czwartek, 11 grudnia 2014

Third Person / Miasta miłości (2013) - Paul Haggis




Reżyserską karierę Paula Haggisa w wielkim kinie od 2006 roku z ciekawością obserwuję, gdy wystrzelił oscarowym Crash, a w chwilę później wysoki poziom przy okazji In the Valley of Elah utrzymał. Tyle że po tych świetnych projektach w moim przekonaniu spektakularnie o bruk pierdolnął, gdy żenującym The Next Three Days bezwstydnie chciał zaimponować. Na szczęście poszedł po rozum do głowy, bo za sprawą Third Person powrócił do estetyki, w której udowodnił, że porusza się bardzo sprawnie. Nie jest to jednak typowa powtórka z rozrywki - fakt mozaika, ale mimo to bardzo zaskakująca. Obejrzałem, przeanalizowałem, własne hipotezy z innymi interpretacjami porównałem i WIEM! To co mnie w tym obrazie irytowało, ta nienaturalność pewnych zachowań bohaterów, taki specyficzny brak realizmu, we właściwym świetle widziane stały się jak najbardziej uzasadnione. Jestem pod wrażeniem! Sporo czasu tej produkcji poświęciłem by istotę zgłębić, bo ten film potrzebował dojrzeć, fakty, wątki musiały się spleść i poukładać. To bardzo ryzykowne było ze strony Haggisa, by nakręcić film, którego scenariusz tak skomplikowany, a brak zrozumienia treści tak bezpośrednio wpływający na jego odbiór i ocenę. Third Person jest trudny, wielowymiarowy, pełny metafor i kluczowych informacji ukrytych między wierszami. Wymaga cierpliwości, wyrozumiałości i pełnego skupienia w zamian finalnie dając tym, którzy odkryją sedno sporo satysfakcji. W tej łamigłówce prócz rzecz jasna intrygującej, a czasami wręcz irytującej formy równie ważny przekaz merytoryczny zawarty. Szczególnie silnie oddziałujący na każdego, kto szczęście ma by być rodzicem. Nie mam zamiaru jednak samej idei opisywać, pewnych ścieżek interpretacji podpowiadać, czy szczególnie na kluczowe wątki zwracać uwagi. Sugeruje wyłącznie by w cierpliwość w czasie seansu się uzbroić, koncentrację na najwyższym poziomie zachować i nie lekceważyć istotnej roli detali. Przeżywać fabułę i na części składowe rozkładać, aby klucz odnaleźć – bez niego nie ma szans na w pełni głębokie doznania i zrozumienie założeń czy znaczeń.

P.S. Używanie w tekście oryginalnego tytułu z premedytacją założone, bo to tłumaczenie modelowym przykładem żałosnej strategii marketingowej dystrybutora.

środa, 10 grudnia 2014

Léon / Leon zawodowiec (1994) - Luc Besson




Labilna forma twórcza Luca Bessona, to współcześnie już norma - raz nagra przyzwoity w obiektywnej ocenie, a w moim subiektywnym przekonaniu bardzo dobry obraz jakim Lady (2011), by chwile później wyskoczyć za sprawą The Family (2013) oraz Lucy (2014) i zostać doszczętnie zruganym przez krytykę. Tak od dłuższego czasu nie jest w stanie poziomu utrzymać, miota się pośród skrajnych wartościowo projektów. Lata temu piął się jednak systematycznie na szczyt i w owym czasie nie przypuszczałbym, że wkrótce później zacznie tak rozmieniać się na drobne - bezrefleksyjnie nader często romansować z kinem (używając eufemizmu) niskich lotów. Ale szkoda czasu na utyskiwania, będzie teraz z entuzjazmem chwalone, w żadnym wypadku ganione. :) O niepodważalnym kulcie zdecydowałem się w kilku zdaniach napisać, gdyż postać Leona ikoną popkultury natychmiast została. Charakterystyczne atrybuty – lenonki, płaszcz, czapka, białe skarpetki i symboliczna roślinka dla której był w stanie życie zaryzykować. Prosty człowiek z przejrzystymi zasadami, ceniący lojalność, gotowy do największych poświęceń, poznający znaczenie prawdziwej przyjaźni i miłości. Postać z głębokiego tła, niemal jak cień niezauważalna dla ogółu społeczeństwa. Jego losy brutalnie przecięte spotkaniem ze zbyt szybko za sprawą środowiska i okoliczności dojrzewającym dzieciakiem oraz zimnym psychopatą/socjopatą. Jean Reno, Natalie Portman i Gary Oldman w kreacjach olśniewających na różne sposoby, bo kiedy Reno ciepłego, opiekuńczego, ale zarazem równie stanowczego Leona odgrywa, to młodziutka Portman w roli Matyldy swój naturalny talent z gracją prezentuje, a Oldman daje wirtuozerski koncert szaleństwa, obłąkania i ekstremalnego psychicznego sadyzmu. W tym trio kryje się porywająca siła, wspomagana wzruszającą i wstrząsającą historią, z sugestywną warstwą muzyczną i klimatem pełnym francuskiego liryzmu i sentymentalizmu. To używając najprostszych, po części banalnych określeń, PIĘKNY obraz, który kiedy gości u mnie na ekranie zawsze powoduje zwilgotnienie moich oczu. Jest naprawdę niewiele dzieł w historii kinematografii, które są w stanie do takiego stanu doprowadzić moją duszę. Nie ironizuję!

wtorek, 9 grudnia 2014

Jersey Boys (2014) - Clint Eastwood



Niewiarygodne, że Eastwood w wieku 84 lat takim zgrabnie skonstruowanym, żywiołowym obrazem potrafił zaskoczyć. Mimo że Jersey Boys nie jest jego najwybitniejszym dziełem, to klasę zachowuję i w swojej niszy gatunkowej w czołówce miejsce ma zapewnione. To lekka, typowo rozrywkowa produkcja, niepozbawiona też wątków czysto dramatycznych, bo autentyczna historia kilku chłopaków z Jersey, którzy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych na szczytach list przebojów lądują, zawiera w sobie wszystkie typowe etapy, jakie większość rodzących się gwiazd show biznesu przechodzi. Mamy zatem, powolną wyboistą drogę na szczyt, trochę farta i sporo pracy w ten sukces włożonej. Potem próby utrzymania się na tym Olimpie, smak zwycięstwa i porażek na zmianę przeplatanych, różne konsekwencje popularności, duże pieniądze i wkrótce spore długi, kobiety i rzecz jasna zdrady, gdy ich zbyt wiele, rodzinne problemy i masę emocji z wydarzeniami związanych. Wszystko to podane w odpowiednim guście i z zaangażowaniem, pięknie wystylizowane z kapitalnie oddanym klimatem włoskiej emigracji i świetnym, naturalnym warsztatem aktorskim. Atrakcyjnym pomysłem na narracje, sporą dawką dobrego humoru i dźwiękowej strawy wpisanej w istotę filmu o grupie muzycznej. Bo ten obraz w dużym stopniu jak sama muzyczka jaką Frank Valii and the Four Seasons wykonywali – w pełnej krasie przebojowy i dynamiczny, a chwilami też łapiący za serducho najprostszymi i zarazem najskuteczniejszymi metodami. Ja się na ten lep świadomie dałem uchwycić, przeżywając czas przed ekranem bardzo entuzjastycznie, szczególnie, że mam wielką słabość do całego tego barwnego anturażu z epoki. Zakładam też, iż sam pomysł uhonorowania Franka Valii, Tommy'ego DeVito, Boba Gaudio i Nicka Massi fabularnym obrazem podyktowany ogromnym sentymentem Clinta Eastwooda do gówniarskich szaleństw, nostalgią i zwyczajną tęsknotą dziadziusia do starych dobrych czasów. One pewnie nawet w części w jego pamięci nie wyblakły i teraz po latach z dojrzałej perspektywy na nowo są rozpamiętywane. Cieszę się bardzo, że MISTRZ kolejny raz udowodnił, że jako reżyser jest przypadkiem trudnym do zaszufladkowania, a że tym razem zrobił coś na kształt filmu muzycznego to tylko dla mnie powód do radość, że potrafi urozmaicać swój dorobek. Jego produkcje zawsze ten autorski sznyt posiadają i nigdy poniżej solidnego poziomu nie schodzą, są dojrzałe i pełne emocji, nawet kiedy stylistyka dosyć rozrywkowa. 

P.S. Joe Pesci i jego rola w całym tym cyrku – w tym miejscu to mnie zaskoczono. :)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Cavalera Conspiracy - Pandemonium (2014)




Jedynka kompletnie pozamiatała, bo między innymi przypomniała, że bracia Cavalera w przeszłości odpowiedzialni w sporej części byli za takie thrash/deathowe petardy jak Schizophrenia, Beneath the Remains czy Arise. Dwójka natomiast całkowicie rozczarowała, gdyż do inspirowanej klasyką nowoczesnej, agresywnej i motorycznej formuły zbyt intensywnie słodycz zaaplikowali, uzyskując tym samym ciężkostrawny i mdły zarazem rezultat. Trójka zaś, będąca głównym tematem tej refleksji, hmmm... cóż? Ona powinna bezpośrednio po debiucie powstać, by zachowany został pęd przez Inflikted rozkręcony. Nie ma co ukrywać, że Pandemonium powraca do zdecydowanie bardziej surowego mielenia, pełnego agresji i typowo motorycznych galopad. Iggor żwawo podkręca tempo, a gitary rzężą jak na tego rodzaju stylistykę przystał i chociaż po trosze mógłbym pretensje mieć do brzmienia, które pozbawione nieco brudu i odpowiedniej szorstkości na rzecz skompresowanej cyfrowo obróbki to i tak efekt jest wystarczająco satysfakcjonujący. Trzeba się tylko przyzwyczaić do specyficznego soundu o odrobinę zbyt płaskiej fakturze, a może to tylko i wyłącznie takie moje subiektywne odczucie. Niemniej jednak jest to do zrobienia, szczególnie, że same kompozycje na tyle zgrabnie z prostych patentów sklecone, iż przyjemności same w sobie sporej dostarczają. Max ryczy rasowo, zdziera gardło i kiedy już masowo aplikowane napierdalanie zdaje się odrobinę nużyć, finezyjne solówki Marca Rizzo na nowo sporo świeżego powietrza do faktury numerów wpuszczają. Reasumując jest bardzo dobrze, a dodatkowym atutem niekonwencjonalnie potraktowana kwestia oprawy wizualnej. To tak charakterystyczny layout, iż bardzo mocno w pamięć się wbija i od początku nierozerwalnie z dźwiękami z krążka się kojarzy. Kapitalnie, że ze ślepej uliczki Blunt Force Trauma nazwanej, szybko się wycofali i odnaleźli kurs bardziej fortunny. Cieszy mnie to bardzo.

sobota, 6 grudnia 2014

Dracula / Drakula (1992) - Francis Ford Coppola





To jest widowisko! Popis Francisa Forda Coppoli, zarówno wizualny i muzyczny, dzięki bombastycznym i romantycznym na zmianę kompozycjom Wojciecha Kilara. Aktorski za sprawą porywającej wielopłaszczyznowej roli Gary’ego Oldmana, wybornej Anthony’ego Hopkinsa i Toma Waitsa - epizodycznej aczkolwiek na tyle zapadającej w pamięć, że nie do pominięcia. Oni najintensywniej błyszczą, a cała reszta obsady poziom wysoki zachowując powodów do narzekań absolutnie nie daje. Wziął na warsztat Coppola klasyczny tekst i majstersztyk stworzył, zaklęty w zachwycającej malowniczej formie. Z kadrami dopieszczonymi drobiazgowo, operatorskimi sztuczkami, stylowymi efektami specjalnymi i wytrawnym wykorzystaniem światła z tajemniczą grą cieni. Dekoracjami przebogatymi, kostiumami i charakteryzacją oszałamiającą, precyzyjnymi detalami dodatkowej porcji wrażeń dostarczającymi. Całym wyrafinowanie wysmakowanym anturażem, plastycznych doznań nieskąpiącym. Obraz mroczny i drapieżny, mistyczny, wyuzdany i poetycki – artystyczne cacuszko. Pełne pasji, traktujące o przeznaczeniu, miłości i namiętności, bólu po stracie, cierpienia i frustracji. Obejrzałem go premierowo w wieku piętnastu lat i nie jestem w stanie zliczyć ile razy do dzisiaj spędziłem ponad dwie godziny w towarzystwie tej obłędnej wizualnie wizji Coppoli. Zawsze z równie głębokim poczuciem obcowania z dziełem przez bardzo duże D!

piątek, 5 grudnia 2014

Sala samobójców (2011) - Jan Komasa




Sala samobójców, czyli głośny debiut Jana Komasy, dziś znanego przede wszystkim szerokiemu gremium za sprawą wielce oczekiwanego, lecz nie do końca nadzieje spełniającego Miasta 44. Opieram się tylko na medialnych donosach, gdyż sam jeszcze wiwisekcji na tym obiekcie nie przeprowadzałem. Nie omieszkam oczywiście wkrótce tego zrobić, by przede wszystkim własną opinię sobie wykształcić, wszak Komasa dzięki Sali samobójców na poważne traktowanie z pewnością zasłużył. Aż trudno uwierzyć, że ona jego pełnoprawnym i pełnowymiarowym debiutem, bo dojrzałość i precyzja z jaką temat zarówno warsztatowo jak i mentalnie potraktował zaiste godna. Spłycanie odbioru tego obrazu do współczesnych emo kategorii, to daleko idąca niesprawiedliwość, gdyż w tym tworze zawarł Komasa niezwykle szerokie spektrum problemów z jakimi zarówno rodzicom jak i latoroślom przychodzi się mierzyć. Portret konkretnej wielkomiejskiej, zaliczanej do elity bogatej i wykształconej rodziny jest udaną próbą ukazania przejmujących relacji międzyludzkich z dwóch skrajnych perspektyw. Tak najogólniej, rodziców, którzy zatraceni w życiu zawodowym gubią realny kontakt z dorastającym synem i młodych ludzi zagubionych w świecie dojrzewania. Emocjonalnej pustki, którą można wypełnić codziennymi rytuałami, przyzwyczaić się do dystansu przełamywanego incydentalnymi chwilami słabości czy permanentnymi kurtuazyjnymi gestami. Takim życiem pozorami rodzinnego współżycia, które z czasem dają złudne poczucie prawidłowego realizowania swoich obowiązków. Tyle, że to tylko iluzja, bo substytuty nie wypełniają coraz większej przepaści, a gromadząca się zagłuszana frustracja nie przestaje coraz bardziej gwałtownie dochodzić do głosu. Są pieniądze, potrzeby są zaspokajane, a człowiek może być nieszczęśliwy - to takie banalne i prawdziwie realne oczywiście. I nie ma znaczenia czy to osoba dorosła czy jeszcze infantylna niedojrzała jednostka. Każdy z nas potrzebuję czegoś więcej prócz luksusów w materialnej postaci i chociaż poziom natężenia potrzeb wyższego rzędu jest u nas różny, a apetyt najczęściej rośnie w miarę jedzenia, to rzeczą uniwersalną i niezależną od jednostkowych predyspozycji jest to, iż jako ludzie bezwzględnie emocjonalnie uzależnieni jesteśmy od innych osób. Nasza motywacja, energia, siła pochodzi ze źródła, którym są najbliżsi czy przyjaciele. Brak tego paliwa to powolna, stopniowa samozagłada, to taka prosta zasada i zarazem niezwykle skomplikowany mechanizm. Wiemy na czym to polega, a w większości jesteśmy bezradni w obliczu praktycznego wymiaru funkcjonowania. Komasa dostarczył mi ogromu materiału do przemyśleń, zainspirował do psychologicznych czy filozoficznych poszukiwań, pobudził do wielowymiarowych refleksji i przede wszystkim przestrzegł przed popełnianiem błędów jakie trudne do skorygowania o czym przekonuje bezradność bohaterów, pomimo ogromnych pokładów dobrej woli i zaangażowania w ich walce widocznych. Poprzestanę jedynie na powyższych wnioskach natury ogólnej, choć tematu oczywiście w ułamku nie wyczerpałem, bo on nawet na rozbudowanym naukowym sympozjum trudny do pełnego rozwinięcia. Jest tu tyle ciekawych wątków i ich implikacji przez co wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że tak młody reżyser tak dojrzale, warsztatowo przejrzyście i sugestywnie tą rzeczywistość ogarnął. Brawo Panie Janie! 

P.S. Tekst powyższy przydługawy, ale muszę jeszcze zauważyć, iż obsada wyborna, bo Agata Kulesza i Krzysztof Pieczyński to pierwsza liga, a młody i młoda jak i cały drugi plan aktorski równie dobry. Brawo Państwo aktorzy!

czwartek, 4 grudnia 2014

Schindler's List / Lista Schindlera (1993) - Steven Spielberg




Bez jakichkolwiek wątpliwości to numer jeden w bogatej filmografii Stevena Spielberga. Dzieło wybitne, a może nawet więcej, bo to nie jest zwykły film – to przekaz dla potomnych! Realistyczny obraz swoistej apokalipsy wywołanej przez ludzi, przeciwko ludziom. Wstrząsający fabularny zapis niewyobrażalnej masowej zagłady, okrucieństwa, bestialstwa, ale i ludzkiej siły. Wszystko przez pryzmat dwóch postaci, dobrego i złego Niemca - Oskara Schindlera i Amona Goetha. Miał Schindler klasę, pewność siebie, czar, spryt i inteligencję. Nawiązywał z łatwością kontakty, budził zaufanie, kapitalnie poruszał się w nazistowskiej rzeczywistości. Robił wymierne interesy, a przy tym prezentował fundamentalne ludzkie odruchy. Amon Goeth zaś oprawcą bezlitosnym, potworem w ludzkiej skórze, pazernym prostakiem i pijakiem. Aroganckim aparatczykiem i katem w którym okoliczności okupacji najkoszmarniejsze cechy obudziły lub jedynie zintensyfikowały ich rolę. W tej relacji szczęśliwie Schindler zimną krew zachowując, sprytem i znajomością ludzkich dusz się wykazując, coś więcej prócz egoistycznej potrzeby triumfu zyskał. On czystego dobra dokonał, uratował ponad tysiąc istnień na pewną zagładę skazanych. Niezwykła to historia i mistrzowskie jej ukazanie poprzez symboliczne sugestywne zabiegi (dziewczynka w czerwonym płaszczyku), poruszające sceny z dziećmi w rolach pierwszoplanowych czy też formę w czarno-białych kadrach zamkniętą. Ludzkich dramatach odbitych w przerażonych twarzach, nieznośnych lamentach, przeraźliwym płaczu, bezradności i instynktownych aktach ratunku. Z warsztatowymi majstersztykami aktorskiej biegłości, jakich Ralph Fiennes i Liam Neeson autorami, z wybornymi zdjęciami Janusza Kamińskiego i obrazowa muzyką Johna Williamsa. To we wszelkich detalach wyjątkowa produkcja, wzruszająco w finale spięta klamrą symbolicznego złożenia hołdu Schindlerowi – trzy godzinna lekcja człowieczeństwa, która na wieczność ślad pozostawia.

środa, 3 grudnia 2014

Soen - Tellurian (2014)




Łatka klonu Toola zrzucona, ale ja już na debiucie wychwytywałem te niuanse, subtelne różnice, które własną tożsamość grupie pozwalają zbudować. Czuć jednakowoż pośród tego, co dla Soen już charakterystyczne, inspiracje przechodzące od jednej ekipy Maynarda do drugiej. Czyli na dwójce więcej skojarzeń z A Perfect Circle, z dodatkowymi sporymi archetypicznymi naleciałościami stylu firmowanego przez formacje prowadzoną od  lat przez Mikaela Akerfeldta. To zupełnie oczywiste z racji pochodzenia Martina Lopeza, którego bębnienie swego czasu było istotną częścią marki Opeth. Jest na Tellurian subtelnie i nostalgicznie, ale i z wyraźnym nerwowym pulsem czy dynamicznym akcentem. Taki The Words jest idealnym przykładem wyciszonej atmosfery skupionej na pięknej linii melodycznej wokalu, Koniskas zachwyca brzmieniem motywu prowadzącego, starannie budowanym napięciem, delikatnym, płynnnym refrenem i wybuchem energii w kombinacyjnej drugiej części utworu, a finałowy The Other's Fall to już eksplozja, ekstaza i euforia w jednym. Najogólniej rzecz biorąc każdy z numerów jest świetnie wyważonym przykładem technicznej zawiłości splecionej w uścisku z klimatycznym wykorzystaniem nietuzinkowej atmosfery, gdzie istotną rolę odgrywają płynące, zwiewne zaśpiewy Joela Ekelöfa. Jestem już dzisiaj bogatszy w doświadczenie znajomości drugiego albumu Soen i ogromnie usatysfakcjonowany, bo miałem trafne przekonanie, że z tej mąki wyrośnie wspaniały bochen. Oni moje oczekiwania w stu procentach spełnili dając mi poczucie egoistycznej dumy, iż postawić na odpowiedniego konia w wyścigu do wysokiej jakości potrafię. Z dużą niecierpliwością oczekiwałem tego albumu, z oddechem wstrzymanym, bo to obok Oddland jedna z największych nadziei w klimatyczno-technicznej niszy. Słucham tego krążka z niesłabnącą, wciąż świeżą fascynacją, a on mnie systematycznie zasysa. Wiem jestem już jego niewolnikiem – jestem już w tych kompozycjach zatracony. :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Boyhood (2014) - Richard Linklater




Dlaczego dojrzały obraz o życia cyklu mnie nie porwał? Takie sobie pytanie zadaje! Co było nie tak, czego zabrakło, co przeszkodziło by zdecydowanie większe wrażenie zrobić. Niby wszystko gra, ciężko się do czegokolwiek przyczepić, a ja odczuwam niedosyt i jak próbuję może na siłę odnaleźć tą "dziurę w całym", ten powód mojego subiektywnego poczucia rozczarowania zastanawiam się równolegle czy nie stałem się nieświadomie ofiarą tej nad refleksyjności jaką główny bohater prezentuje. Mam tu na myśli ten wrażliwy, intelektualny typ osobowości, którego Mason modelowym przykładem, który skutecznie skłania do nostalgicznych przemyśleń. To wymowne poczucie tym sposobem wywołane, jednak nie w pełni skorelowane z dobraną charakterystyką realizacji obrazu. To jest pewnie ta wada przeze mnie wyczuwana, że jak obserwuję proces dorastania chłopca o artystycznej wrażliwości, to też wymagam od reżysera by samą produkcję ubrał w bardziej stylizowaną formę i przede wszystkim wyraźniej wewnętrzne przeżycia zaznaczył. Tak wiele dzieje/zmienia się w osobowości bohaterów, a tylko fragment tych bogatych doznań jest wyraźnie podkreślany. Emocje są głęboko poukrywane, przez co pozorna ich płytkość monotonie wprowadza. Film płynie, kolejne etapy procesu adolescencji obserwuję, świadom jestem mniej lub bardziej z autopsji ich konsekwencji i wiem, że to czas wstrząsów, wzlotów i upadków, wzburzonych do granic wytrzymałości emocji i za cholerę tego w tej historii nie czuję. Usprawiedliwieniem ich braku sam Mason i to jego marzycielskie spojrzenie, tak kapitalnie uchwycone na plakacie. Burza jest, tylko w głębi duszy bohatera. Jego predyspozycje plus okoliczności w jakich wzrastał odciskają piętno na jego charakterze, a ja wciąż rozważam i próbuje się przekonać, że takie stonowane, dosłowne czy czysto obserwacyjne, bez  ingerencji podejście Linklatera słuszne. Niestety nieskutecznie, w mojej ocenie ta prostota wykorzystanych środków powoduje, że temat traci sporo na atrakcyjności w tym oczywistym wymiarze kinowym. Tak sobie ten obraz z Into the Wild Penna teraz porównałem, w tą stronę moje skojarzenia powędrowały i kiedy Boyhood porzuca mnie z mieszanymi odczuciami, to historia Chrisa ujęła mnie bezgranicznie. Gdzieś tkwi ta subtelna różnica, ten zbiór detali o finałowym wrażeniu przesądzający, może je trafnie opisałem, nakreśliłem częściowo jej skalę i istotę, a może brak mi środków by to uczynić lub potrzeba więcej czasu by ją dostrzec i precyzyjniej ująć. Pewność jednak mam, że to wyjątkowa produkcja i to nie tylko przez wzgląd na odtrąbiony w ramach promocji fakt, iż przez dwanaście lat była przygotowywana. Linklater z uporem i systematycznością realizował projekt, który z pewnością przez ten czas ewoluował i trzeba mu oddać sprawiedliwość, że zupełnie nie odczuwa się braku spójności, jaki tą czasową rozpiętością mógłby być naturalnie spowodowany. To akurat zaleta, a mnie nadal męczy to czego za cholerę jednoznacznie wadą nie chcę nazwać. Czuję, że to ważny obraz, który jako rodzic siedmiolatki i z zawodowej perspektywy mniej lub bardziej zaangażowany obserwator dojrzewania innych pociech będę jeszcze nieraz w myślach przywoływał. Tyle, że ja liczyłem, iż będzie on imponujący i do mojej wielbionej klasyki kina z dumą i impetem przejdzie, a teraz już wiem, że chyba to poza jego możliwościami. Szkoda.

Drukuj