Minęło trochę czasu nim myśli
zebrałem i kilkukrotnie wznowiłem odsłuchy tego krążka. Pamiętam dokładnie jakim
echem, a dokładnie czkawką żenady odbijało się ówcześnie (tuż po spektakularnym sukcesie Toxicity),
wspomnienie koncertowej wizyty ekipy Tankiana - wraz ze Slayer z roku 1998-ego. Chamstwo i grubiaństwo nieprzygotowanych na porcje muzyki
nieszablonowej radykalnych fanów zabójcy, powitało nieznanych jeszcze szerzej wtedy naturalizowanych Amerykanów. Ale „nie o tem, nie o tem” być
miało. A może "o tem", bo pewną ciekawą obserwację socjologiczną powyższy
incydent w konfrontacji z późniejszą
falą ekscytacji innowacyjnością twórczości systemu ukazuje. Mianowicie jak
media, rynek branżowy, a przede wszystkim wytwórnie wypromować status grupy
potrafią - tutaj SOAD na taki przywilej jak najbardziej zasłużył. W jaki sposób
zmieniło się postrzeganie kapeli i oczywiście najistotniejsze w moim subiektywnym
odczuciu – że trzeba samemu mieć nosa i bez sugestii otoczenia, innych wiedzących
lepiej wyczuć co jest wartościowe wśród łamiących szablony. Łatwo podążać za
stadem, co w naszej przecież ludzkiej naturze tkwi, rzucać obelgi w stronę tych
co niezrozumiani, przez co wydrwieni. Trudniej zadać sobie trud poznawczy, by
bezpodstawnie inwektywami nie miotać lub chociaż pewną neutralność zachować.
Koniec socjologii i psychologii na wyrost stosowanej - tematu okołomuzycznego,
stąd kieruje już swe refleksje w stronę li tylko zawartości muzycznej Toxicity.
A tutaj analiza ku elaboratom prowadzi, których za wszelką cenę próbuję unikać, by jeszcze tych co czas na moje literackie wypociny poświęcają nie zniechęcać
zwykłym przerostem formy nad treścią. Zatem krótko, bo każdy obowiązki jakieś
posiada i priorytety wskazać musi. Ładują panowie w tą autorską oryginalną
koncepcję, dynamikę rytmicznych galopad, czasem prymitywnych lub inaczej
oszczędnych technicznie, by w momencie przejść
do skomplikowanych łamańców, kapitalnie ożywiających fakturę kompozycji. Gitary
tną wyraziste riffy, soczyście podbijane potężnym brzmieniem, ze sporą ilością
detali, intrygujących drugoplanowych dźwięków podkreślających egzotyczną melodykę.
Wokalne szaleństwo Serja Tankiana z charakterystycznym akcentem i
niespotykanym bezprecedensowym stylem intonacji, w taki barwny sposób
interpretującym trafne spostrzeżenia ubrane w celnych słowach. Wybornie
definiujące w finalnym efekcie całościowo odczucia w konfrontacji z płynącą
nutą. Nie dziwi mnie już dzisiaj z perspektywy czasu kultowy status tego
materiału oraz współczesne częste już odwoływanie się wśród tych, co jeszcze z
mlekiem pod nosem w ciężką muzykę się wkręcają do wartości samej w sobie spuścizny
muzycznej SOAD. Fajni, że dzięki tym młodym jednostkom nie zginie kult muzyki
łamiącej proste estetyczne zasady harmonii w piosence. Znaczy że ona musi mieć
ładną melodię i lirycznie traktować o tym, że Kamil pod remizą, przepraszam –
w lanserskim klubie przy stodole sołtysa (ukłony dla wszystkich pełniących tą
zaszczytną, społeczną funkcje) wyrwał na ospojlerowany niemiecki dynamit (takiego znaczy "miszcza"
jednej czwartej mili) długonogą córkę lokalnego bambra. Dziękuje więc wam w tym miejscu, młodzi co z prądem nie płyniecie i zachęcam do dalszego odkrywania bogactwa gitarowego młócenia. Kasy z
tego nie będziecie mieli (co za zawód? ;)), ale satysfakcję z pewnością gwarantowaną uzyskacie. I tak
niepostrzeżenie przeszedłem od chamstwa radykałów poprzez naukowe wywody dziennikarskie analizy i częściowo gorzkie o stadnym postrzeganiu muzyki
refleksje do podziękowań dla tych co nadzieją dla mnie i tego co pasją muzyczną
moją - w tym KRÓTKIM z założenia tekście. ;)
wtorek, 12 listopada 2013
niedziela, 10 listopada 2013
Young Adult / Kobieta na skraju dojrzałości (2011) - Jason Reitman
Startuje z oglądaniem, akcja (to nadużycie) płynie i zadaje sobie pytanie - o czym to będzie? Ale już po chwili zaczynam kminić! Prosta lecz bogata w dojrzałą treść to opowieść, o niespełnieniu, zagubieniu, pustce, ale także kierowanej między innymi ambicją chorej miłości i egoistycznej samotni. Interesująco opowiedziana, wymagającą pewnego wysiłku intelektualnego i specyficznej powodowanej wiekiem perspektywy (niektórzy może i tak nigdy nie dorosną) by jej walory docenić. A ja LUBIĘ TO - to kiedy taki pozornie senny klimat filmu świetnie z muzyczną oprawą współistnieje, kiedy to brak przekombinowanego nadęcia i bezpośredniego, siłowego podkręcania napiętej już do granic możliwości formy ustępuje miejsca dla fabuły, której osią zwyczajne życie. Wśród bohaterów przeciętni ludzie, często o skrajnie odmiennych osobowościach skupiających się na różnych wartościach czy celach, a obserwacje twórców niezwykle trafnie szkicujące ich świat. OK, nie będę się zagłębiał w szczegóły, napiszę krótko, że kawał to dobrego kina, bez fajerwerków, jednak wyśmienicie ludzką codzienność opisującego. Z wybornym aktorstwem (wszyscy chwalą Theron i ja też to zrobię), takim odartym z niepotrzebnego szałowego anturażu. Czysta przyjemność o wartościach terapeutycznych na spokojny wieczór po ciężkim dniu! I wcale nie jest to film wyłącznie dla bab.
P.S. I jeszcze taki detal! To symboliczne skubanie czy wyrywanie włosów fachowo trichotillomanią bodajże zwane.
sobota, 9 listopada 2013
Trance / Trans (2013) - Danny Boyle
Charakterystyczna dla Boyle'a rzutka maniera prowadzenia narracji, specyficzne ujęcia i intrygujący temat z ciekawie skonstruowanym scenariuszem. Iluzja z której metodycznie zrywana jest zasłona tajemnicy, odsłaniająca strzępy układające się w skomplikowaną grę pozorów, pełną zwrotów akcji i zakładanego przez twórców zaskoczenia. Jednak pomimo fachowej ręki reżysera ta ultranowoczesna, dynamiczna produkcja mnie nie przekonuje, a powodem zwyczajnie forma w jaką spakowana - taka odhumanizowana, bez głębi psychologicznego rysu postaci, pomimo treści wprost do zawiłości ludzkiej psychiki nawiązującej. Szybko, efektownie z wątkiem sztucznie naciąganym, według współczesnego przepisu na hit dla mas. Znaczy z im intensywniej powykręcaną fabułą tym bardziej szałowym efektem, a ja w kinie niestety nie tego poszukuje. Doceniam ale nie klękam, tyle!
piątek, 8 listopada 2013
Spiritual Beggars - On Fire (2002)
Latka lecą nieubłaganie i nawet albumy co jeszcze stosunkowo niedawno świeże na rynku były, a wyczekiwana ówcześnie ich premiera w pamięci zachowana jako doświadczenie niemal sprzed kilkunastu dni, z ponad dyszką na karku dzisiaj już się mierzą. Szczęście jednak że wraz ze zgubieniem charakterystycznego zapachu farby drukarskiej wiele z tych krążków nic na atrakcyjności i mocy pierwotnej nie straciły. Przykład pierwszy z brzegu, co tłocząc dźwięki w plastiku zawarte wypełnia przestrzeń gierkowskiego M4, taki szyld posiada adekwatny do treści. On Fire brodaczy ze Spiritual Beggars kręci się intensywnie i porywa do świata muzy autentycznej, bez cienia komercji czy trendziarstwa. Tam już wtedy od ośmiu lat legendarny Michael Amott na uboczu sceny się przyczaiwszy, popularyzowaniu hard rocka na stonerowym zawieszeniu się oddał. I przyznać muszę z perspektywy czasu, że to artystyczne wcielenie tego Skandynawa dla mnie najbardziej przekonujące. Nie Carcass który w branży krytykowany być nie może, czy dla odmiany Arch Enemy po których modne jest ostatnio jechanie jak po łysej kobyle (na co nota bene sobie tymi pierdołami jakie wydają zasłużyli), tylko właśnie to tradycyjne rockowe wcielenie skutecznie z powodzeniem aktywujące wśród metalowo-rockowej braci sentymentalną podróż do nuty idealnie oddającej ducha hedonizmu. Bez zbędnej napuszonej literackiej retoryki, prosto, rubasznie, z pierdolnięciem i pozytywną energią. Muzyka bogata aranżacyjnie, ale nie przekombinowana dla potrzeb uzyskania szałowego efektu, wykorzystująca proste środki przewartościowane w pełnym wyobraźni umyśle Amotta i kompanów. Naładowana dobitnym gitarowym łojeniem, pełna pasji i groov'u soczystego bębnienia, klawiszowych odjazdów w szlachetnej hammondowej formule i co istotne wokalnej kapitalnej maniery - szorstkiej jak i jednocześnie niezwykle głębokiej jaką bez wątpienia debiutujący ówcześnie w szeregach SB Janne JB Christoffersson dysponował. Skarb jakim dla tej formacji był niestety po dwóch krążkach własną drogę rozwoju muzycznego obrał, by poświęcić się bezwzględnie własnemu dźwiękowemu dziecku któremu na imię Grand Magus. Szkoda ogromna pomimo dwóch ostatnich w ogólnym rozrachunku bardzo dobrych krążków z Apollo Papathanasio, że zaledwie dwukrotnie na albumach duchowych żebraków dane jest mi obcować z tym wyśmienitym głosem. Na koniec wazeliniarska deklaracja bezkrytycznego uwielbienia dla On Fire! Nie mam żadnych właściwie uwag pod adresem tej produkcji, bo aptekarska dokładność czerwonowłosego maga wiosła nie pozwala się do żadnego nawet detalu tutaj przyczepić. Muza płynie, morda mi się cieszy i nic więcej w tej konkretnie materii mi nie trzeba!
czwartek, 7 listopada 2013
Protest the Hero - Volition (2013)
Przyznać muszę że kilkanaście z pewnością już za mną odsłuchów, a najnowsza produkcja Kanadyjczyków pewnie nawet w części jeszcze nieodkryta. Zapowiada się zatem pasjonująca przygoda na czas dłuższy. Bezwzględnie potrzeba czasu by materiał wgryzł się w świadomość, trzeba pozwolić na przebrnięcie przez proces bliźniaczy do tego co miało miejsce przy okazji Fortress i Scurrilous - poprzednich krążków Protest the Hero. Pozorne szaleństwo jest tu wtłoczone w kompozycje zlewające się w pierwszym kontakcie w zbitą masę riffów i wokalnej ekwilibrystyki Rody Walkera. Jednako ten kontrolowany chaos z każdym kolejnym spotkaniem precyzyjnie zarysowuje odrębność poszczególnych kompozycji wobec siebie. Ta muzyka żyje, pulsuje, wkręca bezlitośnie w swoje tryby z rzadka spotykaną w tej konwencji dojrzałą witalnością i chwytliwością. Bezustanne niemal galopady, solówki, gonitwy palcami po gryfie, nawałnice gitarowej lawy koegzystują na pierwszym planie z melodyjnością, która nie mierzi, nie powoduje odczucia obcowania z infantylnym pitu pitu. To niecodzienne wrażenie, szczególnie kiedy założyć (może odrobinę na wyrost) że w ramach metal core'a ci goście funkcjonują. Faktem jednako dla mnie, że ta ich autorska koncepcja niewiele ma wspólnego z tym co proponują współczesne gwiazdy nastoletniego metalu, ze względu zarówno na samą treść zdecydowanie o progresywnym sznycie, idealnym, dojrzałym wyważeniu przebojowości z fajerwerkami aranżacyjnymi jak i popisowymi partiami nienagannie wyszkolonych instrumentalistów. Może ta poniższa teza dosyć kontrowersyjna, ale co mam napisać kiedy sączące się z głośników dźwięki z założenia w obrębie żałosnej konwencji jednoczesnego dudnienia i lukrowania funkcjonujące dla mnie więcej wspólnego z progresją z najlepszych lat Dream Theater mają. Wiem, wiem, proszę się czytający te "filozoficzne" odloty nie bulwersować, bo słuch jeszcze na tyle czujny posiadam, że pomylić tych formacji za żadną cholerę bym nie mógł, a różnice jakie wychwycić zdołam wyraźnie mi z głowy taki kierunek myślenia wybiją. Chodzi mi (już, już prędko się tłumaczę!) o pewne nieograniczone, nieskrepowane, pełne przepychu aranżacyjne szaleństwo jakie poraża wręcz z krążków ekipy z Ontario, a które jeszcze dekadę temu z takim wysmakowanym artystycznym wyczuciem ekipa Petrucci'ego potrafiła prezentować. Osobną wisienką na tym wykwintnym torcie są kapitalne linie wokalne, naładowane potężną energią jak i bogatą wyobraźnią. Rody Walker to frontman wyjątkowy, z własną intrygującą szkołą interpretacji. Linie wokalne prowadzi jakby poza materią muzyczną, swoim autorskim torem, eksploatując wszelkie smaczki w postaci zawijasów, wywijasów, zakrętasów i tym podobną taką intonacyjną kombinatorykę, by nagle wpadać w melodyjne, sprzężone z wiosłami, zsynchronizowane wyśmienicie frazy. Porywa mnie ten krążek, ciekawi, wkręca intensywnie - każde spotkanie z Volition, to okazja do nowych odkryć i nie mam na myśli li tylko rozkładania faktury instrumentalnej na czynniki pierwsze, lecz ogólne, całościowe wrażenie pewnej przebudowy jego odbioru. Taka to niezwykle chwytliwa lekcja sonicznej matematyki.
środa, 6 listopada 2013
42 (2013) - Brian Helgeland
Absolutnie nie rozumiem zasad
oraz fenomenu baseballa! Rozumiem natomiast, a może mam tylko takie wrażenie, czym jest bezpodstawna fobia w stosunku do odmienności. I na tym aspekcie w
oczywisty sposób należałoby się skupić podczas seansu z 42, bo obraz to o
motywacji, pracy, samozaparciu, charakterze i odwadze w konfrontacji ze
sztucznymi uprzedzeniami. Ciepło opowiedziana historia bez spektakularnych
fajerwerków, jakie tu przecież zbędne. Może nie porywająca w tak intensywnym
stopniu jak się spodziewałem, jednak w satysfakcjonujący sposób dostarczająca
emocjonalnej strawy. Do kilku wniosków skłaniająca z których poniższe w przekonaniu
moim szczególnie istotne. Mianowicie, że ludzie zawsze się zmieniają, ich
postawy ewoluują choć proces to długotrwały, przez co jego często skromne
efekty mało kontrastowe. Sztuczne podziały ustępują pod naporem naturalnych
praw – takich co bezpodstawnych granic nie uznają. Szacunek zaś, status
uzyskany dzięki własnym osiągnięciom przy wsparciu życzliwości wartość
ogromną i żywotność bezgraniczną posiadają.
Trudna rola pioniera, jednak pamięć o nim legendarna.
P.S. Tak na marginesie – już
dawno nie widziałem Harrisona Forda w tak przekonującej roli.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Lincoln (2012) - Steven Spielberg
Steven Spielberg to bez najmniejszych wątpliwości w
Hollywood człowiek instytucja, zatem nominacje do Oscara z obowiązku mu są
przyznawane, szczególnie gdy kręcona przez niego produkcja pełna tematycznie typowego amerykańskiego nadęcia. Wtedy to pojawiają się pytania w środowisku filmowym, czy one
wynikiem jedynie posiadanego nazwiska i statusu czy może ich pochodzenie
związane z jakością jaką w konkretnym przypadku obraz stworzony reprezentuje.
Lincoln w moim przekonaniu nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi, bo i z
pewnością zarówno tematyka jak i sam obraz szczególnie ważny dla obywateli tej
różnorodnej hybrydy Ameryką potocznie nazywanej. Ale i od strony technicznej to
kinematograficzny wzór profesjonalizmu. Absolutnie nie ma się do
czego przyczepić – zwyczajnie ogromne doświadczenie procentuje. Zdjęcia,
scenografia, kostiumy czy charakteryzacja o jakości wybornej. I co w tym
konkretnym przypadku istotne w górę w kwestii wrażenia ciągną go
niezaprzeczalnie fenomenalne kreacje aktorskie Daniela Day-Lewisa jak i całej
plejady wyśmienitych ról drugoplanowych, jakie udziałem Sally Field, Tommy Lee
Jonesa, Davida Strathairna czy Hala Holbrooka. Jest rozmach ale i
sporo szlachetnej klasycznej teatralnej maniery, dialogów w anturażu szerokiej,
bogatej sceny. Pełnego skupienia produkcja Spielberga wymaga, szczególnie gdy
historia Stanów Zjednoczonych dla widza nieznana, lub jedynie fragmentarycznie
liźnięta. Polityczne rozgrywki tu główną osią wydarzeń, rodzaj gry strategicznej jakie
działania postaci kluczowych przypominają. Tylko tu kupczenie, przekupstwo, można by
rzec brudna polityka i niecna strategia dla szczytnego celu – jak określono
„korupcja wspierana przez najuczciwszego z Amerykanów”. Gdzieś na marginesie jednak o wartości istotnej tutaj także relacje Abrahama Lincolna z żoną i
synami pokazane w pełnych emocji scenach. W poważnym temacie nie omieszkał
Spielberg też wtłoczyć odrobiny humoru,
takiej nutki żartobliwej ożywiającej pewną jednostajną, a przez to trochę monotonną narrację. Niestety wadą tego obrazu
zbytni patos w wielu scenach się sączący, taki co tą charakterystyczną dla
Amerykanów przypadłość sprowadza do drażniącej niestety maniery. I jak tu
całościowo ocenić tą super produkcję? Myślę że należałoby się wszelako
wznieść ponad pewną perspektywę, bo jeśli przykładowo Lista Schindlera
uznawana nie tylko przeze mnie za arcydzieło, ten podniosły klimat końcówki
posiadała, a nie zmienił on pochlebnej opinii, to zbytnio napompowane finałowe sceny z Lincolna też powinienem
podobnie potraktować. Nie zrównuje jednako obu produkcji, bo obraz o holocauście
wstrząsnął mną bezwzględnie, a losy ustawy znoszącej niewolnictwo bardziej
takie w wersji light podane. Zwyczajnie uważam, że powinienem być wobec
ostatniej mistrza produkcji uczciwy – i tak czynię.
niedziela, 3 listopada 2013
Heaven & Hell - The Devil You Know (2009)
Dziś po kilku latach powrót tej
konfiguracji personalnej Black Sabbath z dwóch perspektyw około muzycznych, w moim subiektywnym
przekonaniu może być rozpatrywany. Primo, jako zbiegiem tragicznych
okoliczności spowodowane przetarcie szlaku do sfinalizowanej w tym roku
reaktywacji niemal pierwotnego składu legendy. Secondo, jako ostatnia artystyczna
odsłona nieodżałowanego Ronalda Jamesa Padavony. Jakkolwiek jednak by na The Devil You
Know nie spojrzeć trzeba przede wszystkim rozpatrywać go jako album co zwyczajnie
pewną określoną dawkę dźwięków przynosi. Oczekiwania odnośnie tego krążka
ogromne w środowisku fanów były, zatem poprzeczka niewiarygodnie wysoko
podniesiona klasycznymi Heaven and Hell czy Mob Rules - taka co naturalnie surowy
osąd w moim przekonaniu implikuje. I tu gorzkie żale wylać jestem zmuszony, bo w
przekonaniu mym zamiast równać do wyżej wspomnianych ikon, The Devil You Know
zaledwie w jakości sięgać Dehumanizerowi może. A ja nigdy fanem tej topornej
kreacji nie byłem, stąd ocena produkcji z 2009 pełna rozczarowania. Jednolita to
bryła, bez żywiołu i pasji, takich jakie z legendarnych krążków tryskały. Tutaj oprócz
klasycznych, szlachetnych riffów maestro Iommie’go i niestety zmęczonego,
siłowego głosu Dio nic nie przyciąga uwagi. Zamiast starać się detalicznie
opisywać jego zawartość trzeba by z bezpośrednią arogancją napisać, że NUDĄ
wieje, a nie ma większego grzechu w moim przekonaniu w tej branży niźli kiedy
zasłużeni wirtuozi którzy w tym fachu wszystkiego smakowali jedynie rzemieślniczy,
wyzuty z emocji produkt wciskają. A może taki odbiór to wynik przede wszystkim
wokalu Dio? Im częściej próbuje się przekonać do dźwiękowej materii ukrytej pod
demoniczną obwolutą płyty, tym bardziej drażni mnie ta podniosła maniera użyta
przez niego - on tu nie porywa głębią tylko pieje niemiłosiernie. Niezwykle trudno dopuścić mi ów fakt do świadomości, bo ten wątły
fizycznie, a wielki duszą człowiek znaczy w moim muzycznym świecie bardzo
wiele. Nie wiem, do końca nie rozumiem lub podświadomie nie jestem gotowy by
zrozumieć co przyczyną takiego stanu rzeczy – miarą niestety być nie może kto
muzę skroił, a tylko i wyłącznie jaki efekt uzyskany mą duszę przekonuje. Niepodważalne
pozostaje, że krążek niezmiernie mnie nudzi, męczy, wysysa wręcz
energię - działa niczym typowe energetyczne wampiry pod ludzkimi postaciami.
Przykro mi bardzo ale takie moje odczucia i nie zmieniają ich oczywiste,
oczywistości, że to przecież inkarnacja Sabbath, że znów Dio w ich składzie,
czy argument podstawowy dla wielu lanserskich fanów artystycznego dorobku
nieżyjących już gwiazd, że to ten wielki
co mu się zmarło po raz ostatni daje tu głos. Z pełnym szacunkiem dla pamięci
Padavony i kunsztu kompozytorskiego Iommie’go dla mnie to zwykłe popłuczyny po
legendzie, a nie album co współcześnie moc tych tytanów rocka udowadnia. Trzeba
przecież zanim porwie się na kult którym jest się otoczonym zdawać sobie sprawę
z ryzyka z jakim się to wiąże. Może się powtarzam, bo podobne poniższym słowom
refleksje padły z mojej strony przy okazji tegorocznej 13-tki, ale nie zmieniłem
zdania w tym temacie i nic nie wskazuje na jakiekolwiek przesilenie. Skupiłby
się mistrz riffu na solowej karierze i obdarowywał mnie podobnymi Fused
dziełami, miast wciskać kolejne powroty,
reaktywacje czy bezpodstawne artystycznie
reanimacje! To pisałem ja, oddany i nadal wierzący w przełamanie tej
śmierdzącej komercją tendencji, fan wielkości maestro Iommie’go.
sobota, 2 listopada 2013
Monster Magnet - God Says No (2000)
Czas jakiś po swej premierze God Says No pracował wytrwale na status wyjątkowy, bowiem przerabiając bogatą
dyskografię ekipy Dave’a Wyndorfa przede wszystkim ultra przebojowy Powertrip
uwagę moją najskuteczniej przykuwał. Jednakowoż jego następca w obwodzie nieco
gdzieś funkcjonując, swoim specyficznym charakterem finalnie miana albumu wybitnego się doczekał.
Wiem oczywiście, że teza ta w obozie fanów Monster Magnet trochę niepopularna,
bo tu w radykalnych przekonaniach albumy o sporym stężeniu kwasu co
psychodeliczne odjazdy poczynić potrafią na pudle stoją. God Says No tą jaskrawą
hipnotyzującą aurą w znikomym stopniu nasycony
– on na bardziej klasycznym rocku skupiony. Dzięki czemu dostałem ja taki
materiał co wkręca, by rytmicznie po tym zabiegu nóżką potupać i efektownie bioderkami pokręcić, niżby odlot zaliczając w obłędzie się pogrążać. Kapitalny
klimat z mnóstwem efektów tło dla oryginalnych bujających rytmów tworzy.
Pozwala mi rozkoszować się dźwiękami co jednocześnie zastrzyk życiodajnego
energetycznego paliwa dostarczają jak i w niemal uspokajająco-rozluźniającym
łożu dają możliwość się umościć. W szczegółach odrobinę spojrzenie – dwa
kawałki tutaj na czoło stawki się wysuwają, otwierając i prawie zamykając
krążek. Melt i Cry, bowiem swoją pełną
dramaturgii konstrukcją potwierdzają wyborne umiejętności kompozytorskie ekipy
Monster Magnet. Natomiast pozostałe numery wyśmienicie w przestrzeń dźwiękową
wtłaczają ciekawe nietuzinkowe rozwiązania, jednowymiarowe rytmicznie, frapująco-mamiące rytmy, czy retro klawiszowe smaczki. Wszystko w precyzyjnych
proporcjach, skrupulatnie odmierzone i podane w jakości Q. Co ja więcej tu mam
się jeszcze produkować, kiedy ten archetyp rockmana z pełnym autentycznej pasji
zaangażowaniem z trzewi wyrywa donośne manifesty! Drę zatem wespół z Dave'm ryja (tak w środku Mariusza bo by mi tych popisów sąsiedzi nie wybaczyli) i taniec szamański zawzięcie uskuteczniam. Uwielbiam ich i jak się kiedyś smażyć w piekle to wyłącznie w
takim towarzystwie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








