Największe, a na pewno najbardziej znane
literackie dzieło Umbero Eco, zekranizowane przez Jeana Jaquesa Annaud ze
świetną obsadą i w każdym fragmencie filmowej sztuki na poziomie mistrzowskim zrealizowane.
Mając do dyspozycji pierwowzór, który już sam w sobie jest gwarantem emocji, własny talent reżyserski jak i najlepszych specjalistów od zbudowania odpowiedniego
sugestywnego nastroju (muzyka,
scenografia) nie jest zaskoczeniem, iż efekt finalny przeszedł do historii kina
jako dzieło wyjątkowe. Pamiętam że pierwotny seans odbyłem za czasów szkolnych
dzięki zaangażowaniu ówczesnej mojej wychowawczyni, która dając jednocześnie dojrzewającym
młokosom odrobinę kultury i przerwę od zajęć lekcyjnych dała szansę na
spotkanie ze sztuką filmową najwyższej klasy. Średniowiecze w pełnej krasie na
ekranie, mroczne wieki zdominowane przez hipokryzję i władczy charakter kleru. Herezje
wszędzie podkopujące władzę kościoła, inkwizycja powołana by w ryzach jednomyślności
trzymać, posępne opactwo mrokiem osnute, zakonnicy niczym duchy jakie, niebezpieczna
tajemnica, śmierć jako codzienność, śledztwo w miejscu, gdzie diabeł w owczej
skórze bynajmniej nie przysypia. Starcie przesądów z niemile widzianym
podejściem naukowym, światle rozumowym, czysto zdroworozsądkowym. Ludzie niczym
upiory, pozbawieni człowieczych emocji, jakiejkolwiek wrażliwości,
zatraceni w ascezie, zagubieni w zabobonnej filozofii. W tych okolicznościach William z Baskerville obserwuje, czyta uważnie pomiędzy wierszami, wyrywa strzępy
informacji, niczym detektyw z wieków dużo późniejszych dedukcją się kieruje, posługuje
czystą logiką, wyciąga przenikliwe wnioski i działa pod presją, bo ustawicznie
czujnym okiem zainteresowanych jest obserwowany. William tropi, łączy fakty i
poszlaki korzystając z doświadczenia i zdobywanej na bieżąco wiedzy dzieląc się
nią i swoim zamiłowaniem dla rozumu z młodym uczniem, który ponadto rozkoszy
czysto fizycznych zaznaje, żądzą ciała się poddając. Zaiste kino to tak samo mistyczne, jak bliskie człowieczej naturze. :)
czwartek, 17 sierpnia 2017
środa, 16 sierpnia 2017
Wall Street (1987) - Oliver Stone
Kultowy Gordon Gekko i jego słynna
sentencja "greed is good". Money, Money, Money, można by zanucić
obserwując jak działa wielka finansjera, jak po trupach stąpają królowie życia,
brać cwaniaków nakręcona na jeden cel, na kasę która wszystkie drzwi otwiera
ale i z człowieka pokusą i luksusem kupionego podstępnie niewolnika czyni. Jak
idzie to jest git, ale w tej branży upadek bardziej prawdopodobny od
długotrwałego sukcesu, a stabilizacja to absolutnie w grę nie wchodzi, bo tu
trzeba zarabiać by mieć, posiadać - by na kolejne poziomy zarabiania wkraczać. Grube
ryby kręcą gigantyczne wałki, gierki i manipulacje w głowach, motywacyjne
sztuczki by zapalić do działania, wykorzystywać przyjazne zbiegi okoliczności i
własną przebojowość – wszystko inspirowane w jednym celu. :) Klasyka kina,
najwyższa półka w dorobku Oliviera Stone’a – z dziecięcą buźką Charliego
Sheena, z symbolem dolara w oczach Michaela Douglasa. I nawet jeśli po latach w
konfrontacji z kilkoma współczesnymi tytułami o podobnej tematyce nie lśni już tak
intensywnie, blask przyblakł co nieco, tajemnica wraz z zaskoczeniem z branży
została zerwana i nic już nie dziwi, to i tak przez wzgląd chociażby na kultowe
zdanie wypływające z namiętnością z ust GG ikoniczna dla kina produkcja.
wtorek, 15 sierpnia 2017
Extremely Loud & Incredibly Close / Strasznie głośno, niesamowicie blisko (2011) - Stephen Daldry
Na Daldry’m nie można się zawieść, jest gwarantem
wielkiego kina i nawet jeśli Strasznie głośno, niesamowicie blisko nie od razu
uznałem za dzieło, to z perspektywy czasu i po ponownym seansie nabrał w moich
oczach cech kina wyjątkowego. Dwie tragedie, dwa dramaty jako fundament dla błyskotliwie skonstruowanej fabuły - ten
zza oceanu dla mojego pokolenia mimo że daleko stąd, ale przez pryzmat
przeżywania na żywo bardzo silnie odczuwalny i w tle ten sprzed wielu laty dla
ojczyzny konsekwencjami czarny, przodków moich bezpośrednio dotykający. Przeplatają
się w zamyśle Daldry’ego, lecz nie zazębiają w sposób oczywisty, stanowią bazę
i punkt odniesienia dla przeniesienia na widza poczucia niewyobrażalnej straty
nie tylko ojca w znaczeniu rodzica, czy opiekuna ale przyjaciela i przewodnika. Druzgocąca żałoba i radzenie sobie z traumą wyniszczającą młodego, wrażliwego człowieka.
Potworna tęsknota, której konsekwencje łagodzone wyobraźnią, pasją będącą
darem i terapią jednocześnie. Przygoda, śledztwo niezwykłe, poszukiwanie klucza do zrozumienia siebie i innych w zapętlonych losach przypadkowych osób.
Fantastyczny pomysł na poruszająca opowieść, oryginalny i co najważniejsze ogromnie wartościowy. Trudny
i poruszający obraz, ale mimo wszystko ciepły i optymistyczny film o tym
wszystkim co w życiu najważniejsze. Z ujmującą rolą młodziutkiego aktora i
towarzyszących mu pierwszoplanowych gwiazd - w doskonałej symbiozie,
przepięknej kompozycji wszystkich zalet głębokiego emocjonalnego kina.
P.S. A może przez wzgląd na tą wycieczkę po mieście, w
czapce, kurteczce i z plecakiem to taki ambitny ale jednak Kevin sam w Nowym
Yorku, lub może to Wszystko za życie Seana Penna, w sensie poszukiwania
własnej tożsamości poprzez styczności z przypadkowymi osobami, budowania
archiwum przeżyć, tylko ograniczona w przestrzeni do jednej aglomeracji? Czy tylko mnie dopadły takie dodatkowe skojarzenia? :)
poniedziałek, 14 sierpnia 2017
Passengers / Pasażerowie (2016) - Morten Tyldum
Śmiały, lecz przyjazny dla oka
futurystyczny charakter scenografii każe oklaskami obdarować wyobraźnię tego, który za ten efekt odpowiedzialny. Czyste formy, miękkie kształty, idealnie sterylne powierzchnie, dużo neonowego
światła, pogrywanie połyskiem i mrokiem dobrze wygląda ale i jest nienaturalnie
higieniczne, bowiem ogromna ingerencja grafiki komputerowej sprowadza efekt do
oglądania jakby animacji permanentnej. No tak, ale to szczegół, gdy
merytoryczna strona obrazu jest zaskakująco ciekawa. Ten pomysł z uwięzieniem
na ulegającym awariom statku kosmicznym, który rodzajem wyspy w czasoprzestrzeni
- inspirowany klasycznymi opowieściami o rozbitkach. Klaustrofobiczna atmosfera
zamknięcia w pałacu ze złota z wszelkimi wygodami ale bez wolności, możliwości
decydowania i przede wszystkim braku perspektywy wyrwania się z tego potrzasku.
Ten filozoficzno-moralistyczny pierwiastek w egoistycznym sposobie walki z
samotnością, skazaniem innej osoby na podobny los by zaspokoić własne potrzeby.
Te wyrzuty sumienia związane z podjętymi działaniami, trwanie w kłamstwie, gdy
rodzi się uczucie w konwencji wzruszającego love story ale także w końcowej
części, co spostrzegam jako wadę, akcji dość typowej dla scenariuszy w klimacie
science fiction i wreszcie finalnej taniej ckliwości. Jednakże pomimo obranego
kierunku na rozrywkę, to film z zaskakująco sporym potencjałem intelektualnym i
co najistotniejsze w zdecydowanym stopniu wykorzystanym.
sobota, 12 sierpnia 2017
Algiers - The Underside of Power (2017)
Eklektyzm
pełną gębą - masa inspiracji przefiltrowana przez własne spojrzenie na świat
dźwięków, wrażliwość emocjonalną, także społeczną i chyba również polityczną. Bo to
takie pełne empatii i bólu protest songi na bazie uduchowionego soulu, zimnej elektroniki, trip hopowego mroku, trybalnej szamańskiej rytmiki i
nawet surowego punka, a wszystko z wartością dodaną, jaką w tym całym kosmosie wyraźna
dawka soczystego groovu, wplecionego bezkolizyjnie w apokaliptyczny klimat. Wokalnie
wypisz wymaluj (oczywiście na czarno) jak Ty Taylor, ten gość z Vintage Troube,
lecz z mocniejszym zaangażowaniem, może i nawet wkurwem na rzeczywistość. Ma
człowiek dwojga imion, zwany Franklin James Fisher kapitalne możliwości
głosowe, coś mądrego, bo akurat dokładnie
przemyślanego do przekazania i jest w tym absolutnie prawdziwy i wiarygodny. The Underside of Power to niezwykła dawka piętrzących się emocji, może z jednym drobnym mankamentem, że pod koniec płyta gubi
trochę napięcie i nieco pęd wyhamowuje, ale i tak pasji w niej tony.
środa, 9 sierpnia 2017
Dead Cross - Dead Cross (2017)
Nie będę ukrywał, bo i niby po co, że
zainteresowanie moje ekipą Dead Cross wynika w prostej linii z zaangażowania w
jej działalność głównie Mike'a Pattona, w drugim rzędzie zaś Dave’a Lombardo, nie mówiąc już o dwóch pozostałych członkach grupy.
Absolutnie nie umniejszam ich roli, czy wpływu szybkostrzelnego kubańczyka, ale oddziaływanie na każdą
ekipę w której funkcjonuje ten wokalny akrobata lub której częścią bywał w przeszłości jest
bezdyskusyjnie zasadnicze. Zdaje sobie sprawę (i nie jest to usprawiedliwianie ;)), iż Dead Cross swój oddech na scenie ekstremalnej zaznaczył i to bez
konieczności podpierania się osobą wokalisty Faith No More, lecz taka promocja
kiedy jakość ona jednocześnie podnosi zdecydowanie przecież nie przeszkadza. Bo oto za sprawą wokalnych interpretacji quasi alchemika Mike'a, który swymi możliwościami wokalnymi
potrafi przeciętność zamieniać w złoto, ekipa powstała jak doczytałem z
inicjatywy Lombardo weszła na dotychczas nieosiągalny poziom zaawansowania, podbijając dramatyczny pierwiastek proponowanych strzałów bitych intensywnie i
z konkretną mocą do poziomu ponad poprawny co nieco grind corem zainfekowany hard core/punk. Tym
samym zapewne przez pewien może i istotny odsetek pierwotnych fanów płyta
zostanie skrytykowana jednocześnie otrzymując wsparcie tych co za nazwiskiem
Pattona tutaj w to miejsce dotarli. Jak widać czuję się rzecz jasna częścią
tej drugiej kategorii, bowiem nie styl czy gatunek przez martwy krzyż uprawiany był dla
mnie magnesem przyciągającym. Nie ma we mnie odrobiny wstydu, że wytropiłem Dead Cross
wyłącznie po śladach pozostawionych przez gentelmana z ikonicznymi dla sceny
nazwiskiem. Tym bardziej, że te niecałe
30 minut z furiackim okładaniem instrumentów, doprawionym tylko czasem względnym
uporządkowaniem i wszelkiej maści wrzaskami uzyskiwanymi z aparatu gębowego Mike’a Pattona zapętliłem
już kilkunastokrotnie i mimo, że muzyczna ekstrema tego rodzaju nie stanowi dla
mnie atrakcji obowiązkowej, to także i nie uciekałem od tego szaleństwa w popłochu. Jako niekoniecznie fan takiego sonicznego gwałtu okazało się, iż nie mocowałem się nazbyt z tymi dziesięcioma numerami, przyjąłem je na klatę w
takiej hałaśliwej formie, bez roztrząsania po cholerę kolejny projekt weteranów zrozumiały dla bardzo ograniczonej liczby fanów. Dla mnie to początek znajomości z tym ansamblem, dla
ansamblu i maniaków zaś z pewnością mocne nowe otwarcie.
P.S. Dodam jeszcze, że nie takie marginalne znaczenie ma dla mnie surowa i symboliczna oprawa wizualna albumu i klipów.
P.S. Dodam jeszcze, że nie takie marginalne znaczenie ma dla mnie surowa i symboliczna oprawa wizualna albumu i klipów.
poniedziałek, 7 sierpnia 2017
Lorde - Melodrama (2017)
Po czterech latach od debiutu ówcześnie jeszcze nastoletnie dziewczę, dzisiaj już dojrzewająca w szybkim tempie kobieta wraca z nowym albumem, a oczekiwania co do jego jakości ogromne, bo czysta heroina nie tyle wprowadziła ją z dużym rozgłosem na salony, jak z hukiem ogromnym wyważyła do nich drzwi pozostawiając zapewne konkurencję tam wygodnie zasiadającą z mocno rozdziawionymi ze zdziwienia mordkami. Pytanie zatem oczywiste, czy Lorde spełniła pokładane w niej nadzieje i czy można w tym miejscu zdecydowanie stwierdzić, że pozostała jedną z najjaśniejszych gwiazd sceny, która w perspektywie wielu lat może wyznaczać zakres trendów? Przede wszystkim Melodrama to krążek z pewnością świetnie wyprodukowany, pełny ciekawych, momentami bardzo świeżych chociaż niekoniecznie rewolucyjnych rozwiązań oraz kapitalnej spójności pomiędzy dźwiękami, a bogatą w szczegóły interpretacją wokalną. Zarówno sporo tutaj potencjalnych hitów, jak i numerów które ambitnych artystycznie zwolenników intelektualnego popu zadowolą - pobudzających emocjonalnie hipnotycznych perełek flirtujących z całą paletą brzmień z pogranicza elektroniki kojarzącej się zarówno z indie rockiem, trip hopem, jak popem o czysto ejtisowych syntezatorowych proweniencjach. Album zdobny jest masą intrygujących bitów, odgłosów, pogłosów itp. wprowadzających tajemniczy klimat i podkręcających dramatyzm zabaw muzyczną materią oraz wpadających w ucho, mimo tego nie takich oczywistych refrenów. Odpowiedź na pytanie z początku refleksji jest chyba już oczywista, znaczy Lorde bezsprzecznie poszła za ciosem i przygotowała materiał, który niczym nie ustępuje debiutowi i chwilami nawet z nawiązką przynosi fanom oczekiwaną satysfakcję, szczególnie gdy w Writer in the Dark zaciąga niczym legendarna Kate Bush, ubarwia konstrukcje kompozycji dęciakami w Sober, silnie akcentuje charakter w Sober II, czy rozsiewa urzekający czar przy akompaniamencie pianina w Liabillity. Natomiast czy zgodnie z przewidywaniami Dawida Bowie'go będzie "przyszłością muzyki", nie mam jeszcze do końca takiego przekonania. Życzyłbym sobie jeśli to możliwe, by mainstream nie wchłonął jej nazbyt szybko i nie zepsuł czyhającymi w tym środowisku pokusami. Talent w niej pulsujący intensywnie, możliwości ogromne i tylko od tego jak silna jej konstrukcja psychiczna i odporność na wpływy niekorzystne zależy jej miejsce w historii muzyki popularnej. Wbrew pozorom uważam, że niekonwencjonalny pop zawsze na propsie, że tak się lansersko wyrażę. :)
piątek, 4 sierpnia 2017
Bleed for This / Opłacone krwią (2016) - Ben Younger
Tak
po cichu się pojawił i bez większego echa przeszedł, a zasługuje na głośniejszą
reklamę, bo to jak się okazuje bardzo sprawnie zrealizowany dramat bokserski
oparty na autentycznych wydarzeniach. Wciągające spojrzenie na pełną ostrych zakrętów historię życia - kulminacyjnego czołowego zderzenia oraz jednego niewiarygodnego wzlotu ponad
ludzkie możliwości w karierze amerykańskiego pięściarza o makaroniarskim
pochodzeniu, o którym ja miłośnik boksu (tylko w tym filmowym wydaniu :))
absolutnie nic przed seansem nie wiedziałem. Więcej świadom nawet nie byłem,
że ktoś taki w zawodowym boksie mocno swego czasu namieszał. W postać Vincenzo Pazienzy bardzo przekonująco Milles Teller się wcielił, czyli młody człowiek który w
pierwszej lidze aktorskiej zaistniał dzięki roli w lawinowo nagradzanym
Whiplash, a mnie dobrze już wówczas był znany po bardzo udanym zaistnieniu w
kapitalnym obrazie Johna Camerona Mitchella u boku między innymi Nicole Kidman. W
roli pięściarza odnalazł się znakomicie, chociaż obawy pewne przed seansem
miałem, czy to trafny castingowy wybór. Przekonał mnie jednak w stu procentach,
stając się w sposób autentyczny człowiekiem o trudnym charakterze i hulaszczym
usposobieniu, nieodpornym na pokusy za grube pieniądze dostępne i dotkniętym
przez los dramatycznym wypadkiem. Niestety ślepy traf nie zawsze człowiekowi
przyjazny, więc jak się idzie na serio w okładanie na ringu to trzeba mieć w
sobie coś ze wściekłego zwierza uodpornionego na niepowodzenia, którym bardziej
od wyrachowania i rozsądku instynkty, ewentualnie ambicje kierują. Charakter do walki gość posiadał, z dyscypliną bardziej kiepsko było ale i tak samozaparcie spotęgowane
i ten dynamit w łapie wespół z zadziorstwem sukces mu zapewnił i wpisał w
historię pięściarstwa. Może to obraz niesięgający poziomu dzieła, ale z
pewnością na wysokim poziomie, intrygujący i z pazurem zrealizowany i co
najważniejsze bez taniej popeliny i miałkich wzruszeń powpuszczanych pomiędzy
sekwencje walk. A może się mylę i chwalę go bezpodstawnie, bo brak mi
krytycznego spojrzenia na tego rodzaju kino? Obejrzyjcie i mi powiedzcie! :)
czwartek, 3 sierpnia 2017
Alien: Covenant / Obcy: Przymierze (2017) - Ridley Scott
W końcu się zdecydowałem na starcie z Xenomorphem, w najnowszej odsłonie kontynuacji Obcego. Poczytałem wcześniej
nieco opinii, obserwowałem z dystansu narastające napięcie przed premierą i
oczekiwania bardzo wysokie, szczególnie iż Prometeusz nie był chyba do końca tym
czego fani mrocznej sagi sobie życzyli. Cóż, mam akurat to szczęście, że tego
rodzaju kino za młodzieńca fascynowało mnie znacznie bardziej niż obecnie i
absolutnie do grona jego zafiksowanych miłośników dzisiaj nie należę. Przyznaję
że sentyment do pierwszych produkcji u mnie spory, ale już od lat z obawy nie wracałem
do jakiejkolwiek z części Obcego, by obrazu we wspomnieniach ukształtowanego nie
zburzyć. Stąd gdy tylko Alien w tv gości nie zasiadam przed ekranem i nie dokarmiam szczeniackich fascynacji, sprawdzając jedynie
bez napinki, zawsze z lekkim opóźnieniem, gdy szum ucichnie, bieżące produkcje.
Jak widać zanim Przymierze obejrzałem wielkich oczekiwań nie miałem, przygotowałem
się na odskocznie od ciężkich gatunkowo i emocjonalnie produkcji, które w wieku
średnim robią na mnie największe wrażenie - łapiąc za gardło i wzbudzając
poruszenie. Takie nastawienie okazało się odpowiednie, gdyż dwie godziny seansu
podczas, którego Ridley Scott postanowił pozszywać ambitne wątki kreacjonizmu z
niewyszukaną strzelanką absolutnie mnie nie przekonały. Zbyt często szwy w
najbardziej krytycznych momentach puszczają i zamiast precyzyjnego ściegu
ostają się tylko dobrze skrojone elementy (bo zdjęcia są dobre, muzyka też
całkiem i Fassbender kapitalny), lecz bez trwałego połączenia i wreszcie cechy konstytutywnej, czyli klaustrofobicznego klimatu. Żeby nie przeciągać,
bo nie ma się za bardzo nad czym rozwodzić, najbardziej kluczowym jest jednak fakt, iż najbardziej
przerażający i fascynujący stwór w historii kina w prezentowanym tutaj ujęciu bardziej
śmieszy niż straszy, bo zamiast wyłaniać się z mroku otoczony atmosferą
tajemnicy, on niczym celebryta w blasku światła paraduje. Tym samym odarty z
najistotniejszego waloru staje się groteskowym przykładem przemiany w karykaturę
samego siebie. Proszę jednak uznać powyższą krytykę jako głos człowieka,
którego samo przekonanie do idei ustawicznego przerobu najznakomitszych przykładów
popkultury na maszynki do zarabiania kasy uznać można za misję niewykonalną. Rozumiecie - nastawienie! ;)
środa, 2 sierpnia 2017
Denial / Kłamstwo (2016) - Mick Jackson
Tekst zwięzły będzie, bo oto prócz
przyciągającego uwagę faktu, że dramat ten oparty na autentycznych wydarzeniach
i sięgający tematycznie do bulwersującego przekonania, iż niemieckie obozy
zagłady to wyssane z palca bujdy skonstruowane, by czarnym PR-em zaatakować „pro
ludzkie” działania III Rzeczy, to akurat w sensie czegoś ponad odtwórcze i
totalnie schematyczne ujęcie relacji z procesu sądowego tutaj nic nie
znajdziemy. Klasyczny aż do bólu, ale z wybitną klasyką gatunku niemający nic
wspólnego, niewychylający się poza kwadratowy szablon, ze szczątkowymi tylko
emocjami, co w przypadku fundamentu zawartego w historii stanowi sztandarowy
przykład zaprzepaszczenia potencjału. Może nieco obraz całości ratują niezłe
kreacje aktorskie, w starciu poprawnie odegranych postaci radykalizującego
showmana przeciwko błyskotliwej akademiczce, ale nawet zatrudnione uznane
nazwiska nie są w stanie wzbudzić większego napięcia. Typowy średniak z ambicjami, niestety bez argumentów.
wtorek, 1 sierpnia 2017
Dunkirk / Dunkierka (2017) - Christopher Nolan
Refleksja
w temacie Dunkierki nie zamknie się w kilku prostych żołnierskich słowach, mimo
że temat mógłby do takowej formy zobowiązywać. Tutaj w tym miejscu sporo
zostanie wyartykułowane, ostrzegam, że czasem nawet pomimo przygnębiającego
ciężaru tematu, zachowując rzecz jasna szacunek i proporcje z drobną dozą żartu. Najnowszy obraz Christophera Nolana, to
nie jakaś kolejna sztampowa produkcja o bohaterstwie na polu chwały, a zupełnie
nowa, choć zbudowana z kilku podstawowych elementów, świeża w kinie formuła
zawstydzająca poniektórych reżyserskich wydawałoby się tuzów. I jeśli już o
metodzie piszę, to zaznaczam stanowczo, iż dwie kategorie warsztatowej biegłości
wyznaczają kierunek, w którym Nolan poszedł. Mianowicie zdjęcia i przede
wszystkim muzyka, czyli tandem idealnie w tym wypadku spójny. Bo, gdy dźwięki
skomponowane przez Hansa Zimmera przyprawiają przez ponad sto minut projekcji o
ustawiczne dreszcze, to wizualna poetyka ujęć (Hoyte Van Hoytema), pozbawionych tandetnej zabawy
grafiką komputerową, serwuje widzowi cały wachlarz doznań wizualnych o wysokim
stężeniu autentyzmu. I nawet jeśli cześć operatorskiej roboty naturalnie
wspierana jest nowoczesną technologią, to nie ma mowy, aby ona sprowadzała
wrażenia do nieprzekonującej żonglerki tanią widowiskowością. Nolan skupił się
na wbiciu widza w fotel już od pierwszej sceny i nieodpuszczaniu do samego
końca, bez sztuczek i forteli, wyłącznie odartym z przesady surowym obrazem wojennej
zawieruchy – z minimalną ilością dialogów, powstrzymaniem się przed nazbyt nachalnym epatowaniem krwią i co niezwykłe, bez fizycznego współudziału postaci w mundurach Wehrmachtu, jednocześnie z tak wyraźnym poczuciem
obecności ich siły. Utrzymał reżyser, mimo minimalizmu środków w sposób fenomenalny napięcie w każdej
scenie - odtworzył dobitnie presję czasu, ukazał sugestywnie strach, bezsilność i desperacje w walce o
przetrwanie, tylko z odrobiną patosu, tak ku pokrzepieniu serc w samym finale. Tym samym stanął w jednym
szeregu z największymi mistrzami kina pokroju Kubricka, Coppoli, Stone’a czy Spielberga - reżyserów dokonujących swego czasu w gatunku filmu wojennego przełomów zarówno
w kwestiach warsztatowych jak i emocjonalnego oddziaływania. Dunkierka według
wizji Nolana to totalne przerażenie w oczach setek tysięcy cofających się
żołnierzy brytyjskich i francuskich, to chaos akcji ewakuacyjnej, bezradność
militarna wobec miażdżących sił niemieckich oraz niezwykła wola przeżycia i
dotarcia do angielskiego wybrzeża. To także w równej mierze zapis heroicznej
postawy nielicznych pilotów osłaniających odwrót, jak i zwykłych cywilów
poświęcających własne bezpieczeństwo na rzecz akcji ratowniczej. Ta właśnie
rozbudowana scena głównych postaci dramatu wymagała dużej sprawności
narratorskiej i Nolan osiągnął tutaj fantastyczny efekt stosując oryginalny
podział miejsca i czasu akcji, gdzie jeden tydzień na plaży, jeden dzień na
wodzie i jedna godzina w powietrzu, łączą się w spójną i płynną całość,
zaplatając wątki z dużą precyzją. Gdy dodam, iż piętrząca się dynamiczna akcja
nie pozwala złapać tchu, aktorski warsztat satysfakcjonuje nawet w wydaniu Harry’ego
Stylesa (uwaga teraz dłuższa dygresja zakłócająca rytm tekstu – One
Direction, mówi wam to coś i wiem, że
mimo obecności osoby formatu gwiazdy piosenki chłopięcej najważniejszy i tak
jest Tom Hardy), a wszelkie dźwięki materii nieożywionej towarzyszące walce, z wybijającym się na czoło przerażającym świstem nurkujących myśliwców, dokonują zaciekle zmasowanego ataku na aparat słuchowy i emocjonalną konstrukcję widza, to otrzymuje równanie
doskonałe, w którym jedyną niewiadomą jest kwestia czysto historyczna. Okazuje
się bowiem, że do dnia dzisiejszego nie ma jednej w pełni wiarygodnej teorii
wyjaśniającej, dlaczego wówczas szwabskie czołgi spychające spanikowanych
żołnierzy ku morzu, akurat się zatrzymały. Zapewne gdyby z jakichś nieznanych
powodów Niemcy nie zaciągnęli hamulców uratowałoby się 350, nie 350 tysięcy alianckich
żołnierzy i ucieczki w żaden sposób nie udałoby się przekuć we względny sukces.
P.S.
Na koniec, na marginesie, drobna uszczypliwość skierowana zarówno do zachwyconych
ostatnią pracą Mela Gibsona oraz do niego samego. Stawiając na szali ważącej dosadność
przekazu Przełęcz ocalonych i Dunkierkę, ta druga wystrzeliłaby w górę pod
ciężarem gatunkowym, jakim swoje dzieło obdarzył Nolan – bez dyskusji proszę, bez
dyskusji myślę że będzie, argumentów merytorycznych po stronie Gibsona oczywista przecież posucha!
piątek, 28 lipca 2017
Tau Cross - Pillar of Fire (2017)
Pamiętam (bo akurat nie minęły grube lata od wydania debiutu), że Tau Cross, czyli formacja stworzona przede wszystkim przez dwóch tuzów ekstremalnej sceny w osobach Michela Langevina aka "Away" (Voivod) i Roba aka "The Baron" Millera (Amebix) pierwszym krążkiem narobiła dość sporego zamieszania. Wyjątkiem nie były wtedy sytuacje, że album ten zostawał wydawnictwem numeru w wielu branżowych magazynach i w rocznych podsumowaniach roku 2015-ego wspinał się na szczyty rankingów. Szanuję bardzo sytuację kiedy zespół zbudowany wokół znanych w środowisku muzyków, bez ogromnego wsparcia ze strony machiny promocyjnej uznanie zdobywa, bo ono wtedy rzecz jasna oparte nie na oddziaływaniu marketingowym, czy koniunkturze, lecz na autentycznym wysokim poziomie artystycznym wydawnictwa. Akurat w przypadku debiutanckiego krążka Tau Cross to przekonanie nie pochodzi z osobistej autopsji muzycznej zawartości, gdyż jako żaden fan Amebix, a jedynie wybiórczy adorator kilku tylko płyt sygnowanych logiem Voivod, na wieść o takiej kolaboracji małpiego rozumu nie dostawałem, a nadmiar interesujących mnie produkcji moją uwagę odciągnął od faktu, iż takie oto istotne dla ekstremy wydarzenia miejsce mają. Wiedzę czerpię z archiwalnych tekstów autorstwa tych co się lepiej znają, które ówcześnie poznałem, a teraz by pamięć odświeżyć ich zawartość na szybko przewertowałem. Kilka tygodni temu jednak, gdy wzmianki o premierze drugiego albumu w necie zaistniały, a wraz z nimi single w tandemie przygotowano do odsłuchu nie omieszkałem dokonać ich konsumpcji, by w końcu samodzielnie przekonać się wokół czego taki względnie intensywny szum zaistniał. Z oczywistych powodów nie będę Pillar of Fire porównywał do poprzednika, chociaż znajomość z nim w międzyczasie także zainicjowałem, lecz ona ograniczona jedynie do dwóch, trzech odsłuchów i to w warunkach, w których o odpowiednie skupienie na muzyce łatwo nie było. Ograniczę się więc do odczuć zawężonych do dwójki, a jedynka z pewnością i wkrótce na stronach NTOTR77 zagości. Cóż (kręcę teraz nosem), nie do końca stylistyka jaką prezentuje Tau Cross leży na terytoriach do których mam największą słabość, jednak mimo, że materiał nie mógł w tym miejscu liczyć na tego rodzaju względy, to z każdym kolejnym seansem dźwiękowym płynącym z Pillar of Fire coraz mocniej przekonywałem się do tej apokaliptycznej stylistyki. Chłód bije z krążka przez ponad pięćdziesiąt minut, a jego fundamentem nie tylko wyraźna zimnofalowa motoryka, ale także liryczna zawartość hymnów wyśpiewywanych zarówno podniosłym głosem jak i zmanierowanym odrobinę warkotem. To w moim przekonaniu hybryda oddziaływań pochodzących ze sceny punkowej, ambitnej progresywności i przybrudzonego transu z najistotniejszym wpływem klarownego thrashowego riffowania. Album pomimo, że odstaje wyraźnie od współcześnie popularnych w metalu tendencji do przesadnego komplikowania muzycznej materii, nie jest jednak śmierdzącym naftaliną pierdem weteranów, tym bardziej zblazowanym aktem ich frustracji. Ma podstawową zaletę jaką kapitalna motoryka takich ciosów jak między innymi Raising Golem, On the Water, RFID czy Killing the King i Deep State, wzbogaconych dodatkowo klimatycznymi wizualizacjami w wydaniu teledyskowym i niestety sporą wadę, którą patos spływający momentami wręcz nieznośnie z tych numerów, gdzie akustyczne wycieczki zbyt liczne. Kłopot w tym także, że maniera wokalna Millera taka, iż warczy i zaciąga jakby obok muzyki przez co spójność wokalu z instrumentami daje wiele do życzenia. Bez względu jednak na jego "wady", które dla zapalczywego fana twórczości z tego gatunkowego segmentu mogą nie być minusami, a właśnie stanowić jego kluczową zaletę, dla mnie Pillar of Fire jest na pewno jednym ze sztandarowych przykładów szczerej i autentycznej pasji, szczególnie gdy patrzę na występy na żywo tych gości zamieszczone dość licznie w sieci.
czwartek, 27 lipca 2017
Monster Magnet - Monolithic Baby! (2004)
He he he, jak widzę Dave’a Wyndorfa to
zawsze rubaszny śmiech mnie dopada i nie idzie tutaj o jego zabawny charakter,
fizyczność czy inną radosną pospolitą przywarę. Powodem takiej reakcji jest
fakt, iż jakby ten gość nie jechał po bandzie w życiu osobistym, a przez to
mniej lub bardziej odbijały się te incydenty na funkcjonowaniu kapeli, to jakimś
cudem nie ma mowy, aby wartość muzyczna albumów wydawanych przez Monster Magnet
cierpiała. No jasne, czasem jest genialnie, innym razem bardzo dobrze, lecz
poniżej wartości zdecydowanie plusowych goście nie schodzą. Ta kapela, bowiem
to zaraz po nieśmiertelnych Stonesach i legendarnym Motörhead synonim
długowieczności (chociaż staż nieporównywalnie mniejszy ale za to liczba
zakrętów życiowych podobna), a jego frontman mógłby śmiało być nieznanym ojcu
synem Lemmy’ego, spłodzonym podczas jednej z pewnie tysięcy pokoncertowych
imprez. Sukinsyny (mają/mieli or ma/miał) w sobie to coś, ten ciąg na bramkę,
bez oglądania się za siebie, ze wzrokiem osadzonym tu i teraz, czyli absolutnie
żadnego planowania na zaś, perspektywicznego myślenia, zamartwiania i
fiksowania się na rzeczach, które w rzeczy samej tylko czystą radość z życia
zabierają. Dave nawalony/naćpany, przed odwykiem, po odwyku czy w stanach
zawieszenia, albo gdzieś pomiędzy tymi fazami ma wypisaną na wiecznie
zadowolonej sarkastycznej mordzie sentencją „łap życie”, bo masz je sukinkocie
kurwa tylko jedno. Może dlatego jestem zafascynowany takimi postaciami, gdyż
prywatnie zbyt często mam trudności ze złapaniem dystansu, gdy życie zawodowe
wymaga dla zdrowia psychicznego zbyt częstego patrzenia przez palce,
ustawicznego poczucia humoru, które jako jedyne może uchronić od totalnej
fiksacji, tudzież w sytuacjach ekstremalnych po prostu nerwicy z dołem
konkretnym. Wiem też, bo świadomość moja nie zakłada istnienia w ludziach
jednowymiarowości, że ten obraz Wyndorfa to tylko jedna z jego twarzy, a poza
nią wiele pewnie innych które z oczywistych względów mi nieznane. Zwyczajnie
ludzie z natury są wielowątkowi i wieloznaczni, problem tylko w tym, aby ta
chujowa strona osobowości nie zdominowała tej szlachetnie optymistycznej i nie
spieprzyła życia nosicielowi i prawidłowego funkcjonowania osób z jego
najbliższego otoczenia. To przekonanie mam we łbie w każdej dosłownie sytuacji
i z mniejszą lub większa skutecznością staram się realizować jego założenia.
Zapewne też muzyka jaką tworzy Wyndorf pomaga - jej swoiste terapeutyczne oddziaływanie
dba o zachowanie mentalnej młodości, tego bezstresowego osiągania stanów
radosnych i hedonistycznej przyjemności płynącej z luzackiej rezerwy i braku
spiny o rzeczy nieistotne – chroniąc przed zgorzknieniem i frustracją, które
szczególnie obecnie wokół siebie, w ludziach zmęczonych na każdym kroku
dostrzegam w ilościach dramatycznie dużych. Piszę o tym w tym miejscu, bo
akurat Monolithic Baby! w wymiarze mentalnym i artystycznym zdaje się być
najbardziej beztroskim materiałem, jaki został nagrany pod szyldem MM. Nie
odnajduje na nim ciężkiej psychodelii i kosmicznego tripu charakterystycznego
dla większości ich płyt, a nawet jeśli już one są to w ilościach śladowych,
bardziej w miejscu tła niźli na froncie. Album zbudowany jest z czystego spontanu,
prawdziwego bezpretensjonalnego rock’n’rolla – z potrzeby dobrej zabawy i
sybaryckiej przyjemności. Tak on na mnie oddziałuje i za każdym razem, gdy
numery w rodzaju Slut Machine, Supercruel, Unbroken (Hotel Baby), Radiation
Day, Monolithic, Master of Light czy Ultimate Everything wpływają rwącym
strumieniem do moich małżowin, odczuwam przypływ pozytywnej energii i myśli
refleksyjnych skierowanych w tą lepszą stronę życia. Bo Monolithic Baby! to dar
dla wyczerpanej często baterii, niczym prostownik doładowujący zdechły
akumulator by na nowo ożywić mechanizm i wprawić go w ruch. Dać kopa na rozpęd,
ale i jak wschodnia medytacja oczyścić ze złych emocji, wylać do ścieków gorycz
i zawiść, na gębę wkleić uśmiech, a w oczach umieścić błysk! Monolitic Baby! to
optymalnie skuteczny dopalacz pozbawiony zakazanych komponentów i skutków
ubocznych, a przez to dozwolony prawnie i mogący bez zabójczych konsekwencji
fizjologicznych być w organizm wtłaczany bez jakichkolwiek ograniczeń.
poniedziałek, 24 lipca 2017
Stone Sour - Hydrograd (2017)
Stone Sour swego (poniekąd już
zamierzchłego) czasu dość często u mnie gościł w hifi wieży, a było to by być
precyzyjnym tak na przełomie debiutu i Come What(ever) May. Potem Audio Secrecy
jeszcze względne pozytywne ciśnienie we mnie utrzymało, ale już dwuczęściowego House
of Gold & Bones to nawet jednego (premierowego) razu nie przesłuchałem. By była
jasność - bo nie jestem fanem tak obszernych materiałów i przejadły mi się w
międzyczasie słodycze w ciemnej czekoladzie, więc pech "hard rockowego" wcielenia
Corey'a Taylora w tym, że wymyślił sobie ze współpracownikami taką kobylastą koncepcję i jeszcze nie w czasie, przez co bez merytorycznego sprawdzenia zawartości bardzo
względny hajp na ich muzykę u mnie był i z miejsca zanikł. Zatem bez perspektywy
znajomości poprzedniego materiału (doczytałem, że nie ma czego żałować :)) z
wiedzą wyłącznie z lat wcześniejszych, zbiegiem okoliczności, gdyż na Hydrograd
nie czekałem do autopsji pewnego wieczora przystąpiłem. Stół sekcyjny
przygotowany, umysł oczyszczony, zatem Panie doktorze rozkrajamy, rozbieramy,
mierzymy i ważymy, po czym wnioski wyciągamy. :) One jak się okazuje niejednoznaczne,
bo oto sporo w trzewiach Hydrograd konkretnego uderzenia, mocnego riffowania i
adrenaliny uzyskiwanej z dynamiki wokalnej Corey’a. Niestety pośród czystego
testosteronu warunkującego w muzycznym odczuciu czynnik typowo samczy, także
masa estrogenu, który sprowadza niektóre kompozycje, nawet te zapowiadające się
jako względnie brutalne do poziomu nieznośnego zniewieścienia. To w moim
przekonaniu problem Hydrograd, że ogień krzesany zbyt często gaszony jest przez
słodycz made in Nickelback czy innych idolów nastolatek sprzed nastu już lat. To
taki archiwalny obraz tkwiący w moim łbie i przywoływany raz po raz szczególnie w tych
fragmentach refrenami zwanych. I chociaż zaskakująco często jak na ilość użytych
powyżej kąśliwych uwag album wraca do odtwarzacza podczas samochodowych podróży
to i tak absolutnie nie zostanie nazwany przełomowym zaskoczeniem, najlepszym
dotychczasowym dokonaniem formacji ani tym bardziej jednogłośnie mdłym sposobem
na dotarcie do niewieścich serduszek. Ma swoje kapitalne momenty podrywające do
machania łbem i wydzierania z Corey’em pyska, czasem nawet fragmentów podobnych
do tego miększego oblicza, ale jednak mocarnego Slipknota. Bo jak się okazuje
skrojony został z aptekarską precyzją pod typowe gusta amerykańskich fanów i
jest przykładem nieco krwistego, ale nadal podanego w systemie szybkiej obsługi
z niewyszukanymi dodatkami hamburgera w bułce z sezamem.
P.S. Zaznaczę, że mojej dziesięcioletniej
córce, która od kołyski chłonie nieświadomie ojcowską nutę, ale większego
zainteresowania poza tandemem The Black Queen i Wolfmother nie wykazuje
podobają się te chwytające za serducho kompozycje i muszę jej nonstop przeskakiwać indeksy. :)
środa, 19 lipca 2017
Nuovo cinema Paradiso / Cinema Paradiso (1988) - Giuseppe Tornatore
Piękna historia, wzruszająca opowieść
o zaszczepianiu pasji i „burzliwej” przyjaźni, oparta na wątkach
autobiograficznych reżysera i nawiązująca formą do urzekającej klimatem klasyki kina. Może nazbyt
egzaltowana i przez to od tej wzruszającej słodyczy nieco mdli, szczególnie w
finałowych scenach, ale ten rodzaj przelukrowania akurat mimo jego naturalnych
wad do zniesienia, tym bardziej gdy film z założenia baśń z prostym ale wartościowym
przesłaniem przypomina, niż stanowi odzwierciedlenie rzeczywistości w skali
1:1. Piękne zdjęcia, przeurocze scenerie, wybornie na ekran przeniesiony klimat
małego włoskiego miasteczka i zbudowanej wokół tradycji i religii społeczności.
Włoski żywotny temperament pokazany w ciepły i zabawny sposób, odrobina oczywiście
niekoniecznie już karykaturalnego tła w postaci mafijnej obyczajowości,
skorumpowanej polityki i okrutnej wojny oraz dla równowagi groteskowego spojrzenia
na cenzurę. Urokliwe jednakże to kino, choć zatopione w ciężkich czasach,
trudnej przecież egzystencji, bo przede
wszystkim ono o dzieciństwie, czyli tym najbardziej magicznym okresie życia, kiedy
to wyobraźnia wyznacza granice, a brak świadomości na jakim popieprzonym przez
dorosłych świecie przyjdzie żyć jest cudownym błogosławieństwem.
wtorek, 18 lipca 2017
Blade Runner / Łowca androidów (1982) - Ridley Scott
Denis Villeneuve kończy właśnie
produkcje nowej odsłony Blade Runnera, zatem zanim ona w kinach zaistnieje i koniunkturę
na nowo dla tytułu nakręci, to najwyższy czas, aby jeszcze w umiarkowanej
ciszy, bez zbędnego szału zarchiwizować refleksje związane z oryginałem sprzed 35
laty. Z gigantycznym przymrużeniem oka zadam pytanie (gdyż świadom jestem na podstawie
jakiej powieści ta ekranizacja) kto Scotta wizualnie inspirował, bowiem mnie tego rodzaju
wizja fantastyki kojarzy się z komiksami z serii Yans autorstwa André-Paula Duchâteau i Grzegorza Rosińskiego,
ewentualnie popularną w czasach mojego dzieciństwa edukacyjną kreskówką Był sobie kosmos. :) Ta cała wizualizacja wyobrażeń jak świat może się prezentować w XXI wieku i z
jakimi problemami ludzkość będzie się zmagała. Wyobraźnia wówczas podpowiadała, że
komunikacja powietrzna w ogromnych aglomeracjach będzie codziennością, a pojazdy
o skomplikowanym napędzie równie dobrze będą sobie radzić w gęstwinie zabudowań
jak i podczas majestatycznych lotów pomiędzy futurystycznymi budowlami
przypominającymi stacje kosmiczne. Wszędzie wokół dominować będą migocące pełną paletą barw neony, a ludzie i stworzeni na ich podobieństwo replikanci
przemykać po zatłoczonych ulicach w bezustannie padających strugach kwaśnego deszczu. Sztuczna
inteligencja przez człowieka skonstruowana wytworzy własną tożsamość i zwróci się
przeciwko swoim stwórcom, a z konieczności do wyszukiwania potencjalnego
zagrożenia wysłani zostaną wyspecjalizowani łowcy. :) Blade Runner jednak to
nie tylko typowa ilustracja przyszłości pochodząca z lat osiemdziesiątych, bo prócz
klasycznej wizji konfrontacji pomiędzy ludzkością, a światem organicznych maszyn
masa tutaj symbolicznych odniesień zarówno do religijnej mitologii, jak i głęboko
uduchowionej filozofii oraz mrugnięcia okiem w stronę klasyki kinowego romansidła w estetyce
filmu noire. Nie można nie dostrzec, iż wątek miłosny to żywcem wyjęty przede
wszystkim z przedwojennej amerykańskiej powieściowej formuły tzw. romans "zakazany", umieszczony bardzo sprawnie akurat w supernowoczesnych okolicznościach. To także mroczny dreszczowiec, bogaty w atmosferę niepokoju i
tajemnicy podkreślanej znakomitą złożoną ścieżką dźwiękową autorstwa Vangelisa. Obraz,
który zasłużenie przez lata obrósł kultem i pomimo zaawansowania wiekowego i w tym gatunku
galopujących możliwości technicznych także z łatwością dzisiaj robi kapitalne wrażenie
porywającą realizacją i nie raz w starciu wypada bardziej naturalnie niż te
wszystkie współczesne produkcje przeładowane bez smaku szołmeńską grafiką
komputerową. Jest co godne najwyższego uznania, jako hybryda gatunków spójny i
intrygujący, niczym dobry trunek skomponowany z dbałością o detale i dotknięty
pasją kreacji rzeczy wyjątkowych. Moje uznanie!
poniedziałek, 17 lipca 2017
Murder in the First / Morderstwo pierwszego stopnia (1995) - Marc Rocco
To jeden z tych obrazów, który w
okresie dorastania wstrząsnął mną najbardziej, zatem stosunek do niego
emocjonalny u mojej osoby bardzo silny. Pamięć nie robi mi jeszcze psikusów, stąd doskonale pamiętam,
jakim wstrząsem był seans, jak dogłębnie mnie przeszył i pozostawił w smutku i
bezsilności. Każdy powrót pamięcią do ścieżki dźwiękowej lub kluczowych scen
wywołuje intensywne reakcje, a kolejne odtworzenie historii to już przeżycie z
gatunku tych niemal metafizycznych. Poruszająca historia Henry’ego Younga to
prawdziwa lekcja ludzkich odruchów empatii i współczucia bez względu na to czy cała
zaadaptowana na potrzeby kina opowieść jest w każdym calu prawdziwa, czy może
odpowiedni podbarwiona by taki wyrazisty emocjonalny efekt wywołać. Nie dbam o fakty, jakie leżą u podłożą sprawy
Younga, wartość dzieła Marca Rocco w człowieczeństwie odnajduję i bezwzględnym piętnowaniu
samonapędzającej się machiny okrucieństwa i niesprawiedliwości. Przesłaniu i
nieprawdopodobnej sugestywności wizualnej z technicznym warsztatem i wyczuciem
materii na poziomie mistrzowskim. Każde ujęcie podporządkowane jest nadrzędnemu
celowi, jakim wywołanie reakcji, odruchów sprzeciwu, dopieszczone artystycznie
(autentyczna stylizacja na archiwalia) i wreszcie przekonujące w warstwie
aktorskiej. To jedne z tych ról Kevina Bacona i Gary’ego Oldmana, z którymi ikony te kojarzę najmocniej – to filmowy klejnot porównywalny ze Skazanym na Shawshank,
choć z pewnością mniej publiczności znany.
sobota, 15 lipca 2017
Porcupine Tree - Fear of a Blank Planet (2007)
Sześć kompozycji składających się na na optymalne 51 minut fascynującej muzyki, bez grama pustosłowia i megalomani, która do Hand. Cannot. Erase. w różnym stopniu gościła na albumach solowych Wilsona. Piszę z pozycji osoby dla której dwupłytowe albumy w większości przypadków stanowią trudno przyswajalne zakalce. Oczywiście istnieją przykłady pogodzenia rozpasania czasowego z artystyczną kreatywnością, nie mam zamiaru się kłócić, jednak to przypadki niezwykle rzadkie i w swojej istocie zapewne przewrotnie potwierdzające moją tezę o przeroście ambicji tych, którzy postanawiając stworzyć dzieła przełomowe rozbijają się niestety na murze przesady. Z tej właśnie perspektywy ucieszyłem się ogromnie, gdy Steven Wilson przy okazji solowego albumu sprzed dwóch laty przełamał schemat nadmiaru materiału, stąd też wyżej od The Incident cenię materiały mniej obfite, którym wspomniany krążek stałby się z pewnością gdyby tu i ówdzie poprzycinać. Fear of a Blank Planet to szczęśliwie idealny przykład sprecyzowanej próby pogodzenia rozbuchanej progresywnej formuły z popową wręcz piosenkowością, w spójną wysoką jakość. Proporcje doskonałe tutaj rządzą, charakterystyczne egzaltowane stylistyczne zagrania i sporo mechanicznego pulsu, który dodaje pikanterii udowadniając jak wielkimi muzykami są członkowie jeżozwierza. Kapitalne mocne otwarcie numerem tytułowym, przełamane wybornymi balladami, które jak zawsze unikając taniego patosu poruszającymi jednak bardzo głęboko i dopełnionymi osiemnastominutowym kolosem bez najmniejszych oznak nudy - Anesthetize ustawicznie potęguje napięcie, nakręca emocje lawirując pomiędzy uduchowioną nostalgią, a instrumentalnym żarem. A wszystko zamknięte intrygującą elektroniką w Sleep Together, piętrzącą się okazale wokół transowego kręgosłupa i przyprószone co nieco orientalną symfoniką. Fear of A Blank Planet to dzieło, które idealnie wkomponowuje się w triadę zapoczątkowaną przez In Absentia i chociaż dostrzegalny jest na niej element fermentu, pewnej próby wykorzystania mechanicznych wibracji to brzmi jednak jak typowy Porcupine Tree, gdyż komponent charakterystycznego przez lata budowanego stylu, ma wpływ decydujący.
P.S. Z perspektywy czasu, zaledwie lat dziesięciu cały koncept liryczny zbudowany wokół kwestii "pustej" młodzieży w przeładowanym bodźcami świecie, dzieciaków zdemotywowanych łatwością otrzymywania podniet, zdaje się zaledwie preludium do tego co czeka nas w perspektywie może zaledwie kilku tylko kolejnych lat. Ten świat nie wyhamuje - to pewne!
czwartek, 13 lipca 2017
Memoirs of a Geisha / Wyznania gejszy (2005) - Rob Marshall
Jestem świadom, iż dorobek filmowy
Roba Marshalla ponad jedną głośną produkcje wyrasta, lecz niestety prócz
znajomości samych tytułów nic poza Wyznaniami gejszy do tej pory nie obejrzałem.
Nie żałuję, że nie widziałem jednej z odsłon przygód kapitana Jacka Sparrowa w jego reżyserii i rzecz oczywista nie ubolewam nad faktem, że baśniowe Tajemnice Lasu zignorowałem. Ja tylko wstydzę
się, że ani Nine, ani tym bardziej Chicago przez niechęć do musicali, estetycznie nie skonsumowałem.
Mając na względzie kapitalny zmysł wizualny, jaki Marshall zaprezentował przy
okazji produkcji historii Sayuri to niewybaczalne by taki drobiazg jak muzyczny
charakter filmu przed seansem powstrzymywał. Obiecuje sobie (któryś już raz :))
że to zaniedbanie nadrobię i przełamię się do obrazów, w których taniec i śpiew
przede wszystkim emocje wywołuje. :) Wracając jednak do głównego tematu, powodu
dla którego ten tekst spisany, to uprzejmie donoszę tym, którzy jakimś cudem
tytułu nie widzieli, bądź tym którzy mają ochotę poznać moje zdanie, co
następuje. Wyznania gejszy to wzruszająca opowieść będąca adaptacją bestsellera
Arthura Goldena, rozgrywająca się w egzotycznej scenerii, taka poruszająco dramatyczna
historia nie tylko i wyłącznie o miłości. Wybornie opowiedziana w klasycznym
narratorskim stylu, przy znaczącym udziale pobudzającej zmysły muzyki oraz przecudnie
zdobna emocjonalnie, ale i intrygująca przez wzgląd na kwestie mentalne i
kulturowe. To ponad wszelką wątpliwość operatorski majstersztyk z doskonałą grą
światła i barw, z ciekawą motoryką ujęć, urzekającą scenografią i mistrzowskim balansem pomiędzy
artystyczną plastyką, kameralną intymnością i widowiskowym hollywoodzkim efekciarstwem. To
wreszcie subtelny, niezwykle zmysłowy i edukacyjnie wartościowy portret ludzi i miejsca – orientalnego skrawka ziemi i zamieszkujących ją autochtonów, którzy poprzez
swoją izolację i przyrodzone właściwości stworzyli bogatą i tak odmienną od innych kulturę, w której
przywiązanie do kodeksu honorowego nie jest li tylko hasłem na ustach, a
bezwzględność tradycyjnych wartości zważywszy na przemyślaną mądrość w nich
zawartą nie prowokuje mnie do krytyki.
P.S. Do powyżej złożonej deklaracji
w temacie musicali nie skłonił mnie także pobłyskujący La La Land, a zachwyt nad Wyznaniami gejszy sprowadzony niemal wyłącznie do kwestii technicznych i kulturowych z pominięciem wątku miłosnego, absolutnie nie powodowany był obawą o uznanie mojej osoby za nazbyt zniewieściałą. :)
środa, 12 lipca 2017
Black Label Society - Stronger than Death (2000)
Ostatnio nie bardzo idzie Zakkowi - muzycznie
jest dosyć licho, niewiele spod jego masywnych łap rasowego materiału wyszło, a
jak już raczył się ze snu wybudzić i w studiu nagrywać to na posuchę dobrych
pomysłów te produkcje cierpiały. Raczej powtarzalnością zawiewało, niedostatkiem
oryginalności i na brak większej dynamiki działań sfinalizowanych kapitalną porcją
mocarnego riffowania szansy niestety i teraz nie dostrzegam. Szczególnie Catacombs of the
Black Vatican, czyli krążek sprzed trzech lat nie napawał optymizmem, że coś
drgnęło i szarpnęło do przodu. Przewidywalność, odcinanie kuponów i nawet jeśli
we względnie poprawnym jakościowo stylu (bo o upadku nie ma mowy) to jednak bez
śladu progresji. Nie bardzo więc wierzę w przełom choć im mniej nadziei tym większa
zapewne radość będzie, gdy mylić mi się przyjdzie. :) Wracam zatem z tęsknoty
za rasowym Wyldem przede wszystkim do przeszłości i w starociach odnajduje
ukojenie - w tych albumach w rodzaju Stronger than Death, gdzie świeżość w
spojrzenia na przecież klasyczne pojmowanie ciężkiego riffu na hard rockowych
resorach dominuje. Dynamiczne pełne groovu konstrukcje tutaj królują z pysznymi
solówkami i surowym szlifem w znaczeniu brzmienia i ciężaru. Kilka solidnych
kopów dla rozkręcenia, zaś na przełamanie i dla kontrastu testosteronowe
ballady w których zamiast ckliwości męska twarda refleksja. To krążek idealny
do samczych spotkań przy browarze, by rubasznie obśmiać rzeczywistość,
ponarzekać może nieco kontemplacyjnie i przede wszystkim złapać dystans do
codzienności. Tak sobie kojarzę, gdy druga w dorobku płyta Zakka się kręci, że
gdybym był wojownikiem szos ujeżdżającym połyskującego chromem Harleya, to z
pewnością ze Stronger than Death w długich trasach bym się nie rozstawał,
rozmyślając po drodze jak osiągnąć idealną proporcję w byciu prawdziwym
mężczyzną. To znaczy jak odnaleźć ten złoty środek pomiędzy wrażliwością
przytulnego misia, a siłą dającego poczucie bezpieczeństwa niedźwiedzia. :)
wtorek, 11 lipca 2017
Fear Factory - Archetype (2004)
Sporo wydarzeń przykuwających uwagę w sensie niemuzycznym pomiędzy Digimortal, a Archetype w obozie fabryki strachu się wydarzyło. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi wpierw Burton C. Bell podjął zaskakującą (tak jakby nieodwołalną ;)) decyzję o opuszczeniu formacji, by w chwile później wycofać się z tego pomysłu i oznajmić, że wykopany został Dino Cezares. Gitarę przejął basista, a za osierocony bas chwycił znany ze Strapping Young Lad Byron Stroud. W tym przemeblowanym składzie przyszło ekipie dowodzonej przez wokalistę (już bez konkurencji ze strony drugiego samca alfa) stawić czoło nie tylko wymaganiom jakościowym ale i przede wszystkim zadaniu utrzymaniu fanów, dla których Dino Cezares był głównym powodem zainteresowania. Sam odnosiłem wrażenie, że nomen omen fundamentem FF postawny, znaczy pulchny gitarzysta, więc obawy ogromne miałem jak brak tak charakterystycznego wiosłowego i jego niezaprzeczalnego kompozytorskiego talentu wpłynie na zawartość Archetype. Obawy okazały się niepotrzebne, gdyż otrzymałem do łap produkt w pełni zaspokajający moje potrzeby, a nawet w mojej opinii często stającej w opozycji do "nieomylnej" większości, przewyższający mocą i chwytliwością ostatni krążek z Cezaresem. Digimortal miał swoje momenty, ale to właśnie Archetype wykorzystujący z wyczuciem całą gamę charakterystycznych cech muzyki Fear Factory porwał mnie od początku do końca. I mimo, że mógł się wydawać zbiorem numerów szybciej przyswajalnych, intensywniej melodyjnymi zaśpiewami obdarowanych to jego wartość udowodniły lata z nim kontaktu i absolutnie nieodczuwalny wpływ czasu i nieprawdopodobnej ilości odsłuchów. Tak ponad dekadę temu jak i dzisiaj krążek z 2004-ego roku uznaję za brakujące ogniwo pomiędzy kultowym Demanufacture, a Obsolete, którym coraz mocniej w nu metalowy trend się wpisywali. Walor Archetype tkwi w dużej dojrzałości i permanentnej dramaturgii, bowiem przestrzenne kompozycje skonstruowane za zasadzie kontrastów nie dają absolutnie powodów do narzekania, iż wątek szarpany nie spaja się odpowiednio płynnie z tym melodyjnym. Niestety radość z odrodzenia nie trwała długo - zadowolenie z gęby natychmiast zdjął mi nagrany w zaledwie kilkanaście miesięcy później Transgression, jednak o nim później, dużo później napiszę, gdy zechcę żółć wylewać. :)
czwartek, 6 lipca 2017
Lady Macbeth / Lady M. (2016) - William Oldroyd
Niebezpieczny, bo podstępny to dramat
na motywach noweli Nikolaja Leskova. Totalnie z człowieczych emocji wyprany
tzn. one tutaj są, jednako przybierają formę skrajnie zimną stąd obcowanie z
nimi miast w człowieku ludzkie odruchy pobudzać, one je usypiają, gdy jak w transie obserwuje
się brutalną rozgrywkę. Przemianę zdystansowanej, apatycznej w końcu krnąbrnej młodej kobiety w
bezlitosną morderczynię dla której własne szczęście jest celem uświęcającym wszelkie
środki. W świecie patriarchalnym, zdominowanym przez władczych mężczyzn, w
kontrowersyjnym stylu rozprawia się ze sztywnym gorsetem reguł i konwenansów.
Traktowana jako ozdoba dusi się w tej przedmiotowej roli, zmieniając radykalnie
istotę swojego istnienia, krocząc konsekwentnie ścieżką egocentryzmu, aż do
tragicznego finału. Zapadający głęboko w pamięć debiut William Oldroyda, to
nieprawdopodobnie klaustrofobiczny dramat – duszna, pozwolę sobie na odważne
stwierdzenie – bardzo mroczna tragikomedia, gdyż w postaci tytułowej jest równie dużo frustracji
jak demonicznej bezczelności i wreszcie nonszalancji. Za tą mistrzowsko zaadaptowaną
paletę cech osobowości odpowiada młoda brytyjska aktorka niemal bez
doświadczenia, co stanowi dla mnie dowód potwierdzający tezę, że z tym czymś co
pozwala rozsiewać magnetyzm trzeba się po prostu urodzić. Bez jej
przeszywającego spojrzenia, naturalnej maniery gdzieś pomiędzy frywolnym
urwisem, a sugestywną sensualnością ponętnej dojrzałej kobiety, ten bardzo
teatralny klimat zaproponowany przez Oldroyda stałby się nazbyt pretensjonalny. Precyzyjne statyczne ujęcia
nie kumulowałyby skutecznie napięcia i nie wpijały się równie dobitnie w
podświadomość. Mam przekonanie, że pomimo kapitalnej pracy reżyserskiej, gdyby
nie Florence Pugh obraz nie sięgnąłby tak wyrazistego poziomu.
środa, 5 lipca 2017
Elena (2011) - Andriej Zwiagincew
Niezaradny, bo leniwy synuś w średnim
wieku, wnuczek z potencjałem ale do bójek tak samo w wirtualu jak realu i synowa z ambicjami systematycznego rodzenia
oraz tytułowa Elena jako mamusia i teściowa nadopiekuńcza. W realiach kapitalistycznej
pseudodemokratycznej Rosji młode pokolenie rady sobie samodzielnie nie daje,
wiedzie jednak wygodny żywot pasożytniczy żerując finansowo na organizmach emerytów,
szczęśliwie o statusie materialnym wysokim, więc "daj" jest możliwe, bo skąd brać akurat mają. Para dziadków z obciążeniem psychicznym poprzedniego związku i
dziećmi, które nie bardzo spełniają ich oczekiwania, a odpowiedzialność
rodzicielska nakazuje utrzymywać parasol ochronny, który wyłącznie komplikacje
przynosi. Ale to dopiero wstęp prolog, bo względnie spokojne życie emerytów kończy
zbliżający się nieuchronnie zgon majętnego pana domu, a planowane zapisy
testamentu zaskakująco niesprawiedliwe i nieprzychylne dla oddanej małżonki
wymuszają kroki radykalne. Dalej to już determinacja przejmuje kontrolę nad
działaniami i robi się naprawdę gorąco! Nie mogłem przegapić, kiedy TVP Kultura prezentuje
taki repertuar - Zwiagincew po Lewiatanie dopiero dostał się w obszar mojego
zainteresowania, a że nie było okazji zobaczyć jego wcześniejszych tytułów aż do
teraz, toteż dotrzymałem do niemożliwie niekomfortowej pory emisji i absolutnie
tego poświęcenia nie żałuję. Przyznaję że to może nie do końca ten sam kaliber
spojrzenia na współczesną Rosję jak w obsypanym nagrodami Lewiatanie, jednak
jako klimatyczne kino (przeszywająca muzyka) ze świetnie ogarniętą warstwą
psychologiczną i błyskotliwą wnikliwością obraz ze wszech miar wart uwagi.
poniedziałek, 3 lipca 2017
The Afghan Whigs - In Spades (2017)
Przekonała mnie redakcja Noise Magazine,
siła jej sugestii widać ogromna a ja jej mentorskiemu autorytetowi uległy. :) Album
numeru zobowiązuje, a nazwa gdzieś przez lata pośród rzeczy, które poznać
powinienem, a dotąd tego nie czyniłem się przewijała - toteż kiedy jak nie teraz,
gdy takie pochlebne recki i okładka z miejsca sympatię wzbudzająca (zaiste kapitalny obrazek). Oj wychwalony
został ten krążek, bardzo celnie i intrygująco opisany, stąd moje
zainteresowanie, może chwilowe trudno mi teraz z jednoznaczną pewnością perspektywę dla In Spades
nakreślić. Sama muzyka to alternatywa (nawet gdy lider się wzdryga na to określenie), która bardziej spogląda w stronę wysp niż
stąpa po tradycyjnych amerykańskich terenach. Może ja się akurat w tej
stylistyce nie do końca odnajduję, niewiele znam grup z tej sceny więc zakładam nieco w ciemno, że u jankesów gra tak niewielu. Jak się okazuje, gdy przejrzeć historię, grupa najwięcej
osiągnęła podczas flanelowej rewolucji to grunge’u nie gra, a jej korzenie
sięgają lat osiemdziesiątych i stamtąd pochodzące inspiracje czuję wyraźnie. Taki
to niewątpliwie ambitny, bo wybornie zaaranżowany, co nieco muśnięty quasi
orkiestracjami i sekcja dętą, w palecie brzmień intrygujących z gracją się
poruszający rock, z soulowym charakterem jednak bez wyjątkowego, znaczy głębokiego wokalu. Greg Dulli może i kombinuje, mruczy, szepce i tą zmysłową
chrypką fajnie wpisuje się w bujającą muzykę, ale nie stanowi tutaj ogniwa na
tyle wyrazistego, by brak tej maniery mógł zmienić radykalnie brzmienie numerów. Cierpi nieco
całość na brak kopa (i nie tylko mam tu uwagi do głosu lidera), nie usłyszałem
jakichś wrzących emocjonalnych uniesień, wzbudzenia pasji,
niegrzecznej gwałtowności. To może być mój zarzut, nie co do koncepcji, ale w
stosunku do moich oczekiwań. Tyle że, jeżeli już mieli zaspokajać wymagania to
starych wiernych fanów którzy na styl z In Spades, jak prasa donosi nie kręcą
nosem. Taki neofita jak ja ma się przekonać do tego, co dostaje a nie wystosowywać
aroganckich roszczeń! :)
P.S. Tekst napisałem, zadowolony z efektu przy akompaniamencie Into the Floor się poczułem i bach, info o śmierci byłego gitarzysty formacji się pojawiło. RIP Dave Rosser.
niedziela, 2 lipca 2017
Arcadea - Arcadea (2017)
Zatrzęsienie wyrastających okołomastodonowych
projektów jest faktem, znaczy tworów muzycznych współtworzonych przez członków
ekipy Mastodon, lecz niekoniecznie bliźniaczych stylowi grupy. Więcej te
wszystkie GTO, GIG czy KBK raczej daleko odchodzą od stylistyki macierzystej
formacji czterech wyjątkowo płodnych instrumentalistów i chyba jeśli mnie słuch
nie myli i odpowiednio ogarniam obcą mi, bo nazbyt elektroniką zdominowaną
materię muzyczną, to paradoksalnie najbliżej jazdy pod Mastodon przez wzgląd
na charakterystyczny flow, struktury i harmonie gry Dailora jest właśnie
Arcadea. Zapewne prowadzona, a może i nawet zdominowana twórczo przez
wielorękiego maga perkusji uzyskuje ten efekt bez użycia gitar, a cała
aranżacja oparta jest na ejtisowych syntezatorowych brzmieniach na kształt
ośmiobitowej technologii sprzed lat, mocno wspomaganej pełnymi wyobraźni
odjechanymi impresjami. To jak domniemam rodzaj psychodelicznego space rocka
bez wiosłowania, za to z intensywnym pulsem zestawu Dailora przykrytym lawą
piskliwej elektroniki. Rzecz w mojej ocenie nieprzeciętna, mocno osobliwa,
brzmiąca całościowo oryginalnie mimo pewnych inspiracji płynących z
syntezatorowych tripów rozwijanych w kolorowych latach siedemdziesiątych i
niewiele mniej barwnych osiemdziesiątych. Słucham tych
jedenastu kompozycji już po raz kolejny z rzędu z zaskakującą mnie przyjemnością i wzrastającym wprost proporcjonalnie do
ilości odsłuchów jednoczesnym niestety przekonaniem, iż efekt zainteresowania
nie przeistoczy się w długowieczną fascynację. Intrygujący to album, ale to „MIDI” granie nie z mojej bajki.
sobota, 1 lipca 2017
The Reader / Lektor (2008) - Stephen Daldry
Kino bezwzględnie zasługujące na
miano wybitne – głęboko poruszające, wysoce
pouczające i poprzez właśnie wysokie stężenie tych walorów niezwykle
wartościowe. Z kapitalnymi kreacjami zarówno Kate Winslet jak i Ralpha Fiennesa
oraz całej plejady aktorów pochodzenia niemieckiego. Nastrojowym klimatem,
fenomenalnymi ujęciami i autentyczną scenografią. Wybornie skonstruowaną epicką formułą fabuły, tajemnicą finezyjnie zawartą w tytule oraz kameralnym
spojrzeniem na istotę człowieczeństwa przez pryzmat wojennej traumy i życia z obciążeniem.
Żadna to próba prostego usprawiedliwiania ludzkich czynów, błędów młodości czy
wreszcie zwykłych instynktów. To niezwykle wnikliwa psychologiczna rozprawa o
naturze ludzkiej i dostosowywaniu się do sytuacji, czy poszukiwaniu bliskości
kiedy samotność nie do zniesienia. To też nie jest relatywizowanie postaw, choć
pewnie żyjący w ciągłej nienawiści do narodu niemieckiego przez wzgląd na
krzywdy wyrządzone, oczywistą i niewybaczalną masę okropieństw oraz cierpienia uznają go za próbę
nieuzasadnionego dostrzeżenia w oprawcach istot ludzkich. Nic nie
jest jednak oczywiste, rzeczywistość nie dostarcza prostych i zawsze słusznych
rozwiązań, a natura ludzka z łatwością poddaje się pokusom władzy. Pytanie czy nikczemnikiem
jest się wiecznie, a może tylko nim się bywa w odpowiednich okolicznościach. Kto wie do
czego bylibyśmy zdolni żyjąc w przerażających czasach wojennej nienawiści. Te i
inne pytania kotłują się w głowie, mniej lub bardziej bezpośrednio powiązane z
dziełem Stephena Daldry’ego. Zastanawiam się teraz jak zrozumieć skomplikowany świat bez narzędzi do
poszerzania perspektywy, otwierania nowych drzwi i pokory wobec niezrozumiałego.
Niemniej jednak każdy ciemięzca powinien zapłacić za podłe czyny, jednak tak by
zrozumiał swoją winę, bo na wybaczenie w żadnym stopniu nie powinien liczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























