Kiedy zespół jest na szczycie trudno jednoznacznie orzec, szczególnie gdy w pędzie zdobycznym w swoim przekonaniu wciąż na kolejne
poziomy się wznosi. Dopiero z perspektywy czasu zaczyna być wyraźnie widać, kiedy pułap najwyższy został osiągnięty i kiedy to powolne schodzenie ze
szczytu następuje. Alpinistą nie jestem i tylko z wiedzy potocznej, teorii bez
praktyki wiem, że powrót z góry jest trudniejszy niż na nią droga. Jedni lecą
na łeb na szyję w niekontrolowanym chaosie triumfu inni rozważnie z uwagą
kontrolują kroki. Tym rozsądnym tempem zdawał się Monster Magnet po sukcesie
Powertrip z piedestału schodzić i chociaż uzależnienia lidera nie sprzyjały
takiej strategii, to i tak udało im się
zejść bez większych urazów. Sukces któremu na imię Powertrip był podwójny, bo
oto artystycznie poziom zachowali (tak twierdziłem ówcześnie i tak dziś nadal
uważam) oraz rzecz jasna komercyjny biorąc pod uwagę intensywność pojawiania
się ich teledysków w muzycznych telewizjach. Były to czasy kiedy muzyczne
kanały kablowe z równym zaangażowaniem promowały popowe numery jak i od dobrego
rocka nie stroniły. Stanowiły więc probierz nie tylko popularności ale także i
dobrego smaku. Dziś taka sytuacja pewnie nie do wyobrażenia, zmieniły się
gusta, drogi dystrybucji, środki promocji, tak po prawdzie niemal wszystko
uległo transformacji. W tym nowym świecie, po wielu zawirowaniach,
perturbacjach natury pozamuzycznej odnalazł się szczęśliwie Monster Magnet i
nadal nagrywa kapitalne albumy z tym, że ich odbiorców mniej ale i oni bardziej
świadomi. Po roku 1998 zmieniając odrobinę w proporcjach pomiędzy segmentami
ich muzykę tworzącymi, rezygnując z kwaśnej psychodelii na rzecz odjechanego
rock'n'rolla i nabierając oddechu mniej zapachem zioła zainfekowanego, weszli na
poziom na którym z największymi gwiazdami rocka i metalu wspólnie na
stadionowych imprezach grali. Nazwa w środowisku była rozpoznawalna, a przeboje
w rodzaju Space Lord, Crop Circle, 19 Witches, See You in Hell, Tractor czy
numeru tytułowego rozgrzewały licznych fanów rockowego mielenia. To kawał
kapitalnej muzy, album który w kanon rocka najwyższego sortu się wpisał i na ten zaszczyt
niewątpliwie zasłużył bez względu na to, iż jednoznacznie trudno okrzyknąć go
najlepszym dokonaniem formacji.
wtorek, 3 listopada 2015
poniedziałek, 2 listopada 2015
The Missing / Zaginione (2003) - Ron Howard
Odnoszę wrażenie, że to film nieco zapomniany, a już z pewnością mocno niedoceniany. Skąd ta ignorancja i pomijanie go, kiedy o wartościowym kinie mowa? Być może odpowiedź tkwi zarówno w gatunku jakim western i jego niewielkiej popularności jak i co naturalne patrząc na twórczość reżysera, silnym przywiązaniu Rona Howarda do klasycznej formuły kina. The Missing przecież to typowy obraz Howarda, z gatunku tych co tak naprawdę niczym nie zaskakują, są dość przewidywalne, a jednak (i tutaj największy walor) potrafią intensywne przeżycie zagwarantować. Są w nim emocje soczyste, jest budowana konsekwentnie więź widza z bohaterami i historia która bezpośrednie uniwersalne prawdy o życiu i relacjach międzyludzkich zawiera. Całość wyprodukowana w charakterystycznym hollywoodzkim stylu, gdzie idealny balans pomiędzy widowiskowością, a wartością treści zostaje zachowany. Ze wspaniałą obsadą, na czele z Cate Blanchett (bezapelacyjnie jedna z najlepszym współczesnych aktorek) i Tommy Lee Jonesem, który to z tym filozoficznie cierpiętniczym wyrazem twarzy szczególnie na dzikim zachodzie niezmiernie przekonująco wypada. To esencjonalne amerykańskie kino, czyli musiała być w nim zawarta szczypta banału w dojrzałej historii i odrobina nieracjonalności w działaniach bohaterów. Jednak kiedy atmosfera spowita błękitną mgłą w surowym klimacie osadzona uwagę zasysa, to i te drobne hollywoodzkie wady nie rażą. Mnie przynajmniej nie drażnią, bo z odpowiednim dystansem zawsze do tego rodzaju filmowej sztuki staram się podchodzić. Liczą się przede wszystkim przeżycia tu i teraz, bez kombinowania na siłę i poszukiwania form niekonwencjonalnych. Jak rozplątywać węzły skomplikowane mam ochotę to z pewnością nie sięgam po twórczość Rona Howarda - jak mam potrzebę obejrzeć klasyczne kino z emocjami wtedy w stronę twórczości "Rudego" się zwracam.
P.S. Jedna rzecz aktorska biegłość gwiazd, inną kapitalna rola tej małolaty, która dziś już jest dorosłą kobietą.
P.S. Jedna rzecz aktorska biegłość gwiazd, inną kapitalna rola tej małolaty, która dziś już jest dorosłą kobietą.
piątek, 30 października 2015
Black Mass / Pakt z diabłem (2015) - Scott Cooper
To nie spowiedź, to nie donos - nie jestem kapusiem, sprzedaje tylko tych co z uprzedzeniem do tej roli Deppa podchodzili i z racji jeszcze niewielkiego doświadczenia reżyserskiego Scotta Coopera (trzeci film) zakładali, iż nie podoła wyzwaniu jakim obraz o takim ciężarze gatunkowym. Nazwisk, pseudonimów czy adresów gdzie publikują jednak nie podam, bo to żaden dla mnie interes w taki sposób z konkurencją się rozprawiać. :) Różnimy się zdaniem, nie wchodzimy jednak sobie na własne terytoria, stąd lojalność wobec ziomali z "branży" (ha, ha, ha) blogerskiej zachowam. Wybaczcie ten nieco komiczny wstęp kiedy pisać o śmiertelnie poważnym temacie powinienem. Tak mnie Cooper w świat "Southie" wkręcił, że granice pomiędzy własną egzystencją w rzeczywistości zdecydowanie spokojniejszej, a gangsterskim kodeksem południowego Bostonu zmieszałem. Gdzieś tam jak się okazuje w przykładnym obywatelu obudziły się instynkty z półświatka lub gówniarska jeszcze podatność na sugestie z kina płynącą. Czuje się niejako usprawiedliwiony, gdyż Black Mass to zrealizowane według klasycznych szablonów kapitalne kino gangsterskie, dorównujące (tu ryzykowne stwierdzenie, które na lincz mnie skaże) najwybitniejszym dziełom Martina Scorsese, Briana De Palmy, Francisa Forda Coppoli czy cacuszku (American Gangster) Ridleya Scotta. Brak w nim ustawicznej spektakularnej akcji, a trzyma permanentnie w napięciu - sączy się z niego historia pełna dramatów i posoka spływa z łownej zwierzyny zasychając w zimnej aurze. Chociaż krew bryzga i przemoc z ekranu w surowej brutalnej formie tryska, to tak w rzeczywistości to co w nim najistotniejsze w psychice postaci i relacjach pomiędzy bohaterami się rozgrywa. Emocje nie są płaskie, wręcz przeciwnie one intensywnie pulsują, a ich głównym źródłem operatorska precyzja każdy detal teatru mimiki, spojrzenia i gestu wyraźnie akcentująca. Cóż jednak przyszłoby począć specowi od zdjęć gdyby warsztat aktorski był słaby, a charakteryzacja nienaturalna na tak sugestywne zbliżenia nie pozwalała. Na nic wtedy jego i reżysera wizja, ciężka praca włożona by założenia w praktyce zrealizować. Szczęśliwie magicy od makijażu artystycznego kawał doskonałej roboty odwalili, a wszelkie gromy jakie na nich bezpodstawnie spadały, że z Deppa Oldmana grającego Drakulę uczynili świadczą po raz kolejny o niechęci do aktora, nie do umiejętności charakteryzatorów. Pomijam (jednak nie bo przecież o tym piszę) ich rolę w stworzeniu autentyzmu odzwierciedlonej epoki i podkreślam dzieło scenografów. Bez nich realizm nie osiągnąłby tak wysokiego poziomu, a przez życie napisany scenariusz byłby tylko zmarnowanym potencjałem. Tego akurat bym Cooperowi nie wybaczył! Na szczęście każdy kto swoje trzy lub więcej groszy do produkcji dołożył wzniósł się na wyżyny profesjonalizmu, a obsada idealnie w castingu dobrana dodała całości pierwiastka prawdziwej aktorskiej sztuki. I tutaj kilka słów o samym oszpeconym Johnnym. Nie ukrywam, że ogromnym fanem jego talentu nigdy nie byłem, teraz jednak wrażenie jakie na mnie zrobił okazało się kolosalne. James "Whitey" Bulger w jego wykonaniu autentycznie przerażał i to nie za sprawą zepsutych zębów czy dziobatego ryja (choć ich rola istotna), ale przede wszystkim dzięki grze ciałem i mimiką, dzięki barwie głosu i intonacji oraz spojrzeniu na wskroś przeszywającemu. Majstersztyk i tyle! Możecie się ze mną nie zgadzać i spokojni pozostać bo różnicy zdań, ambicjonalnych konfliktów nie rozwiązuję sposobami Jimmy'ego. Proszę tylko aby ewentualne uprzedzenia z przeszłości nie kładły się cieniem na tej konkretnej roli, zwyczajnie Depp w tym przypadku zasługuje na pełną uczciwość. Na koniec jeszcze jedno zdanie, będę z niecierpliwością oczekiwał kolejnej produkcji Scotta Coopera, bo coś czuję, że nieraz jeszcze swoją obecność w wielkim kinie zaznaczy - było dobre Szalone serce, bardzo dobry Zrodzony w ogniu, a teraz doskonały Pakt z diabłem, więc tendencję człowiek notuje wznoszącą! Oby tak dalej.
P.S. Pamiętacie scenę Z Chłopców z ferajny, gdzie Joe Pesci pyta Ray'a Liotte czy jest śmieszny? Depp z Davidem Harbourem odegrali tu równie ekscytująca scenę, tylko poszło o rodzinny sekret z przepisem na stek związany. Taki mniam - paluszki lizać.
czwartek, 29 października 2015
In Flames - The Jester Race (1996)
Zrobiłem sentymentalną wycieczkę w czasie, by przypomnieć sobie chwile kiedy zauroczony
The Jester Race oddawałem się namiętnym odsłuchom drugiego longa In Flames. Jak
się okazało pamięć moja dobra i wspomnienia z łatwością powiązane zostały z
emocjami jakie ówcześnie mi towarzyszyły. Chociaż dzisiaj ten rodzaj muzycznej
wrażliwości z rzadka jest we mnie aktywowany, to o dziwo w tym przypadku zdołał poruszyć. Stara
i krótkotrwała była to miłość, bo dawno i do przede wszystkim jedynie tej płyty ograniczona - ona znacznie
zardzewiała jednak tak w pełni to nie umarła. "Ciar" już wywołać nie jest w stanie, lecz przyjemności dostarczyć już owszem. Słucham uważnie i kilka istotnych wniosków z perspektywy czasu się nasuwa. Grali wtedy imć Panowie Szwedzi z powodzeniem ten swój ultra melodyjny death, który z czystym sumieniem można by nazwać heavy metalem, gdyby nie histeryczny wokal i okazyjne gwałtowne perkusyjne nawałnice. Na siłę, a może bez naciągania poniższej teorii napiszę, że na rok przed spektakularnym (jasne, że jak na standardy metalowe) wypłynięciem HammerFall i wskrzeszeniem klasycznego power/heavy, to In Flames właśnie na The Jester Race w riffach i harmoniach uchwycił ducha lat osiemdziesiątych. Takie mam przekonanie, lecz nie mam jednak zamiaru tutaj przeprowadzać szczegółowej analizy struktury kompozycji czy charakterystyki dźwięków, by udowodnić prezentowaną tezę. Dodam tylko rezygnując z powagi rzucanych stwierdzeń, że rytmiczne, zsynchronizowane potrząsanie piórami i bujanie wiosłami można przy tych dźwiękach uskuteczniać bez trudu, a tego rodzaju choreografia to przecież znak rozpoznawczy power/heavy "rycerzy". Bardzo blisko In Flames tutaj typowego heavy swoje granie umieścili, a dopracowane chwytliwe harmonie i bogate w ornamenty solówki tylko potwierdzają sens tegoż przekonania. Jedynie brzmienie (prócz rzecz jasna wokalnej ekspresji) o skandynawskim pochodzeniu i innych korzeniach gatunkowych informują. Sound jaki został ukręcony, to wypadkowa po części sceny sztokholmskiej, w której brud wraz z gruzem dominował i sceny göteborgskiej, gdzie zaś jad i jazgot panował. Ta hybryda w tym konkretnym przypadku doskonale się sprawdziła, bo dla równowagi przebojowością i we fragmentach (The Jester's Dance) krystalicznie czystym dźwiękiem została okraszona, a ja i dzisiaj co zaskakujące czerpię frajdę z odsłuchu tak skonfigurowanego brzmienia. Wracam pamięcią do roku 1996 i chwil kiedy pozbawiony regularnie gotówki pożyczoną taśmę kopiowałem, a później własnoręcznie zdobiłem jej front pomysłową grafiką ze stylizowaną wytwornie czcionką. :) Trzeba było wtedy włożyć sporo wysiłku by cieszyć się ulubioną muzyką - przecież nikt na serwerach pełnych dyskografii za friko nie umieszczał. Pamiętajcie o tym gówniarze zapełniając terabajty na swych wypasionych twardych dyskach.
P.S. Gdzie jest teraz In Flames, w jakim miejscu zakotwiczył to dla wtajemniczonych pytanie retoryczne. Jak ktoś jednak nie zna odpowiedzi niech mnie nie pyta - za cholerę w te rejony nawet w myślach się nie wybieram.
środa, 28 października 2015
One Flew Over the Cuckoo's Nest / Lot nad kukułczym gniazdem (1975) - Miloš Forman
Koneserem kina nie mam śmiałości się nazwać, zbyt wiele jest tytułów z przeszłości które nadal mi nieznane, zatem bez kompleksowej wiedzy z autopsji pochodzącej pokornie do zaniedbań się przyznając, tytułować się tym zacnym określeniem nie zamierzam. Z drugiej strony żelazna klasyka sprzed lat w tej podstawowej wersji jest mi doskonale opatrzona i pośród niej odnajduję obrazy, które na miano arcydzieł kina także i w mojej skromnej ocenie zasługują. Jest kilkanaście, pewnie w porywach kilkadziesiąt filmów, szczególnie tych z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które to na zawsze głęboko zakorzeniły swą obecność w mej świadomości, dziwnym trafem w sporej ich liczbie Jack Nicholson zagrał - że wymienię tylko oczywiste oczywistości w postaci: Lśnienia, Chinatown i właśnie Lotu nad kukułczym gniazdem. Pisząc o farcie w zamierzony sposób ironię podkreślam, bo wiem iż to nie los ślepy, a talent i umiejętności ogromne właśnie Nicholsona w dużym stopniu zadecydowały o jakości i sukcesie powyższych produkcji. Miloš Forman i cała obsada aktorska rzecz jasna fenomenalną robotę wykonała, jednak wisienką na tym wybornym torcie pojedynek aktorski pomiędzy Nicholsonem, a Louise Fletcher siostrzyczkę Ratched grającą. On dziś ikoną kina niepodważalną, ona pomimo częstych ról jednak gdzieś na marginesie tego kina najwyższych lotów swą karierę osadziła. Trudno, nie każdemu los daje po równo, no i nie każdy też potrafi w pełni wykorzystać szansę jaka przed nim zaistnieje. Dla mnie z perspektywy Lotu nad kukułczym gniazdem to aktorzy podobnego formatu, a że tu i teraz o obrazie Formana pisze to i tylko na tych rolach się skupiam. Dzięki tak wyrazistym i autentycznym kreacjom zekranizowana powieść Kena Kesey'a nabrała statusu nie tylko wyjątkowego literackiego dzieła bogatego w metafory i alegorie, precyzyjnie piętnującego opresyjny system, ale także w postaci obrazu stała się synonimem naturalności i autentyzmu w opozycji do często przerysowanej teatralnie maniery. Nie doświadczam tutaj ani grama pretensjonalności i sztuczności, kiedy na osobliwe postaci spoglądam. Jestem pod ogromnym wrażeniem mimiki i detalicznej precyzji gestów. Każdy z pacjentów to osobny kosmos skomplikowanych zachowań - symbiozy wystudiowanych automatyzmów, męczących natręctw i nieprzewidywalnych reakcji spontanicznych. To innymi słowy genialna praca wykonana przez obsadę, by te charakterystyczne niuanse wychwycić i tak przekonująco je odtworzyć. Wespół z finezyjnie przemyślaną przez Kensey'a treścią i formą gdzie błyskotliwy manewr stawiający pospolitego rzezimieszka w roli niedoskonałego, aczkolwiek przede wszystkim prawdziwego w swym spostrzeganiu rzeczywistości probierza przyzwoitości, staje się dziełem wręcz wirtuozerskim. Z wysokowartościowym przesłaniem, że chociaż przez chwilę można poczuć się wolnym i pozostawić po sobie trwały owoc własnej pracy. Wygrać fragmentarycznie z systemem, który segreguje i odrzuca, oddziela ziarno od plew za pomocą filtra pozbawionego elementarnej przyzwoitości i pewnika zawartego w podstawie merytorycznej. Wiem, rozumiem, robi się to dla mojego dobra bym iluzorycznie poczuł się bardziej bezpieczny.
poniedziałek, 26 października 2015
Coheed and Cambria - The Color Before the Sun (2015)
Nic oryginalnego w temacie Coheed and
Cambria nie napiszę, bo moja pomysłowość chyba się wyczerpała odnośnie
twórczości ekipy puszystowłosego Claudio Sancheza. Tak się też składa, że
akurat The Color Before the Sun niczym nie zaskakuje i żadnego przełomu w
karierze Amerykanów zapewne nie przyniesie - taki ze mnie wróżbita. ;) Zachodzę
w głowę jakim cudem tak przebojowe granie jeszcze triumfów na szczytach list przebojów
nie święci. Mają goście wszystko co teoretycznie potrzebne, by mainstream
opanować, a jednak tego rodzaju sukcesu nadal nie uświadczyli. Może i dobrze bo
gdyby większość latorośli ich numerów słuchała, to i w mojej świadomości
pojawiłoby się pytanie dlaczego trendziarstwem dla małolatów się interesuję? Nie ma co ukrywać, że formuła muzyczna uprawiana przez Coheed and Cambria trąca
na milę takim (szukam eufemizmu) rockiem dla nastolatków, ale to tylko pozorne
odczucie, taki efekt uboczny chwytliwości kompozycji i charakterystyki głosu
wokalisty - tak sobie przynajmniej tłumaczę i skutecznie jak widać przekonuję,
że jednak każdą kolejną płytę przyjmuję z satysfakcją i oczekuję z
niecierpliwością. Gdzieś pod przebojową fasadą dostrzegam w tych kompozycjach
fantastyczny puls, finezję posługiwania się aranżem i wirtuozerię
instrumentalistów. Na bogato chłopaki doprawiają przygotowywane potrawy - tu
egzotyką przypraw zaskoczą, tu subtelnie musną harmonią eterycznych dodatków,
tu ostrości dodadzą by zbyt mdło nie było, tu zaś błysną wykwintnym
zestawieniem walorów smakowych. Nie ma nudy z pewnością! Jest za to w jej
miejsce rozbudowana wyobraźnia i po prostu świetna muzyka jaka efektem tejże.
Czy kiedyś ten kurs da im popularność globalną nie potrafię odpowiedzieć, życzę
im progresu, a nie sukcesu w merkantylnym rozumieniu, bo to oczywiste, że fortuna rozleniwia, a ambicja rozwija. A ja chcę by ekscytowali, a nie przynudzali.
sobota, 24 października 2015
Clutch - Psychic Warfare (2015)
Tak się składa, że na
poważnie to Clutch dość późno i w przypadkowych warunkach poznałem. Może już
gdzieś o tym pisałem i ponownie zanudzać anegdotami zabawnymi tylko dla
wtajemniczonych nie zamierzam. Jeżeli nie dzieliłem się tą historią to trudno,
nie pójdzie w świat i tyle. :) Istotne, że zbieg okoliczności dał mi szansę na
zapoznanie się z tak rasową ekipą i mam tu na myśli prócz co oczywiste
muzyki, to i kwestie około muzyczne - bardziej te z samym podejściem muzyków do
biznesu, wiecie, rozumiecie, lanserką, gwiazdorzeniem itp. związane. Nie ma w tych
Amerykanach nawet grama napuszenia, jest za to (jak ich tak rzecz jasna z
perspektywy fana obserwuje) pełna naturalność i ogromna pasja do robienia na
własnych zasadach muzyki, takiej jaka w ich sercach gra. Powracają systematycznie
z wybornymi materiałami i wycierają deski sceniczne podczas ciągłych tras.
Pieniądze ich zepsuć nie mogły, bo i pewnie kokosów te działania nie przynoszą ale
lojalność i uwielbienie ze strony fanów już w poczucie wyjątkowości co ego
nieźle podkręca, to już akurat wpędzić mogło. Oni odporni są na te pokusy - takie wrażenie odnoszę,
taką pewność z każdym kolejnym rokiem działalności Clutch zyskuje. Skupiają się
chłopy na muzyce i po raz kolejny słychać to nowym krążku. Na otwarcie (i
zakończenie, by klamrą spiąć całość także) tematyczne sample pewnie z jakiejś
filmowej niskobudżetowej produkcji i dalej z impetem grzeją na rubaszną rockową modłę kolejne
dynamiczne numery. Bez udziwnień, zatrzęsienia detali i niemal chwili dosłownie
wytchnienia. Właśnie "niemal" gdyż mniej więcej w połowie albumu na
chwilę tempo zwalniają i uspokajają "Salonem zagłady" i zaraz za chwilę kołyszą "Matką Bożą (??? ;)) w elektrycznym świetle". To jednak tylko takie przygotowanie do drugiej
rundy, gdzie serie ciosów mocarnych zostają ponownie wymierzone. Runda pierwsza
i ta finałowa aż puchną od testosteronu napędzającego dynamikę, tu pośród
samych killerów na czoło wysuwa się sunący bez opamiętania (dosłownie) "Szlachetny dzikus", odrobinę funkująca "Szybka śmierć w Teksasie", eksplodujący w refrenie "Łasy na czarownicę", numer singlowy oraz zamykający krążek kapitalnie stopniujący napięcie "Syn Virginii". Wysokie obroty, pełna moc, rura i do przodu. Radocha, że maszyna
w takiej formie i zapierdala aż się tumany kurzu po okolicy roznoszą. Przyznam,
że akurat towarzystwo premierowego krążka Clutch podczas podróży samochodem mocno
ryzykowne. Posiadają te dźwięki moc wyjątkową która do ciśnięcia prawego pedała
w podłogę prowokuje. Jazda daje wtedy potężny zastrzyk adrenaliny, wodze
puszczają i k**** jestem na drodze nie tylko potencjalnym zagrożeniem. Zatem
rada taka by jak kto mistrzem kierownicy takim na poziomie zawodników Nascar
(obowiązkowe amerykańskie skojarzenie) nie jest, to niech lepiej tego rockowego
"sprzęgła" (ha! taki żarcik) zbytnio nie eksploatuje lub jak sobie
tej przyjemności w wozie odmówić nie może to jeździ wtedy wyłącznie z
odpowiedzialną małżonką co zbytnią ekspresję męża potrafi skutecznie
powstrzymać. Sprawdzę z pewnością w praktyce jak się ma ta teoria do
rzeczywistości, bo ze mnie wyłącznie rekreacyjny kierowca, żaden
zawodowiec, a okazja będzie z pewnością bo
najnowsza kapitalna produkcja ekipy brodatego towarzyszy mi od premiery na
okrągło, dosłownie wszędzie.
P.S. Wszystkie tłumaczenia tytułów kompozycji autorskie, podparte teoretyczną, mało praktyczną znajomością języka
angielskiego. :) Stąd gdyby jakiś ekspert moją pracę analizował bardzo proszę o
wyrozumiałość. Porzucając wrodzone i utrwalone dobrym wychowaniem kulturalne
maniery, (czasami trzeba) - względnie niech się odpieprzy i dupy mi nie zawraca swoim pedantyzmem
i egoistyczną potrzebą karmienia swej próżności. Tutaj ja mam wyłączność na jej
tuczenie i nie mam zamiaru rezygnować choć z grama tłuszczu jakiego może mi
dodać. Fuck off and die! Chociaż na cholerę mi twoja śmierć, żyj jak chcesz i
daj żyć innym. Poprawność językowa to przecież nie wszystko! Nie bądź człowieku
Miodek. Ha! Bez urazy rzecz jasna. ;)
piątek, 23 października 2015
Róża (2011) - Wojciech Smarzowski
Dorociński w moim przekonaniu, to raczej aktor jednowymiarowy, ze zmanierowanym cierpieniem wymalowanym na twarzy, kiedy dramatyczną rolę odgrywa. Natomiast Kulesza to już całkiem inna bajka, obecnie pierwsza dama polskiego kina, aktorka najwyższego formatu. Ten duet co klasą nieprzystający do siebie, finalnie jednak nie wzbudza poczucia dysonansu, że niby po jednej stronie warsztat elastyczny, a po drugiej kwadratowy. Może i dlatego, iż u Smarzowskiego poziom gry aktorskiej dostosowuje się do wyrazistości postaci, a że bohaterowie na poziomie scenariusza są fenomenalnie nakreśleni, to i taki przeciętny Dorociński wspiąć się na wyżyny własnych umiejętności może. Poza tym Wojtek Smarzowski to reżyser, który z każdego aktora potrafi ogień wykrzesać. Ma gość łapę do obsady (choć ona przecież u niego przewidywalna), jak i smykałkę do budowania atmosfery która przygnębieniem miażdży. Wszystko jest do bólu surowe, nieobrobione masą kosmetyki, przez co autentyczne niezmiernie, szczególnie kiedy temat inaczej przez wzgląd na swą specyfikę potraktowany być nie może. Nie będę tutaj jednak historycznej dyskusji prowokował, bo ona i tak przez reżysera wystarczająco została podkręcona. Napiszę tylko, że to kolejna w Smarzowskiego autorskim stylu nakręcona produkcja pozostawiająca po seansie głębokie rany. Patrząc na ludzką tragedię rozgrywającą się w czasach anomii, pośród narodowościowo podgrzewanej politycznej zawieruchy zadaje sobie pytanie - jak silnie zło (okrucieństwo, nienawiść, lęk) w człowieku zakorzenione i jak łatwo w pewnych okolicznościach je uwolnić. Odważne i bezkompromisowe kino zarówno w sensie treści jak i formy.
czwartek, 22 października 2015
Billy Elliot (2000) - Stephen Daldry
Stephen Daldry to dziś już uznany
reżyser z wybitnym dorobkiem, gdzie bezdyskusyjnie szczytem The Hours
i The Reader. Obok tych dzieł szacownych kilka niemal równie znamienitych, choć
wśród krytyki już pewne dyskusje wzbudzających. Niemniej jednak Daldry to
twórca wyjątkowy, taki propagator kina głęboko emocjonalnego, który niezwykły
dar opowiadania historii poruszających ludzką wrażliwość posiada. Zawsze
potrafi wybrać taki szlak, by nawet kiedy nieco zbyt bezpośrednio w ckliwe
nuty uderza, to i tak finalnie do mojego serca drogę odnajdzie. Odnoszę
wrażenie, że dwie ostatnie produkcje Daldry'ego, czyli z 2011 Extremely Loud & Incredibly Close i ubiegłoroczny
Trash poszły tropem opowieści o Billym Elliocie. Mianowicie w obydwu
przypadkach bohaterami dzieci, a ciężar gatunkowy harmonijnie rozłożony
pomiędzy ambitnym kinem familijnym, a poważnym dramatem. Śmieć niedawno był
przeze mnie opisany, natomiast refleksje w temacie Strasznie głośno, niesamowicie blisko już wkrótce spiszę. Dziś
kilka dosłownie zdań spostrzeżeń/przemyśleń odnośnie obrazu z roku dwutysięcznego.
Piękna to historia o (w tym miejscu kilka rzeczowników w chaotycznej kolejności
wymienię), pasji, frustracji, bólu, gniewie, upokorzeniu, dumie, poświęceniu,
miłości, przyjaźni i wreszcie sukcesie wbrew wszelkim przeciwnością. Osadzona w
twardych warunkach, takim wymagającym środowisku robotniczej dzielnicy (sprzed
kilkudziesięciu lat, a tak bardzo współczesnej dzisiaj polskim realiom
górniczego zagłębia), gdzie pośród w gniewie tryskających testosteronem, właściwie to skrajnie sfrustrowanych i bezradnych wobec historycznych i gospodarczych przemian mężczyzn rozwija się prawdziwa młodzieńcza pasja
jednostki absolutnie wyjątkowej. Tak silna, iż pokonuje wszelkie bariery, od
tych natury wewnętrznej po te płynące z otoczenia (które trudniejsze do
pokonania odpowiedź chyba retoryczna). Opowiedziana sugestywnym językiem muzyki
i obrazu, ekspresyjnym tańcem zilustrowana, pełna wartościowej treści i artystycznego wdzięku. Z pozytywnym
przesłaniem oraz optymistyczną puentą - czy ze zbyt naiwnym finałem, może i
tak, lecz nie wszystkie poruszające historie muszą kończyć się dramatycznie.
Nie jest przecież "źle" jak jest "dobrze". Tym jasnym i
dowcipnym akcentem z życzeniem większej ilości happy endów w realnym życiu
zakończę swoją zwięzłą wypowiedź. :)
wtorek, 20 października 2015
Body / Ciało (2015) - Małgorzata Szumowska
Nic w takim typowym filmowym rozumieniu pozornie się nie dzieje, bo to kino, które jakby niepostrzeżenie do życia bohaterów wchodzi, wgląd do niego zdobywa, bez ingerencji w kształt historii i przeżywanych emocji - skupiając się zwyczajnie na człowieku i jego mrocznej emocjonalności. Środki realizacyjne są skąpe, ale w wirtuozerski sposób wykorzystane, niby kilka dysonansowych dźwięków, a harmonia zostaje zbudowana. Ona zauważalna po intensywnym zagłębieniu się w strukturę, gdzie przejmująca cisza, naturalne dialogi i wyborne operatorskie wyczucie kadru opowieść tkają. Posklejane chaotycznie sceny, pobieżnie niby bałagan lub też nonszalancja reżyserska, to w gruncie rzeczy przemyślany dogłębnie koncept bogaty w sugestywną symbolikę. Jest tu metoda, tylko trzeba dostrzec to co pomiędzy wierszami w ciszy do nas wykrzyczane. Filmy Szumowskiej nie są dla każdego - to truizm ale w tym miejscu zasadny. Może przez to, że otoczone atmosferą elitarności tak bardzo mnie intrygują i zmuszają do poszukiwań ukrytych znaczeń, sensu i wartości? A może ja w całkowitym oderwaniu od zachwytów zawodowych krytyków zwyczajnie lubię te obrazy, które coś więcej ponad szablon oferują? Te "dzieła" co porzucają ze znakiem zapytania, bo są niejednoznaczne.
P.S. Polska kinematografia dwoma skrajnościami stoi, u nas przenosi się na ekran ciężkostrawne, przygnębiające tematy lub totalne pierdoły w kolorowych, połyskujących i szeleszczących niemiłosiernie papierkach - dwa bieguny dominują, a pomiędzy nimi niewiele. Absolutnie nie jest to zarzut, bo jakaś tam równowaga zostaje zachowana. Intelektualiści swoją psychologiczną dawką refleksji się maltretują i zwolennicy zabawy w rytmach nieskomplikowanych też do kina na co pójść mają. Aktorzy z powołania ze świetnym warsztatem w pocie czoła wypracowanym zarobią i ci z przypadku do biznesu trafiający (bo ładny, ładna) także na życie w odpowiednim standardzie szansę dostaną. Takie salomonowe rozdanie - i duży wilk syty, gdyż komercja napędzi oglądalność i mała owca cała, bo wilk najedzony już zeżreć jej nie musi. Jedni przyznają sobie nagrody festiwalowe ogrzewając się blasku wyrafinowanego splendoru, drudzy zaś srebrniki liczyć na kontach będą mając głęboko w dupie macanki i pożerany przez widza popcorn, które często większą atrakcją niż sam seans. Po jaką cholerę to piszę przy okazji kolejnej nagradzanej produkcji Małgorzaty Szumowskiej? Ano po to by dać do zrozumienia, że w tym systemie naczyń połączonych nie ma przypadku. Wszystko ma przyczynę i wiąże się z konsekwencjami. Dzisiejszy bardzo dobry jak na nasze warunki stan polskiego "biznesu" filmowego to konsekwencja współistnienia bez zgrzytów telewizyjnej popkultury, która na ekrany kin w postaci rozrywki się wbija z kinem ambitnym, które zaś pretensji nie ma, że widz też czasem i niewyszukanej zabawy potrzebuje. Tyle się znam co zaobserwuję, ale mam takie przekonanie, że sporo prawdy w tym co powyżej napisałem.
poniedziałek, 19 października 2015
Antimatter - The Judas Table (2015)
Całkowita szczerość na początek, a
dalej to już pozerka z mojej strony będzie. ;) Gdzież tam, żart mi się do
klawiatury klei, bo to chyba jasne, że jakakolwiek obłuda miejsca na stronach
NTOTR77 do tej pory nie znalazła i nie znajdzie go i w przyszłości. Suchar
czy jak zwał współcześnie mało zabawny tekst po trosze usprawiedliwiony, bo
słuchając albumów Antimatter powaga dominuje, a ja lubię kiedy równowaga
zachowana zostaje. Od Micka Mossa na krążkach żartobliwego tonu nie wymagam, gdyż
konwencja muzyczna jaką uprawia nie przyjęłaby takiego luzu w swoje ramy, stąd
sam wysiliłem wyobraźnię na maksa i w przypływie kreatywności tym żarcikiem
otwierającym refleksję w temacie The Judas Table błysnąłem. Starczy już
pajacowania, w tej chwili kończę zabiegi osobliwie treść urozmaicające i z
pełną powagą na którą zasługuje szósty album Antimatter opisuję. To kontynuacja
drogi jaką ekipa Mossa po odejściu ze składu Duncana Pattersona kroczyć
zaczęła, czyli zamiast ultra klimatycznego dark wave’u, czy trip hopu, atmosferyczny
rock jest tworzony. Tutaj atmosfera nadal rolę pierwszoplanową odgrywa, lecz
tradycyjnie rockowe instrumentarium z gitarowymi akordami i solówkami
przesiąkniętymi floydowską manierą zdecydowanie pulsu pobudzającego
dostarczają. Czuć ducha Anathemy, szczególnie ze środkowego etapu działalności,
więc kompozycje subtelnie sączą swą tajemnicę, płynnie w zapętlonej rytmicznej
oprawie prowadząc główne motywy do kulminacji napięcia. A to czar roztoczy
delikatna elektronika, załkają smyczki, akustyk krystalicznie czystym
brzmieniem zaakcentuje swą niebagatelną rolę, a to samotny akord elektryka
przygotuje pole dla popisowej solówki. Nad tą ucztą dla wrażliwców swym drżącym
głosem zapanuje mistrz ceremonii wspomagany fragmentami wyrazistym głosem
niewiasty. Tyle i tylko tyle lub wystarczająco lub nawet nadto? Prawdę mówiąc
ten album to nic odkrywczego w sensie formuły ale został zagrany z pasją
zaśpiewany z emocjonalnym zaangażowaniem i zaaranżowany po mistrzowsku, zatem ja
jestem zachwycony. Szczególnie że czując się osierocony przez oblicze Anathemy
z przełomu Eternity/Alternative 4/Judgement/A Fine Fay to Exit cieszę się z szansy
obcowania z tego rodzaju dźwiękami. To piękna muzyka, która nie potrzebuje
nadmiernych kombinacji by trafić do mojego serca - nie jestem uodporniony na
jej walory, stwierdzam to z absolutną satysfakcją, nawet gdy nazwany miękkim
przez brutalnych twardzieli zostanę. :)
niedziela, 18 października 2015
Kylesa - Exhausting Fire (2015)
Kylesa od kilku lat, a dokładnie
tak od wydania Static Tensions funkcjonuje w mojej świadomości jako formacja całkiem interesująca,
gdyż proponowana przez nią hybryda sludge'u i postrocka potrafi zarówno
zmiażdżyć ciężarem jak i pobudzić transową chwytliwością z równą
intensywnością. Stąd też przy okazji zapowiadanych nowych wydawnictw
z zaciekawieniem nastawiam się na kolejną porcję produkowanego przez nią
"hałasu". Nie inaczej było, gdy na horyzoncie pojawiły się wieści o
nadchodzącym albumie zatytułowanym Exhausting Fire. Szczególnie gdy obrazek
zdobiący front płyty okazał się jednym z ciekawszych plastycznych opraw jakie
dane mi było ujrzeć w ostatnich latach - tak ten element ma zawsze dla mnie
niebagatelne znaczenie gdy twórcze działania muzyków pozwalam sobie arogancko
oceniać. Przykuwająca wzrok oprawa graficzna i interesująca muzyka (przez
wzgląd na dotychczasowy dorobek jak i same kompozycje w necie sukcesywnie się
pojawiające), to dla mnie wystarczające powody były, by
nadchodzący krążek nabrał statusu priorytetowego wydarzenia. Nie ma finalnie
rozczarowania, gdy całość już co najmniej kilkukrotnie odsłuchana, bo oto jest
muzycznie, kompozycyjnie całkiem kreatywnie - na poziomie do jakiego przyzwyczaili. Jednak w tym satysfakcję podkreślającym tonie tkwi jedna wątpliwość, która jednoznacznego pozytywnego wrażenia nie pozwala wyrazić. Szkopuł w tym taki, że zawsze w przypadku zmierzenia się z pracą ekipy z Savannah
krecią robotę robią wokale. I nie czepiam się, że zarówno Laura Pleasants jak i Phillip Cope nie
potrafią śpiewać, nie oszukujmy się i weźmy pod uwagę, iż pośród wokalistów z takiego
stylistycznego terenu mało prawdziwych wirtuozów strun głosowych. Problem jednak w tym konkretnym przypadku polega na tym, że jak nawet wielu z wokalistów z tej niszy gatunkowej śpiewać w tradycyjnym znaczeniu
tego określenia nie potrafi, to chociaż w większości posiadają oni barwy
ciekawe. Niestety oblicze głosu Laury i Phillipa jest nijakie i samo w sobie irytujące. To
powód, że bezdyskusyjnie utalentowani kompozytorzy tworzący tą formację do mojej czołówki nadal
wbić się nie mogą i póki wciąż duet wokalny drażnić będzie znaleźć się w tej elicie
szans nie będą mieli. Żałuję ale nie jestem w stanie zdzierżyć nijakości i fałszowania w takim natężeniu, dosłownie fragmentami to aż mnie trzęsie.
P.S. Tak na marginesie jeszcze
dodam, że interesująco potraktowany przez grupę Paranoid zabrzmiał cokolwiek intrygująco.
piątek, 16 października 2015
Straight Outta Compton (2015) - F. Gary Gray
Szukam koncepcji odnośnie formuły w jakiej wrażenia po seansie streścić. Naturalnie nasuwa się pomysł aby rymy spisać, bez bitów, bo możliwości techniczne nie pozwalają na taki zabieg, lecz nie będę tutaj zawstydzał profesjonalistów, więc ziomale nie ma strachu. Nie wygłoszę też tyrady w obronie uciskanego "czarnucha" ani nie przyjmę postawy z drugiego bieguna rżnąc dumnego "białasa" co z chrześcijańską "pokorą" wyższość własnej rasy manifestuje. Napiszę o subiektywnych doznaniach czysto muzycznych, po trosze o realiach jakie obraz Gray'a ukazuje oraz o wartości czysto filmowej. Pewnie nie trzeba mieć ciemnego odcienia skóry, by rozumieć flow jaki te bity z rymem niosą (nasi rodzimi blokersi przytakną), lecz ja podkreślam stanowczo i tej linii się będę trzymał, że jestem ekstremalnie odporny na ten rodzaj twórczej ekspresji. Zatem bez obciążeń emocjonalnych do seansu przystąpić mogłem, może z odrobiną uprzedzenia wynikającego ze współczesnego miejsca hip-hopu, który w mainstreamie się rozgościł i każdy gówniarz by dodać sobie odwagi arogancje podpierającej tego rodzaju ekspresji w muzyce poszukuje - inna bajka to nabyta drogą klonowania ignorancja całej tej masy pozerów, szczeniackiej miernoty intelektualnej o wrażliwości "żadnej". Temat szeroki, a ja tutaj pisać przede wszystkim o biografii N.W.E. miałem, więc daruję sobie socjologiczno-psychologiczną diagnozę dzisiejszego stanu umysłowego większości smarkaczy. Innymi słowy, to co widzę i słyszę dzisiaj gdzieś niechęć do tego środowiska wzbudza, jednak zdaję sobie oczywiście sprawę, że korzenie takiej estetyki dźwiękowej mogą być fascynujące nie tylko przez wzgląd na samą muzykę. Fanem nie jestem i nie będę, spoglądam zatem na wydarzenia w obrazie Gray'a ukazane w miarę bez napinki charakterystycznej dla postaw pro raperskich. Przyznaję, że to co w tym konkretnym przypadku nakręcił spec od kina akcji po raz pierwszy w jego przypadku mnie się wyraźnie podoba, bo to kawał porządnego kina, gdzie gęsta i niebezpieczna atmosfera wzbudza niepokój, utrzymuje w napięciu przed ekranem, buduje silną więź z bohaterami (nawet gdy oni dla człowieka w rzeczywistości całkiem obojętni) oraz zmusza do kilku ważnych refleksji. Wiadomo że biznes muzyczny to nie bajeczka, szczególnie gdy tak pobudzone osobowości w jego obszarze funkcjonują, kiedy zamiast idei na pierwszy plan wyłażą prostackie potrzeby pławienia się w luksusie, szastania kasą i bujania się w glorii i chwale sukcesu. Gdy do gry świat przestępczy z impetem się wbija, zawodowcy co prawdziwą gangsterką (nie tą w rymach) się parają, a celem wyłącznie zysk bez względu na ofiary. Wtedy nawet "braterskie" relacje jakie za młodziana wypracowane stają przed trudnym egzaminem, bo lojalność (jak zakładam) to cecha względnie trwała i (tu mam pewność) wartościowa, lecz manipulacja i zwyczajny ludzki egoizm mechanizmami w których trybach nawet takie wartości najwyższe potrafią być bezwzględnie zmiażdżone. O tym jest obraz Gray'a i cieszę się, że nie przybrał on w wymiarze przesłania barw jednolitych, nie dał prostych odpowiedzi, a pozostawił sporo do własnej subiektywnej oceny. Pozwolił na zapoznanie się z realiami nieznanymi, środowiskiem obcym i mechanizmami intrygującymi oraz tak zwyczajnie dał szansę na spojrzenie na nabuzowanych ojców sceny gangsta rap jak na prawdziwych ludzi, nie wyłącznie prostaków z getta. Skrywających pod maską pewności siebie i zmanierowanej nonszalancji ogromną frustrację i wstydliwą wrażliwość, która pod postacią potężnej dawki werbalnej agresji w twórczości się objawia. Ludzi w rzeczywistości dziecięco naiwnych, którzy z wiarą w sukces pewną idee zmieniającą rzeczywistość próbują wprowadzić - niestety umiejętność przetrwania na dzielnicy nie przekłada się na powalająco skuteczną działalność w biznesie. To zagubienie i tą bezradność sprawnie reżyser wyłuszczył dając do zrozumienia, iż hieny tylko czekają by taką ideowość napędzaną frustracją na szmal przełożyć i resztkami z pańskiego stołu dzieciarnię kupić. Efekt (w sensie kina) jest kapitalny, bo prócz doskonałego scenariusza aktorsko każda z postaci jest wzorowo kreowana, szczególnie jak patrzę na popisy Paula Giamantti, to utwierdzam się w przekonaniu że to artysta w swoim fachu po prostu wybitny. Przyznaję na koniec (w oderwaniu od wartości filmu jako profesjonalnej roboty), że jedna rzecz mnie tutaj mierzi, bo pewien dyskomfort odczuwam, gdy z tej niszy "muzyków" (i nie tylko z tej) tak beztrosko nazywa się artystami, mam mieszane odczucia kiedy bunt w takiej formie "sztuką" jest nazywany. Brak mi pewności w jednoznacznym budowaniu sądów w tej kwestii, kiedy specyficzna wrażliwość na dźwięki zderza się z arogancją o solidnym natężeniu, podkręcana dodatkowo zastrzykiem negatywnej adrenaliny. Sztuka nierzadko to bunt, rewolucja, ale czy od razu musi być tak dosłownie z agresją i przemocą mieszana? Śmiem mieć zdecydowane wątpliwości, czy wtedy nadal nią pozostaje.
czwartek, 15 października 2015
Mustasch - Testosterone (2015)
Pióra sobie nie będę wypisywał,
inaczej klawiatury zbędnie eksploatował, bo to co sądzę o najnowszym krążku
"wąsa" już jak wróżka przy okazji refleksji w temacie Sounds Like Hell, Looks Like Heaven i Thank
You for the Demon napisałem. Nic w kwestii podejścia do pisania numerów w
obozie Mustasch od tamtej pory się nie zmieniło - może jedynie Testosterone (co za chybiony tytuł) ze względu na specyfikę brzmienia i konstrukcji postawiłbym pomiędzy
albumami odpowiednio z 2012 i 2014 roku. To tylko takie kosmetyczne drobiazgi, detale
których notabene w tej szlachetnej formie tutaj nie doświadczyłem decydują o
tym ustawieniu. Generalnie to teraz i w ostatnich latach prosty rock
całkowicie bez pazura z kilkoma (szukam na siłę) smaczkami ale w ogólności bez ich wpływu na finalny odbiór i ocenę. Granie według filozofii łatwo przyszło, łatwo
poszło, słucham i zapominam. Stąd po raz kolejny lecz tym razem już stanowczo
pretensję do ekipy Mustasch kieruję - co się z wami Panowie stało, na cholerę wam szukanie poklasku na rynku banalnych przebojów, kiedy
taki potencjał by nagrywać rzeczy ekscytujące w was uśpiony. Pamiętam debiut,
dwójkę, trójkę i kapitalny wypiek jakim Latest Version of the Truth. Właśnie tej mocy sobie życzę, jaka na starszych krążkach dominowała, choć nie ukrywam słuchając tego testosteronu
pozbawionego testosteronu nadzieja we mnie gwałtownie umiera, iż przełom zanotowany zostanie i właściwy kurs obrany. Leci teraz Dreamer - do kosza z tym śmieciem! Tak! Niestety właśnie wraz z jego odsłuchem nadzieja we mnie
zdechła.
wtorek, 13 października 2015
Graveyard - Innocence & Decadence (2015)
Cieszę się bowiem jest już niecierpliwie
oczekiwany kolejny album moich skandynawskich faworytów, którzy to na swój
własny sposób popularyzują trend ogólnie retro rockiem nazywany. Eksplorując
dźwięki sprzed kilku dekad wzbogacają je własną ciekawą tożsamością, świeżym
podejściem do tematu i sporym szacunkiem dla spuścizny z dawnych lat ikon. Nie
mam zamiaru w tym miejscu komunałów nadużywać, banalnymi porównaniami często na
wyrost kreowanymi jak z rękawa sypać, bo to w przypadku Graveyard byłby zabieg
absolutnie nietrafiony. Graveyard bowiem to formacja, która pomimo
stylistycznych zbieżności nie jest typowym epigonem co trend dla budowania
własnej marki wykorzystuje. Gdyby w czasach dominacji rocka funkcjonowała sama
przecierałaby szlaki i odkrywała nowe muzyczne lądy. Dziś jest to zdecydowanie
trudniejsze, zwłaszcza gdy oddaje się muzycznej sztuce o szlachetnym
rodowodzie i o pomnikowej tradycji - gdy własną twórczość tak wyraźnie korzeniami rocka nasyca.
Doprowadzili ci Szwedzi poniekąd do pewnego paradoksu - grając na retro modłę z
wdziękiem nowe inspirujące rzeczy robią. Potwierdza (takie moje osobiste
przekonanie) powyższą tezę szczególnie właśnie Innocence & Decadence, który
przywodząc na myśl dźwięki od dekad już obeznane przemyca rozwiązania oryginalne. Szarpią drapieżnie i po chwili łamią subtelnie tempo,
buczą, czasem rasowo rzężą ale i z wdziękiem bujają i kołyszą rozkosznie gdy
trzeba. Z wyczuciem wplatają szykowne klawisze i chórki kobiece. Stylowa psychodelia napędza tego żywego
rock'n'rolla, bluesowa surowość i soulowa subtelność go przenika, stonerowy
trip współistnieje z hard rockową chwytliwością w obrębie jego formuły.
Kompozycje ubrane są w naturalne organiczne brzmienie, dźwięk wrze, jest żywy i potężny, idealnie balans gdzieś na granicy brudu i selektywności utrzymując.
Obcowanie z Innocence & Decadence jak i poprzednimi ich produkcjami to dla
mnie przeżycie zjawiskowe, ono ekspresyjną podróżą przez dźwiękową fakturę, ono
spełnieniem moich podświadomych muzycznych potrzeb!
niedziela, 11 października 2015
Mastodon - Blood Mountain (2006)
Rzekłszy trywialnie - to
najbardziej złożony album Mastodon, bogaty w detale, wymagający technicznie
(jakby inne ich krążki wyzwania dla instrumentalistów nie stanowiły), pełny rozjazdów
wszelakich, przeładowany wywijasami i zawijasami, wręcz fragmentarycznie atonalny ze sporą ilością także i wybornych harmonii, żeby odbioru przesadnie jednak nie komplikować.
Jazgotliwy intensywnie, jadem celnie tryskający i brutalnymi prostymi ryj okładający. Takie to w fakturze z pozoru
dźwiękowe szaleństwo, które jednak kapitalnym nośnym spoiwem zespolone, gdyż w aranżacjach
mistrzowskich tkwi magia, która z obłąkańczej struktury riffów i uderzeń (co by nie
napisać jednak "na mastodonowy" sposób) względnie chwytliwe numery skleca.
Uwijają się instrumentaliści niczym pracowite mrówki, by permanentnej ekscytacji
dostarczać, a każdy z nich bohaterem dla ogólnej chwały grupy pracującym, jednakże
ponad poziomy to Brann Dailor wzlatuje, okładając perkusję z chirurgiczną precyzją i z
dynamiką obłąkańczą - skojarzenia z jakim wielorękim monstrum nasuwając. Teraz z
perspektywy czasu i w kontekście przede wszystkim dwóch ostatnich dzieł czuć na
Blood Mountain jeszcze sporo surowizny i gruzu ówcześnie tuż po premierze
albumu trudno dostrzegalnych. Tak już jest, że wszystko ma charakter względy, a definiowanie szczególnie muzycznej materii jest zależne od miejsca i czasu.
Układ odniesienia i zawarte w jego obrębie wzorce porównawcze decydują o spostrzeganiu poziomu skomplikowania, zaawansowania technicznego, siły i ciężaru. Co było
nie do pojęcia i przyswojenia jeszcze wczoraj dziś już może stać się z natury przystępne.
Mastodon na Blood Mountain, to fachowo naoliwiona maszyna, zespół ogniw i system
naczyń połączonych w jednym. Działa płynnie, kumuluje energię pojedynczych
jednostek i nie pozwala, by para szła w gwizdek. Bonusowo dostarcza masy wrażeń nie tylko na technicznych walorach opartych - jest w tych nutach emocjonalna
zawierucha, arystokratyczna nonszalancja, pierwotna dzikość i finezyjna kokieteria, feeria odcieni i kalejdoskop przeżyć - jest cholera wszystko, takie to też osobliwe paradoksów zatrzęsienie! Odlot fundowany
tym barwnym wehikułem jest przygodą bez granic, niczym nieskrępowaną realizacją odjechanych marzeń. Póki we mnie brak odwagi na te realne odjazdy, będę nadal często zmysły tym
krążkiem karmił. Podczas hiperjazdy w oparach Blood Mountain mam szerokiego
banana na gębie i poczucie lekkości bytu, a i bezpieczeństwo
zapewnione, bo lądowanie zbyt twarde po nim nie będzie. To taki mój wesoły papieros
u dilera nie kupowany. :)
czwartek, 8 października 2015
Mommy / Mama (2014) - Xavier Dolan
Wybitne kino, to autentyczne emocje wydobyte z perfekcyjnej symbiozy obrazu, dźwięku i treści. Przepis prosty w praktyce nader trudny do osiągnięcia, bo wprawny widz jest szczególnie uczulony na sztuczne pozy, kiedy historię prosto ze zwykłego życia ogląda. Wychwytuje sprawnie pretensjonalność w nadmiernej poetyckości zawartą, nadęcie w przeintelektualizowanej diagnozie czy nieskromność w pouczającym tonie. Tych między innymi pułapek uniknął Dolan dostarczając niezwykle dojrzałej, rozbudowanej merytorycznie i jednocześnie kameralnej formalnie opowieści z poruszającym muzycznym komentarzem. Stworzył dzieło doskonałe mając zaledwie 25 wiosen i po raz kolejny pozostawił mnie w zakłopotaniu i ekscytacji z pytaniem jak ogromny musi być jego talent, jak sprawny już warsztat i ponad standardowo złożone zdolności obserwacyjne, iż w tak młodym wieku zawstydza spore grono utytułowanych twórców kina. Ten potencjał jest niebotyczny - jakie przed nim wyjątkowe jeszcze dzieła aż trudno sobie dziś wyobrazić. Dolan statystycznie widzi więcej, perspektywę posiada szeroką, intuicję celną, warsztat biegły, artystyczną wrażliwość nieszablonową, a emocjonalność jaką na ekran przelewa jest żywa i wiarygodna. To artysta już teraz kompletny, w idealnych proporcjach wykorzystujący młodzieńczą świeżość spojrzenia i wprawę rutyniarza. Zadacie pewnie pytanie w pełni uzasadnione, czemuż to pisząc o konkretnym obrazie skupiam się przede wszystkim na lawinie komplementów w stronę jego twórcy kierowanych? Odpowiedź banalna moją pokorę wobec własnych ograniczeń podkreśla. Jestem pod tak ogromnym całościowym wrażeniem obejrzanego dzieła, jego wielowymiarowości, przenikliwości i przede wszystkim przesłania jakie niesie, iż kilkuzdaniowe opracowanie treści tej wnikliwej analizy relacji pomiędzy matką, a synem w całej złożonej konstelacji przyczyn, wpływów, impulsów jest ponad moje możliwości. Chylę zatem czoła przed Dolanem, iż spostrzega to czego zdecydowana większość widzieć nie chce lub zwyczajnie dostrzec nie potrafi, bo prymitywność zainfekowała przestrzeń publiczną proste szablony percepcji narzucając i taśmowo bezduszne egzemplarze ignorantów produkując. Dziś niestety prostactwo i radykalizm wokół króluje i z tego tronu na jaki bezczelnie się wspięły zejść zamiaru nie mają - szybko abdykacji czy detronizacji nie przewiduję. Zakładam, że takie realia utrudniają funkcjonowanie osobom podobnym Dolanowi wszak nic tak człowieka wewnętrznie nie jest w stanie rozmontować jak własna inteligencja i wrażliwość w zderzeniu z arogancją i tępotą umysłową otoczenia. Wentylem bezpieczeństwa dystans wypracowany i ironia wrodzona, czego życzę lub może życzyć już nie muszę - one przecież wyłącznie walorami wartościowych osobowości, a taką przez pryzmat filmów u Dolana widzę. Stąd uznanie moje wobec dokonań tego młodziana podkreślam i baczne przyglądanie się jego dalszej działalności artystycznej deklaruje, a każdemu kto jest w stanie usunąć klapki ze swoich oczu seans z Mommy polecam.
P.S. 1 Tylko na cholerę taki format obrazu z takim pytaniem w ten kwadracik na ekranie się wpatrywałem - do momentu kiedy wszystko stało się jasne, sugestywny to zaprawdę był manewr.
P.S. 2 I czy tylko ja widzę tu Kevina McCallistera? ;)
P.S. 1 Tylko na cholerę taki format obrazu z takim pytaniem w ten kwadracik na ekranie się wpatrywałem - do momentu kiedy wszystko stało się jasne, sugestywny to zaprawdę był manewr.
P.S. 2 I czy tylko ja widzę tu Kevina McCallistera? ;)
wtorek, 6 października 2015
Deftones - White Pony (2000)
Przez wiele lat, tak od debiutu do
roku 2010-ego Deftones stanowił dla mnie zagadkę niezgłębioną. Zastanawiało mnie co
w nim widzą ci co oddanymi fanami się nazywają, w czym tkwi ten magnes ich
przyciągający, a mnie poniekąd wprost proporcjonalnie odpychający? Nie było mowy bym
pomimo dosyć licznych prób zgłębienia tematu odnalazł tą magię i poddał się jej
oddziaływaniu. Aż na rynku pojawiło się Diamond Eyes i z impetem od startu
pochłonęło mnie bez reszty. Pisząc o White Pony wciskam w tekst odniesienie do
diamentowych oczu, bo gdyby nie ten przełom jaki przyniosły w spostrzeganiu
dźwięków kreowanych przez Chino Moreno i spółkę nie byłbym zapewne w stanie
dostrzec geniuszu zawartego także w "kucyku". Tak to bywa, że do pewnych
wyborów i fascynacji trzeba długą drogę przebyć, rozwinąć szeroką perspektywę,
wyłączyć uprzedzenia, pozwolić sobie na szaleństwo paradoksalnie z dojrzałości
wynikające. Wtedy to bez ograniczeń klapkami na oczach nazywanymi, w pełni
świadomie cieszyć się wolnością od konwenansów - decyzyjnością autonomiczną.
Skąd to niby moje względne zniewolenie pochodziło? Pewnie z gówniarskiego
jeszcze przekonania, że grupa wypływająca swego czasu z potopu nu metalowego
nie może grać rzeczy prawdziwie ciężkich i złożonych, a ambitny charakter ich
muzyki to tylko taki pic na wodę aby nowoczesną intelektualną awangardę
przyciągnąć. Myliłem się co do sporego fragmentu tej przebiegłej tezy, znaczy
co do intencji jaka Deftones przyświecała, racje natomiast miałem w kwestii
pozerstwa w znacznej części wśród elit dominującą rolę odgrywającego. Teraz jako
człowiek już w czwartej dekadzie życia funkcjonujący napiszę z perspektywy
dojrzałej, iż kucyk ten biały w pełni na swój legendarny status zasłużył, bo
dźwięki jakimi karmi mój słuch nie tylko próbę czasu obiektywnie spostrzegając
przetrwały, one wręcz po latach kiedy trendziarstwo w tej stylistyce przeminęło
świecą jeszcze intensywniejszym blaskiem, swą wartość podkreślając. Czas
weryfikuje wszystkie sezonowe gwiazdki bezlitośnie i sprawiedliwie odsiewając
ziarno od plew. Zostają tylko ci najlepsi z atutem jakim niezależność od trendu -
być wielkim nagrywać kapitalną muzykę gdy wiatr w oczy wieje, a przede wszystkim
pozostawać sobą z szacunkiem dla własnej tożsamości oraz oddanych zwolenników, to walor tylko wybitnych grup i
jednostek.
P.S. Wszystkie opisy z archiwalnych refleksji
związanych z Diamonds Eyes i Koi No Yokan dotyczące sensu stricto muzyki pasują
idealnie także do zawartości White Pony,
stąd nie będę tutaj tego powielał. :)
poniedziałek, 5 października 2015
Chris Cornell - Higher Truth (2015)
Chris Cornell to obecnie niezwykle intensywnie
zapracowany weteran, bo wraz z Soundgarden materiał na drugą po powrocie płytę
przygotowuje, osobiście przebąkuje lub też głosem instrumentalistów Rage
Against the Machine napięcie podkręca plotkami o odrodzeniu Audioslave i
wreszcie materializuje idee kolejnego solowego albumu. Zaiste aktywnie szóstą dekadę życia wykorzystuje dając jasny sygnał, że można jak się chce i to nawet
na poziomie zdecydowanie powyżej granicy wstydu. Jak mogłoby być inaczej
kiedy zdrowie dopisuje i to fizyczne jak i psychiczne - ogromna swego czasu
popularność w głowie nie pomieszała, a wokalna charyzma jedynie okrzepła
zadziora absolutnie nie tracąc. Potrafi gość obecnie dojrzałą osobowość w
dźwiękach zawrzeć to i zapewne w przyszłości będzie i umiał z klasą się
zestarzeć. To jednak jeszcze śpiewka przyszłości, teraz dzisiaj częstuje pięćdziesięciolatka kompozycjami, które w formule quasi akustycznego plumkania
zgrabnie kleją się do uszu i prześladują chwytliwymi melodiami co wywołuje natrętne
objawy permanentnego nucenia w trakcie jak i jeszcze po wybrzmieniu ostatniego
numeru z "najwyższej prawdy". Ekstra, prawda? Tyle, że jest tu pewne
"ale" bo jakby "ale" być nie miało gdy akustyczne granie
nigdy głęboko do mojego serducha nie trafiało. Zdanie z rymem częstochowskim
i przekonaniem pozbawionym nadziei na dłuższy zachwyt w treści zawartym dla uatrakcyjnienia tekstu skleiłem. Ha,
taki błyskotliwy manewr. Zabawny czy "suchy" kwestia osobista tak
jak subiektywny odbiór muzycznej strawy. :) Stąd też szanując odmienne zdania,
gusta prawie (z naciskiem na wyjątek) wszelakie i licząc na wyrozumiałość
pozwalam sobie na ździebko krytyki. Myślę sobie, że pomimo niewątpliwie
atrakcyjnego pierwszego planu w głębi niewiele Higher Truth proponuje. Tak po
prawdzie (mojej prawdzie bo prawd jest przecież wiele, szczególnie naprawdę
prawdziwych) prócz tej czasami wręcz nieznośnej przebojowości i co oczywiste
(tutaj sprzeciwów nie wróżę) kapitalnego głosu Chrisa, to na tym najnowszym solowym dokonaniu nic nie intryguje. Jak
powracam do tych kilkunastu piosenek, to nie po to by odkrywać ale wyłącznie
utrwalać to co już od pierwszego kontaktu niemal w pełni utrwalone. Jeśliby to
co piszę zabrzmiało jak grymasy rozpieszczonego dzieciaka, że niby fajnie ale
bez szału to tak właśnie zabrzmieć miało. Cornell z różnymi muzycznymi partnerami w wielu konfiguracjach incydentalnie tylko rozczarowywał, a przede wszystkim
przyzwyczajał, że nie trzyma się przeciętności tylko zachwyca. Tworzył tak by
przy każdym kolejnym podejściu nie odnajdywać tylko przewidywalnych
pioseneczek, a właśnie intrygujące utwory. Tutaj tego zabrakło i mimo, iż
Higher Truth muzycznie to pełna profeska, to jedynie satysfakcję przynosi
skąpiąc prawdziwej ekscytacji.
P.S.
Chyba się zaplątałem, na jednym zdaniu wielokrotnie powtarzanym
zafiksowałem, dodatkowo chcąc być jeszcze zabawnym. :)
sobota, 3 października 2015
Youth / Młodość (2015) - Paolo Sorrentino
Spisując refleksje odnośnie najnowszej materializacji talentu Paolo Sorrentino, nie zamierzam zajmować stanowiska zbieżnego z hiper intelektualistami, jak i tym bardziej spoglądać z perspektywy prostackiej. Wybiorę naturalnie drogę pełnego autentyzmu, która zaprowadzi mnie w konkluzji do stanowiska jednoznacznego, lecz nie radykalnego. Przyznaję, iż moje postrzeganie twórczości, coby to miało znaczyć i jak wiele i niewiele zarazem miało mieć pokrycia w rzeczywistości następcy Felliniego ograniczone jest obecnie do trzech ostatnich produkcji. Must Be This Place, którą odnajduję pośród najwybitniejszych obrazów jakie dane mi było zobaczyć i La grande bellazza, czyli dzieła bez wątpienia wyjątkowego, jednako zbytnio przeintelektualizowanego i przestylizowanego. Z tego punktu widzenia oczekując premiery Młodości, życzyłem sobie mniejszego stężenia megalomani kosztem posądzenia o banał i większego natężenia wyrazistości, ze świadomym ryzykiem zaczepienia o zbytnią dosłowność - inaczej potrzebowałem od reżysera opowieści wartościowej, idealnie balansującej pomiędzy pretensjonalnością kina przesadnie artystycznego, a autentyzmem kina kreującego historię w sposób w miarę bezpośredni. To właśnie otrzymałem i nawet gdy pierwsze ujęcia raczej kierunek na sztukę dla sztuki podpowiadały, to z każdą kolejno nadchodzącą wyborną sceną aktorskiej wirtuozerii w anturażu operatorskiego kunsztu i reżyserskiej maestrii byłem pewny, iż w tym pozornym chaosie klejonych ze sobą epizodów odnajdę magię wyjątkową. Bo Młodość z każdą minutą projekcji ogromnie zyskuje, a uzyskuje ten oczekiwany efekt dzięki niepodważalnej umiejętności żonglowania przez reżysera wyszukanymi środkami stylistycznymi, by prozę życia i oklepane prawdy sugestywnie wyrazić. Wplata Sorrentino także w strukturę obrazu, pomiędzy poruszające monologi i dialogi emocjonalne liczne sarkastyczne wycieczki, ironiczne drwiny, takie nonszalanckie figle, czy grubo szyte sugestie (Paloma Faith, Maradona :)) - pomimo ryzyka z tym zabiegiem związanego, kiczu zręcznie unikając. Stąd natężone uwagi (pewnie w większości nasze, bo krytyka dla krytyki to polska specjalność), że w scenariuszu i realizacji same truizmy itd. przyjmuję z pokorą jako po części uzasadnione. Jasne, że niewiele odkrywczego w tym filmie odnajduję, jednak sposób w jaki pospolite prawdy podano robi ogromne wrażenie. Muzyka i zdjęcia tak pięknie klimat nostalgii przywołujące, interpretacja reżyserska i kreacje aktorskie bez wyjątku znakomite - prawdziwa poezja i uczta dla licznych zmysłów. Trzeba tylko by je docenić umiarkowania, a jego często brakuje zakochanym w sobie stylizowanym intelektualistom. Jak Fred Ballinger na poważnie czy ironicznie raczył stwierdzić - "Intelektualiści nie mają gustu, dlatego nigdy nie chciałem zostać intelektualistą". Chyba się z tym zgadzam.
P.S. Młodość odchodzi, czas płynie nieubłaganie i nie jesteśmy tak biologicznie czy psychologicznie zaprogramowani, że naturalnie się w tych etapach odnajdujemy i ich specyfikę rozumiemy. Trudno zaakceptować, że mniej przed nami, a za nami już prawie wszystko. Pogodzić się, że to co nas ekscytuje już nieosiągalne i znaleźć takie podniety w innych obszarach które odpowiednie dla wieku zaawansowanego będą. Pokorą się wykazać i umiejętnością przystosowania, bo przemijanie to specyficzny rodzaj survivalu, adaptacji do nowych okoliczności i specyfiki środowiska. Poddać się i może zniknąć, a może walczyć i pozostać. To w tak prostym dualizmie nie może być opisywane! Doświadczenie walorem i jednako bagażem, bo jak byłeś nikim to ten nie do powstrzymania dryf w nicość łagodniejszy. Jak przez lata pozostawałeś na szczycie to pozbawiony tej mocy spadasz proporcjonalnie do wysokości gwałtowniej. Tak się zapędziłem w tych empatią przesiąkniętych przemyśleniach, a nie mam przecież jeszcze czterdziestki. :)
piątek, 2 października 2015
Sicario (2015) - Denis Villeneuve
Spisuję moje wrażenia późnym wieczorem przy dźwiękach genialnej muzyki Jóhanna Jóhannssona i uwierzcie mam dreszcze. Te wiolonczele i kotły przeszywają na wskroś, chwytają za gardło uściskiem równie mocarnym jak zdjęcia autorstwa genialnego Rogera Deakinsa - operatora kamery w takich dziełach jak m.in: No Country for Old Men, The Shawshank Redemption, The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford, Revolutionary Road i wielu jeszcze innych imponujących hiciorach. Jestem dobę po seansie i przywołane przez dźwięki obrazy powodują, iż czuję gwałtowny puls, ten sam który towarzyszył mi przez dwie godziny obserwacji działań grupy agentów rozpracowujących meksykański kartel narkotykowy. Sicario to fenomenalna akcja z odpowiednim wartkim tempem, kilkoma znaczącymi interwałami i zaskoczeniem w finale jak przystało na wciągającą i w napięciu utrzymującą strukturę thrillera. Bez jakiegokolwiek elementu który można by nawet w przypływie złośliwości określić mianem naciągany. Wszystko do bólu wręcz realistyczne, twarde z ogromną siłą wyrazu, intensywne i skoncentrowane na ustawicznym wbijaniu widza w fotel w oparach gęstniejącej atmosfery przerażenia, przygnębienia i ekscytacji. To produkcja która w swoim gatunku szczytów sięga pozostawiając mnie w poczuciu przenikającego się zachwytu z obawą, bo z kina wychodząc przez dłuższą chwilę smutek we mnie zagościł, zastanawiałem się czy szybko lub nawet czy kiedykolwiek jeszcze obejrzę kino akcji na takim poziomie. Kino absolutne, które w idealnej symbiozie łączy dramaturgię fabuły z klimatem, pełną adrenaliny akcję z fundamentalnymi pytaniami o współczesną kondycję człowieczeństwa, a wybitne aktorstwo z wyjątkową charyzmą reżyserską. Przecież ta koegzystencja precyzji Villeneuve'a z modelowym warsztatem głównych bohaterów przyniosła doskonałość najczystszą. Nie po raz pierwszy twierdzę i zapewne nie po raz ostatni, iż miarą każdego mistrza reżyserii jest umiejętność wykrzesania z aktorów maksimum ich talentu i warsztatu. Tak jak darze szczerą estymą Del Toro i Brolina, to jednak by być w pełni uczciwym muszę/chcę oddać sprawiedliwość Emily Blunt, która miotając się pośród najwyższego sortu twardzieli, będąc manipulowana, poddawana presji, przechodząc przez piekło zderzenia z monstrualnych rozmiarów brutalnością przestępców i bezwzględną determinacją "przedstawicieli prawa", robi to na poziomie oscarowym. Poprzeczka podniesiona przez Denisa Villeneuve'a na niebotycznej wysokości teraz zawieszona, ponawiam na koniec pytanie kto będzie w stanie sięgnąć takiego poziomu i jak szybko to nastąpi?
P.S. Do dnia konfrontacji z Sicario uznawałem Villeneuve'a za twórcę o ogromnym potencjale, lecz nie do końca spełniającego pokładane w nim nadzieje, gdyż Incendies mną wstrząsnęło boleśnie każąc w samych superlatywach warsztat reżysera opisać, lecz ani zbyt przekombinowany i sterylny The Enemy, a tym bardziej wzorcowo tylko poprawny Prisoners tego zachwytu nie podtrzymały. Teraz za sprawą Sicario już nie tylko nadzieję w potencjale widzę, teraz jestem pewny, że tym przełomem na stałe Kanadyjczyk do elity dołączył.
czwartek, 1 października 2015
Royal Thunder - Crooked Doors (2015)
Nie ukrywam że poprzedni album ekipy
z Atlanty wkręcił mi się w zwoje tak na dobre, dopiero przy okazji osłuchania
się z Crooked Doors. Musiał przyjść także i sprzyjający czas dla tegorocznego
albumu bo i on swoje w poczekalni gdzie tuż po premierze się znalazł chwilę
przebywał. Nie wiem z obecnej perspektywy w czym tkwił problem - czy to akurat
obecność za mikrofonem niewiasty i uprzedzenia w stosunku do śpiewających
kobiet, a może materiał na tyle wymagający, że pierwotne pojedyncze odtworzenia
nie otworzyły na tyle szeroko drzwi do mojego serca by mnie do tych dźwięków
przekonać? Zastanawiające niezmiernie szczególnie, iż dzisiaj obydwie płyty
Royal Thunder odsłuchuje z ogromną ekscytacją, a sam zespół uznaje za jedno z
najciekawszych odkryć ostatnich trzech lat. Szkoda czasu na bezowocne tropienie
powodów takiego obrotu spraw, ważna nauka płynąca z tej sytuacji została
przyswojona i będzie w przyszłości w praktyce wykorzystywana - to jest istotne.
Być przygotowanym na zaskakujące finały konfrontacji z albumami co pierwotnie
nie zachwycają - taki morał, taka pokory ucząca lekcja. :) Do sedna, czyli zgrabnie teraz spróbuje
spisać przy użyciu określeń wyrazistych specyfikę kompozycji z Crooked Doors. Nie będę w tym miejscu
poszczególnych numerów detalicznie opisywał bo takie działanie skończyłoby się
wyprodukowaniem obszernego elaboratu, którego rozmiary skutecznie odstraszałyby
nawet tych co szersze precyzyjne analizy doceniają - tyle w utworach z Crooked
Doors się dzieje. Napiszę ogólnie, iż to wielowymiarowe, pełne przestrzeni kompozycje, niezwykle plastyczne i
inspirujące w których dominuje różnorodne wykorzystanie palety brzmień oraz
środków kreujących emocje od szaleństwa po zadumę. Konsekwentnie rozwijane
tematy z licznymi punktami kulminacyjnymi podbijają napięcie unikając z
wyczuciem nudy, mechanicznej powtarzalności. W aranżacyjnej maestrii spięte,
harmonijnie z wdziękiem płyną raz wartkim innym razem spokojnym nurtem, ubogacane systematycznie szeroką gamą detali odkrywanych raz po raz przy każdym
kolejnym kontakcie. Idealnie w pełnej symbiozie współistnieją z wokalnym
kunsztem Miny Parsonz, temperamentnej pół krwi Hiszpanki, której potężny głos i
sposób interpretacji z linii melodycznych prawdziwe cudeńka tworzy. Ja oporny
przez czas jakiś na ten czar rzucany byłem, lecz teraz szczęście mając iż
dojrzeć do doceniania tej kunsztownej nuty mi się udało stwierdzam odpowiedzialnie, że
jak już zrozumiałem i urokowi się poddałem, to niewolnikiem ich twórczości do
końca dni moich pozostanę. Chyba że zamiast rockiem tanecznym umpa umpa się
zainteresują, wtedy to będę musiał poddać w wątpliwość przekonanie, że
posiadają wyjątkową muzyczną wrażliwość i w poczuciu rozczarowania przyznać się
do braku wyczucia tematu i nazbyt pochopnych deklaracji. :) Póki jednak takich oznak zagubienia nie rejestruję, a wyłącznie rozwój dostrzegam ślubuję wierność pewny iż
prą we właściwym kierunku, wydeptując autorski ślad w szeroko definiowanej retro rockowej stylistyce. Robią to efektownie i na własnych zasadach, świadomi wysokiej wartości.
środa, 30 września 2015
Shadow Dancer (2012) - James Marsh
Na wstecznym biegu jadąc przeglądam w miarę
możliwości twórczość kilku reżyserów, którzy w mojej świadomości dopiero teraz się pojawili, bardzo pozytywne wrażenie swoimi
ostatnimi produkcjami robiąc. Cofam się w ich przeszłości zakładając, iż ta podróż do głębi pozwoli trafić na wartościowe obrazy. Taką strategią się
kierując sięgnąłem po produkcję Jamesa Marsha (ubiegłoroczna poruszająca biografia Stephena Hawkinga) i
cieszę się z tego kroku, bo Shadow Dancer to fachowe mocne kino przede wszystkim "ciszą kręcone", z minimalnym udziałem dialogów. Głównym walorem klimat
przekonujący autentyzmem, który w tle niespokojne, pełne gniewu i napędzającego spiralę przemocy czasy akcentuje. Zemsta staje się celem, a metody stosowane po obu stronach barykady są bezwzględne. Na pierwszym planie kobieta pod permanentnym wpływem dziecięcej traumy, miotająca się pomiędzy lojalnością wobec ideologiczo-politycznej sprawy, a dobrem najbliższej rodziny i własnymi zaniedbanymi potrzebami. W tym brutalnym świecie zasady
podporządkowane są celom, człowiek zaplątany w sieci poddany szantażowi przy
pełnym ryzyku podwójną grę prowadzi. To było oczywiste, że w takich okolicznościach walka zrodzi
ofiary.
poniedziałek, 28 września 2015
Solaris (2002) - Steven Soderbergh
Przyznaję bez bicia, znaczy używania
w wersji praktycznej środków przymusu bezpośredniego, że oryginału Lema nie znam. Mam na półce tylko czasu zawsze za mało by przeczytać, kiedy tyle do
sprawdzenia gorących biografii person ciekawych. Stąd że ta wizja Soderbergha
okrojona, bądź bardzo luźno nawiązująca do prozy Stanisława Lema dowiedziałem
się opinie i recenzje przeglądając. Nie odnoszę się więc naturalnie do
pierwowzoru, a tylko do samego filmu zaznaczając, iż ekranizacja jakakolwiek by
nie była nigdy pod względem bogactwa treści literackiej formie nie dorówna, to
oczywiste. To kino s/f głęboko w filozofii i psychologii zatopione, intensywnie
naukowe z masą pytań i nielicznymi odpowiedziami. Skomplikowane i wymagające
skupienia pełnej uwagi, a że ja akurat tego wieczora podczas seansu zmęczony
byłem to nie bardzo radę dawałem. :) Moralne dylematy, wybory egoizmem skażone
dostrzegłem, tyle że ten błyskotliwe przenikliwy kontekst realizacyjnie zbyt
sterylny się zdawał. Emocji ze mnie nie wykrzesał tylko podziw intelektualną
maestrią wzbudził, ale to chyba wyłącznie zasługa Lema co fundament postawił.
Takie umiarkowane zadowolenie mi towarzyszyło - czułem się zaintrygowany, lecz bynajmniej nie pobudzony.
piątek, 25 września 2015
Slayer - Repentless (2015)
Gorący temat i siłą rzeczy emocje
rozgrzane maksymalnie, aż się obawiam własną opinię względem Repentless wygłosić. ;) Szczególnie, że tuż po premierze pojedyncze
świeżutkie recki poznałem i niezbyt przychylne one się okazały. Zbudowałem więc
mur obojętności na wynurzenia innych oraz ukułem sobie taką tezę, że jak kiedyś od lat za negatywną opinię względem dzisiejszych żelaznych klasyków Zabójcy
zostałbym publicznie okaleczony - przynajmniej usunięciem rąk, które te
bluźnierstwa spisały. To dziś biorąc pod uwagę okoliczności odwagą jest o
Repentless z nawet umiarkowanym entuzjazmem prawić. Przecież to truizm, że nic nie stoi w miejscu, dynamika jest podstawą
wszelkich procesów więc i stosunek do ikony podlega zmianom. Jednak kiedy
emocje nieco siadły i frustraci swoje żale gwałtownie wylali, to i kolejne refleksje (wspomniany powyżej mur nieszczelny się jednak okazał) wyważone i co cieszy konstruktywne być raczyły - tym sposobem szlag trafił moje
pozowanie na bohatera co iść samotnie pod prąd będzie. :) Kilka odsłuchów
materiału z "bez skruchy/mniej żalu", czy jak to tam poprawnie tłumaczyć, plus lektura wywiadu z Kerrym Kingiem zamieszczona w
magazynie z hałasem w nazwie przekonały mnie, że ta karkołomna misja
kontynuowania działalności bez Jeffa i Dave'a ma jednak sens. A przyznaje, że tuż po druzgocącej wiadomości o śmierci Hannemana i opuszczeniu pokładu przez Lombardo, jak
większość postawiłem na legendzie krzyżyk i chwilą wymownej ciszy
uczciłem jej (nie)świętą pamięć. Ja tu do grobu ich składam, a oni pomimo wieka
zamkniętego i piachem przysypanej trumny wyłażą z dołu i to jeszcze z dumnie
podniesionymi głowami. Zaprawdę to najtwardsi z twardych skurwieli! Zapuszczam
dziewiczy odsłuch, a z całości bije autentyczna pasja i szczerość,
zaangażowanie jakby za wszelką cenę chcieli udowodnić, że Slayer to nie tylko
Hanneman i Lombardo. I ta sztuka się udaje, a przyłapanie się na poczuciu, iż
nie brakuje tu dwóch filarów stało się miejscami faktem, za co oczywiście brawa należą
się również rezerwie która z ławki do gry weszła i przesądziła o kapitalnej grze nowego
składu. Przecież Bostaph jak zwykle precyzyjny, choć ani odrobinę w szaleństwie Lombardo dorównujący, a tym bardziej Holt sroce spod ogona nie wypadli
- ten drugi to tak po prawdzie tego rodzaju weteran który już kiedy Slayer jeszcze anonimowy
pozostawał to na scenie swoją obecność zaznaczał. Stąd też po części pochodzi
obecna siła formacji i efekt uzyskany za pośrednictwem nowych kompozycji. I
teraz dopiero konkretnie napiszę jak w moim przekonaniu jest na Repentless.
Jest drodzy niedowiarkowie dobrze (kieruje to także do siebie), a w porywach bardzo dobrze i okazjonalnie wręcz genialnie. Proporcje pomiędzy
motoryką, marszowym mocarnym dołem, a galopadą są wyważone doskonale,
chaotyczne wiercące solówki zgrabnie współgrają z chwytliwym riffem. Wiosła tną
precyzyjnie jak tradycja nakazuje, pozostawiając broczące krwią rany i jedynie
aranżacyjnie jest chwilami zbyt ubogo. Jednak czy to takie istotne kiedy riff
konkretnie kopie, a brzmienie ukręcone przez Terry'ego Date'a dostarcza porażającej mocy. Fakt, że nieco siermiężnie sklejane pomysły to jest wada tego materiału, która absolutnie nie pozwala na stawianie
Repentess na równi z finezyjną trójcą Reign-South-Seasons, jednakowoż nie
poddaje też ten argument w wątpliwość stwierdzenia, iż pod dowództwem Kerry'ego i Toma
Slayer bardzo przyzwoity nagrał. Na mojej półce krążek numer jedenaście w dorobku zabójcy stawiam tuż obok
Divine Intervention (okoliczności powstania) i w bezpośrednim sąsiedztwie Christ Illusion (skojarzenia z zawartością) i już teraz
spontanicznie deklaruje oczekiwanie na kolejny. Jak okrzepną w tym składzie, pewności
co do własnych dużych możliwości nabiorą oraz może przekonają się w praktyce o niemal bezwarunkowej lojalności fanów (życzyłbym), to spodziewam się jeszcze mocniej
rażącego ładunku. Teraz bogatszy nie o materiał genialny lecz o uzasadnioną nadzieję na "więcej i jeszcze lepiej" stwierdzam, że
dobrze się stało iż King i Araya nie odpuścili i ambitnie przeciwstawili się
krzywdzącym opiniom o bezdyskusyjnej wyższości tej labilnej części pierwotnego
składu nad tą bardziej odpowiedzialną.
P.S. Jak stwierdził Kerry King "... zawsze znajdzie się grono niezadowolonych lub takich, co skreślili nas w imię swoich nieracjonalnych przekonań..." - przykro tylko, jak zauważam ja, że ich koncentracja w tym kraju wyjątkowo
duża. Im to dedykuję soczyste - jak się nie podoba to wypierdalać! Bluzg to pewnie konsekwencja obcowania z chamskim thrashem. :)
czwartek, 24 września 2015
Tale of Tales / Pentameron (2015) - Matteo Garrone
Tak się składa, że nawet kiedy podrostkiem byłem to od fantazyjnych opowieści w baśniowej estetyce zatopionych wolałem te historie które mocniej w racjonalnej rzeczywistości były osadzone. :) Nie dziwi mnie zatem, iż odporność na taką konwencję nadal we mnie aktywna i stając do konfrontacji nawet z jej dorosłym odpowiednikiem nie jestem w stanie poddać się całkowicie sugestywnemu jej oddziaływaniu. Jednako nie popadając przy okazji widowiska wyreżyserowanego przez Matteo Garrone w ton euforyczny, potrafię docenić rozbuchany artyzm, wyszukane środki stylistyczne, surrealistyczny odlot i realistyczne przesłanie jakie w nim zawarte. Obrazową muzykę, plastyczny przepych i wartościową treść, pośród licznych metafor i alegorii skrzętnie przemycaną. Bo jak doczytałem Garrone korzystając z przypowiastek niejakiego Giambattisty Basilego i zachowując ich pierwotny charakter stworzył z kilku z nich mozaikę, która o ważkich kwestiach traktuje. Pragnienia i poświęcenie, to słowa tutaj kluczowe jak się zdaje i wokół nich cała misternie pleciona opowieść osnuta. Każde pragnienie posiada swą cenę, ona tym wyższa im ono bardziej gwałtowne - czy gotów jesteś ponieść te koszta? Zdaje się takie pytanie Garrone zadawać odpowiadając na nie rozbudowanym ciągiem zdarzeń, gdzie krew spływa wartkim potokiem pośród osobliwie kreślonych postaci i groteskowej formy. Nie było słodkiej puenty, ani płytkich konkluzji. Było za to sporo goryczy, bólu i cierpienia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























