wtorek, 12 listopada 2013

System of a Down - Toxicity (2001)




Minęło trochę czasu nim myśli zebrałem i kilkukrotnie wznowiłem odsłuchy tego krążka. Pamiętam dokładnie jakim echem, a dokładnie czkawką żenady odbijało się ówcześnie (tuż po spektakularnym sukcesie Toxicity), wspomnienie koncertowej wizyty ekipy Tankiana - wraz ze Slayer z roku 1998-ego. Chamstwo i grubiaństwo nieprzygotowanych na porcje muzyki nieszablonowej radykalnych fanów zabójcy, powitało nieznanych jeszcze szerzej wtedy naturalizowanych Amerykanów. Ale „nie o tem, nie o tem” być miało. A może "o tem", bo pewną ciekawą obserwację socjologiczną powyższy incydent w konfrontacji z późniejszą falą ekscytacji innowacyjnością twórczości systemu ukazuje. Mianowicie jak media, rynek branżowy, a przede wszystkim wytwórnie wypromować status grupy potrafią - tutaj SOAD na taki przywilej jak najbardziej zasłużył. W jaki sposób zmieniło się postrzeganie kapeli i oczywiście najistotniejsze w moim subiektywnym odczuciu – że trzeba samemu mieć nosa i bez sugestii otoczenia, innych wiedzących lepiej wyczuć co jest wartościowe wśród łamiących szablony. Łatwo podążać za stadem, co w naszej przecież ludzkiej naturze tkwi, rzucać obelgi w stronę tych co niezrozumiani, przez co wydrwieni. Trudniej zadać sobie trud poznawczy, by bezpodstawnie inwektywami nie miotać lub chociaż pewną neutralność zachować. Koniec socjologii i psychologii na wyrost stosowanej - tematu okołomuzycznego, stąd kieruje już swe refleksje w stronę li tylko zawartości muzycznej Toxicity. A tutaj analiza ku elaboratom prowadzi, których za wszelką cenę próbuję unikać, by jeszcze tych co czas na moje literackie wypociny poświęcają nie zniechęcać zwykłym przerostem formy nad treścią. Zatem krótko, bo każdy obowiązki jakieś posiada i priorytety wskazać musi. Ładują panowie w tą autorską oryginalną koncepcję, dynamikę rytmicznych galopad, czasem prymitywnych lub inaczej oszczędnych technicznie, by w momencie przejść do skomplikowanych łamańców, kapitalnie ożywiających fakturę kompozycji. Gitary tną wyraziste riffy, soczyście podbijane potężnym brzmieniem, ze sporą ilością detali, intrygujących drugoplanowych dźwięków podkreślających egzotyczną melodykę. Wokalne szaleństwo Serja Tankiana z charakterystycznym akcentem i niespotykanym bezprecedensowym stylem intonacji, w taki barwny sposób interpretującym trafne spostrzeżenia ubrane w celnych słowach. Wybornie definiujące w finalnym efekcie całościowo odczucia w konfrontacji z płynącą nutą. Nie dziwi mnie już dzisiaj z perspektywy czasu kultowy status tego materiału oraz współczesne częste już odwoływanie się wśród tych, co jeszcze z mlekiem pod nosem w ciężką muzykę się wkręcają do wartości samej w sobie spuścizny muzycznej SOAD. Fajni, że dzięki tym młodym jednostkom nie zginie kult muzyki łamiącej proste estetyczne zasady harmonii w piosence. Znaczy że ona musi mieć ładną melodię i lirycznie traktować o tym, że Kamil pod remizą, przepraszam – w lanserskim klubie przy stodole sołtysa (ukłony dla wszystkich pełniących tą zaszczytną, społeczną funkcje) wyrwał na ospojlerowany niemiecki dynamit (takiego znaczy "miszcza" jednej czwartej mili) długonogą córkę lokalnego bambra. Dziękuje więc wam w tym miejscu, młodzi co z prądem nie płyniecie i zachęcam do dalszego odkrywania bogactwa gitarowego młócenia. Kasy z tego nie będziecie mieli (co za zawód? ;)), ale satysfakcję z pewnością gwarantowaną uzyskacie. I tak niepostrzeżenie przeszedłem od chamstwa radykałów poprzez naukowe wywody dziennikarskie analizy i częściowo gorzkie o stadnym postrzeganiu muzyki refleksje do podziękowań dla tych co nadzieją dla mnie i tego co pasją muzyczną moją - w tym KRÓTKIM z założenia tekście. ;)

niedziela, 10 listopada 2013

Young Adult / Kobieta na skraju dojrzałości (2011) - Jason Reitman




Startuje z oglądaniem, akcja (to nadużycie) płynie i zadaje sobie pytanie - o czym to będzie? Ale już po chwili zaczynam kminić! Prosta lecz bogata w dojrzałą treść to opowieść, o niespełnieniu, zagubieniu, pustce, ale także kierowanej między innymi ambicją chorej miłości i egoistycznej samotni. Interesująco opowiedziana, wymagającą pewnego wysiłku intelektualnego i specyficznej powodowanej wiekiem perspektywy (niektórzy może i tak nigdy nie dorosną) by jej walory docenić. A ja LUBIĘ TO - to kiedy taki pozornie senny klimat filmu świetnie z muzyczną oprawą współistnieje, kiedy to brak przekombinowanego nadęcia i bezpośredniego, siłowego podkręcania napiętej już do granic możliwości formy ustępuje miejsca dla fabuły, której osią zwyczajne życie. Wśród bohaterów przeciętni ludzie, często o skrajnie odmiennych osobowościach skupiających się na różnych wartościach czy celach, a obserwacje twórców niezwykle trafnie szkicujące ich świat. OK, nie będę się zagłębiał w szczegóły, napiszę krótko, że kawał to dobrego kina, bez fajerwerków, jednak wyśmienicie ludzką codzienność opisującego. Z wybornym aktorstwem (wszyscy chwalą Theron i ja też to zrobię), takim odartym z niepotrzebnego szałowego anturażu. Czysta przyjemność o wartościach terapeutycznych na spokojny wieczór po ciężkim dniu! I wcale nie jest to film wyłącznie dla bab.

P.S. I jeszcze taki detal! To symboliczne skubanie czy wyrywanie włosów fachowo trichotillomanią bodajże zwane.

sobota, 9 listopada 2013

Trance / Trans (2013) - Danny Boyle




Charakterystyczna dla Boyle'a rzutka maniera prowadzenia narracji, specyficzne ujęcia i intrygujący temat z ciekawie skonstruowanym scenariuszem. Iluzja z której metodycznie zrywana jest zasłona tajemnicy, odsłaniająca strzępy układające się w skomplikowaną grę pozorów, pełną zwrotów akcji i zakładanego przez twórców zaskoczenia. Jednak pomimo fachowej ręki reżysera ta ultranowoczesna, dynamiczna produkcja mnie nie przekonuje, a powodem zwyczajnie forma w jaką spakowana - taka odhumanizowana, bez głębi psychologicznego rysu postaci, pomimo treści wprost do zawiłości ludzkiej psychiki nawiązującej. Szybko, efektownie z wątkiem sztucznie naciąganym, według współczesnego przepisu na hit dla mas. Znaczy z im intensywniej powykręcaną fabułą tym bardziej szałowym efektem, a ja w kinie niestety nie tego poszukuje. Doceniam ale nie klękam, tyle!

piątek, 8 listopada 2013

Spiritual Beggars - On Fire (2002)




Latka lecą nieubłaganie i nawet albumy co jeszcze stosunkowo niedawno świeże na rynku były, a wyczekiwana ówcześnie ich premiera w pamięci zachowana jako doświadczenie niemal sprzed kilkunastu dni, z ponad dyszką na karku dzisiaj już się mierzą. Szczęście jednak że wraz ze zgubieniem charakterystycznego zapachu farby drukarskiej wiele z tych krążków nic na atrakcyjności i mocy pierwotnej nie straciły. Przykład pierwszy z brzegu, co tłocząc dźwięki w plastiku zawarte wypełnia przestrzeń gierkowskiego M4, taki szyld posiada adekwatny do treści. On Fire brodaczy ze Spiritual Beggars kręci się intensywnie i porywa do świata muzy autentycznej, bez cienia komercji czy trendziarstwa. Tam już wtedy od ośmiu lat legendarny Michael Amott na uboczu sceny się przyczaiwszy, popularyzowaniu hard rocka na stonerowym zawieszeniu się oddał. I przyznać muszę z perspektywy czasu, że to artystyczne wcielenie tego Skandynawa dla mnie najbardziej przekonujące. Nie Carcass który w branży krytykowany być nie może, czy dla odmiany Arch Enemy po których modne jest ostatnio jechanie jak po łysej kobyle (na co nota bene sobie tymi pierdołami jakie wydają zasłużyli), tylko właśnie to tradycyjne rockowe wcielenie skutecznie z powodzeniem aktywujące wśród metalowo-rockowej braci sentymentalną podróż do nuty idealnie oddającej ducha hedonizmu. Bez zbędnej napuszonej literackiej retoryki, prosto, rubasznie, z pierdolnięciem i pozytywną energią. Muzyka bogata aranżacyjnie, ale nie przekombinowana dla potrzeb uzyskania szałowego efektu, wykorzystująca proste środki przewartościowane w pełnym wyobraźni umyśle Amotta i kompanów. Naładowana dobitnym gitarowym łojeniem, pełna pasji i groov'u soczystego bębnienia, klawiszowych odjazdów w szlachetnej hammondowej formule i co istotne wokalnej kapitalnej maniery - szorstkiej jak i jednocześnie niezwykle głębokiej jaką bez wątpienia debiutujący ówcześnie w szeregach SB Janne JB Christoffersson dysponował. Skarb jakim dla tej formacji był niestety po dwóch krążkach własną drogę rozwoju muzycznego obrał, by poświęcić się bezwzględnie własnemu dźwiękowemu dziecku któremu na imię Grand Magus. Szkoda ogromna pomimo dwóch ostatnich w ogólnym rozrachunku bardzo dobrych krążków z Apollo Papathanasio, że zaledwie dwukrotnie na albumach duchowych żebraków dane jest mi obcować z tym wyśmienitym głosem. Na koniec wazeliniarska deklaracja bezkrytycznego uwielbienia dla On Fire! Nie mam żadnych właściwie uwag pod adresem tej produkcji, bo aptekarska dokładność czerwonowłosego maga wiosła nie pozwala się do żadnego nawet detalu tutaj przyczepić. Muza płynie, morda mi się cieszy i nic więcej w tej konkretnie materii mi nie trzeba!

czwartek, 7 listopada 2013

Protest the Hero - Volition (2013)




Przyznać muszę że kilkanaście z pewnością już za mną odsłuchów, a najnowsza produkcja Kanadyjczyków pewnie nawet w części jeszcze nieodkryta. Zapowiada się zatem pasjonująca przygoda na czas dłuższy. Bezwzględnie potrzeba czasu by materiał wgryzł się w świadomość, trzeba pozwolić na przebrnięcie przez proces bliźniaczy do tego co miało miejsce przy okazji Fortress i Scurrilous - poprzednich krążków Protest the Hero. Pozorne szaleństwo jest tu wtłoczone w kompozycje zlewające się w pierwszym kontakcie w zbitą masę riffów i wokalnej ekwilibrystyki Rody Walkera. Jednako ten kontrolowany chaos z każdym kolejnym spotkaniem precyzyjnie zarysowuje odrębność poszczególnych kompozycji wobec siebie. Ta muzyka żyje, pulsuje, wkręca bezlitośnie w swoje tryby z rzadka spotykaną w tej konwencji dojrzałą witalnością i chwytliwością. Bezustanne niemal galopady, solówki, gonitwy palcami po gryfie, nawałnice gitarowej lawy koegzystują na pierwszym planie z melodyjnością, która nie mierzi, nie powoduje odczucia obcowania z infantylnym pitu pitu. To niecodzienne wrażenie, szczególnie kiedy założyć (może odrobinę na wyrost) że w ramach metal core'a ci goście funkcjonują. Faktem jednako dla mnie, że ta ich autorska koncepcja niewiele ma wspólnego z tym co proponują współczesne gwiazdy nastoletniego metalu, ze względu zarówno na samą treść zdecydowanie o progresywnym sznycie, idealnym, dojrzałym wyważeniu przebojowości z fajerwerkami aranżacyjnymi jak i popisowymi partiami nienagannie wyszkolonych instrumentalistów. Może ta poniższa teza dosyć kontrowersyjna, ale co mam napisać kiedy sączące się z głośników dźwięki z założenia w obrębie żałosnej konwencji jednoczesnego dudnienia i lukrowania funkcjonujące dla mnie więcej wspólnego z progresją z najlepszych lat Dream Theater mają. Wiem, wiem, proszę się czytający te "filozoficzne" odloty nie bulwersować, bo słuch jeszcze na tyle czujny posiadam, że pomylić tych formacji za żadną cholerę bym nie mógł, a różnice jakie wychwycić zdołam wyraźnie mi z głowy taki kierunek myślenia wybiją. Chodzi mi (już, już prędko się tłumaczę!) o pewne nieograniczone, nieskrepowane, pełne przepychu aranżacyjne szaleństwo jakie poraża wręcz z krążków ekipy z Ontario, a które jeszcze dekadę temu z takim wysmakowanym artystycznym wyczuciem ekipa Petrucci'ego potrafiła prezentować. Osobną wisienką na tym wykwintnym torcie są kapitalne linie wokalne, naładowane potężną energią jak i bogatą wyobraźnią. Rody Walker to frontman wyjątkowy, z własną intrygującą szkołą interpretacji. Linie wokalne prowadzi jakby poza materią muzyczną, swoim autorskim torem, eksploatując wszelkie smaczki w postaci zawijasów, wywijasów, zakrętasów i tym podobną taką intonacyjną kombinatorykę, by nagle wpadać w melodyjne, sprzężone z wiosłami, zsynchronizowane wyśmienicie frazy.  Porywa mnie ten krążek, ciekawi, wkręca intensywnie - każde spotkanie z Volition, to okazja do nowych odkryć i nie mam na myśli li tylko rozkładania faktury instrumentalnej na czynniki pierwsze, lecz ogólne, całościowe wrażenie pewnej przebudowy jego odbioru. Taka to niezwykle chwytliwa lekcja sonicznej matematyki.

środa, 6 listopada 2013

42 (2013) - Brian Helgeland




Absolutnie nie rozumiem zasad oraz fenomenu baseballa! Rozumiem natomiast, a może mam tylko takie wrażenie, czym jest bezpodstawna fobia w stosunku do odmienności. I na tym aspekcie w oczywisty sposób należałoby się skupić podczas seansu z 42, bo obraz to o motywacji, pracy, samozaparciu, charakterze i odwadze w konfrontacji ze sztucznymi uprzedzeniami. Ciepło opowiedziana historia bez spektakularnych fajerwerków, jakie tu przecież zbędne. Może nie porywająca w tak intensywnym stopniu jak się spodziewałem, jednak w satysfakcjonujący sposób dostarczająca emocjonalnej strawy. Do kilku wniosków skłaniająca z których poniższe w przekonaniu moim szczególnie istotne. Mianowicie, że ludzie zawsze się zmieniają, ich postawy ewoluują choć proces to długotrwały, przez co jego często skromne efekty mało kontrastowe. Sztuczne podziały ustępują pod naporem naturalnych praw – takich co bezpodstawnych granic nie uznają. Szacunek zaś, status uzyskany dzięki własnym osiągnięciom przy wsparciu życzliwości wartość ogromną i żywotność bezgraniczną posiadają. Trudna rola pioniera, jednak pamięć o nim legendarna.

P.S. Tak na marginesie – już dawno nie widziałem Harrisona Forda w tak przekonującej roli.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Lincoln (2012) - Steven Spielberg




Steven Spielberg to bez najmniejszych wątpliwości w Hollywood człowiek instytucja, zatem nominacje do Oscara z obowiązku mu są przyznawane, szczególnie gdy kręcona przez niego produkcja pełna tematycznie typowego amerykańskiego nadęcia. Wtedy to pojawiają się pytania w środowisku filmowym, czy one wynikiem jedynie posiadanego nazwiska i statusu czy może ich pochodzenie związane z jakością jaką w konkretnym przypadku obraz stworzony reprezentuje. Lincoln w moim przekonaniu nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi, bo i z pewnością zarówno tematyka jak i sam obraz szczególnie ważny dla obywateli tej różnorodnej hybrydy Ameryką potocznie nazywanej. Ale i od strony technicznej to kinematograficzny wzór profesjonalizmu. Absolutnie nie ma się do czego przyczepić – zwyczajnie ogromne doświadczenie procentuje. Zdjęcia, scenografia, kostiumy czy charakteryzacja o jakości wybornej. I co w tym konkretnym przypadku istotne w górę w kwestii wrażenia ciągną go niezaprzeczalnie fenomenalne kreacje aktorskie Daniela Day-Lewisa jak i całej plejady wyśmienitych ról drugoplanowych, jakie udziałem Sally Field, Tommy Lee Jonesa, Davida Strathairna czy Hala Holbrooka. Jest rozmach ale i sporo szlachetnej klasycznej teatralnej maniery, dialogów w anturażu szerokiej, bogatej sceny. Pełnego skupienia produkcja Spielberga wymaga, szczególnie gdy historia Stanów Zjednoczonych dla widza nieznana, lub jedynie fragmentarycznie liźnięta. Polityczne rozgrywki tu główną osią wydarzeń, rodzaj gry strategicznej jakie działania postaci kluczowych przypominają. Tylko tu kupczenie, przekupstwo, można by rzec brudna polityka i niecna strategia dla szczytnego celu – jak określono „korupcja wspierana przez najuczciwszego z Amerykanów”. Gdzieś na marginesie jednak o wartości istotnej tutaj także relacje Abrahama Lincolna z żoną i synami pokazane w pełnych emocji scenach. W poważnym temacie nie omieszkał Spielberg też wtłoczyć odrobiny humoru, takiej nutki żartobliwej ożywiającej pewną jednostajną, a przez to trochę monotonną narrację. Niestety wadą tego obrazu zbytni patos w wielu scenach się sączący, taki co tą charakterystyczną dla Amerykanów przypadłość sprowadza do drażniącej niestety maniery. I jak tu całościowo ocenić tą super produkcję? Myślę że należałoby się wszelako wznieść ponad pewną perspektywę, bo jeśli przykładowo Lista Schindlera uznawana nie tylko przeze mnie za arcydzieło, ten podniosły klimat końcówki posiadała, a nie zmienił on pochlebnej opinii, to zbytnio napompowane finałowe sceny z Lincolna też powinienem podobnie potraktować. Nie zrównuje jednako obu produkcji, bo obraz o holocauście wstrząsnął mną bezwzględnie, a losy ustawy znoszącej niewolnictwo bardziej takie w wersji light podane. Zwyczajnie uważam, że powinienem być wobec ostatniej mistrza produkcji uczciwy – i tak czynię.

niedziela, 3 listopada 2013

Heaven & Hell - The Devil You Know (2009)




Dziś po kilku latach powrót tej konfiguracji personalnej Black Sabbath z dwóch perspektyw około muzycznych, w moim subiektywnym przekonaniu może być rozpatrywany. Primo, jako zbiegiem tragicznych okoliczności spowodowane przetarcie szlaku do sfinalizowanej w tym roku reaktywacji niemal pierwotnego składu legendy. Secondo, jako ostatnia artystyczna odsłona nieodżałowanego Ronalda Jamesa Padavony. Jakkolwiek jednak by na The Devil You Know nie spojrzeć trzeba przede wszystkim rozpatrywać go jako album co zwyczajnie pewną określoną dawkę dźwięków przynosi. Oczekiwania odnośnie tego krążka ogromne w środowisku fanów były, zatem poprzeczka niewiarygodnie wysoko podniesiona klasycznymi Heaven and Hell czy Mob Rules - taka co naturalnie surowy osąd w moim przekonaniu implikuje. I tu gorzkie żale wylać jestem zmuszony, bo w przekonaniu mym zamiast równać do wyżej wspomnianych ikon, The Devil You Know zaledwie w jakości sięgać Dehumanizerowi może. A ja nigdy fanem tej topornej kreacji nie byłem, stąd ocena produkcji z 2009 pełna rozczarowania. Jednolita to bryła, bez żywiołu i pasji, takich jakie z legendarnych krążków tryskały. Tutaj oprócz klasycznych, szlachetnych riffów maestro Iommie’go i niestety zmęczonego, siłowego głosu Dio nic nie przyciąga uwagi. Zamiast starać się detalicznie opisywać jego zawartość trzeba by z bezpośrednią arogancją napisać, że NUDĄ wieje, a nie ma większego grzechu w moim przekonaniu w tej branży niźli kiedy zasłużeni wirtuozi którzy w tym fachu wszystkiego smakowali jedynie rzemieślniczy, wyzuty z emocji produkt wciskają. A może taki odbiór to wynik przede wszystkim wokalu Dio? Im częściej próbuje się przekonać do dźwiękowej materii ukrytej pod demoniczną obwolutą płyty, tym bardziej drażni mnie ta podniosła maniera użyta przez niego - on tu nie porywa głębią tylko pieje niemiłosiernie. Niezwykle trudno dopuścić mi ów fakt do świadomości, bo ten wątły fizycznie, a wielki duszą człowiek znaczy w moim muzycznym świecie bardzo wiele. Nie wiem, do końca nie rozumiem lub podświadomie nie jestem gotowy by zrozumieć co przyczyną takiego stanu rzeczy – miarą niestety być nie może kto muzę skroił, a tylko i wyłącznie jaki efekt uzyskany mą duszę przekonuje. Niepodważalne pozostaje, że krążek niezmiernie mnie nudzi, męczy, wysysa wręcz energię - działa niczym typowe energetyczne wampiry pod ludzkimi postaciami. Przykro mi bardzo ale takie moje odczucia i nie zmieniają ich oczywiste, oczywistości, że to przecież inkarnacja Sabbath, że znów Dio w ich składzie, czy argument podstawowy dla wielu lanserskich fanów artystycznego dorobku nieżyjących już gwiazd, że to ten wielki co mu się zmarło po raz ostatni daje tu głos. Z pełnym szacunkiem dla pamięci Padavony i kunsztu kompozytorskiego Iommie’go dla mnie to zwykłe popłuczyny po legendzie, a nie album co współcześnie moc tych tytanów rocka udowadnia. Trzeba przecież zanim porwie się na kult którym jest się otoczonym zdawać sobie sprawę z ryzyka z jakim się to wiąże. Może się powtarzam, bo podobne poniższym słowom refleksje padły z mojej strony przy okazji tegorocznej 13-tki, ale nie zmieniłem zdania w tym temacie i nic nie wskazuje na jakiekolwiek przesilenie. Skupiłby się mistrz riffu na solowej karierze i obdarowywał mnie podobnymi Fused dziełami, miast wciskać kolejne powroty, reaktywacje czy bezpodstawne artystycznie reanimacje! To pisałem ja, oddany i nadal wierzący w przełamanie tej śmierdzącej komercją tendencji, fan wielkości maestro Iommie’go.

sobota, 2 listopada 2013

Monster Magnet - God Says No (2000)




Czas jakiś po swej premierze God Says No pracował wytrwale na status wyjątkowy, bowiem przerabiając bogatą dyskografię ekipy Dave’a Wyndorfa przede wszystkim ultra przebojowy Powertrip uwagę moją najskuteczniej przykuwał. Jednakowoż jego następca w obwodzie nieco gdzieś funkcjonując, swoim specyficznym charakterem finalnie miana albumu wybitnego się doczekał. Wiem oczywiście, że teza ta w obozie fanów Monster Magnet trochę niepopularna, bo tu w radykalnych przekonaniach albumy o sporym stężeniu kwasu co psychodeliczne odjazdy poczynić potrafią na pudle stoją. God Says No tą jaskrawą hipnotyzującą aurą w  znikomym stopniu nasycony – on na bardziej klasycznym rocku skupiony. Dzięki czemu dostałem ja taki materiał co wkręca, by rytmicznie po tym zabiegu nóżką potupać i efektownie bioderkami pokręcić, niżby odlot zaliczając w obłędzie się pogrążać. Kapitalny klimat z mnóstwem efektów tło dla oryginalnych bujających rytmów tworzy. Pozwala mi rozkoszować się dźwiękami co jednocześnie zastrzyk życiodajnego energetycznego paliwa dostarczają jak i w niemal uspokajająco-rozluźniającym łożu dają możliwość się umościć. W szczegółach odrobinę spojrzenie – dwa kawałki tutaj na czoło stawki się wysuwają, otwierając i prawie zamykając krążek. Melt i Cry, bowiem swoją pełną dramaturgii konstrukcją potwierdzają wyborne umiejętności kompozytorskie ekipy Monster Magnet. Natomiast pozostałe numery wyśmienicie w przestrzeń dźwiękową wtłaczają ciekawe nietuzinkowe rozwiązania, jednowymiarowe rytmicznie, frapująco-mamiące rytmy, czy retro klawiszowe smaczki. Wszystko w precyzyjnych proporcjach, skrupulatnie odmierzone i podane w jakości Q. Co ja więcej tu mam się jeszcze produkować, kiedy ten archetyp rockmana z pełnym autentycznej pasji zaangażowaniem z trzewi wyrywa donośne manifesty! Drę zatem wespół z Dave'm ryja (tak w środku Mariusza bo by mi tych popisów sąsiedzi nie wybaczyli) i taniec szamański zawzięcie uskuteczniam. Uwielbiam ich i jak się kiedyś smażyć w piekle to wyłącznie w takim towarzystwie!

Drukuj