poniedziałek, 5 stycznia 2026

Green Carnation - A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia (2025)

 

Noworocznego uzupełniania ciąg dalszy, bowiem okazuje się iż się zaczęło wylewać, gdy ostatni album In the Woods... wziąłem w obroty i okazało się, że ziomkowie z Green Carnation także w minionym coś wyrzeźbili i wydali. Nie ma jednak tak dobrze, że po bardzo udanej Otrze przyszło mi się zachwycić równie okazałym (subiektywnie) jakościowo A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia. Nie napiszę (nie to to nie) bardzo o premierowym Green Carnation źle - nie o to w moim problemie z nim chodzi, że to materiał słaby, ale o to, iż kompletnie do mnie nie przemówił. Zaskoczka solidna kiedy wziąwszy pod uwagę fakt niepodważalny, iż tak klasyczne albumy Norwegów, jak i specyficzny, bo poniekąd odgrzewany ostatni materiał wpadały mi w ucho, a do tych z początków lat dwutysięcznych to jestem wprost przywiązany sentymentalnie i odsłuchowo, bo co jakiś czas potrzebuje ich odświeżenia i jest to chwila naprawdę przemiła. A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia niby posiada wszystkie cechy właściwego stylu grupy - jest przede wszystkim w całej rozciągłości i głębi emocjonalnie, solówki są powłóczyście soczyste, refreny się potrafią przykleić do ucha, bowiem melodie mają w sobie przyjazną czystość i wrażliwość, czy riffy niosą konkretne uderzenie metalowo-rockowe, a z całości w formule progresywnej nie wieje teoretycznie nudą, bo pomysłów na czasem ostre (doczytuję, iż gościnny udział typa z Enslaved), czasem (raczej zwłaszcza) nieostre zakręty aranżacyjnie nie brakuje. Kłopot tylko w tym, że jak teoretycznie jest w porządku, to praktyka swoje i ja po odsłuchach wciąż jestem zmęczony, więc brakuje mi ochoty oraz elementarnie powodu do zachwytu, bądź co najmniej uznania, że wyszło w moim odczuciu tak fajnie, jak fajnie by się wydawało z pozoru iż wyszło. Paleta środków w teorii i zasób umiejętności są szerokie, a jednak nie jestem w stanie w tym momencie do efektu finalnego przekonać się tak w stu procentach jakbym sobie życzył, zatem pozostaje okazanie wstrzemięźliwości pokornej, bądź stwierdzenie subiektywne na maksa, iż Green Carnation tym razem nie wyszło. Radykałem w żadnym aspekcie oceny realiów się nie czuję, stąd zakończę wywód może nieco niestabilny określeniem bezpiecznym, iż nagrali to co zamierzali, a konsekwencje odbioru mogą być jak widać różne. Raz niemal euforyczne (sporo dobrego o powrocie na dobre Green Carnation się pisze), raz bez względu na sympatię dość chłodne - tak to o moim stosunku. Dziękuję za uwagę!

niedziela, 4 stycznia 2026

In The Woods... - Otra (2025)

 

Na początek uwaga fundamentalna, choć uwaga niekoniecznie decydująca! In the Woods... po swoim powrocie właśnie zdążył nagrać już więcej długograjów, niż zdołał zanim ze sceny zniknął, gdy może daleko mu było do gwiazdy pierwszego formatu, ale pod względem ambicji bycia doskonałym projektem ekstrawaganckiego metalu progresywnego, wiązał udanie chęci z rzeczywistością. Te trzy przed Otra współczesne albumy miały swoje momenty, ale też można było się ich czepić, wymieniając niedoskonałości na równi, obok walorów, tchem jednym długim - czego nie omieszkałem poczynić. Dlatego do Otra podchodziłem długo, nie tylko przez fakt że materiał wyszedł akurat w czasie mojej zintensyfikowanej działalności prywatnej/osobistej na zgoła innym niż fascynacje muzyczne polu. Chcę przez to powiedzieć, że nie chodzi o to że obwąchiwałem się z Otra, ale iż nie samym eskapizmem kulturalnym człowiek żyje, a szczególnie nie może sobie odlatywać poza rzeczywistość, gdy przyziemne sprawy wymagają koncentracji umysłowej i działań praktycznych. Stąd sporo w ubiegłym roku fajnych, tych z kategorii nie takich oczywistych i o formacie wydarzenia towarzyskiego akcji muzycznych mogłem pominąć, tak jak totalnie się biograficznie zaniedbałem - nie czytając niemal nic prócz tego czego musiałem aby ogarnąć tematy życiowe. :) Fartownie (a może to nie kwestia zbiegów okoliczności :)) mam nadzieję nadchodzi czas względnego zwolnienia i tak jak mam zamiar oddać się lekturom czy sportowym "baJkowym" uniesieniom or konsumowaniu wewnętrznego poczucia szczęścia (czytaj harmonii), tak muzycznie też będę grzebał i docierał w miejsca zainspirowane sentymentem, tudzież najzwyczajniejszą ciekawością. Tam gdzie akurat Otra mieszka zaprowadziła mnie jak wspominam na dosłownym szczycie tekstu (u góry he he) nostalgia i jakaś podświadomie podskórna wiara w tą powiązaną personalnie z chyba jeszcze bardziej przeze mnie lubianym Green Carnation norweską ekipę. Otra okazuje się tym czego oczekiwałem od In the Woods..., ale też tym co mnie się bezpretensjonalnie bardzo podoba, mimo iż absolutnie nie ma w tej nucie nic identyfikującego grupę z czymś muzycznie indywidualnym i oryginalnym. Słucham bowiem numerów bardzo bliskich stylistycznie właśnie Green Carnation, ale też wspomniane stylizacje kojarzą się z przekrojem pomiędzy chwytliwym Amorphis (A Misrepresentation Of I), a ulverowską urodą melodii. Czuć w tej nucie zarazem pierwiastek przebojowy, którego kurs to przykładowo taki banger jak Humanity z Diversum, jak nie stroni ona od quasi blackowych wrzasków i chwilowych przyspieszeń w klimacie tego bardziej przaśnego, ale nie żenującego totalnie blacku. Innymi słowy żonglowanie raczej skrajnościami, ale w przyjemny sposób, że nie wyraża się pretensji o toporne ich aranżowanie. Urzekające melodie miło i spójnie współistnieją z agresywniejszymi fragmentami, więc nuta płynie, kołyszę i nawet gdy silniej się wzburzy, to nie ma obaw aby wytrąciła ze zbudowanej nastrojowo strefy komfortu. Nie wiem jednak na ile ta mieszanka jest trwale atrakcyjna dla moich uszu - czy po jeszcze kilkunastu odsłuchach nadal będę odczuwał podobną lub wręcz większą przyjemność, gdy odkryje może coś w aranżacjach zakamuflowanego (otwierający The Things You Shouldn't Know mnie tak obecnie czaruje), lub bądź co bądź okaże się, że potencjał Otry skurczy się do rozmiarów płytki jedynie okej. Póki co kontakt z Otra to miłe doświadczenie i charakter jej, to dająca wiarę w dłuższą perspektywę nadzieja. 

Drukuj