Jeśli sam w sobie, ze swoją obecną mglisto-dżdżystą charakterystyką, grudzień człowieka jeszcze nie zdoła nastroić przygnębiająco, to polecam, można sobie jeszcze dodać anty animuszu włączając Nieumarłych, z obecnie przezywająca zasłużenie swoje pięć lub może znacznie więcej minut Renate Reinsve. Bowiem to kino z rodzaju wnikniesz w nie i ono zrobi Ci krzywdę na twoje własne życzenie, bądź zanim zatrybisz w co z tobą emocjonalnie pogrywa, odpłyniesz niepostrzeżenie w objęcia Hypnosa (Morfeusza proszę zostawić w spokoju). Ono leniwie sunie, ono pełznie niemalże, ono sączy się, ono być może smęci, ale też zaciekawia, finalnie oddziaływając tam, gdzie człowieka boli i mierzi najdotkliwiej. Ono wstrzemięźliwie korzysta z wizualnych i ascetycznie wręcz z werbalnych środków, lecz mimo to stanowi dowód doświadczenia przeszywającego, bo zmroziło mnie w czasie seansu nie raz, a jego otoczka quasi horroru jeszcze silniej wpływa na człowieka, gdy psychologiczne konteksty wraz z klimatem włażą pod skórę i subiektywne dyskomforty implikują. Koncept jest zasadniczo prosty - dopiero co zmarli jakimś mrocznym cudem częściowo wracają, ale przesłanie i rozczytywanie jego, to już inna sytuacja, bowiem pada pytanie - jak żyć z kimś kto ugrzązł pomiędzy tam i tu, nie jest tym samym czym był, nawet jeśli jego brak, to była rozpacz i smutek potwornie dojmujący. Ktoś odchodzi, trzeba żyć tak samo dalej - ktoś powraca, trzeba żyć z nim na nowo. Nie martwy, ale też nie żywy – nieumarły. W aurze horroru to niezwykle ponury, silnie rezonujący, sugestywnie atakujący wnioskami i refleksjami, rozbudowany potencjalnie psychologicznie (kwestia co sobie zinterpretujemy) dramat. Obraz który powoduje ucisk w klatce piersiowej, boli wręcz fizycznie i daje do myślenia. Niby prozaicznie o groteskowych zombiakach, a totalnie (powaga w całej rozciągłości) nie o nich. Dawno film nie potraktował mnie takim przeraźliwym depresyjnym chłodem i nagle nie porzucił w stanie chwilowej utraty równowagi z krwawiącą zagryzioną warą.
czwartek, 12 grudnia 2024
środa, 11 grudnia 2024
Gomorra / Gomorrah (2008) - Matteo Garrone
Pierwszy myślę szerzej rozpoznawalny film Matteo Garone, czyli gangsterskie w klimacie neorealizmu kino z Neapolu - o neapolitańskiej sieci mafijnej, z dzielnicy tak charakterystycznej, iż każdy w miarę zorientowany rozpozna te ulice zabudowane blokami z labiryntem kładek, korytarzy, schodów i innych, betonowych ciągów komunikacyjnych. To miasto w mieście, poza kontrolą miejskiej władzy i karabinierów, gdzie kasa z wdzięczności za opiekę i pomocna dłoń, jeśli lojalność i systematyczność składania ofiary zachowana. Narkotyki, lichwa, wymuszenia i przekręty - wszystko w atmosferze rodzinnej quasi firmy, zapewniającej względne jedynie status quo, przeradzającej się co rusz w permanentną wojnę o wpływy. Wojnie totalnego zamieszania, ofiar mniej lub bardziej w nią zaangażowanych, po równi jednak wbrew zaangażowaniu wmieszanych i dotkliwie cierpiących. Gomorra technicznie, to w zasadzie surowa relacja z miejsca, rzecz jasna fabularyzowana i aktorska, choć nie trudno byłoby dać wiarę, że cześć z tych postaci to obsadzone naturszczyki, z tego właściwego środowiska - kto wie w jakie ciemne kontakty miał odwagę się Garrone wciągnąć, aby obraz zrealizować? Wszystko to co na ekranie robi więc wrażenie w punkt utrafionej autentyczności i pokazuje życie w budzącym wyłącznie strach wśród nietutejszych, a też poczucie patologicznego poczucia więzi i surrealistycznego bezpieczeństwa pośród, nie potrafiących w większości inaczej funkcjonować jego mieszkańców. Silne gwałtem i przemocą „rodziny”, krwawe starcia głównych rozgrywających, ale i gówniarze próbujący przejąć rewir, bo są aroganccy i pozbawieni lęku, jak po prostu głupi. Kilku bohaterów równoległych i masa postaci powiązanych, od wspomnianych szefów, poprzez żołnierzy, aspirujących gnojków, poprzez mało znaczących, ale od lat wykonujących pokornie to co do nich zależy ludzi, po zwykłych, bez ambicji przestępczych, pragnących jedynie przetrwać lokatorów komunalnych budynków w dzielnicy Scampia. Promowany jednym z lepszych, a z pewnością ostro wbijającym się w pamięć plakatem, mafijny portret brutalnie prozaiczny i prozaicznie brutalny, napędzany zwolna, ale z pulsem i ikrą scenariuszem na podstawie głośnej swego czasu książki Roberto Saviano. Rozbudowany w liczne wątki, ale trzymane sprawnie przez reżysera w garści, co zwiastowało już wtedy niekonwencjonalny talent realizatorski Garrone.
wtorek, 10 grudnia 2024
Kneecap / Kneecap. Hip-hopowa rewolucja (2024) - Rich Peppiatt
Podkręcone archetypiczne rapsy, energetyczne seksy, drag-dilerka, dzika psiarnia, oczojebne dresy, modelowo tępe nacki, ideowy terroryzm, brutalna przemoc, PRZESTRZELONE RZEPKI, patriotyzm lokalny, miłość, honor, ojczyzna, poświęcenie, polityka, rodzina, depresja, lista przebojów, retro analogowy automat perkusyjny i belfer amator dj-ki oraz wiele wiele więcej, a wszystko w kompletnie niezrozumiałym, równie dla moich uszu ekwilibrystycznym jak madziarski w wymowie języku irlandzkim. To wszystko i ponad wszystko klei się jednak znakomicie, bo jest w tym tempo, super flow i vibe ekstra ekstra, niczym raz natchniona, dwa przezabawna i trzy absolutnie traktująca poważnie sedno tematu, a tym samym mądra i głęboka, dekonstruująca klisze, będąca dziełem Taika Waititi lekcja o nazizmie. Blisko choć zarazem zupełnie inaczej - z podobnym bezpretensjonalnym, absolutnie porywającym oryginalnością sznytem, ale o czymś zupełnie innym, w odmiennych realiach miejsca i czasu, ale i znacznie bardziej lekcja bezpośrednia, wulgarna i jak na europejską poniekąd egzotyczna. Ona, ta szalona, brawurowa jej koncepcja, nieco w stylu najbardziej charakterystycznego Guy’a Ritchie czy Danny'ego Boyla z czasu kultowego Trainspotting ma werwę plus warstwy i oblicza, więc nie jest jakimś chamsko bezmyślnym promowaniem zachowań ryzykownych, czy patologii wśród młodzieży, bowiem jest czymś znacznie szerszym i błyskotliwie rozbudowanym w wątki oraz konteksty, a poza tym artystycznie też kipi od intrygujących inspiracji i fantastycznej kreatywności. Jest DOSKONAŁĄ rozrywką z konkretnym, wartościowym przesłaniem, jak i odjazdowo sprzedanym lokalnym miejskim folklorem - potraktowaną z szacunkiem narodową kulturą, historią ludzi i ziemi zagmatwaną i potwornie tragiczną. Z zapałem i charyzmą zagranym (naturszczycy grający koncertowo samych siebie plus aktorskie wygi zaangażowane dla idei i funu) wypięciem się na schematy i konwenanse, więc jeśli jest z pomysłem eksplozywnie, to nie dziwię się, że mnie ta lekcja porwała, co jednako z pięciu osób zabłąkanych w kinowej sali, jednej z nich nie przeszkadzało w wyjściu po około trzech kwadransach. Daj ludziom oryginalność, a ona ich skonsternuje - daj kapitalne kino, a oni pogrymaszą. Wreszcie daj coś przekornie inteligentnego, to za ch*** się nie zorientują i czmychną.
poniedziałek, 9 grudnia 2024
Ulver - Liminal Animals (2024)
Ulver wydaje właśnie trzeci z serii synth-popowy album i wchodzi on na rynek wciąż jeszcze w okresie czynnej żałoby po śmierci Tore Ylwizakera - klawiszowca grupy od bodajże końca lat dziewięćdziesiątych - znaczy momentu, gdy zespół Kristoffera Rygga poszedł na dobre w stronę awangardowej elektroniki. Sytuacja to więc mało komfortowa z punktu widzenia startowej kondycji psychicznej muzyków, ale czy nie akurat szansa aby w niekoniecznie dosłowny i konwencjonalny sposób ból własny wewnętrzny przepracować. Liminal Animals mógł więc stanowić tak samo płótno w które muzycy rzucą gniewem bądź pokryją je liryczną refleksją, jak też tylko dla ich dobra zawierać ilustracyjne odniesienia do przeżywanych emocji. Mam zatem teraz uzasadnione myślę przekonanie, iż z powyższego po części powodu najnowszy album jest zdecydowanie mniej piosenkowy i w utworach muzycy nie szukali przede wszystkim za wszelką cenę drogi do chwytliwych refrenów, a w odróżnieniu do przecież udanego, lecz poniekąd pozbawionego większej głębi Flowers of Evil (z perspektywy czasu czuć mocniej to zacząłem), obecny krążek podryfował w kierunku znacznie bardziej znacząco inkrustowanych odniesieniami do przeszłości muzycznych pejzaży. Z pewnością kompozycje są mniej schematyczne i płyną swobodnie w różnych, kojarzonych jednak ze stylem grupy kierunkach, a urozmaicanie ich struktur tak doskonale pięknymi brzmieniami trąbki w tylko pozornie, przez chwile dość banalnym, powtarzalnym, bo najmocniej chyba trącącym charakterem poprzedniej płyty Forgive Us, czy melorecytacją w poświęconym właśnie Tore, zamykającym płytę Helian (Trakl), tylko się wyższej ocenie całości zdaje przysłużyć. Album który mógłby z pozoru być jedynie kolejnym krokiem w stronę li tylko przebojowości, staje się nie tylko zbiorem indeksów, ale spójną całością paradoksalnie za sprawą wiązania ze sobą oczekiwanych dobrych melodii i milutko zapamiętanych, nośnych motywów, z zagęszczaniem i rozmywaniem zarazem klimatu poprzez włączanie kompozycji instrumentalnych - elektronicznych plam i elektronicznych transowych, progresywnie się rozwijających, pulsujących wątków. Stąd Liminal Animals rozpościera się w szerokim paśmie pomiędzy synth-popowym, a synth-wave'owych obliczem. Zawsze jednak brzmi niezwykle miękko, wręcz pluszowo, choć podróż muzyczna jaką funduję uderza naturalnie w mroczne, a fragmentami, w momentach kulminacyjnych względnie żywiołowe tony. Podejrzewałem przed pierwszym seansem, iż ten materiał odbierze mi część zainteresowania dalszym losem Norwegów, bowiem nie miałem potężnie wzmożonych oczekiwań i pesymistycznie wieszczyłem być może podświadomie, że nowy Ulver będzie nieco jałowy, a okazało się iż pojawiło się we mnie świeże zafascynowanie, z przekonaniem jakoby Ulver w przyszłości jeszcze potrafił tak jak uczynił to teraz, przesuwać stojące w zasięgu wzroku gatunkowe ściany. Rozpychać je, przesuwać je, wedle uznanych za potrzebne, aby nie ugrzązł metod i technik - na potrzeby tkwiących w nim inspiracji i aspiracji. Innymi słowy wierzę, iż ulverowa wizja artystyczna nie jest jeszcze finalnie, do końca okrzepła i ZAJEBIŚCIE.
niedziela, 8 grudnia 2024
C'è ancora domani / Jutro będzie nasze (2023) - Paola Cortellesi
Wygląda dobrze, wręcz bardzo dobrze, ale czy wizualnie prezentuje się jak miliard lirów, nawiązując swoim biało-czarnym stylowym wizerunkiem do włoskiego neorealizmu, czy szerzej klasyki południowo-europejskiego kina, to ja nie mam w stu procentach takiegoż zasugerowanego przed seansem wrażenia. Jest za to (tutaj mam stu procentowe przekonanie) po części nowoczesny formalnie, bo tak montaż ujęć, jak i sama sekwencja otwierająca zdradza inspiracje raczej nowoczesnością. Tak jak czuć tu ducha klasycznej przeszłości, tak nie trudno zauważyć bowiem, iż obraz to co powstał współcześnie – tak istotnie technika i warsztat obróbki jest bardziej wytworem dzisiejszym. Merytorycznie natomiast pierwsza godzina niekoniecznie przekonuje, raczej opornie w zwykłe realia powojennej Italii (dokładnie Rzymu) wciąga, ale druga wszystkie bez większego entuzjazmu oceniane drobiazgi rekompensuje, a na finał to już tak czułem się podstępnie, a zarazem „jak mogłem się nie domyśleć” zwiedzionym, że no jak? Powinienem się spodziewać i jednocześnie kto by się spodziewał? :) Rzecz ogólnie ooo..., stop! Nie będę przecież spojlerował! Bardzo proszę odczuć to co ja nieświadomy i z zupełnie obcej na co dzień strony poczułem, bardzo polecam. Tak samo jak gorąco rekomenduję ten fantastycznie zagrany (Paola Cortelessi wspaniała i Valerio Mastandrea doskonały) niekonwencjonalny i nieoczywisty mimo wprost przekazywanych treści, niezwykle wartościowo odświeżający oczywistości manifest.
sobota, 7 grudnia 2024
Grand Magus - Sunraven (2024)
Czy jeśli album włączasz zaczynając pisać w innym temacie i kiedy stawiasz ostateczną kropkę, to dociera do Ciebie iż płyta przeleciała, a ty nic a nic z niej nie zapamiętałeś, to czy jest o czym w zasadzie pisać? Szczególnie jeśli to materiał w gatunku zasadniczo chwytliwie melodyjnym i z natury motywy powinny nawet jeśli wstydliwie, to jednak zwrócić na siebie uwagę i do nucenia podkręcić. Pytanie to retoryczne, bardzo proszę nie reagować i nie odpisywać - nie to jest bowiem moją intencją by do przytakiwania, względnie polemiki zachęcić, a potrzebowałem wyłącznie jakiegoś wstępu, czegoś na kształt zagospodarowania "białej kartki" na początek inaczej niż zazwyczaj, gdy o ostatnich krążkach Grand Magus piszę. Bowiem dać raptem po raz enty do zrozumienia, że z ekipy mimo iż latającej w lidze stylistycznej nie do końca z moimi gustami po drodze, to całkiem ciekawej, przepoczwarzyli się w grupę od sztancy nagrywającą materiały heavy tandetne - z mojej strony byłoby nieprawdaż przegięciem. To też symuluję coś tam coś tam żartobliwego i po wystukaniu już przyzwoitej ilości znaków odwracających uwagę bodaj od sedna, na koniec dodaję, że Sunraven posiadając motywy nie odkalkowane dosłownie, jest w odczuciu moich dwóch uszu, cóż... taki sam jak: The Hunt, Triumph and Power, Sword Songs i Wolf God. Może się podobać, ale wyłącznie zafiksowanym maniakom skandynawskiego heavy-doomu oraz przez chwilę mnie - fanowi głosu JB.
czwartek, 5 grudnia 2024
Diabeł (2024) - Błażej Jankowiak
Człowiek to jednak durny jest (znowu, ileż cholera można?), żeby zamiast słuchać wewnętrznego, sprawdzonego intuicyjnego ja, dać się zaprogramować obcej opinii i w stanie chwilowej pomroczności (nie wiem, jasnej?) udać się na na fotel kinowy i pozwolić zamęczyć czemuś tylko przypominającemu profesjonalne kino, bo to co przygotował niejaki Błażej Jankowiak inaczej niż popisem totalnej nieudolności nazwać nie jestem w stanie i jeśli gość posiada papiery reżyserskie, to chyba dostał je w promocji za naklejki zdobyte podczas serii obfitych zakupów w Biedronce, bądź wprost za dobre posmarowanie profesorstwu na obronie. To o nim - o człowieku jaki ten proces „twórczy” nadzorował i uznał, że nie ma się czego wstydzić, okazując kompletny w zakresie unikania żenady brak instynktu samozachowawczego, skoro zdecydował się jego wynik poddać publicznej ocenie. Drugie to zawód znacznie większy (nie jestem w stanie zrozumieć, wyjaśnić, jak, dlaczego?), że owy kloc potworny przez kogoś kogo w dziedzinie krytyki filmowej uznaję za filtr fachowy, przyjął Diabła w objęcia serdeczne i kolegów naraził na wielominutowy koszmar z nim przebywania. Bezpośrednim będąc daje teraz tu do zrozumienia, że nie uniosłem (zamykałem oczy, a uszy więdły) kwadratowo, topornie ciosanych dialogów, chaosu w narracji, bidy w intrydze, koślawej produkcji i kulawych relacji pomiędzy postaciami, tak jak niemal parskałem ze śmiechu kiedy między innymi Trojan nieudolnie udawał szefa lokalnej gangsterki, Gałązka słabość do „podpisanej” klaty i sześciopaka jeszcze bardziej niż zazwyczaj obleśnego Lubosa (jak tu dosłownie go nazwała Kurta Cobaina z Tarnowskich), a z ulicy chyba zorganizowani twardziele pękali po dwóch strzałach Rambo-Lubosa. Szkoda mi trochę swoją drogą niezłego przecież aktorsko Lubosa, ale najbardziej Adama Ostrowskiego (O.S.T.R.) przekonującego jak na naturszczyka za barem i tej suki, dziewczyny Lubosa, bo tak dobrze zagranej psiej roli jedynie tak naprawdę nie można było się wstydzić. Reszta porażka - nie mogłem bez poczucia zażenowania się na to gufno zasługujące na Węże patrzeć i tylko brak odwagi by przepchnąć się podczas seansu między fotelami, zatrzymał mnie do końca. Kiedy jednak na ekranie pojawiły się napisy końcowe i o zgrozo, z dupy nieomal hołd dla amerykańskich weteranów, nie zważając na opory czmychnąłem czym prędzej do wyjścia ewakuacyjnego.
środa, 4 grudnia 2024
Simona Kossak (2024) - Adrian Panek
Postać zaiste znacznie bardziej fascynująca od filmu o niej i jeżeli w intencji Adriana Panka nie było jej szersze spopularyzowanie, to nie ma usprawiedliwienia iż stworzył obraz najzwyczajniej skalkulowany na masowego widza, ale nie tak udany jak podobnie pragnący rozgłosu, wielce w odróżnieniu trafiony/udany sprzed kilku lat biopic o Michalinie Wisłockiej. Innymi słowy pewnie biograficzny półprodukt Panka będzie przez grono emerytek kinomanek określony ładnym filmem, ale to raczej żaden komplement, kiedy bohaterką kobieta niezłomna, bo charakterna i piękną, wartościową pasją obsesyjnie pochłonięta. I nie pomagają mu finalnie tak jak by potencjalnie mogły skręty w kierunku ukazania głębszego sensu surowego, zimnego chowu - dzieciństwa spędzonego w pozornie być może tylko toksycznym towarzystwie matki, bowiem to hartowanie (przygotowanie na udźwignięcie ciężkiej rzeczywistości) jest li tylko potraktowane wzmiankowo, a jedna mocno sugestywna scena ze świetną w roli silnej kobiety Agatą Kuleszą ogólnie wiosny w scenariuszu nie czyni. Tak jak doskonała uważam rola kapitalnej obecnie Sandry Drzymalskiej (to jej czas, ja jej mocno kibicuję), nie jest w stanie wznieść obrazu Panka na wyższy emocjonalny poziom, kiedy wyłącznie w pamięci po seansie pozostaje cudowny las, zjawiskowo sfilmowany i te "pogańskie", magiczne wręcz "szamańskie" akcenty, uświadamiające znaczenie pierwotnej puszczy i jej tajemnic znanych jedynie dla mocno wkręconych - wtajemniczonych. Tym bardziej że powinienem dla dobra "niedźwiedziej" laurki dla Simony przemilczeć taki drobiazg, jaki wrażeniu dodatkowe kuku czyni, że jej siostrzenica Joasia przez 5 lat ni cholery się nie zmieniła.
wtorek, 3 grudnia 2024
Minghun (2024) - Jan P. Matuszyński
Sugerowano że wielka rola Dorocińskiego i on sam zdawał się zapowiadając/polecając film w to uwierzyć, a co ja myślę, to nie czułem się może wybitnie rozczarowany, ale też rozklejony Dorociński to nie od razu aktorsko wybitny Dorociński. Może ja nie kupuję z zasady jego estetycznej klasy, bo nie widzę w niej autentyzmu tylko pozę, więc kiedy gra na smutno, wychodzi mu znacznie bardziej sztucznie, niż kiedy rola daje mu szansę zrzucić gorset wypacykowanego dżentelmena - patrz Teściowe lub Moje Córki krowy na przykład! W okolicznościach tematu nowego długiego metrażu Matuszyńskiego, wszystko wskazywało że wciśnięty w owy gorset zostanie i nie będzie z natury w stanie mnie przekonać. Jeśli więc więcej w jego kreacji dostrzegam przez pryzmat stereotypowego nastawienia, niż rzeczywistego oddziaływania, to z góry przepraszam za wprowadzanie w błąd, dodając iż bez wątpliwości jednako uważam, aby nie bardzo sam autor scenariusza w wyrwaniu się ze schematu jemu dopomógł, scalając jego postać w teorii z dwóch ostro ciosanych, niewystarczająco do zbudowania wielkiej kreacji zniuansowanych bloków cech charakteru. Matuszyński też nie wydobył w procesie realizacji z tejże cierpiącej postaci więcej niż tylko poprawnego zestawu specyficznych, a tym samym schematycznych reakcji, nawet jeśli bardzo możliwe, iż wiedział co chce w teorii za pośrednictwem podjętego tematu i gatunku filmowego (blisko kieślowszczyzny) pokazać i przekazać, dokonując tegoż co najwyżej dostatecznie dobrze, aby jedynie kompletnej porażki do swojej filmografii nie dodać.
P.S. Czy jest to obserwacja czyjejś żałoby w realu czy na filmowym ekranie, to zawsze myślę doświadczenie z rodzaju surrealistycznie niepokojących, testujących podstępnie człowieka w człowieku, bo to zawsze te kompulsywne myśli, że strasznie przykro, ale jak fartownie, że nie ja jestem w tej teraz sytuacji. Tym bardziej jest ono osobliwe, gdy ta żałoba w formie egzotycznej, natomiast warunki nasze polskie, a ponadto w filmowym wydaniu na ekranie raczej na podstawie scenariusza bez dramaturgii większej, li tylko ta jaką sama w teorii sytuacja tragedii i żałoby może wywołać.
poniedziałek, 2 grudnia 2024
Skunk Anansie - Stoosh (1996)
To nie jest wyznanie o silnym emocjonalnym zabarwieniu, bowiem rzecz się dziejąc (premiera Stoosh), ona wówczas nie wywoływała we mnie większego zainteresowania, niż zarejestrowanie w świadomości, iż wszedł na rynek album zawierający jeden z największych hitów tamtego okresu. Hedonism był wszędzie (TV, radio i w codziennych muzycznych mega entuzjastycznych gadkach wszystkich którzy wówczas popularnym rockiem się interesowali) i to on zapewne nagonił Skunk Anansie znakomitą część fanów na lata, bynajmniej nie proponując już nigdy później albumu na którym taki podobny mega hit mainstreamowy byłby zagościł. Ja przynajmniej sobie nie przypominam sytuacji w której nazwa Skunk Anansie tak mocno wryła by mi się w berecik, jak wtedy gdy to co powyżej! Co jeszcze bardziej ciekawego, to nie czuję do Stoosh sentymentu, gdyż bardzo powierzchownie jego temat lata temu i tylko przez chwilę przerabiałem, ale teraz ku mojemu zaskoczeniu, gdy odświeżyłem sobie już w formacie skupionego całościowego odsłuchu jego zawartość, to nie napiszę, iż dość silne echa takich numerów jak Infidelity (Only You), Twisted (Everyday Hurts), czy Brazen (Weep) we mnie się nie pojawiły. Dziwne, wręcz zadziwiające, bo serio sobie nie przypominam bym Stoosh poświęcił więcej czasu niż ten który zagospodarowywali sobie w mediach. Zatem albo ten atak na stacje radiowe i stacje telewizyjne muzyczne był jeszcze bardziej zamaszysty niż pamiętam, bądź gdzieś u kogoś będąc gościem na kwadracie, bywałem obficie tymże albumem częstowany. Już sobie nie przypomnę, ale przyznam że być może zasługiwał on z mojej strony wówczas na nieco większą uwagę, bowiem leci teraz ostatnie dni i nie czuję by mnie od siebie odstręczał, a jego największe walory oprócz charakterystycznej dla lat dziewięćdziesiątych popowej w rocku europejskim chwytliwości, to ogólna spójność formuły mimo wydaje się braku lęku przed korzystaniem z całkiem wysokiej stylistycznej amplitudy. Być może to nieco zwodnicze i tak naprawdę kapitalnie osobna maniera wokalna Skin oraz jej zaangażowane interpretacje powodują, że album raczej tylko poprawny nabiera cech wyciągających go ponad przeciętność, bo w sumie gdyby się intensywniej przyjrzeć co tam za sceną opanowaną przez wokalistkę głębiej w wymiarze instrumentalnym się dzieje, to oprócz niezłego pulsu basowego i fragmentami jakichś rytmicznych bardziej finezyjnych sytuacji, to te twarde, proste, a na pewno żadne oryginalne riffy, do czegoś ponadstandardowego nie aspirują. Skin jest tutaj przede wszystkim świetna, tak jak rewelacyjna jest też w pamiętanym przeze mnie akurat doskonale numerze Meat, autorstwa Tony'ego Iommi'ego.
sobota, 30 listopada 2024
Megalopolis (2024) - Francis Ford Coppola
Nie mam potrzeby wyduszać, wymuszać - tak odczuć jakie Megalopolis wywołuje, jak i nadmiernej miernej siłowej słownej ekscytacji, gdy sprawdziłem co za własne, uciułane w dużym stopniu srebrniki, spełnienie reżyserskie seniora mistrza mnie dało. Obejrzałem dzieło które nic subiektywnie (to ja) i obiektywnie (to rzeczywistość) nie zmieni, a da jedynie Coppoli usprawiedliwienie, że nie był bezczynny, gdy walił się świat. Połechce jeszcze mocniej jego ego na czas zaawansowanej jesieni życia, bowiem koncept przeniesienia cesarskiego rzymskiego oblicza starożytnej ziemi do czasów współczesnych i uchwycenia podobieństw, jest zaprawdę konstruktem ze wszechmiar ambitnym – nie przewiduję dyskusji! Tylko teoria i inspiracja, motywacja i myślenie życzeniowe to raz, a dwa realizacja i możliwości, sprzedaż idei i tej idei odbiór w formie jaką Coppola w finalnym efekcie dostarczył. Nie napiszę tutaj, iż w zamierzony tandetny sposób nie kupił mojej uwagi i nie przyznam racji ostrej krytyce, że pod przeozdobną sceną, nie kryje się żadne godne uwagi erudycyjne przesłanie i że Coppola już jest tak stary, że więcej w jego (w założeniu) opus magnum materiału do drwin, niż przyczyny do poważnie zatroskanej o kondycji świata dyskusji. To w sumie jest jeden z tych filmów, które są robione przez twórców dla siebie, bowiem tylko autor wie wszystko co wiedzieć też widz naturalnie powinien, by zrozumieć treść i wykoncypować idealnie trafione przesłanie. Sens Megalopolis mimo to nie jest akurat nazbyt niejasny, ale jednocześnie nieco przeładowany i chaotyczny, bo pętelek w ściegu nie brakuje i w szczegółach nietrudno się nie pogubić, ale jakby się z twórcą Megalopolis przy kominku zasiadło i w dysputę o tym co i jak widzi wkręcić, to nie przewiduję iż pod wrażeniem gigantycznym, osłupiałym lub totalnie podekscytowanym przez całą noc nie pozostało. Problem tylko w tym, że opowiadanie filmowe (w skrócie rzecz biorąc) o cywilizacji jaka największym wrogiem ludzkości i opowiadanie o tym stosując masę metafor wymaga okiełznania autorskiej euforii i pomysłu kilka razy, aby był klarowny przefiltrowania. Ten język i ta metoda jakiej użył, bez względu na fakt że współpracownicy w osobach aktorów jemu projektu absolutnie nie położyli, w więcej niż pięćdziesięciu procentach nie zagrał. To on sam stosując język wizualny jaki sobie na tą okoliczność wymyślił rozjechał się chyba z dzisiejszymi wobec wizji kina epickiego wymaganiami - chociaż kto wie czy ja tu ogarniając to co zobaczyłem, bardziej od niego nie pierd*** i gdyby pozbawić retorykę Megalopolis nazbyt ostrych konturów i kolorystykę jaskrawą umownie na bardziej pastelową zmienić, to nie miałbym może do czynienia z geniuszem podobnym takim ówczesnym mistrzom jak Paul Thomas Anderson, Denis Villeneuve, czy każdy inny obecnie z fejmem uznany wizjoner. Nie wiem, w sumie to już nie wyduszone koncepcje na domniemania mi się wyczerpały, a seans pomimo długości i kalibru merytorycznego nie zmęczył. Rozumiem jednak dlaczego może tak opinie widzów polaryzować.
piątek, 29 listopada 2024
Horizon: An American Saga - Chapter 1 / Horyzont. Rozdział 1 (2024) - Kevin Costner
Klasyczne do granicy przesady, w teorii prawdziwie epickie westernicho, które pomimo wysokiego jak mniemam budżetu i rozmachu produkcyjnego, zadziwiająco miejscami robi anty wrażenie raczej telewizyjnej, niźli w planach zapewne spektakularnej widowiskowości. To wrażenie subiektywne, nie jest takie pewnie obiektywnie jednoznaczne, trudno zamaszyście oskarżać twórców o brak umiejętności wykrzesania wizualnego względnego dobra z potencjału rozległych przestrzeni i emocji ze scen starć z czerwonoskórymi, czy wprost wzruszeń z dramatycznych scen, ale jeśli się kręci współcześnie, a efekt przypomina kino dość pospolite z lat dziewięćdziesiątych, to czuć niedosyt, a wręcz rozczarowanie, gdy założenia i autorstwo w rękach kogoś, od kogo można by więcej wymagać. Kuleje warsztatowo Horyzont może fragmentarycznie, ale też nie broni się całościowo, schematyzmem i tandetą uczuciową kłuje w oczy, chyba że uznać, iż tak bez charyzmy poprawnie miało wyjść od początku do końca, bo odbiorcą/targetem nie koneser tylko masowy, raczej mocno dojrzały wiekowo widz, jaki oczekuje wrażeń z katalogu tych mniej artystycznych, a bardziej oczywistych. Dlatego prawie trzy godziny opowieści nawet momentami nie wychodzącej poza skostniały schemat, to było dla mnie z wytężonym szacunkiem dla pracy ekipy pod kierownictwem Costnera, do zniesienia za wiele - tak jak zbyt mocno (w części przypadków) nie potrafię się zaangażować w archetypiczną westernową klasykę. Kino się zmieniło, a Costner nie potrafi, albo najzwyczajniej nie podjął wysiłku by za tymi zmianami nadążać, w dodatku kontrola nad fabułą, nad jasnym w miarę określeniem kto, co, dlaczego też jest licha. Ambicja stworzenia epopei potyka się z wysoko noszoną głową o własne nogi, choć wyzwanie było duże, to spłaszczone do poziomu czegoś co bardziej przypomina jak to ktoś w necie trafnie określił pilota do serialu, niż właściwą fascynującą historycznie i zawiłymi kontekstami się skrzącą opowieść o kolonizacji północnej Ameryki. Takie ukazanie skomplikowanych wydarzeń z czasów amerykańskiego pionierstwa mnie jedynie kusiło do przewijania, byle szybciej się skończyło - a tu o zgrozo jeszcze rozdział drugi kiedyś z obowiązku do przemęczenia.
czwartek, 28 listopada 2024
Kinds of Kindness / Rodzaje życzliwości (2024) - Yórgos Lánthimos
Powiem, przypomnę to otwarcie - Lánthimos nie kręci typowych filmów, tylko przeprowadza eksperymenty, tak te w sensie estetyki, dziesiątej muzy technicznego oblicza formalne jak i psychologiczno-socjologiczne próby analityczne na widzu i na podjętych zagadnieniach. Filozoficzne niejednokrotnie deliberacje sam ze sobą, poddając nietuzinkowemu rozważaniu problematyki często funkcjonujące powszechnie, a przez to wydające się pozornie li tylko dostatecznie już poznane. On wtedy wjeżdża z tym swoim autorskim, odjechanych językiem filmowym i wyciąga tabliczkę z hasłem STOP, co Wy wiecie o tych procesach - ja Wam tu zaraz uświadomię, mieszając Wam przy okazji zdrowo w główkach! W Rodzajach życzliwości zapodaje trzy ostentacyjne historie (korporacja-kariera, małżeństwo-obłęd, sekta-rodzina), absurdalnie realnie nierealne tylko poniekąd, puentowane za każdym razem zgryźliwie symbolicznie, połączone ze sobą tak aktorskimi kapitalnymi personami (Stone, Plemons, Dafoe, Qualley, Chau), jak właśnie odniesieniem do rozgrzebywanego w treści ślepego przywiązania, miłości i oddania. Wspólny ich mianownik to poświęcenie bez świadomości tak krzywdzenia siebie jak i otoczenia. Przykłady skrajne, sytuacje obsesyjne, bliskie obłędu, kiedy człowiek jest zdolny do wszystkiego z kompletnie zrytym beretem. To w sumie truizm, mechanizm jest oczywisty, jednak totalnie trudny do powstrzymania - zdaje się otoczony już kultem (być może nadmierną też nomen omen życzliwością) Lánthimos sugerować między innymi. Wszystko w formie jedynej i osobnej, firmowanej od początku przez Lánthimosa wersji wizualnej i oczekiwanej od aktorów efektownej aktorskiej maniery - silnie przerażającej, odpychającej i zarazem frapującej, której pomaga antymuzyka, między innymi złowieszcze uderzenia w pojedyncze klawisze. W takim anturażu, w zupełnie nieoczywisty ale ostry sposób uświadamia ukazane procesy, które nie dziwą, lecz pomimo mnogich opracowań naukowych nadal są trudne do wytłumaczenia, a jeszcze bardziej (podkreślam) wyeliminowania. W skrócie że ludziom odpieprza w relacjach, gdy wszystkie granice zdroworozsądkowe się zacierają, a najjaskrawsze w nich jest bez względu na ponoszone koszty to absurdalne, ekstremalne oddanie.
środa, 27 listopada 2024
Bâtiment 5 / Kolonia 5 (2023) - Ladj Ly
Szczytowe stanowisko w administracji publicznej, to zapewne żadne wyłącznie spijanie śmietanki na finał żmudnego wspinania się po szczeblach kariery. To układy i zobowiązania, pretensje i oczekiwania. Działalność społeczna w podobnym obszarze, to jeszcze bardziej wyboista droga przez mękę - wyzwania i obciążenia, a pomiędzy ludźmi z tych dwóch obozów oficjalna przed kamerami deklaracja współpracy, a w rzeczywistości uniki lub zwarcia. Niby tu wszyscy chcą dobrze, ale problem w tym że każdy z własnego punktu widzenia widzi to "dobrze" skrajnie inaczej, tym bardziej, że akurat na tym konkretnym przykładzie areny jaką dzisiejsza Francja, czyli najbardziej jaskrawego modelu trudnej współegzystencji rożnych obcych kultur, braku właściwej przybyłych asymilacji, konfliktu sposobów życia wynikających z natury, mentalności ale i frustracji implikowanej biedą i warunkami życia. Dzisiejsza Francja to już nie ta tylko z przeszłości Francja elegancja - to postępujące problemy emigracji i z emigracją. To getta ubóstwa, marginesu i przestępczości, więc Ladj Ly ponownie jako ktoś z problemem osobiście związany, bierze się w poczuciu misji jako artysta doceniony i z posłuchem publicznym za temat jemu bliski. Muszę mu przyznać że robi to już drugi raz skutecznie, mimo iż tak jak z początku fabuła się snuje bez mocno zarysowanego celu, raczej szkicując (jak się okazuje z trafioną intencją) rys okoliczności, tak zmienia w końcu swoje oblicze, prowadząc do kulminacji jaka potrafiła we mnie jako widzu wywołać znaczące wzburzenie. Przecież jak tracisz dach nad głową to jesteś na równi załamany jak wściekły - rośnie w Tobie gniew wprost proporcjonalnie do bezradności i zmieniasz się, bo naturalnie strzelają bezpieczniki, tym gwałtowniej kiedy jesteś wrażliwym osobnikiem. Dlatego jestem pod wrażeniem zbudowania tej kluczowej postaci (Blaz) z drugiego planu, gdyż systematycznie jestem jako widz przygotowywany do następującej w nim eksplozji. Poznaję gościa tak przy okazji, jakby na obrzeżach wydarzeń i lubię go, bo jest sympatyczny ale i czuć (dostaję nie jedną sugestie), że coś w nim wrze, wciąż jeszcze pod względną kontrolą, a potem on wykręca taki numer (nie zdradzę), bo jest niby zahartowany, a jednocześnie nadwrażliwy i w nim wszystko pęka. Wychodziłem więc z kina poruszony i ani przez chwilę nie miałem wrażenia, iż to efekt tanich chwytów reżysera, tak sobie analizując w środku by zrozumieć, iż jest to udany film o posuniętej do ostatniej granicy frustracji, ale też o presji musisz, powinieneś - przecież na Ciebie patrzą, od Ciebie oczekują, bo jak nie Ty to kto!
P.S. Zauważę jeszcze, iż znów udowadnia Ladj Ly, że potrafi kręcić zamieszanie w ciasnych pomieszczeniach. Oddać przekonująco zamętu nerwową atmosferę, choć dramatyzacja nie jest w jego myślę koncepcji najważniejsza, bowiem to raczej obraz z premedytacją kreowany by poruszyć, a nie sztucznie zbudować samo odczucie chaosu i jego specyfiki.
wtorek, 26 listopada 2024
Heretic (2024) - Scott Beck, Bryan Woods
Bez sojlerów (chociaż korci), bo wiadomo jest takie kino co zdrada nawet częściowa treści czy w nim finału, równa się brak założonych przez autorów (pocierają rączkami, jakie to z nich podstępne spryciule) emocji. Podpowiem tylko i nieco ostrzegę, iż jeśli lubisz człowieku współczesne przegięte horrorki bierz, jeśli nie lubisz współczesnych gore koszmarków trzymaj się z daleka i nie słuchaj bardzo pozytywnie seansem zaskoczonych mądralów, bowiem ja (taka jest moja historia) dałem się nabrać i wkręcić retoryce o niby poddanej rozumowej weryfikacji ważnej treści. Kupiłem tą podpuchę kierowany nie wyłącznie rekomendacjami entuzjastycznymi, ale głównie to bazując na dotychczasowym doświadczeniu - liczyłem na świetne kolejne kino od studia A24, a realnie się mocno przeliczyłem. Nieco może z początku ekranowa narracja intrygowała, lecz z czasem bardziej niż nieco przebieg zdarzeń irytował i nie ratowała sytuacji (to akurat obiektywna prawda pisana przez recenzentów) bardzo dobra rola Hugh gwiazdora, gdy niby poważna rozkmina podporządkowana zostaje pod potrzeby żałosnej rozgrywki przemocowej, tym bardziej, iż „ta niby mądrzejsza” Heretyka strona (znaczy erudycyjna powłoka), to też jedynie banały, których nie uświadamiają sobie zabetonowani religijnie wierzący, bądź naprawdę głupi - co w sumie na jedno wychodzi. Ok, rozumiem po cholerę ta symbolika, a najbardziej te labirynty i podstępy w scenariuszu i ja przyznaję, że z początku poniekąd kopiłem pomysł, ale później chciałem nie tylko treść żołądka zwrócić, bo jak usunąłem opakowanie, to produkt w założeniu markowy, okazał się kiczowaty i pozbawiony kompletnie dobrego smaku. Zatem, róbcie jak chcecie, ale wiedzcie. :)
poniedziałek, 25 listopada 2024
Gladiator II (2024) - Ridley Scott
Melduję brak potrzeby pogłębionego rozczulania się nad czy krytykowania większego, motywowanego myślę wyłącznie napełnieniem brzucha producenta sequela ikonicznego Gladiatora. Moja raczej lodowata neutralność nie powodowana jest tak zwyczajową niechęcią w stosunku do samej idei kontynuacji, lecz czymś w rodzaju do takich pomysłów zdroworozsądkowego dystansu, a że nowy Gladiator z pewnością nie wnosi też niczego ani ciekawego wyjątkowo, ani świeżego do wcześniejszego (notabene prócz romantycznej uczty, tylko wizualnie porządnego, aktorsko solidnie przewidywalnego i muzycznie poruszającego stanu), to cóż mi z wystukiwania osobistych przemyśleń, kiedy są one najzwyczajniej bardzo skromne i jak zasugerowałem z emocji głęboki wyzute. Informuję tylko, iż ponownie rzecz między innymi o władzy, honorze, miłości, wyidealizowanych marzeniach politycznych i brutalnej sile w formule w której najwyżej w hierarchii postawione zostało wywołanie wrażenia epickiego i w której można dopatrzyć się jakichś tam walorów, jak i odczuć zażenowanie można. To pierwsze to ogólnie fachowe aktorstwo i to bardziej raczej drugiego planu aktorstwo wybitne („bliźniaki” Quinn i Hechinger), niż pary gwiazd, od której ja akurat bym więcej charyzmy wymagał. Wszyscy pieją natomiast zachwytu nad kreacją Denzela, ale prócz kluczowej jego postaci roli w intrydze, a tym samym sporej przestrzeni do wykorzystania i wywiązania się z obowiązku naprawdę porządnie, to ja przed obliczem przebiegłego Makrynusa, tak jak i przed majestatem Ridley’a Scotta nie padłem – a przecież zdarzało mi się ukłony temu drugiemu ostatnio posyłać. Drugie to pewne uśmiech politowania wywołujące przekonanie, jakie w pierwszych trzydziestu minutach projekcji się we mnie zrodziło i nie opuściło już do końca, iż może miałbym więcej satysfakcji z drugiego Gladiatora, gdyby Scott nie postanowił sam je świadomie sabotować, wypuszczając na arenę Koloseum jebnięte pawiany, wygenerowane tandetnie przez CGI, bo przecież lwy i tygrysy to się już opatrzyły. Aby jednako pozostać w miarę w zgodzie z obiektywizmem, na poczet plusów zaliczę jeszcze w porządku chronologicznym, nostalgiczną, ożywioną animacją, malarską sekwencje napisów początkowych oraz po prawdzie całkiem sprytny scenariusz. No ale to koło ratunkowe jakie teraz rzucam w sumie niepotrzebne, bowiem chyba w box officie się sequel dobrze wybronił.
P.S. Jak ktoś będzie miał ochotę, to może się czepić botoxu Connie Nielsen, ale czy potrzeba być aż tak złośliwym?
niedziela, 24 listopada 2024
Anora (2024) - Sean Baker
Rzecz jak najbardziej oczywista, że nie mogłem przegapić Seana Bakera nowego - nie wchodziło to grę, szczególnie gdy Pan REŻYSER wszedł już na poziom canneńskiej Złotej Palmy i jednoczy sprawnie uwielbienie krytyki, fanów kina niezależnego i obecnie już myślę także widza bardziej komercyjnego, bowiem Anora jest kapitalną hollywoodzką historią, a Baker dzięki znakomitemu scenariuszowi, realizacji wyśmienitej i kreacjom aktorskim o sile rażenia konkretnego tsunami wiąże w jedno fenomenalnie artystyczny autorski sztos z wszystkim co najlepsze w komercyjnych trendach kina rozrywkowego. Ma mistrzunio tak kapitalną rękę do aktorów, którzy dzięki jego inspiracji i wskazówkom sięgają najwyżej jak są w stanie, jak też wyobraźnię scenarzysty poszukującego i zarazem zaprawionego w bojach, bowiem tak porywająco osadzić współczesną bajkę o Kopciuszku (raczej dla dorosłych, albo niegrzecznych dzieci) w okolicznościach i realiach kapitalistycznego raju dla najskuteczniej podgryzających i dziobiących i dalej tą przez łzy zabawną bajkę rozbujać, by później skontrować ironią, cynizmem oraz na finał solidnie udramatyzować, poważnie, głęboko puentując, to potrafią tylko artyści wybitni. Rechoczesz i jesteś przerażony jednocześnie - wkręcony w vibe nietuzinkowej komedii quasi gangsterskiej, a jednocześnie filmem o społeczno-politycznych kontekstach zadumany, wstrząśnięty i na pełnej w obrazie o potrzebie czystej miłości zatroskany o bohaterkę, jeśli uwielbiasz kino, którego autor dostarcza świetnej zabawy i szanuje inteligencję widowni oraz jej dobre poczucie smaku. Sean Baker potrafi w takie kino na granicy z wyczuciem higieny zmysłów i ani przez moment nie jest tu nazbyt wulgarnie czy nie ponosi go w kierunku realistyki przegiętej. Ja złapałem się na tym że kompletnie zapomniałem o otaczającym świecie - zatraciłem się totalnie w tym cudzie, jaki w każdym detalu jest w punkt trafiony, bowiem warsztatowe niuanse w tym montaż dynamit idealnie siedzą, ale i po raz drugi wytłuszczam obsada wymiata, a najbardziej Mikey Madison - dziewczyna rakieta! Ona jest wszystkim czego rola wymagała, kiedy trzeba naiwna, wyrachowana, waleczna ale i rozczulająco zagubiona. Ona i całokształt cudownie dociera do serducha i czyni mu tak samo łaskotanie jak łamanie. Nie przegapić, bo o tym filmie jest głośno teraz, a nie wątpię, iż w przyszłości będzie się o nim mówić jako o klasyku.
P.S. Nie wspomniałem o piosence prowadzącej (Greatest Day) i jak ona znakomicie się z obrazem klei, a to też jest majstersztyk urzekająco wzruszający!
sobota, 23 listopada 2024
Opeth - The Last Will and Testament (2024)
Jeśli się nie mylę, a mylić się raczej nie mogę, gdyż w miarę dobrze pamiętam wypowiedzi Mikaela sugerujące, iż wydany przed pięcioma laty In Cauda Venenum miał kończyć bogatą dyskografię jego zespołu, to pojawienie się The Last Will and Testament jest zaskoczeniem całkiem sporym. Z drugiej strony trudno mi też było w stu procentach dać wiarę, iż taki KOMPOZYTOR jak Åkerfeldt, który muzyką żyje, bo muzyką oddycha i muzyką się karmi, tak będzie w stanie bez oznak odstawienia nałogu z nią skończyć. Zakładałem że w najgorszym scenariuszu Opeth będzie zahibernowany, a jego ojciec w tym czasie stworzy kolejne dzieła w nowej dla mnie dźwiękowej stylistyce, tudzież we współpracy z kimś znanym i ceniony z branży pójdzie w side projekty, póki nie przyjdzie mu do głowy pomysł na kolejny zakręt, w znaczeniu wariację w obszarze w jakim funkcjonował Opeth. Okazało się iż z jednym chyba trafiłem, bowiem te pięć lat wcześniej Opeth zdawał się dotrzeć do ściany, mimo że ta granica oporu nie do pokonania wówczas została osiągnięta z klasą najwyższą, bo przecież ja na przykład poprzedni long wielbię wciąż i nie ma szans myślę bym wielbić przestał. Natomiast do The Last Will and Testament od początku, gdy dwa single stały się mi znane i ich zawartość łapczywie zgłębiałem, miałem przekonanie, że dał mi lider Opeth dość twardy orzech do zgryzienia, w którym zarazem zawarł na powrót mnóstwo rozwiązań dla brzmienia Opeth charakterystycznych, tak dla okresu może nie formującego styl, ale na pewno czasu tenże styl w okresie początku lat dwutysięcznych rozwijającego (mówię tu o drganiach, pulsie nerwowym właściwym z Ghost Reveries i Watershed oraz poniekąd Deliverance) oraz otworzył jak raczył przyzwyczaić ambitnie oblicze na kolejne nowe intuicje i inspiracje. Dużo tego w gęstym splocie The Last Will and Testament i nie mam pełnego przekonania, iż coś w sensie modernizacyjnym będzie z nowego albumu banalnie oczywistym drogowskazem do tego czego można by się spodziewać na następnym albumie, jeśli kiedykolwiek powstanie. Dróg jest wiele, MISTRZ zrobił poniekąd krok lub więcej wstecz, ale sprytnie nimi zawracając, powrócił do wcześniejszego rozstaju dróg, jaki też dzisiaj, kiedy czasu upłynął wygląda nieco inaczej niż drzewiej, dając sobie tym samym sposobność tak do wytyczenia nowego kursu bocznymi ścieżynkami, jak uzyskania możliwości ciekawego i świeżego spojrzenia na miejsca gdzie już był i trakty którymi podążał. Stąd uważam tegoroczny materiał za fenomenalny punkt wyjścia dla stworzenia w przyszłości dzieł wciąż "nowatorskich" i tym samym dowód na oczywistą dojrzałość i błyskotliwość Åkerfeldta jako wodza, równie też erudyty, kompozytorskiego półboga, gdyż każdy z ośmiu utworów współtworzących intrygujący liryczny koncept The Last Will and Testament stanowi niesamowitą łamigłówkę aranżerską, która wciąż naturalnie po dwóch dniach obcowania nie ułożyła mi się jeszcze finalnie w głowie i będę z nią "walczył" jeszcze zapewne długo. Może za wyjątkiem Parafrafu 1 i 3, które miałem już czas rozłożyć na czynniki i złożyć w formułę jaką od początku słyszał autor oraz Paragrafu siódmego, który jest najbardziej chwytliwy z racji użycia genialnych harmonii oraz finału w postaci A story never told, jakiego forma najsilniej może jednak kojarzyć się wyjatkowo nie z przytoczonymi fundamentalnymi tytułami, ale z albumem pokroju Pale Communion - najbardziej prog rockowym spośród wszystkich powstałych w obozie Opeth.
P.S. Przykro mi na koniec, że "dziennikarze" i fani Opeth gadają tylko o tym że Mikael na nowej płycie znów ryczy. No ej, no przecież?! Jest także do zauważenia ta koperta jawnie nawiązująca oraz fakt nad którym mimo że nowy pałker sprawny jak cholera ubolewam, bowiem ja to na feeling wizualny Martina Axenrota chciałbym się dalej gapić. No ale OK, nie można mieć wszystkiego, czasem zdarza się nie mieć niczego, a ja tutaj mam przecież jednak wszystkiego w brud dobrego, więc akceptuję zmianę na bębnach. :)
czwartek, 21 listopada 2024
L'été dernier / Ostatnie lato (2023) - Catherine Breillat
Zrobiony starannie (widać i czuć rękę doświadczoną), złożony z elementów dobrze spasowanych, jednocześnie tak dobranych aby podstawę do zawiązania właściwej “akcji” precyzyjnie związać z mocno kontrowersyjną, a przez to być może uznaną za przesadzoną kulminacją. Rzecz opiera się ma odważnym pomyśle romansu dojrzałej kobiety z nastolatkiem, a tym bardziej pikantnym, że ten młodzian synem męża kobiety, a ona prawniczką specjalizującą się w sprawach obrony niepełnoletnich. Kobieta zatem funkcjonuje zawodowo w środowisku, które naturalnie może mocno jej zaszkodzić, jeśli sprawa wyjdzie na jaw, dodatkowo tym samym komplikując złożoną relację rodzinną ze starszym mężem/partnerem. Związek ze smarkaczem, w założeniu myślę prowokacyjny (dyskusję chyba o potrzebach i odpowiedzialności podsyca), rozwija się dość miarowo i konsekwentnie, fascynacja się intensyfikuje i nie zaskakuje myślę bohaterów, bo tu żądza jest tak silna, iż wygrywa z łatwością ze zdrowym rozsądkiem. W międzyczasie jakieś wygłupy, niby niewinne dowody sympatii, satysfakcja z odkrywania w raczej zbuntowanych dorastającym mężczyźnie cech świadczących o jego kamuflowanej wrażliwości, ale sedno to kontakt silnie fizyczny i oczywiście zasugerowane komplikacje. Głownie perfidne manipulacje, morze tych manipulacji, jak i jakaś nieodgadniona tajemnica w tej dojrzałej kobiecie, która motywuje ją do egocentrycznych działań. Ogólnie podkreślam, iż jest to nakręcone bardzo sprawnie, z klasą tradycyjna szkoła realizacyjna rządzi, tylko trzeba szanować też tą francuską elegancję i emocjonalną powściągliwość - mówiąc językiem bardziej potocznym, tą kulturę słowa i trzymanie nerwów przez obiektywnie atrakcyjną ryczącą czterdziestkę jakby na postronku.
P.S. Proszę wybaczyć, że w kontekście tak doświadczonej reżyserki jak Catherine Breillat, nie pada ni jedno zdanie odnoszące się do jej filmografii. Nie pada, bowiem jej nie znam.


















