Szwedzka stajnia Transubstane
Records, dostarczyła mi już kilka świetnych stonerowych czy retro rockowych albumów do
degustacji, ale i przede wszystkim dała większym wytwórniom szansę na
wpuszczenie ich w bardziej szeroki obieg. I tak Lonely Kamel już dziś w
towarzystwie Monster Magnet w zmieniającej wyraźnie profil Napalm Records
rezyduje. Ale zanim tam ci Norwegowie trafili, nagrali Blues for the Dead, gdzie
w kapitalnej formie zawarli najlepsze cechy rocka, co na stonerowym zawieszeniu
postawiony. Dziwiłem się przez moment, kiedy do świadomości mojej dotarło, że
ta pełna piachu, chwytliwa pustynna maniera samotnego wielbłąda z kraju fiordów
pochodzi. Jednak jak tak sobie pokombinowałem i kilka innych ekip z północy wyłowiłem,
co tego rodzaju stylem muzycznym się zajmują do wniosku doszedłem, że na jakiej
podstawie w mroźnym klimacie nie można takiej słonecznej energii wytworzyć. Jak
się żyje tam gdzie czasem naturalne światło jedynie przez kilka godzin w czasie
doby dociera to najlepszym sposobem by w depresji i smutku się nie pogrążyć
jest wykrzesanie z instrumentów tego rodzaju energie, by to ona napęd do życia
dawała. Typom z Lonely Kamel wyszło to doskonale i nie tylko sami pewnie pożytek
ze swojej pasji mają, ale i takim szaraczkom jak ja radości i kopa pozytywnego
udzielają. Wdzięczny im jestem ogromnie, bo ten ich autorski blues satysfakcji
mi dostarcza co niemiara, nastraja mnie optymistycznie i nakręca do zabawy,
uśmiech szeroki na twarz mi przyklejając. Jak sobie tak słucham jak chłopaki
szarpią struny i okładają zestaw perkusyjny, to wyobraźnia znacznie intensywniej
zaczyna pracować. Siedzę ja wtedy w masywnym amerykańskim potworze, co bezmiar
szos wśród piachu i skalistych pagórków przemierza spoglądając w dal skąpaną w
czerwonej poświacie zachodzącego słońca, lub też na werandzie w wieczornej porze
cygaro sobie zapalam, by odprężyć się beztrosko. W dupie wtedy wszelkie problemy
życia codziennego (będąc nieodpowiedzialnie wulgarnym) pozostawiam, odjazd robię
z tej rzeczywistości pełnej szczurzych zawodników, co uczestniczą w wyścigu o bogactwa, które z
nich niewolników czynią i esencji życia zażywam. Są takie dni, możesz mi
czytający te wypociny nie wierzyć, kiedy takie dźwięki ratują mnie przed
obłędem. Jak ja kurwa jestem ich autorom za to wdzięczny! Serio. myślę że czując
je w taki sposób szczęściarzem jestem co na żadne materialne bogactwa tego daru
by nie zamienił. No dobra, spróbujcie mnie sprawdzić. :)
piątek, 13 grudnia 2013
środa, 11 grudnia 2013
JFK (1991) - Oliver Stone
Ażeby do klasyki kina od czasu do czasu powrócić, pewien impuls w postaci konkretnej okoliczności musi się pojawić. Chyba trudno o bardziej sprzyjającą sytuację niż ta nadarzająca się przy okazji 50 tej rocznicy zamachu na Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. Wrzuciłem zatem kultowy obraz Olivera Stone'a do odtwarzacza, by po raz kolejny dać się porwać wybitnemu kinu. Kapitalnie od strony technicznej zrealizowana to produkcja, z wyczuciem zdjęcia archiwalne łącząca z fabularną hipotezą, czarno - białe, klimat lat 60-tych podkreślające kadry ze stonowanym posługiwaniem się ówczesną techniką operatorską. Ogląda się go nawet po wielu latach z dużym zaangażowaniem, pozwalając porwać się wielowątkowej zagadce. Atutem jego oczywiście plejada wybitnych aktorskich indywidualności, które oprócz przez życie napisanej fascynującej polityczno-kryminalnej historii, czy sprawnego montażu podtrzymującego dynamikę, ale i nie zaburzającego płynności przedstawianych autentycznych relacji i domniemań autorów scenariusza, potrafią wybornym warsztatem dodać do finalnego efektu dodatkowy walor. I nawet taki sztywny, kwadratowy aktorsko Kevin Costner trzyma tu poziom, dzięki roli idealnie dobranej do naturalnych aktorskich jego możliwości. Może ta jego satysfakcjonująca postawa zmotywowana dzięki towarzystwu takich mistrzów klasycznego kina jak Jack Lemmon, Walter Matthau wspieranych przez ikony bardziej współczesne w osobach Sissy Spacek, Tommy Lee Jonesa, Kevina Bacona czy fenomenalnych Joe Pesci'ego i Gary'ego Oldmana. A teraz do dokumentalnej wartości produkcji Stone'a nawiąże, jednocześnie podkreślając ograniczoną oczywiście wiedzę moją dotycząca wydarzeń z 22 listopada 1963 roku. To co tego dnia miało w miejsce w słonecznym Dallas do dziś budzi ogromne kontrowersje i nie podejmę się próby jednoznacznego stawiania twardych tez, bo tak naprawdę podpierając się szczątkowymi informacjami, domniemaniami czy hipotezami byłoby to aroganckim szaleństwem. Jedno jednak nie daje mi spokoju, choć daleko mi do bycia zwolennikiem spiskowych teorii dziejów, że w tak zawiłej sytuacji politycznej, sfrustrowany typ, samodzielnie podejmuje się zabicia prezydenta USA, po czym błyskawicznie zostaje zlikwidowany. Podstawą dla scenariusza JFK nieoficjalne śledztwo prokuratora okręgowego Nowego Orleanu Jimma Garrisona, sklejające przede wszystkim w logiczną całość przedstawione fakty i podparte mocnymi argumentami świadków. Twarda podstawa dowodowa plus racjonalna dedukcja, jednak to mało w starciu z oficjalną machiną śledczą komisji Warrena. Co tam jeszcze w aktach komisji się znajduje dopiero za kilkanaście lat w większych fragmentach ma być ujawnione. Wtedy to MOŻE bliżej prawdy będziemy.
P.S. I jak tak mocno udokumentowane fakty dotyczące zamachu na Kennedy'ego mają się do tego co w naszym grajdołku wokół smoleńskiej katastrofy się dzieje! U nas bezwartościowe spekulacje, twardogłowych, radykalnie "zeschizowanych" pseudo ekspertów wśród fanatycznego betonu bez najmniejszych podstaw racjonalnych poklask wzbudzają, a oficjalni śledczy są wobec tych rewelacji bezradni, często przez swoją niekompetencję. Jedno akurat tutaj w tych dwóch nieporównywalnych sprawach jest tożsame. Skrajne poglądy - równają się gigantycznej hipokryzji!
wtorek, 10 grudnia 2013
Now You See Me / Iluzja (2013) - Louis Leterrier
Ultra nowoczesne kino, w którym wykorzystanie technicznych tricków na margines spycha samą treść, a ona w naturalny sposób swoją sztucznością tej dominacji się poddaje. Na pierwszym planie dynamika i power, męczące wirujące kamery i typowa widowiskowa amerykańska maniera. Na drugim zaś powykręcana nienaturalnie fabuła z obowiązkowym najmniej prawdopodobnym zakończeniem oraz budowanym przesadnie napięciem przed ostatecznym finałem, cytuje "decydującą konfrontacją". :) Żadne tam to oczywiście ambitne kino, tylko i wyłącznie zwykłe hochsztaplerstwo z bijącym po oczach przepychem. Wodzili mnie za nos przed ekranem i chociaż waloru artystycznego czy emocjonalnego nie zanotowałem, dałem się odrobinę wkręcić w taki spektakularny szwindel. Ten film jest niczym jego tematyka - zwykłą iluzją, wydmuszką, która swoją dekoracyjno-błyskotkową otoczką mami i uwagę odwraca od sedna. Co ja się tu produkuje, przecież kino samo w sobie to magiczna iluzja! A jednak w wielu przypadkach tak niezwykła, iż można się w niej zatracić. Tym razem pomimo działań magicznych mnie nie zahipnotyzowano.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Monster Magnet - Last Patrol (2013)
Liczę, że to jednak nie ostatni patrol tej zasłużonej załogi i w przyszłości jeszcze szanse będę miał, by w nowych kawałkach szalonego Dave'a wycie usłyszeć. To tytułem wstępu i nadziei jaką w sercu noszę odnośnie długowieczności Monster Magnet. A co nam Panowie tym razem na bazie kwasu i rocka upichcili, natychmiast śpieszę donieść! Ano w wielkim skrócie można by rzec typowy zestaw smaków, raz odjechanych, z bogatym akompaniamentem transowych odjazdów, tak długo rozwijanych by wszelki potencjał prostych motywów wykorzystać - doprawiony bogatymi gitarowymi aranżacjami w solóweczkowych formach. Innym razem zaś, jak w przypadku Mindless One czy Hallelujah, toporne bicia perkusji stanowią fantastyczny podkład do fantazyjnych orbitujących wokół zapętlonej gry Boba Pantelli, ekspresyjnych wokaliz i gitarowego zgiełku w finale. Jednak najbardziej ekstraktywną częścią najnowszej produkcji legendy są numery opierające się na kilku zaledwie skromnych akordac idealnie wręcz wypełniających przestrzeń wraz z mruczącym głosem Wyndorfa - Paradise, The Duke (of Supernature), czy zamykający wersję podstawową albumu Stay Tuned. W całościowym obliczu moim zdaniem daje to kawał kapitalnej muzy, garściami czerpiącej z początkowego etapu działalności formacji i mam tu bardziej na myśli ducha narkotycznej podróży, niż bezpośrednich zapędów w kierunku zwykłego, bezrefleksyjnego kopiowania. Ja nie jestem zwolennikiem tych często niezrozumiałych dla mnie kwaśnych odlotów, a Last Patrol wkręcił mnie w swą atmosferę bardzo intensywnie. Zatem jeżeli taka jego skuteczność, pomiędzy nutami powykręcanymi w pewnego rodzaju odlocie wplątane zostały klasyczne zagrywki znane i firmowane przez Monster Magnet już od Dopes to Infinity, a z takim rozmachem przy okazji Powertrip charakterem przebojowych aranżacji wprowadzających ekipę Wyndorfa do mainstreamu. Jest w tym krążku pewna trudno definiowalna aura jakiej pomimo doskonałych kompozycji brakowało na Mastermind. Nie podnosząc jednako ręki na album sprzed trzech lat, bo to zwyczajnie równie mocna pozycja w dyskografii Magnet była. Jednocześnie poprzez ten tajemniczy pierwiastek zawarty w ostatnim patrolu wyższość jednak krążka który tematem moich dzisiejszych przemyśleń ogłaszam. Do teraz jeszcze nie zidentyfikowałem składnika różnicę czyniącego - czyżby to kwestia alchemii była?
sobota, 7 grudnia 2013
Black Sabbath - Live... Gathered in Their Masses (2013)
W perspektywie wyjazd i show w łódzkiej Atlas Arenie, a na ekranie telewizora już zapis koncertu, jaki wiosną tego roku legenda w Melbourne dała. Pełna sala, atmosfera rockowego święta i fachowo, aczkolwiek bez fajerwerków skonstruowana dramaturgia występu. W centrum trójka bliskich siedemdziesiątki typów, wspomaganych żywiołową grą sporo młodszego, ale ogromnie doświadczonego pałkera. I może to obrazą dla trzonu Sabbath będzie, ale w moim odczuciu współczesny obraz grupy bez dynamiki tego zwierzaka, byłby o wiele uboższy. Solidna, jednako statyczna jak zwykle postawa Iommi'ego i Geezera Butlera, plus tuptający, przygarbiony Ozzy, to za mało by energetycznie pobudzić zebranych wyznawców kultu Sabbath. Może właśnie dzięki wystylizowanemu na zbawiciela (czy może bardziej Billa Warda z lat 70-tych), fizycznemu Rage Against The Machine czy Audioslave, koncert ma w sobie sporo więcej werwy. Zamaszyste jego ruchy, pełne pasji uderzenia, pewnie nijak się mają do oryginalnego swingującego stylu Warda, jednak dają zdecydowany napęd sabbathowej maszynie. Szczególnie w efektownym, siłowym popisie z mniej więcej połowy setu. Z całym szacunkiem dla magii gry Billa Warda, w obecnym stanie zdrowia taka jego ekspozycja nie miałaby sensu, dlatego też wbrew malkontentom ja tam wiem swoje i ten toporny styl gry ani nie podcina skrzydeł zaprawionym w boju Panom z Birmingham, ani jakoś istotnie ich stylu nie zniekształca. Ot sprawna, dobra robota wynajętego człowieka, dla którego jakiś czas temu myśl o zagraniu z legendą zapewne byłaby marzeniem nierealnym. A tu niespodzianka i można by posikać się na jego miejscu ze szczęścia, że taki niewiarygodny przywilej w sensie artystycznego spełnienia czy finansowej satysfakcji się zdarzył. Druga kwestia podstawowa, znaczy co tam dziadziusie z pełnej szlagierów (piękne określenie ;)) kariery wybrali, by spalonym słońcem Australijczykom zaprezentować. Ano przekrój plus cztery numery z przeprodukowanej 13. Może mało, wybór ikonicznych kawałków nietrafiony, kwestia gustu, faktem jednako, że równie łatwo byłoby wybrać zupełnie inne kompozycje, a też wielu byłoby niezadowolonych - tak to już jest jak show grupy o wieloletnim stażu przychodzi obejrzeć, że wielość możliwości kulą u nogi artysty się staje. Szczęśliwie nikomu nie przyszło do głowy, by próbować zwiędłego Osbourne'a mierzyć przykładowo z wokalnym repertuarem Dio czy Tony'ego Martina. Dobra, przestaje pleść od rzeczy, bo wszystko co dzieje się obecnie wokół Sabbath na sentymencie do pierwszego składu się opiera i zupełnym absurdem byłoby wmieszanie w tą strategię innych etapów z kariery tego wózka ciągniętego z uporem przez maestro Iommi'ego. Chyba nie muszę jeszcze dodawać jak tam werbalna forma jedynego takiego, co z dekapitacji gacków show i PR konkretny potrafił uczynić, bo między wierszami bystry czytelnik moich wypocin pewnie odczytał już, że szału nie ma. Jak na typa co we wszelkich używkach swego czasu gustował, za kołnierz wylewać nie zwykł, to jego przygotowanie fizyczne całkiem niezłe i mimo ustawicznego tuptania i cedzenia niewyraźnego tekstów jest całkiem OK. Może i różnica byłaby znacząca gdyby Ozzy kiedykolwiek śpiewać potrafił, na szczęście ten dar był mu oszczędzony stąd wielkiego kontrastu nie ma. Gość z anty śpiewu potrafił zrobić profesje i but w ryj temu co ma czelność z maniery Ozza się wyśmiewać! Zamykam roztrząsanie kwestii formy z wiekiem powiązanej i na koniec słowa dwa odnośnie oprawy wizualnej, jaka dźwiękowej zawartości towarzyszy. Nic szczególnego, na kolana nie rzuca, ale w moim przekonaniu oszczędna scenografia z telebimem w tle, plus stonowana gra świateł nie zaburza możliwości skupienia się na sednie spektaklu. A nim oczywiście muzyka, nawet po wielu latach atrakcyjna w swej formie, już ponadczasowa, co tu dużo filozofować przełomowa dla historii rocka. Stateczni, wiekowi goście nie zawiedli i liczę jedynie, że przynajmniej do czerwca w dobrej kondycji i zdrowiu pozostaną, by w mojej pamięci ich oblicze legendarnym pozostało. Tego sobie i przede wszystkim Osbourne'owi, Iommi'emu i Butlerowi życzę.
P.S. Musze podzielić się spostrzeżeniem mojej sześcioletniej córki, kiedy Ozzy na scenie z ekranu telewizora łypał. Tato, co to za mumia? :)
piątek, 6 grudnia 2013
Queens of the Stone Age - Lullabies to Paralyze (2005)
Wkręcam się powoli w świat dźwięków QOTSA, a proces ten zainicjowany z zaskoczenia tegorocznym ...Like Clockwork, coraz bardziej fascynującym się staje. Tak właśnie Lullabies to Paralyze swoją obecność wśród albumów, co je przerabiam intensywnie zaznaczyło. Jeśli pamięć mnie nie myli, a zdarza się, że wykręca mi ona od czasu do czasu jakiś numer, to w 2005-ym roku, wraz z premierą tego krążka, w żadnym wypadku podobnego odczucia dzisiejszemu względem niego nie miałem. Nie wbił się w świadomość, przeleciał, a nawet szczególnie trzema z pięciu ostatnich w programie kompozycji poczucie zmęczenia pozostawił. I tak w obecnie mijającym roku robiąc rekonstrukcje, czy na nowo ze świeżym spojrzeniem z perspektywy ...Like Clockwork wspominając starsze albumy, krok w stosunku do kołysanek poczyniłem. Wywaliłem te burzące spójność numery, okrawając krążek do dwunastu kawałków i stworzyłem tym samym idealnie wyważoną całość. Taką co w miejsce nadmiaru, wprowadza zaletę w moim przekonaniu kluczową. Nią kapitalny balans długości albumu oraz stosunku zawartości dynamicznej, do tej balladowo-transowej (matematyczno-fizycznie zabrzmiało ;)). Pytanie zatem pewnie powinno się pojawić, czy tylko to aroganckie posunięcie względem autorskiej koncepcji twórców sprawiło, że w zupełnie nowym świetle na Lullabies to Paralyze spojrzałem. Myślę, że kluczem tu jednako przede wszystkim wypracowana dojrzałość w postrzeganiu dźwięków. Co jak co, ale maestro Joshowi nie można zarzucić, by muzyczna struktura jego kompozycji, tego wytrawnego pierwiastka była pozbawiona. Przyszedł właśnie czas, że ja w końcu na tej perełce rockowej sceny się poznałem i wdzięczny jestem, że ścieżka ewolucyjna w takie miejsce mnie doprowadziła. Po drodze nie jednym miałkim dziadostwem chwilowo się zachwycając, bynajmniej zażenowania nie odczuwam, bo zdaje sobie sprawę, że każde doświadczenie coś wnosi popychając jak widać jednak we właściwym kierunku. Ostre cięcia i konsekwentne, wręcz fanatyczne przerabianie tego co w niszy gitarowej intrygujące ku elicie mnie skierowało. Wpadłem ja w sidła założone przez Queens, a takie mistrzowskie utwory jak Everybody Knows That You Are Insane, Tangled Up in Plaid, Little Sister czy I Never Came, wryły się w moją świadomość, jako jedne z najwybitniejszych osiągnięć niebanalnego rocka. Mam teraz dwie wersje tego albumu, znaczy tą oryginalną i tą wciągającą na maksa, pozbawioną tego co strukturę całości burzyło. Od czasu do czasu sobie tak przy kilku innych tytułach pomajstrowałem, by finalnie efekt zadowalający uzyskać. Już jak widać wciskam się nawet w kompetencje takich legend jak Homme. Po swojemu sobie kroje płyty jakby ich autorzy sami pojęcia nie mieli co jest dla ich wizji właściwe.
P.S. I to cohenowskie otwarcie - doskonałe!
P.S. I to cohenowskie otwarcie - doskonałe!
środa, 4 grudnia 2013
The Sessions / Sesje (2012) - Ben Lewin
Kontrowersyjny temat! Niby jak, w sposób jaki? Jakby osoby niepełnosprawne, fizycznie instynktu seksualnego nie odczuwały, jakby te procesy nie w głowie, a poniżej pasa wyłącznie zachodziły. Moje zdziwienie powodowane licznymi forumowiczów sugestiami, że to takie jest niezwykłe. Fakt, niewielu pewnie patrząc na codzienną, często pełną cierpienia egzystencje osób dotkniętych chorobami, czy defektami, myśli o nich przez pryzmat tak trzeciorzędnej potrzeby jak seks. To, że nie zauważamy, nie znaczy, iż w umyśle osób ograniczonych fizycznie te procesy miejsca nie mają. Więcej myślę nawet, że ich znaczenie dużo większe, gdyż zwyczajnie często niezaspokojone. I świetnie, iż ta produkcja powstała, bo ukazując temat głęboko za ścianami i grubą zasłoną milczenia ukryty, kilka innych tabu jeszcze łamie. Tu na pierwszy front szczególna relacja z księdzem się wysuwa. Człowiekiem, wyraźnie czującym się nieswojo w kontakcie z tak intymnymi zwierzeniami, jednak stającym na wysokości zadania, jako osoba której powierza się najskrytsze tajemnice, w nadziei na zrzucenie ich brzemienia, ale i także z potrzeby wsparcia i pomocy w unikaniu popełniania błędów. Może ja adwokatem duchowieństwa nie jestem i zamiaru nie mam takowych szat przywdziewać, bo na takie wsparcie w żadnym stopniu przez pryzmat strategii politycznej kierownictwa tej instytucji nie zasłużyli. Jednako z pełną stanowczością mam zamiar podkreślać te postawy, które ponad utarte bezduszne schematy się wybijają. W tym konkretnym przypadku wyczucie, brak radykalnych sądów, bycie przede wszystkim człowiekiem, byciem dla człowieka z powołania na takie wyjątkowe uznanie zasługują. Poruszająca to historia i nie mam tu na myśli poczucia litości, bo Marc, pomimo swojego kalectwa potrafił żyć bardziej niż wielu pełnosprawnych. Ona niezwykła przez wzgląd na ludzkie postawy, tych co głównego bohatera otaczali. Taką wymienną transakcje podjęli - dając siebie, swą pomoc, oddanie, wspaniałą lekcje człowieczeństwa od Marca odebrali. I choć tak szczerze jako forma rozrywki kinowej przez fakt, iż trochę pozbawiony wkręcającej dynamiki, odrobinę rozmemłany nie wbił mi się w sposób wstrząsający do świadomości, nie pochłonął tak intensywnie, to i tak finalnie cieszę się z tych ponad dziewięćdziesięciu minut przed ekranem spędzonych. Bo to na swój sposób piękny, z pewnością mądry i dojrzały obraz, ze wzruszającymi, ubogacającymi wewnętrznie scenami oraz bardzo dobrym warsztatem aktorskim. Może tylko ja (niestety) nie do końca jestem w stanie jego walorami dać się oczarować.
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Transsiberian (2008) - Brad Anderson
To pośrednie ogniwo w karierze
Brada Andersona, pomiędzy genialnym Mechanikiem, a słabowitym, szablonowym
Połączeniem. Sporo mu brakuje do pasjonującej formy obrazu z 2004 roku, jednak od tego
ostatniego kiczu to o lata świetlne oddalony. W przypadku Transsiberian
intrygujący scenariusz i ciekawa realizacja wkręcający efekt dała. Północnorosyjskie realia, tak odległe od tych europejskich czy amerykańskich standardów,
wspaniałe pejzaże, mroźna surowa przyroda, równa niemal brutalnym, bezwzględnym
zasadom relacji człowiek-państwo tam panującym. Mniej dynamiki do formy reżyser
zaprzągł, a więcej między wierszami w wolno sączącej się kryminalnej historii
zawarł. I to właśnie w tego rodzaju mrocznych thrillerach lubię, kiedy zamiast oślepiać
tylko i wyłącznie spektakularnym chłamem, pozwala się widzowi szeroko oczy otwierać
w poszukiwaniu ukrytego w treści rozwiązania zagadki. I co ważne jeszcze,
zaskoczenie w tej brutalnej przecież konwencji – przyznaje takiego obrotu spraw
to się nie spodziewałem.
niedziela, 1 grudnia 2013
Machine Head - Unto the Locust (2011)
Ostatni jak dotąd studyjny krążek
Machine Head zaczyna podniosłe intro, zapowiadające masę patosu w gitarowym
zgiełku. Fakt, ta podniosła maniera wbita w kompozycje, odczuwalna jest przez
całe niemal pięćdziesiąt minut obcowania z Unto the Locust. Jednakże jak przystało na grupę
obecnie nomen omen modern thrashową z progresywnym zacięciem, sporo tutaj
klasycznej łupanko-galopady okraszonej aranżacyjną biegłością. Taka to w moim
przekonaniu kompromisowa hybryda przebojowości i bogatej ornamentyki popisowych
detali. Zapoczątkowana na Through the Ashes of Empires bizantyjska maniera, powiązana z
wyraźnym wzrostem formy grupy, w pewnym sensie daje na Unto the Locust objawy
zmęczenia formuły. Nie jest to oczywiście trup na siłę reanimowany, ale
delikatnie mi tu pewnym constans zajeżdża. Czy to źle? Czy dobrze? Pytanie się w takich okolicznościach z automatu narzuca. Odpowiedzi zapewne
różne, w zależności od typa, co w te dźwięki jest wkręconym. Nie mniej jednak, ja
oczekiwałbym po kolejnej produkcji jebnięcia w obrębie stylistycznej formy - ruchu co wstrząśnie
mną od nowa, jak dekadę wcześniej Through the Ashes of Empires uczyniła. Wiem że Flynna stać
na to, zatem ciesząc się jednocześnie z płyty, co pomimo wszystko na bardzo
wysokim poziomie egzystuje, czekam na pewne przesilenie, namacalny przełom, by
na nowo poczuć euforie równą tej, jaka towarzyszyła mi w przypadku dziewiczego
kontaktu z obrazkiem i dźwiękowym jadem Imperium. Unto the Locust to solidne
granie, zarówno dla fanów klasycznej odmiany thrashowej młócy jak i tych, co
moczą się ze szczęścia przy dźwiękach przebojowego metal core'a. Porozumienie Flynn
zawarł pomiędzy chwytliwością, a soczystym gitarowym grzaniem – wpływ
księgowych, czy naturalna potrzeba takiej sonicznej hybrydy? Cholera go tam
wie.
P.S. Jak zwykle poziom płyt
maszyn podnosi znacznie Dave McClain! Dla mnie jeden z najbardziej charakterystycznych,
ale i niedocenianych pałkerów na scenie. Dynamika, moc i precyzja w jednej
personie. Szacunek OGROMNY.
czwartek, 28 listopada 2013
AC/DC - Ballbreaker (1995) / Stiff Upper Lip (2000)
Dominująca teoria, dotycząca
twórczości AC/DC podobna jest tej, z jaką utożsamiana działalność ekipy
Lemmy’ego Kilmistera. Znaczy, że w kółko nagrywają to samo, w różnych
wariacjach i konfiguracjach. Znając więc jeden album, wiemy co znajdziemy na
każdym innym. Pozwolę się grzecznie nie do końca zgodzić z takim uproszczeniem,
bo chociaż koncertowe oblicze Australijczyków do pewnego wspólnego mianownika
sprowadza numery z różnych okresów, jednako studyjne krążki, to już zupełnie
inna bajka. Po pierwsze – brzmienie, oczywisty i chyba najpoważniejszy powód, by
z innej perspektywy oceniać płyty formacji, pozwalający wyraźnie wyodrębnić
okresy działalności. Charakter albumów z pierwszej fazy kariery przez to
zupełnie różny się wydaje. Bez porównania on przykładowo z tym, co kiczowaty plastikowy
sound z lat 80-tych z kompozycjami grupy zrobił. Po drugie, osoba wokalisty, a
na myśli mam tutaj wyraźną przemianę za sprawą zastąpienia Bona Scotta przez
Briana Johnsona. Dobra, starczy może, nie będę się już rozwijał i truł dupę
szerokimi, ultra precyzyjnymi analizami i przejdę już do sedna, a co myślę o
okresie przed i po będących głównym tematem tych mądrości, zapewne gdzieś w niejasnej przyszłości odważę się przyznać. Dla mojej
muzycznej wrażliwości i szczególnego sentymentu dla produkcji z lat 90-tych, Ballbreaker i Stiff Upper Lip są kwintesencją tego, czym AC/DC jest oraz co najważniejsze, jaki efekt można
było osiągnąć z idealnej symbiozy kompozytorskiego talentu, kapitalnego
wyczucia groove'u, pełnego zaangażowania w muzykę i świetnie dobranego brzmienia.
Zasługa tu nie tylko techniki, ale przede wszystkim doświadczenia, dojrzałości
producentów czy inżynierów dźwięku, by sound szybko się nie zestarzał lub wartko trącił
kiczem za sprawą zbytniego wykorzystania modnych w danym czasie patentów. Na
Ballbreaker i Stiff Upper Lip od tej strony wszystko się zgadza i uwag
bynajmniej mi brak. Brzmienie rzecz istotna, jednak fundamentem jakości, jasne że są same numery, a w głośnikach ze współpracy podstawowego rockowego
instrumentarium uzyskano fantastyczny w subiektywnym moim odczuciu poziom. On
na gruncie soczystego bluesa osiągnięty, tego, co od zawsze na krążkach AC/DC fundamentem, jednako w powyższych przypadkach sprowadzonego do korzennej wersji,
okrojonej z szarpanej maniery goszczącej na produkcjach legendy do tamtej pory.
Mniej tu typowej przebojowości, a znacznie więcej atmosfery, kawałki mniej szalone,
silniej dojrzałością spowite. Na koniec podzielę się jeszcze taką oto
bezpośrednią refleksją. Wiem, że dla wielu, to co te „kangury” grają wiochą zajeżdża i buraczanym muzykowaniem dla „czerwonych karków”. Takich typów, co zamiast
salonowej literackiej maniery, wolą saloonową (tak się to pisze?) medytacje przy browarze lub szklaneczce łyskacza w towarzystwie kumpli i fajnych dziołch.
I to fakt, proste to jest łupanie, ale zawiera takie stężenie pozytywnych emocji, jakich
w ultra technicznych, skomplikowanych dziełach dla pseudointelektualnej elity
ze świecą szukać. Człowiek zapierdala (o jakie brzydkie wyrażenie), od rana
niemal do wieczora ujebany (znów te wulgaryzmy) w gnoju, smarze czy innym
paskudztwie i na koniec dnia ochotę ma zabawić się, a nic tak w nią
skutecznie nie wkręca jak brzmienie wiosła Angusa. Zatem trza wbić do
speluny i troski daleko poza zasięgiem świadomości przez chwilę pozostawić. Żyć
po prostu, a ten intensywny jego wymiar po części (sporej) dzięki tym dźwiękom
uzyskiwany. Cóż więcej od muzyki w takich warunkach żądać, kiedy ona pobudza i radość
przynosi. AC/DC wiecznie żywe pozostaje, czy napędzane energią ziemi, kosmosu, tą Boską czy zwyczajnie od fanów pochodzącą gówno (znowu prostactwo co mam je we krwi się odzywa) mnie to
obchodzi! Ważne, że ona niewyczerpana, że JEST i BĘDZIE do końca! Rzekłem!
P.S. W żadnym przypadku nie pisałem
o sobie, bo robotę mam czystą jak łza – zero nerwówki czy frustracji, przecież
do k**** nędzy (chamstwo werbalne po prostu) studia skończyłem. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)








