Cormac McCarthy i wszystko jasne! Dla mnie na razie skojarzenia trzy, No Country for Old Man, Sunset Limited i The Road, czyli kapitalny fundament i równie wyborne ekranizacje jego prozy - prócz Drogi bo mnie szczerze rozczarowała, ale o tym szerzej napisze może przy innej okazji. W powyższych zaś dwóch zacnych przypadkach za efekt kinowy odpowiednio bracia Coen i Tommy
Lee Jones odpowiadali, natomiast Dziecię Boże postanowił na ekran przenieść
James Franco, a rezultat pomimo starań nie do końca przekonujący. Jak mam samą
techniczną stronę produkcji ocenić to w zachwyty z pewnością nie będę wpadał,
bo przed szereg Pan aktor/reżyser nie wychodzi. W surowy, oszczędny sposób
narracje prowadzi, rozedrganą kamerą za bohaterem kroczy, pozostawiając sporo insynuacji i miejsca do spekulacji. Brakuje stopniowania napięcia, a wszystko
jest tak dosłowne niczym stawiany w początkowej scenie przez typa, dzikusa kloc. I to by było na tyle, gdyby
nie sama baza przez McCarthy’ego przygotowana, bo historia frustracji i obłędu
bohatera zaiste niezwykle sugestywna, a postaci tło wypełniające obrazowo
ukazujące głęboko zakorzenione w mentalności prowincjonalne buractwo. Jest typ psychicznie zwichrowany,
wydarzeniami z przeszłości poturbowany, ale jest i cała galeria tych co w
granicach „normalności” funkcjonując tak w rzeczywistości udowadniają swą bezgraniczną ignorancję i obłudę. Oni kołem zamachowym tego świata podłego, a
raz wprawiony w ruch mechanizm samoczynnie ofiary generuje, które same w
konsekwencji równych, czy większych okrucieństw się dopuszczają. To się tak
kręci w nieprzerywalnym cyklu, bez szans na rozszczepienie tego związku. Pozostaje
po seansie poczucie artystycznego niedosytu i emocjonalnej zawieruchy z
pytaniem podstawowym - kogo powinniśmy czynić odpowiedzialnym za ten całościowy
ludzki dramat? Ten film obejrzeć trzeba na ostrym wkurwie, przy sporym
ciśnieniu rozgoryczenia jakie świętoszkowaci skurwiele swą bezgraniczną
hipokryzją wywołują. Wtedy pojawi się pewnie szansa na odkrycie jego sedna.
P.S.
Taki pojeb bohaterem, a ja trzymałem jego stronę – rozumiem, że to
normalne? ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz