narracji plus plastikowa obsada, potrafi przymykać oczy, miast skutecznie wyostrzać zmysły. Poruszająca to w założeniu była historia, która mnie kompletnie nie zaangażowała. Wyszeptywana do skutecznego totalnego zamęczenia.
wtorek, 13 stycznia 2026
Ghostlight / Światełko w tunelu (2024) - Kelly O'Sullivan, Alex Thompson
Oglądasz M. filmów całą masę i czekasz oczywiście na te wszystkie wielkie zapowiedzi z możnych wytwórni i te mniejsze, ale często mocniejsze, o wartość emocjonalną dodaną głębiej oddziałujące produkcje z logiem bardziej niszowym (dla kumatych przede wszystkim znanych) i czasem nie czekasz, tylko ktoś poleci tytuł zupełnie niezapowiedzianie interesujący i się w nim jako istota czująca zapadasz, tudzież jak w sytuacji Ghostlight niemal taki totalny uczuciowy przyjemny zjazd zaliczasz. Gapisz się jak zahipnotyzowany na zwyczajną, aczkolwiek względnie skomplikowaną historię, z której kurtyna zdejmowana jest bardzo powoli, w sposób przemyślany, by efekt był naturalny ale i przejmujący. Psychologicznie wielowarstwowy i prawdziwy to był seans - bez banalnych wniosków, choć nic w nich szczególnego. One nie są przecież odkrywcze, lecz jedynie dla kogoś kto dysponuje rozwiniętą inteligencją emocjonalną, umożliwiającą spostrzeganie szerzej, więcej. Świadomy, złożony, głęboki i przejmujący obraz o traumie przepracowywanej, traumę oswajający, kreślony środkami prostymi, ale z doskonałym wyczuciem tak narracji, jak autentyczności. O otwieraniu człowieka starej szkoły emocjonalnej wstrzemięźliwości - wyłuskiwaniu konsekwentnym i troskliwym w środku magazynowanych trudnych uczuć. Tychże uczuć się delikwenta wstydzącego i zalęknionego zrzuceniem pozornie grubej skóry, więc wewnętrznie buzującego, wściekłego, niczym odbezpieczony granat niebezpiecznego dla siebie i wszystkich w zasięgu pola rażenia. Ten proces wrażliwości wyciskania i delikatnej tkanki głaskania może przecież osłabić jego MĘSKĄ szczególnie ODPORNOŚĆ - jak się potocznie i kulturowo przyjęło wszczepioną płciowo SIŁĘ, jakimś wymyślnym, subtelnym podstępem. W obsadzie samo aktorskie złoto, a obsada specyficzna (proszę sobie wyczaić powiązania rodzinne), w dużym stopniu bez doświadczenia lub pojedynczo z rozpoznaniem pracy przed kamerą większym, a efekt znakomity. Fajnie że ktoś był uważny i wychwycił, a jeszcze fajniej że ktoś wychwycił że ktoś wychwycił i dał mi też szansę bym sobie sczaił. :)
poniedziałek, 12 stycznia 2026
Chien 51 / Pies 51 (2025) - Cédric Jimenez
Kolejne premiery śledzę sobie konsekwentnie, jakie są sygnowane reżyserskim podpisem Cédrica Jimeneza i nie bywałem do tej pory zawiedziony, więc jeśli nawet jego filmy nie zmieniają mojej perspektywy na kino, to zawsze dostarczają rzetelny efekt, podparty szacunkiem dla klasycznych dzieł gatunkowych. Choć celuje zasadniczo w sensacyjne oblicze filmowe, to nie trzyma się marsylczyk żadnej stylistyki kurczowo i każda jego praca sprawdza, jak się w praktyce w czymś gatunkowo nowym on odnajduje. Tym razem jego nowy film wyraźnie nawiązuje do dwóch głośnych produkcji, w tym jednej wręcz kultowej, mimo iż brak dosłowności w jej skojarzeniu, bo Pies 51 to nie jest nowy stary, czy nowszy nowy Blade Runner, ani też jeden do jednego spielbergowy Raport mniejszości. Można w jego fajnie realistycznej (te pojazdy, te drony) i na czasie nawiązującej do totalnie i błyskawicznie zmieniającej dzisiejsze realia problematyki AI dostrzec korelacje z wymienionymi, lecz też gdy pozwoliłem się wciągnąć w wir akcji i historii oraz przez wzgląd na kwestię języka, poczuć skojarzenia z nagrodzonym niedawno animowanym, fajnie wizualnie cytującym młodzieńcze scie-fi sentymenty francuskojęzycznym Mars Expressem - to było tak przyjemnie nostalgicznie, jak i bardzo stylowo. Stąd jestem na tak, pomimo iż takie kino nie jest niczym zaskakująco nowym, lecz i takie kino ostatnimi czasy niezbyt rzadko na dużych ekranach gości, a jeśli pojawia się w jakości która zachęca do komplementowania dobrego aktorstwa, nie aż zbytnio banalnie napisanych postaci, scenariusza całkiem zgrabnie skonstruowanego oraz robi wrażenie techniczne znakomite świetnymi sekwencjami pościgów (auta, droniska), widokiem miasta świateł ledów i gigantycznych ekranów, czy fundamentalnie koncepcją wizualnie spójną z fabułą, to ja się bawię w kinie przednio i uważam, że warto na plus fakt, że go grają wyróżnić.
niedziela, 11 stycznia 2026
Father Mother Sister Brother (2025) - Jim Jarmusch
Dżarmuszowe zaproszenie do pozbawionego emocjonalnego ognia toastu wodą z lodem lub herbatką, ale przecież nie będziemy wznosić czymś wysokoprocentowym, gdy w sumie nie ma czego świętować, ani za co na przyszłość wypić, bowiem w relacjach rodzinnych, przynajmniej tych z wątków z tatusiem i mamusią, to z prawdziwą bliskością słabo, gdy się w międzyczasie na życzenie świadome lub mniej, w temacie zażyłości i wzajemnej potrzeby obecności rozjechało, urządzając sobie prywatne życie na własnych, wygodnych dla siebie zasadach. Nie ma w zasadzie o czym w konstelacji Waits, Bialik, Driver i za chwilę Rampling, Blanchett, Krieps rozmawiać, więc w różny od strony okoliczności miejsca i charakteru gospodarza sposób, ale jednak w obu przypadkach kurtuazyjnie ciszę się wypełniać próbuje. Patrzy się na te jałowo gawędziarskie scenki sztucznej, bądź co najwyżej nieudolnej serdeczności z uśmiechem politowania i intensywnie pobrzmiewającym echem jakiegoś uniwersalnego przeniesienia i ogólnego poczucia, skąd to znasz człowieku? To jest w tym momencie siła dżarmuszowej sugestii, że w groteskowo inscenizowanej na potrzeby filmowej opowieści prawdzie prozy życia, nie ma ni grama fałszu, a wydźwięk jest tak samo jednocześnie tłusto satyryczny, co w najbardziej surowej, naturalnej formie troskliwie dosadny oraz bardzo, bardzo uniwersalny. Bowiem Dżim korzysta z własnej obserwacyjnej spostrzegawczości i poczucia humoru ironicznego, więc i potrafi na poważne sytuacje zerknąć z puszczeniem oczka bez spiny, jak i myślę naprawdę jest mu przykro (choć przecież nie ma pomysłu jak to zmienić - bo tak po prostu jest), że więzy pomiędzy najbliższymi tak często z czasem naturalnie się rozluźniają, iż zamiast ponawijać z serca, nawija się z jak z kompletnie obcymi, przypadkowymi osobami spotkanymi w wirze codziennych czynności. Do tego wdzięcznie analitycznego materiału (jak zdążył przyzwyczaić), wplata jakieś pomosty, wątki wiążące (skejci, rolexy, motyw kolorystycznego zgrania) i zwraca się z sugerującym aktywność szarych komórek apelem, aby sobie pogłówkować o co mu chodziło, a być może to tylko taka akcja szybka, intuicyjna skojarzeniowa auto sabotująca powagę podniesionego tematu. Dzięki tym zagraniom nie jest może mdło, a w przypadku mało eksplozyjnego, klinicznego w zasadzie teatrzyku było takie zagrożenie. Patrzył człowiek na te scenki i niby rozumiał intencje oraz bawił się autoironicznie nieźle, ale gdzieś czuł, że to chyba za mało na wielkie kino i wtedy strzela Dżim nowelką z siostrą i bratem i raz obsada najmniej rozpoznawalna robi najlepszą (mimo że gwiazdy też porządnie teatralnie wypadają) aktorską robotę, dwa trafia przekaz naprawdę mocno do serca i trzy wreszcie rozumie człowiek do czego legenda niezależnego kina, artystycznie i psychologicznie popkulturowo-dizajnerskiego w całościowej całości pije. Ale wtedy już napisy końcowe się pojawiają, bo to klamra przecież była.
P.S. Za motoryzacyjny prztyczek w nosek japońskiej technologii, punkcik dodatkowy. :)
sobota, 10 stycznia 2026
Steve (2025) - Tim Mielants
Cillian Murphy celuje ostatnio po gigantycznie wypromowanym blockbusterze Nolana w produkcje raczej z mniejszym rozmachem i po doskonałej roli w Drobiazgi takie jak te, w kolejnej wybitnie skromnej u fundamentu, a warsztatowo kapitalnej kreacji znowu widzę go u Tima Mielantsa. Środowisko poprawcze w brytyjskiej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych pracowity reżyser, świetny obserwator i empatyczny człowiek zdaje się, ogarnia. Ekipę nieźle porytych nastoletnich wirażków i pracujących z tymi odbezpieczonymi granatami herosów (swoją drogą słabo opłacanych, z nikłym zawodowym poważaniem - tak jak w naszym grajdołku), specjalistów od radzenia sobie z demoralizacją zaburzonych, najczęściej miejscem pochodzenia skrzywdzonych wcześniej, dorastających (wrząc i wybuchając) smarkaczy. W szkole z poprawczakiem akcja się dzieje, przez pryzmat i po części z punktu widzenia materiału kręconego przez ekipę telewizyjną, w związku z kontrowersyjnymi kosztami resocjalizacji i realną groźbą ośrodka zamknięcia - z oczywiście względów ekonomicznych. Szybki montaż, duża dynamika i nerwowa praca żywej kamery plus jedna specyficzna, efekciarska sekwencja operatorska. Ponadto dobrze to jest zagrane i mam myślę uzasadnione poniekąd zawodowym doświadczeniem przekonanie, że bardzo autentyczne. Jak ktoś czuje jak i chce pomóc takim typom, to SZACUN gigantyczny dla niego, bowiem trzeba nam pedagogicznych bohaterów, jacy nie noszą peleryn, a czynią cuda, pracując zarazem ostrożnie i radykalnie z wyjątkowo skomplikowanym materiałem. Nie ma takich idealistycznych z pozoru, a mocno stąpających po ziemi w realu "szaleńców" wielu.























.jpg)

