piątek, 21 sierpnia 2020

Adele - 19 (2008)

 


Gdyby Adele w wieku dwudziestu jeden lat nie nagrała albumu, który podbił wszystkie listy sprzedaży, to w wieku lat dwudziestu pięciu nie odczuwałaby tak ogromnej presji ze strony pazernej wytwórni płytowej by przebić sukcesorkę i ostatnia jak dotąd jej płyta nie byłaby zbiorem kompozycji nastawionych na maksymalną asekuracyjną chwytliwość kosztem jakości. Gdyby nie ziścił się ten "wyśniony" scenariusz, to 25-ka mogłaby być podobnie urokliwa jak nagrana w wieku lat dziewiętnastu 19-tka. Co dokładnie myślę o tej zamykającej dotychczasową jej dyskografie płycie więcej do odszukania w archiwalnych zwierzeniach, co natomiast napiszę z perspektywy dziewięciu (może i więcej) minionych lat o krążku sygnowanym liczbą 21 może kiedyś się czytelniku wierny dowiesz, jeśli wykażesz się cierpliwością i przywiązaniem do niniejszej pisaniny, a ja zmuszę się by emocje swe powiązane z dźwiękami po raz kolejny upublicznić. Zanim ta wiekopomna chwila nastąpi (a presji nie czuję, więc się nie popędzam), to najwyżej jedną dziesiątkę zdań o debiucie Brytyjki teraz skroję. Dziewiętnastka przygotowała grunt pod potężny czempionat dwójki i kiedy kręci się w odtwarzaczu prowokuje do stwierdzenia dość smutnego, że w konfrontacji z jej następczyniami okazuje się albumem najciekawszym, nie tylko dlatego że wówczas odkrywającym gigantyczny talent Adele, ale z racji, że czuć w nim ogromne pokłady szczerości, a strona aranżacyjna ograniczona została do meritum, w którym uroczo dziarski głos Adele i tylko nieco "spopowiałe" r'n'b prymat wiodą. Proste w zasadzie rozwiązania i ograniczony do minimum udział kompozytorskich tuzów, którzy napełnić kieszenie menadżerom pomagają, ale ich profesjonalne szlify na utworach, to częstokroć pocałunek śmierci dla wartości ambicjonalnej finalnego już wtedy PRODUKTU. To właśnie w debiucie Adele cenię, że niby zanucić każdy z tuzina kawałków nie ma najmniejszego problemu, ale też ich częste odtwarzanie nie powoduje deprecjacji ich wartości. Dzięki temu nieprzeszarżowana, w sporym udziale akustyczna mieszanka soulu, bluesa, folku, (też elektroniki) i oczywiście popowego potencjału wraz z niepodważalnymi walorami głosowymi daje wciąż i wciąż wiele z odsłuchu przyjemności. Bo to fajna jest nuta i cóż, po co drążyć temat bardziej. :)

czwartek, 20 sierpnia 2020

Fantastic Negrito - Have You Lost Your Mind Yet? (2020)




Jak ja tego typa szanuje, nie tylko przez pryzmat jakości uprawianej sztuki, ale też za sprawą całej zdystansowanej otoczki i powagi problemów ubranych w fikuśne fatałaszki jakie w swojej muzyce porusza. To tak na wstęp zwierzenie, a dalej już tylko suche analitycznie fakty związane z premierowym kontaktem z jego kolejnym longplay'em. :) Zastanawiam się w międzyczasie, gdy już solidnie opracowaną koncepcję recki miałem i wystarczyło by z pamięci spisać ją w odpowiednim edytorze, poddać korekcie ortograficznej, stylistyczne błędy pozwolić małżonce usunąć i puścić w neta, czy ten fantastyczny gość w ogóle w tym naszym katoobłędnym grajdołku to jest chociaż odrobinę znany? Przez te dygresyjne problemu popularności rozpoznawanie zgubiłem po części rytm i koncepcja się nieco rozmyła, więc jakbym pisał chaotycznie, a co gorsza bez sensu to przepraszam najmocniej. Starałem się szybko pozbierać myśli, a rozkminy czy (jak ja tego gościa szanuję!) Negrito ma w IV RP fanów, czy może przyklejona do jej obywateli rasistowska fobia przeglądającemu się bez wstydu w lustrze rodakowi nie pozwala dać się ponieść gdy groove i flow takich cudnych numerów jak między innymi How Long?, All up in My Space czy Platypus Dispster do rytmicznego pulsowania bioderek z automatu nakłania, zostawię żartobliwie na bezsenne noce. Ale o czym ja tu o czym? Przecież fakt taki, że nie znalazłem w necie ani jednej polskojęzycznej recki na okoliczność premiery Have You Lost Your Mind Yet? na klawiaturze wystukanej mówi wszystko, a powyższe domniemanie dlaczego Polacy nie zakochali się w jego muzyce tak jak ich rodak te wywody spisujący, jest jednocześnie naiwne po prostu i przekorne świadomie. Niby Fantastic Negrito sieka dźwiękami, które w radiowo-telewizyjnym mainstreamie przyciągają uwagę milionów, ale z jakichś powodów Xavier Amin Dphrepaulezz nie jest tak mocno promowany jak jego koleżanki i koledzy funkcjonujący w stylistycznie podobnym dźwiękowym uniwersum. W sumie mnie to "rybka", a właściwie mogę przyznać, że mnie to cieszy, bowiem po pierwsze sława psuje, a po drugie tak barrrdzo fajowo jest błysnąć od czasu do czasu w towarzystwie wiedzą, że kogoś tak zajebistego się zna i słucha. Szczęśliwie wdrukowałem sobie kompletną impregnację na innych przekonywanie, że powinni, że należy itd., itp. Dzięki temu nie silę się na reklamowanie tylko problem, zjawisko pozwalam sobie zauważyć, a co z tym dalej... hmmm... - jakby he he coś ode mnie zależało. Na koniec tylko dodam, by to była recka, a nie tylko z zasad pisania recki beka, że Have You Lost Your Mind Yet? z każdym kolejnym kontaktem nabiera rumieńców i na ten moment nie wiem jeszcze czy jest najlepszym krążkiem Fantastic Negrito. Wiem natomiast, że jeśli nawet konsekwentnie do wewnątrz zasysany nie przeskoczy Please Don't Be Dead i The Last Days of Oakland, to nie ma się do czego krytycznie przyczepić, a fun z odsłuchu jedenastu nowych piosenek Szanownego Negrito jest mega. 

środa, 19 sierpnia 2020

Amy Winehouse - Back to Black (2006)




To jest tak, że kitu wciskać szczerość wrodzona mi nie pozwala, więc nie napiszę, że artystkę wielkiego formatu w postaci Amy, gdy z impetem wbijała się na listy przebojów dostrzegałem. To jest też tak, iż powodem braku większego zainteresowania jej twórczością i tym samym docenienia jej ogromnego talentu było zwyczajne zamknięcie się w metalowej bańce - wówczas już coraz częściej właściwie opuszczanej w poszukiwaniu innych niż tylko dostarczanych przez szarpidrutów muzycznych podniet. Retro rockowy boom był może jeszcze niemowlakiem, ale coraz częściej alternatywne rockowe granie, szczególnie po linii powiązań personalnych z muzykami wywodzącymi się ze sceny metalowej skradało moje serducho. Jednak o zagłębieniu się przynajmniej po kostki we współczesną jazzującą scenę r'n'b, która popowym szlifem nie gardziła nie było mowy. Nie jest jednak tak, że dzisiaj czternaście lat po premierze Back to Black siedzę po szyję w tego rodzaju gatunkowej ekspresji, a nawet myślę iż kolanek nie udało mi się w tym bogatym świetnymi artystami morzu zamoczyć. Jest jednak tak, iż kilka postaci luźno z nią powiązanych bez irracjonalnego wstydu na co dzień w moich czterech ścianach gości, a pisząc o ich twórczości tuż obok tekstów z pogranicza totalnej ekstremy umieszczając, nie odczuwam jakiegokolwiek dysonansu czy braku komfortu. Dotrwałem więc do chwil w których otrzymuję nagrodę, dotarłem w swoich muzycznych eksploracjach do miejsca gdzie eklektyzm zainteresowań dźwiękowych stał się naturalnym powodem do dumy. :) Bez oporów jakichkolwiek wszedłem jednocześnie w świat zupełnie jeszcze dekadę temu mi nieznany i choć takie evergreeny jak Rehab i tytułowy Back to Black oczywiście już u swej premiery poznać siłą rzeczy musiałem i fantastycznie już wówczas kleiły się do mych uszu (nikt tego nie mógł podejrzewać :)), to pierwsze pamiętne odsłuchy pełnej zawartości drugiego krążka Amy wiązały się z uczuciem obcowania z dwoma genialnie chwytliwymi numerami i resztą dość ciężkostrawną, przez co niezrozumiałą. Czas i osłuchanie dopiero przekonało, że Back to Black jest zbiorem niezwykle równych kompozycji, a każda z nich oprócz stuprocentowej zawartości nagich emocji w tekstach posiada także walor przebojowości fenomenalnie łączony z niebanalnością ambitnych rozwiązań rytmicznych i melodyjnych. Talent interpretatorski nieodżałowanej Amy genialnie spinał te dwa równoległe światy, czyniąc je przystępnymi i angażując słuchacza głęboko uczuciowo. Może powyżej więcej miejsca powinienem poświęcić dramatycznej stronie sytuacji w jakiej jej ostatni studyjny krążek powstawał? Może powinienem skupić się na jej krótkim i pełnym cierpienia psychicznego życiu, a nie na swojej (sprzedawanej dzięki blogowaniu) drodze do muzycznego oświecenia? Może wreszcie zanim wyłuszczyłem to tak jak wyłuszczyłem, to powinienem zaopatrzyć się w dziesiątki mega profesjonalnych reck i ultra rozemocjonowanych wspomnień i zrobić z nich bardzo mądra kompilację słów autorstwa innych? Niestety jest jak jest i mam pomysły takie jakie mam! Niestety jak ktoś umarł to nie żyje! Chyba że JEST wielkim artystą, to żyje w tym co stworzył i trzeba się skupić na emocjach związanych z jego dziełami. Co myślę w formie ascetycznej uczyniłem i jeszcze raz będę się starał uczynić, gdy akurat Frank będzie na tapecie. Wtedy też dla zasady napiszę kilkadziesiąt obowiązkowych truizmów o straconym młodym życiu u progu gigantycznej kariery i jebanym uzależnieniu od pierdolonych dragów! Pieprzyć je!

wtorek, 18 sierpnia 2020

Bacurau (2019) - Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles



Szacowne grono zawodowych krytyków tak bardzo się zachwyciło, jakby tutaj maksymalnie „nowy horyzont” w spojrzeniu na materię filmową poznało - a tak po prawdzie to już nieraz w przeszłości coś w ten deseń kręcono. :) Nie wiem czy świadomie (bowiem bardzo niewiele o kulisach powstawania Bacurau czytałem), lecz wyraźnie dostrzegam tu puszczone oczko do fanów klasycznych westernów, bo gdyby aktorom rozdać cowboy’skie kapelusze, colty, albo też poncza lub inne atrybuty kojarzone z dzikim zachodem, to wypisz wymaluj współczesny western wzdychający do archetypicznej formuły bym właśnie opisywał. Tu jednak akcja toczy się w bliżej nieznanej niedalekiej przyszłości, w Ameryce Południowej, dokładnie w zachodniej części regionu Pernambuco. Poza tym można by doszukać się w idei przewodniej (długo niezdradzanej) kwestii politycznych i znaczących nawiązań o charakterze etnograficznych, więc sprawa nie jest taka prosta, a sięganie do inspiracji aż tak banalne. Poza tym dużo w pomyśle realizacyjnym więcej pożyczonych części składowych z innych filmowych stylistyk jest myślę, a co gorsza ten miszmasz sprawia też poniekąd wrażenie bazującego na naturalnie przestylizowanym quasi slasherowym żarcie i komedii absurdu. Lecz mimo wzbudzających konsternację dziwactw i krwawej jatki stanowiącej wizualną atrakcję dla fanów kina niższego sortu, to trudno nie dostrzec powagi w głębi i wartościowego wydźwięku merytorycznego skomplikowanej fabularnej zagwozdki – powtarzam, bez względu na te kozaczące korzystanie z mniej poważnych konwencji. Stąd przewrotny wielce to dramat, tężejący z każdym kolejnym kwadransem, pobudzany niedopowiedzeniami i nawiązaniami do mistycyzmu. Rozbudowany wieloma zaskakującymi zwrotami, sięgający do tematu współczesnej agresywnej ekonomii/nierówności społecznych, konfrontacji modernizmu z tradycją i sfinalizowany dodatkowo dostarczającym mocno oddziałującego na emocje dość nietuzinkowym twistem. Rozpocząłem tekst kontrowersyjną prowokacją, zakończę go szczerą refleksją. :) Nie będąc zdeklarowanym fanem kina za wszelką cenę poszukującego, kina które proponuje częstokroć trudną w odbiorze, bo ciężkostrawną jazdę bez trzymanki i siłą rzeczy przynosi wreszcie coś nowego na bazie grzebania w worze z dodawanymi od ponad stu lat inspiracjami, to moja ocena Bacurau jest bliska maksymalnej. Nie dlatego że wszystko mi tu idealnie współgrało, ale dlatego, iż to, co zobaczyłem zwyczajnie mnie na ponad dwie godziny bez chwili dekoncentracji przykuło do telewizora. 

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Dool - Summerland (2020)




Sprawa z dźwiękami kreowanymi przez holenderski Dool jest zarazem prosta, jak i na tą jej na pierwszy "rzut ucha" słyszalną banalność formuły zaskakująco skomplikowana. Chłodna analiza zawartości drugiego w ich karierze długograja nie wchodzi w grę, gdyż muzyka to oddziałująca w całości na emocje - daleka od wirtuozerki i pogoni za eksperymentami formalnymi. Problem i walor w zasadzie tkwi w tym samym, a paradoks w odczuciach i w osobistym stosunku do Summerland odnajduję w oczywistych skojarzeniach ze sceną lat dziewięćdziesiątych, na której przez czas prawie dekady królowały metalowe bandy muśnięte gotykiem. Awers (czytaj to co natychmiast słychać w architekturze całości), to właśnie bezpośrednia chwytliwość na emocjonalnej bazie oparta i skojarzenia z zarówno dominującą w tym nieco już dzisiaj zapomnianym nurcie sceną fińską, także po części holenderską jak i przykładowo włoską, gdzie wysoką pozycję swego czasu zajmowały bandy pokroju Lacuny Coil. Rewers to natomiast w oczywistości przemycone nieoczywistości i wyjątkowo sprawnie przefiltrowane całkiem szerokie inspiracje, dzięki którym Summerland to sporych rozmiarów paleta barw, ale ograniczona jednako do jednego rodzaju nastroju. Króluje świadoma ciemność o romantycznej proweniencji i nawet jeżeli muzycy Dool na szczęście nie prezentują się książkowo niczym czarne mewy, to czerń w jakie oblekają siebie i swoje kompozycje sytuuje ich pośród gotyckiej muzycznej natury. Numery posiadają własną odrębność i nie są automatycznymi półklonami wcześniej zaindeksowanej piosenki, a i ich linie melodyczne da się zarazem z łatwością zanucić, lecz przebojowość to nie tak prostacka by się wstydzić na nią podatności. Chociaż przyznam iż do momentu poznania Dool myślałem, że lata temu wyleczyłem się z Lacuny, a tu taka niespodzianka. :) Gdyby wkroczyli na scenę ćwierć wieku temu, byliby w czubie sprzedaży jednego z ówcześnie dominujących graczy. Katalog Century Media przyjąłby ich z troską i zapewnił z rozmachem skrojoną promocję. Dzisiaj to chyba jeszcze nie czas powrotu metalowo-gotyckiej mody, ale rzecz jasna mogę się mylić. Fajnie przecież byłoby dla Dool stać się forpocztą trendu bazującego na sentymencie. Trochę im tego jako wychowany na takich najtisach życzę.

niedziela, 16 sierpnia 2020

Frankie (2019) - Ira Sachs



Leniwa obyczajówka, która w założeniu miała być dramatem. Z zacną bardzo obsadą, ale bez większej temperatury zawartej w scenariuszu. Z natchnionymi dialogami i niezwykle uroczymi lokacjami, ale bez zaskarbiającego uwagę wewnętrznego pulsu. Tutaj coś (umówmy się) a'la akcja rozwija się szczególnie wolno i widz ze statycznych ujęć dowiaduje się o dramacie i tajemnicach relacji bohaterów. Letni klimat pory roku i letni też klimat emocji współgra znakomicie, lecz obraz jako złożona całość jest aż tak subtelny, że zwyczajnie smętny, przez co trudno mi docenić jego walory, które jestem w stanie przyjąć, iż niezaprzeczalnie pewnie posiada. Musiałby tylko trafić na w odpowiedni sposób uwrażliwionego widza, nie wykluczam też że zasadniczo o innej płci. Być może Ira Sachs chciałby jak Woody Allen, ale w moim odczuciu te kontemplacje jego współautorstwa są zdobne niestety wyłącznie w mielizny i tak jałowe, że trudno im się przełożyć na silne emocje. 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Deep Purple - Whoosh! (2020)




Whoosh! okazuje się poniekąd mokrym snem fana każdego niemal okresu z bogatej ponad półwiecznej kariery głębokiej purpury. Albumem który wiadomo, brzmieniowo staje na wysokości zadania i równa najwyższym współczesnym standardom producenckim. Wypieszczona aż nadto to laurka, którą sobie samym przygotowali mega doświadczeni scenicznie muzycy. Zawiera ona wbrew zabobonom trzynaście różnorodnych wielce kompozycji - takich megalitycznych dźwiękowych konstrukcji, mimo iż sięgających do własnych inspiracji dalekich od surowej prezencji, ale i nawiązań do okresu fascynacji progresywnymi ambicjami czy nawet omal symfonicznymi pasażami (czytaj popisami wirtuoza klawiszy), a ogólnie to po prostu maksymalnie uprzebojowionym i w liczne ornamenty zdobnym heavy-rockiem. Krążek przyznaje jest wielowymiarowy i wielobarwny, posiadający także cechy całkiem zgrabnie zaaranżowanych tendencji eksperymentatorskich oraz fajnie osiada w świadomości i zwyczajnie chce się do niego wracać. O tym wszystkim z pewnością już napisały lub lada moment napiszą wszystkie liczące się serwisy muzyczne, zatem nie mam zamiaru teraz rozkładać numerów na części pierwsze, a poza tym nie mam śmiałości tego robić zważając na status ich autorów i moją nadal skromną wciąż wiedzę muzyczną (ja się wciąż osłuchuje, wciąż się uczę!). Chciałbym tylko publicznie posypać głowę popiołem i zaznaczyć ponad wszelką wątpliwość, iż Whoosh! mimo iż wciąż podobnie jak kilka poprzednich płyt Purpli może irytować archaicznymi aranżami (te eksperymenty to przecież takie granaty hukowe, czyli wiele hałasu o nic), to zaskakuje energetycznym sznytem i naprawdę przyzwoitą formą wokalną Gillana. Tak więc byłem sceptyczny, a okazało się iż to krążek całkiem apetyczny. :) Oby starszych Panów fart chronił od tej pieprzonej covidowej zarazy i im się chciało, chociaż ciało by współpracy odmawiało! God Save Deep Purple!

środa, 12 sierpnia 2020

Babyteeth / Zęby mleczne (2019) - Shannon Murphy



Niewątpliwie Babyteeth (doskonale metaforyczny skądinąd tytuł) jest projektem intrygujący, z silnym posmakiem niezależnego kina i godnymi festiwalowych laurów ambicjami. Niewątpliwie dodatkowo temat potrafi pobudzić wyobraźnię, szczególnie gdy widz rodzicem wchodzącej w trudny okres adolescencji nastolatki. Z tym że konfrontując wszelkie entuzjastycznie recenzje z efektem całościowym pracy sztabu dowodzonego przez Shannona Murphy'ego, ja przynajmniej nie wpadam w szał wyłącznie komplementów wystrzeliwania. Myślę że brakuje tu solidnego jednego, a najlepiej dwóch trzech interwałów, zakrętów w scenariuszu, które podniosłyby emocje na wyższy niż tylko letni level. Bez nich prowadzona narracja jest nieco nużąca, a nawet jeśli fabuła i zawarty w niej rozwój "akcji" dopinguje do zadawania pytań i oczekiwania gdzie/dokąd te wydarzenia bohaterów zaprowadzą, to bez silniejszego emocjonalnego uderzenia samo świetne aktorstwo i poruszona problematyka nie zagwarantowały przeżycia ponad poprawnie interesującego. Ale to opinia maksymalnie subiektywna, opinia widza ze względnie nikłym obyciem z kinem dalekim od mainstreamowego - bo dziwaczącym dla przede wszystkim wzniosłej reżyserskiej idei. To jednak nie będzie koniec opinii, bo przyznaję, że się dotychczas droczę! Paskudnie się droczę, bo ten potwornie poruszający dramat przez pierwszą (umownie wstępną) godzinę paskudnie droczy się ze mną, a ja nie cierpię takich podpuch, gdy ostatecznie wzruszenie odbiera mi łatwość oddechu. Toż to przyznaję właśnie, iż jestem na koniec w wielkim szoku, bo przecież trzeba by być głuchym i ślepym, by nie dostrzec jak przenikliwie dojrzały i wyczerpująco prawdziwy jest to dramat – uprę się, bez względu na szczególnie w pierwszej części jego zwodniczy charakter. Taką już Shannon Murphy wraz z Ritą Kalnejais (autorka scenariusza) koncepcję sobie wymyślili i brawa w sumie dla nich, że harmonijnie te dwie fazy budowania relacji postaci z widzem ze sobą skleili. Początkowa pretensjonalność (siląca się za wszelką cenę na oryginalność), która na starcie mnie (wtedy jeszcze nieświadomego) drażniła, dla dobra wstrząsającej dramaturgii (były radości i smutku interwały i te interwały targały) od połowy przestaje mieć znaczenie, by w finale  rezonującym realizmem cierpienia rozrywać człowieka na setki bolesnych strzępów i bez cienia przesady pozwolić już bez (nie na miejscu tutaj) droczenia orzec, iż jest to jeden z najdotkliwiej i najszczerzej poruszających filmów o "nim wyjdą wszystkie zęby stałe" umieraniu. 

P.S. „Gdy zegar tyka, zamknijmy oczy i czujmy” – łatwo powiedzieć!

wtorek, 11 sierpnia 2020

Lillian (2019) - Andreas Horvath



Tragicznie zakończona podróż tytułowej Lillian, pomimo klamry w postaci symbolicznej dedykacji, to dla reżysera jak myślę tylko pretekst by przeprowadzić dogłębną wiwisekcję współczesnego stanu kolosa na glinianych nogach, czyli Wielkich Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Obrazowa i złożona z quasi dokumentalnej, wręcz poniekąd reportażowej techniki ekspozycji produkcja. Zupełnie pozbawiona dosłownej artykulacji analiza odbywająca się przez pryzmat dominującej w USA powierzchniowo prowincji. Użyte przez kompletnie mi nieznanego austriackiego reżysera środki wyrazu są doskonale spasowane z założoną formą - surowe i idealnie korespondujące ze smutnym wnioskami płynącymi z tej jak już podkreśliłem wartościowej, choć okrojonej wyłącznie do jednej strony medalu alegorycznej krytyki. Ameryka jego oczami jest bogobojna i żyjąca w obsesji kaznodziejstwa. To też między innymi Ameryka porzuconych weteranów wojennych, paradnie kroczących dla pobudzenia patriotycznych emocji wyłącznie przy okazji świąt narodowych. Ameryka przaśnego country music i leciwych pickupów. Ameryka wielkich przestrzeni i ciasnych umysłów. Ameryka prostych uciech i wzniosłych idei. Ameryka symbolizowana małymi fizycznymi przedmiotami i wielkimi duchowymi kontekstami. Ameryka dzikiej przyrody i ekstremalnych warunków przetrwania. Właściwie w skrócie to wyłącznie ziemia przygnębiających paradoksów. To pierwszy, a może drugi poziom? Ponad nim jesteśmy niemymi obserwatorami osobistego dramat bohaterki - jej naiwnością i desperacją zawinionego upadku, podsycanego mitami nadziei i przeżywanego nota bene w kraju wielkich możliwości. Ponadto sznyt narracyjny to pewien fenomen, gdyż bohaterka przez cały film uparcie milczy, a i tak mimo rezygnacji z bezpośredniej komunikacji i popularnych w tego rodzaju opowieściach retrospekcji, dowiadujemy się o jej życiu wystarczająco wiele. Domyślamy się motywacji i celu tkwiącego u podstawy podjętych działań, odpędzając wszelkie pokusy powiązane z ocenami. Istotne w konstrukcji, jeśli nie dominujące w tym minimalistycznym obrazie ogołoconym z klasycznych dialogów są komentarze docierające do widza czy to z radia, telefonicznych rozmów czy innych dyskusji przypadkowych maksymalnie naturalistycznych bohaterów drugiego czy dalszego jeszcze planu. To te z tła informacje budują właściwe konteksty, bez których pozostałby wyłącznie niepełny klimat grozy i potężnie przemawiające do wyobraźni sugestywne zdjęcia i muzyka. Monotonny i przygnębiający, a mimo to niezwykle interesujący i z pewnością pozostający w pamięci obraz mega zdyscyplinowani Austriacy z udziałem (i tu akcent) polskiej aktorki nakręcili.

sobota, 8 sierpnia 2020

Ulver - The Assassination Of Julius Ceasar (2017)

Na starcie wypada się wytłumaczyć, dlaczegóż to (czasami nie bez znaczenia opinia niejakiego NTOTR77) w tym przypadku odnośnie jedenastego albumu bardziej poważanego w metalowym niż w szerokim muzycznym świecie znanego Ulver pojawia się z tak wyraźnym poślizgiem. To zasadniczo proste, bo raz - do tej pory nie znalazła się na stronach tego bloga żadna inna refleksja względem ich płyty. Bo dwa -  Ulver znając i próbując zrozumieć twórczość ekipy Kristoffera Rygga zawsze musiałem wywiesić białą flagę. Black metalowe początki nigdy nie wstrzeliły się w moje osobiste gusta, a awangardowe ambientowe rozkminy chwilami może gdzieś wzbudzały zainteresowanie, lecz całościowo żadna z płyt nagranych w tej stylistyce nie przyciągnęła uwagi na stałe - najczęściej męcząc mnie okrutnie. Nawet powracanie do czasów Blood Inside - Shadows of the Sun - Wars of the Roses (gdyby większa upartość piszącego te słowa mogłyby wkręcić, a może nawet awansować Ulver do subiektywnej czołówki), nie zrobiło finalnie na mnie tak znakomitego wrażenia jak właśnie "Cezar". Tyle że wówczas w roku 2017-tym uznałem iż poczekam aż Rygg wykona kolejny krok i da szansę na szerszą w konteksty ocenę - bo nie tylko ograniczoną do jednego albumu z ejtisowymi inspiracjami przefiltrowanymi znakomicie przez jego muzyczną erudycję. Nie mam jeszcze też teraz wiedzy całościowej co do czającej się już za rogiem nowej porcji dźwięków, ale z tego co słyszałem konfrontując się z trzema dotychczas odkrytymi z talii kartami, to charakter Flowers of Evil nie będzie odmienny od "Cezara". Nie ukrywam, jestem happy - w to mi graj itp. :) Gdyż co jak co, ale ambitna, aczkolwiek nie porzucająca chwytliwości współcześnie nagrywana (miodzio brzmienie) elektronika kręci mnie ogromnie, a takie m.in. formacje jak The Black Queen, Crosses czy fenomenalny Algiers goszczą na play liście M. bardzo często. Tak więc miejsce dla Ulver w tym stylistycznym ubranku mam zarezerwowane i jeśli tylko Norwegowie zechcą rozwijać się w tym kierunku będę z radością ich gościł i wraz z Krzysiem śpiewał atmosferyczne refreny. Odbijając jednak nieco do kwestii szczegółowych, a w ogóle do głównego tematu, to dla osób których wiedza o zawartości The Assassination Of Julius Ceasar dotąd zerowa donoszę, że osiem kompozycji opakowanych w bardzo gustowną kopertę nawiązuje do modnych obecnie brzmień syntezatorowych. Koniunkturalizm pełną gęba powiecie i ja się z tym przekonaniem zgodzę dodając, że łykam taką przebiegłość bez popitki jeśli słyszę po prostu świetnie skomponowane i nagrane piosenki, a w ich charakterze odnajduję pasję. Ponadto one w żadnym razie banalne, bo ejtisowe mocno "spopowiałe" electro w wykonaniu Ulver ma w sobie sporo intrygujących pomysłów i zamiast do wykorzystania w dyskotece, bardziej pasuje do mega klimatycznych występów w elitarnych salach koncertowych. Bowiem Ulver idąc w radiową przebojowość nie stracił mym zdaniem ambitnego ducha. Zatem jeśli ponad trzydzieści lat temu marzyliście by zarazem zobaczyć na żywo Bad Boys Blue, Alphaville i Depeche Mode, kiedy ci pierwsi i drudzy po kilku latach stali się wstydliwą szczeniacką fascynacją, a trzeci do dzisiaj waszą uwagę potrafią przykuć, to śmiało łapcie krążek grupy, która na początku lat dziewięćdziesiątych grała prymitywny black metal? Nie wstydźcie się - to dobry czas dla syntezatorów. :)

piątek, 7 sierpnia 2020

Le mystère Henri Pick / Tajemnica Henriego Picka (2019) - Rémi Bezançon



Sama w sobie w szerokim kontekście filmów znakomitych, to ta produkcja zasadniczo może nie ekscytuje, bowiem jest książkowo wstrzemięźliwa, ale w kategorii intrygującej obyczajówki na niedzielne leniwe popołudnie i z całkiem zgrabnie oryginalną tajemnicą przemyconą w fabule mieści się w kategorii historii w chwili lenistwa na kanapie wartych uwagi. Co najbardziej prócz pomysłu zawartego w scenariuszu może się podobać, to proste aczkolwiek subtelne prowadzenie narracji, ciepła formuła opowiadania, malownicze plenery z czarująca architekturą (szczególnie ta bretońska) i wreszcie sama artystyczna maniera z bibliofilskim szlifem. Najwięcej jednak w sensie sympatycznego odbioru w moim odczuciu zależy tutaj od tła. Tła  muzycznego, które fantastycznie łączy znane klasyczne w formie motywy z lekkiego intelektualnego kina komediowego z udanymi fragmentarycznymi próbami włączenia do ścieżki pomysłów mniej banalnych - zaskakująco nietuzinkowych dźwięków właściwie przykuwających uwagę i podkręcających atmosferę rozbudowywanej konsekwentnie tajemnicy. Ponadto nawet jeśli nie ma w nim jako w produkcji poniekąd familijnej ambicji zostania przebojem kin czy platform udostępniających kino, to zasługuje na co najmniej średnio entuzjastyczną ocenę, co powyżej użytymi znakami tworzącymi słowa i w miarę sensowne zdania (he he), chyba dałem do zrozumienia?

czwartek, 6 sierpnia 2020

Airbourne - No Guts. No Glory. (2010)


Zamykam w tym momencie "ambitny" projekt umieszczenia na stronach NTOTR77 kompletu maksymalnie subiektywnych opinii odnośnie dotychczas wydanych krążków australijskich epigonów australijskiej legendy. :) Dokonam tego w stylu jednoznacznie zbieżnym z formą stylistyczną w jakiej bohaterowie niniejszego tekstu umieścili wszystkie pięć do dnia dzisiejszego nagranych albumów, a ponadto dodam (bo to też w tym kontekście na miejscu) co nieco głupkowatego poczucia humoru. Gdyby nie odrobinę szerszy wstęp i za moment na finał wciśnięta osobista trauma (sprzed już cholera niewiarygodne że dekady), quasi recenzja drugiego krążka mega luźnych chłopaków w mega obcisłych jeansowych gaciach zamknęłaby by się w jednozdaniowym stwierdzeniu o charakterze porównawczym, że krążek z roku 2010-ego nie różni się zasadniczo od płyty debiutanckiej, tak jak numery z trójki wrzucone na dwójkę i z czwórki na trójkę, a także piątki na jedynkę itd., nie zmieniłyby nawet o jotę ich bezpretensjonalnego charakteru, tudzież rzecz jasna formuły. Innymi słowy jeśli ktokolwiek miałby życzenie dowiedzieć się ode mnie akurat więcej na temat dźwięków granych przez Airbourne, to odsyłam do archiwum bloga, gdzie odnajdzie całkiem "zgrabnie" zredagowane refleksje odnośnie wydawanych z regularnością godną grubszej idei albumów w postaci Runnin’ Wild (2007), Black Dog Barking (2010), Breakin' Outta Hell (2016) i Boneshaker (2019). Przeczytacie zrozumiecie, posłuchacie potupiecie rytmicznie nóżką. :) Jeśli odczuliście iż obiecałem wam po drodze jakiś ciekawy finał, to sorki za w błąd wprowadzenie. Fajerwerków się nie doczekacie, tylko informację uzyskacie, że mój większy sentyment w postaci zakorzenienia w pamięci okresu wydania No Guts. No Glory. wiąże się z wydarzeniem przełomowym, jakim przenosiny z M2 do M4, a ta trauma o której wspomniałem powiązana z oczekiwaniem w blokach na decyzję kredytową łaskawego banku, z którym już wkrótce zakończę (jak to w umowie zostało w liczbach zapisane) przede wszystkim dla Panów Prezesów owocną współpracy. Dziękuję za uwagę, kłaniam się nisko. :)

środa, 5 sierpnia 2020

Black Pistol Fire - Deadbeat Graffiti (2017)




Desant blues-rockowych duetów trwa w najlepsze. W osobistym węższym zainteresowaniu trzy w takiej skromnej konfiguracji personalnej funkcjonujące grupy, w szerszym kolejnych kilka. Dwóch gości, jeden okłada dość ascetyczny zestaw perkusyjny, drugi dierży wiosło i udziela się wokalnie. Royal Blood, The Blue Stones, no i Ci obecnie najpopularniejsi, lecz jak podpowiadają mi subiektywne słuchowe odczucia jednak nie najwyżej punktowani pod względem wartości muzycznej, czyli The Black Keys. Do tej elity właśnie wbili Black Pistol Fire, ale zanim dotarło do mnie, że nie mogę tej rekomendacji przyjaciela lekceważyć odrobinę wody w rzekach upłynąć musiało. ;) Co się jednak odwlecze to nie uciecze i kręci się właśnie intensywnie na zmianę Deadbeat Graffiti z  Don't Wake the Riot (na resztę też przyjdzie pora), w oczekiwaniu na kolejny materiał sygnowany trójczłonową nazwą. Sporo właśnie w necie singli nowych, które zakładam znajdą wkrótce swoje właściwe miejsce na świeżym longu Kanadyjczyków. Póki co jednak należy łącząc czystą rockową (znaczy bezpretensjonalną ekscytację) z odsłuchów Deadbeat Graffiti, z zimną (znaczy detaliczną analizą jej zawartości) wydać subiektywny werdykt co do miejsca pośród wymienionych ekip oraz właściwości ich muzyki. W ogólności to emblematyczni przedstawiciele blues-rocka, ale pewnie na dłużej bym nie zatrzymał się obok ich dyskografii, gdybym mógł ich określić wprost jako kalkę któregoś z powyższych duetów. Ten sam gatunek, ale jednak nieco inne punkty ciężkości. Tak więc BPF widzę w estetyce pogrążonej na całego w retromanii (nawet w tradycji bluesowych herosów), mimo że w kwestii soczystości i wyrazistości brzmienia i wykorzystania obecnych możliwości realizacji dźwięku niczego co właściwe sobie nie odmawiają. Jest jednak w tym co słyszę na Deadbeat Graffiti pewien rodzaj ascezy, a pisząc precyzyjniej tkwi ona w mym przekonaniu nawet nie w samym oczywistym ograniczeniu instrumentarium, ale w oczyszczeniu aranżacji z nadmiernej ilości dodatków, na rzecz wręcz porywającej energii płynącej z rozumienia czym jest kapitalny groove i flow wydobywany dzięki fantastycznej technice użytkowej i wyobraźni z tak minimalistycznej formuły. To też poniekąd wspólna cecha szczególnie dwóch w pierwszej kolejności wymienionych przeze mnie formacji, że pisanie kapitalnych numerów o fantastycznie chwytliwej melodyce i wykorzystanie w tym celu szerokiej wyobraźni przychodzi tym artystom wyjątkowo łatwo. Ponadto każda z nich ma w składzie fenomenalnego wokalistę, a akurat Kevin McKeown dodatkowo prócz świetnej łapy do linii wokalnych i naturalnie ciepłej barwy posiada cechę którą wręcz łobuzerska szczeniacka chrypka, którą ostatnio w tak urokliwym wykonaniu słyszałem na albumach Mother's Cake. Polecam gorąco odsłuchy, tak pomiędzy nadąsanymi quasi jazzmanami, a ekstremalnymi szatańskimi wyziewami. :) 

wtorek, 4 sierpnia 2020

Wolfmother - Wolfmother (2005)




Swego czasu (a było to grubo ponad dekadę temu) lider Wolfmother miał w zespole skład i nie szedł ostro po bandzie w megalomaniackim poczuciu osobistej sprawczości, nagrywając krążki tak jak obecnie to czyni z partyzanta i cholera wie z kim. Może jednak się mylę, bowiem nadążyć za tym niewątpliwie utalentowanym, ale przede wszystkim ekscentrycznym artystą już od pewnego czasu się systematycznie nie staram - więc i cholera go wie?! Jakość tego co współcześnie potrafi wysmażyć bywa tak samo skrajnie nierówna, jak też niestety pozbawiona zwyczajnie sensu. Natomiast wówczas (czyli rzecz odnosi się do 2005 roku) wypłynął Australijczyk z impetem na szerokie rockowe wody wraz z podpisaniem kontraktu z majorsem, który nie znając specyficznego retro rockowego terytorium, jakimś cudem błądząc z porównaniami (Black hehe Sabbath) zdołał na tyle by zażarło nazwę wypromować i wbić w świadomość rockersów - korzystając rzecz jasna z waloru przebojowego singla Woman, wałkowanego intensywnie i w promocji dopomagającego. Oddając minimalną sprawiedliwość hucznym rozkminom, iż na debiucie Wolfmother słychać echa twórczości legendy z Birmingham (ich gramatura przecież uprę się mała), dodam że tak samo co nieco tu słychać stylu większości sławnych ekip hard rockowych z przełomu siódmej i ósmej dekady XX wieku - w tym nawet takich ekscentrycznie odjechanych rockowo-folkowych tworów jak Jethro Tull (fujarki, piszczałki i ten tego :)). Bowiem trzeba zaznaczyć, iż debiut grupy Andrew Stockdale'a, to pomimo oczywistych odniesień do klasyków - przedstawicieli oryginalnej fali, dzisiaj nazywanej retro rockową, to album znacznie bardziej pojemny w inspiracje i jak na standardy dzisiejszego retro nurtu znacząco eklektyczny. Od skromnych akustycznych aranżacji, używania momentami folkowych ingredientów, przez rozbudowane kompozycje sięgające po progresywne, czy nawet psychodeliczne klawisze, po gustownie zaaranżowane przebojowe rockery - czy też ostry post punkowy strzał w postaci wstępu do Apple Tree. Kawał świetnie żrącego materiału Stockdale z ówczesnymi partnerami na debiut wcisnął i żałuję tylko, że potencjał tkwiący w nim tak naprawdę tylko na drugiej płycie został jeszcze w pełni zagospodarowany, bo dalej tak jak powyżej napisałem bywało różnie, czasem kwadratowo, czasem podłużnie. Na s/t i Cosmic Egg mielizn nie dostrzegam, co do reszty krytyczne uwagi zdążyłem już kiedyś na blogu umieścić. 

P.S. Jeszcze jedno, bo to istotne. Jako szalikowiec Mike'a Pattona donoszę, że akurat z jego przed laty wyartykułowaną bezpośrednio oceną "wolfmotherowej" nuty się nie zgadzam! Kumaci temat znają, pamiętają jak Mr Patton darł z niej łacha. :)

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Tess (1979) - Roman Polański



Jeden z mniej wypromowanych, a nawet zakładam najmniej znany, a z pewnością ogólnie popularny film Polańskiego. Obraz produkcyjnie spektakularny, bowiem urzekający dopracowaną scenografią i rozmachem wykonanej pracy przez speców od kostiumów i charakteryzacji. Wizualnie bez wątpienia majstersztyk, bowiem trudno nie docenić uchwyconych doskonale ręką operatora architektonicznych pereł, przepięknych pejzaży i olśniewającym panoram. Tyle, że mając do czynienia z gatunkiem filmu określanym potocznie jako melodramat kostiumowy (tym bardziej kiedy pod jego skrzydłami przemyca się ambitny temat o charakterze społeczno-kulturowym, jak doświadczyłem przez ponad trzy godziny projekcji o zerowym potencjale rozrywkowym), to na większy potencjał komercyjny nie można było liczyć. Krytyka profesjonalna w takiej sytuacji zazwyczaj film docenia, lecz publiczność już tak łaskawa częstokroć nie jest, więc znajomość w szerszym kontekście dzieł bardziej atrakcyjnych staje się naturalnie znikoma. Jestem wśród tej grupy widzów, którzy nieskromnie pisząc nawet więcej niż ponadprzeciętną wiedzę kinową posiadają (jednak do miana konesera sztuki filmowej najwyższych lotów poprzeczek do pokonania przede mną jeszcze kilka :)), to uczciwie zaznaczam, iż dopiero teraz znalazłem czas i skorzystałem z okazji, aby z rozbudowanym konceptem Tess się zapoznać i myślę, że to jedna z tych niewielu produkcji dość nietypowych dla stylu Polańskiego. Przynajmniej ja nie dostrzegam w obrazie z 1979 roku jakiejś dominującej roli charakterystycznych sztuczek naszego mistrza, jakie miałyby być udziałem fabuły i idei kryjącej się za koncepcją stworzenia dzieła o wysokim współczynniku wzruszenia. Bywało (od wielkiego dzwonu oczywiście ;)), że Polański dryfował pośród dość nadętych, a przez to czasami nudnawych pomysłów, ale nie znam przypadku by aż tak na potrzeby ambicjonalne rozmemłał scenariusz. Ponad 180 minut obserwacji wieloletnich tragicznych losów wiejskiej kobiety, która staje się ofiarą bezwzględnych norm społecznych i nieprzychylnych splotów okoliczności, to doświadczenie dla mnie przynajmniej potwornie wyczerpujące. To trudne zwyczajnie, by tą smętną historię przeżywać nader emocjonalnie, bowiem powinna ona być odczytywana przez pryzmat ówczesnej purytańskiej, skrajnie patriarchalnej obyczajowości, której znaczenie współcześnie naturalnie rożne i dla mej mentalności nieosiągalne. Ciężko mi z niewymuszoną napastliwą ckliwością zrozumieć z dzisiejszej perspektywy absurdalne wybory bohaterów. Może jestem nazbyt w ocenie surowy, ale ponad walory czysto artystyczne chciałby aby film mnie dotykał, a niestety mimo wyrozumiałego nastawienia i ochoty by dać mu szansę tego nie uczynił. Stąd ta malownicza XIX wieczna historia, podoba/spodoba się miłośnikom Nocy i dni, czy innych tego rodzaju wzruszająco podniosłych obrazów. Nie mnie, nawet jeśli rozumiem tragiczne tło motywacji jaka stała za decyzją o ekranizacji powieści Thomasa Hardy'ego. 

sobota, 1 sierpnia 2020

Phoebe Bridgers - Punisher (2020)




Tak się dla mojego dobra i za sprawą mojej (tak naprawdę myślę :)) dojrzałości jako słuchacza stało, iż od czasu pewnego (czasu całkiem już długiego) nie dostrzegam niemal żadnych ograniczeń co do tego czego słuchać mi wypada, kiedy jest się kojarzonym z mniej lub bardziej, ale jednak przede wszystkim brutalnym gitarowym graniem. Stąd w orbicie zainteresowania mojego (przez lata zbierania doświadczeń podczas odkrywania szerokich muzycznych przestrzeni kształtowanego) współegzystują akty ekstremalnej dźwiękowej kreacji, z muzyczną delikatnością o zwiewności i lekkości z podusi piórka. :) Nie ma w tym jakiejkolwiek wewnętrznej sprzeczności, pozbawione jest to także znamion braku zdecydowania, bądź patologicznej wręcz labilności, bowiem jeśli natura moja nie wyklucza odczuwania poczucia przyjemności tak podczas odsłuchu krążków TDEP (The Dillinger Escape Plan), tudzież Bloodbath i innych "szarpidrutów", tak samo jak albumów nawróconych na subtelności dawnych liderów sceny metalowej (Anathema, Katatonia), to dlaczego miałbym udawać (gorzej wstydzić się), że takie emocjonalne perełki jak jedynka i dwójka Phoebe (tak Fibi :)) Bridgers pozwalają mi odpływać do krainy dźwiękowych rozkoszy równie skutecznie. Nie ma obecnie takiej siły bym z katalogu moich ulubieńców wyrzucił płyty między innymi Kovacs, Lorde, bądź Hoziera. Nikt nie wmówi mi iż Of Monsters and Man, Coheed and Cambria, Arctic Monkeys (i dalej wszystko od Sasa do Lasa), kończąc na przykład na kapitalnych punkowcach z Idles, czy innych klasykach death metalowych, nie może ze sobą współistnieć jako moja fascynacja. Albo człowieku czujesz dany dźwięki i on podnosi ci włosy na przedramieniu, albo są one ci całkowicie obojętne! Kwestii trzeciej drogi, kiedy słuchasz tego co ci współcześni kreatorzy gustów powszechnych wciskają i masz podnietę z roli masowego konsumenta produktów półsezonowych nie ma sensu nawet podnosić. Wybór twój, nie moja sprawa! Chcę tylko przy okazji nałogowego obcowania z Punisher dać do zrozumienia, iż jestem taki mega zajebisty, a eklektyzm to mój blogowy pseudonim! Natomiast z pełną powagą, gdy jednak nieco kącik ust wykrzywia mi się w szczwanej przekorze donoszę, że tak jak debiut Fibi zasługiwał na mały ołtarzyk, tak jego sukcesor na podobnie entuzjastyczne przyjęcie sobie zasłużył. Folkpopowa Kalifornijka, to we współczesnym mainstreamowym wszechświecie muzycznym rodzaj antidotum na plastikową tandetę. Prawdziwe zjawisko nawiązujące w nowoczesnym wydaniu do największych artystów uduchowionej nuty. Bez formalnych granic, z ogromną wyobraźnią, przepięknie budowanym klimatem i z porywającą głębią zaaranżowanej przestrzeni. Niespiesznie z każdą nutką wbitą idealnie w punkt, genialny kameralny, a zarazem przebojowy (trzeba tylko dać mu trochę czasu i osobistego zaangażowania) album Panienka nagrała. Zbiór arcydziełek który kiedy trzeba kołysze, a kiedy należy buja. Przyznam jeszcze (bo jest okazja), nawiązując do drugiego segmentu blogowych rozważań, że nuta taka popycha moje myśli w kierunku odświeżenia pewnego obrazu braci Coen. Kumaci rozkminią w mig. :)

czwartek, 30 lipca 2020

The Other Lamb / Córka Boga (2019) - Małgorzata Szumowska




Bez wielkiego entuzjazmu został przyjęty anglojęzyczny debiut Małgorzaty Szumowskiej. Przynajmniej te opinie na które przed seansem natrafiłem nie zachęcały superlatywami i nie napawały nadzieją na konfrontację z całościowo wiekiem dziełem. Po nie w pełni udanej Twarzy oczekiwałem zdecydowanego zrehabilitowania się i nawiązania do tego co najlepsze w dotychczasowej filmografii naszej eksportowej reżyserski. Pierwsze co podczas seansu jej najnowszej pracy robi znacząco pozytywne wrażenie, to pełne poetyckiej grozy zdjęcia autorstwa Michała Englerta, precyzyjnie przygotowana kontemplacyjna scenografia, lokacje oraz charakterystyczna narracja przywodząca skojarzenia z pozycjami Studia A24, bądź fenomenalnym kinem Yorgosa Lanthimosa - w którym zapewne od pewnego czasu Szumowska może znajdować inspiracje. Powyższej wysokiej klasie realizacyjnej i ambicjom wysokim kroku dotrzymują świetne kreacje aktorskie, a jest rzeczą bezdyskusyjnie oczywistą, że dobra gra to nie wyłącznie zasługa wysokiej klasy aktora, ale połączenia jego rzemiosła z charyzmą reżyserską, której myślę Szumowskiej nie brakuje. Trudno mi zatem wyłącznie ganić Panią Małgorzatę, że fabuła jest szczątkowa, a nawet prosta, kiedy od strony artystycznej The Other Lamb jest kinem w sensie umiejętności warsztatowych jakościowo przekonującym, a do tego merytoryczna strona podjętej tematyki daleka od zabijającej głębię spłyconej percepcji czy uproszczeń w znaczeniu łopatologii bez wiary w intelektualne przygotowanie widza stosowanej (pije do Twarzy). W tym segmencie historia hipnotyzującej manipulacji o fundamentach tkwiących w mistyce charyzmatów, powiązana z jarzmem patriarchatu i osadzona w okolicznościach mrocznego odosobnienia jest psychologiczną refleksją bogatą w alegoryczne odniesienia. Artystyczno-intelektualna wizja zaproponowana przez Szumowską, to zarówno treść i klimat, a atmosfera wolno snującej się fabuły z intrygującymi wizualno-muzycznymi ingrediencjami w tajemniczości i grozie osadzona potrafi przykuć uwagę. To więc zupełnie inna kategoria gatunkowa i formalna  niźli przytoczona we wstępie tekstu poprzednia jej produkcja. To kino odważne, kino nurtu anty mainstreamowego, ale też zrozumiem że dla licznego grona widza straszliwie nudne, a wręcz być może całkowicie niestrawne. Mnie taka Szumowska cieszy, bo przede wszystkim nie opiera się na oczywistościach, a jeszcze gorzej półprawdach tkwiących w powszechnych skrótowych stereotypach (pije do Twarzy). Nawet jeśli dała się w „Córce Boga” ponieść symbolicznym wizjom, to akurat na upartego doszukiwanie się głębokiego sensu jako ćwiczenie intelektualne (tutaj też w dodatku o cieszącym oko walorze wizualnym), może dostarczyć interesująco rozwijających przyjemnych doświadczeń.

czwartek, 9 lipca 2020

Gojira - From Mars to Sirius (2005)




Nie będzie tutaj teraz detalicznego rozbierania poszczególnych kompozycji na sekcje, a sekcji na fragmenty, w których może nie od groma pomysłów, bowiem numery Gojry (szczególnie z początku kariery) pomimo skomplikowanej charakterystyki, to jednak nie jakieś ultramega techniczne wirtuozerskie popisy, a bardziej kręcone z oryginalnością mechaniczne motywy, tylko z pozoru (tak wypowiadają się zawodowi muzycy, a nie pozbawieni warsztatowego pojęcia amatorscy pismacy!) robiące wrażenie grania w lidze jazzowych wymiataczy. Faktem jest jednako, iż te rwane, szarpane z uporem przez pełną długość krążka konstrukcje, nie są łatwo przyswajalne, ale ich konotacje bardziej po linii death metalowej amerykańskiej szkoły spod znaku Morbid Angel, niźli maszynowej młócy wielbionych przez długowłosą brać Panów ambitnych z Messuggah. Prawdę mówiąc to mogę w tych skojarzeniach mocno błądzić, bo nawet jeśli swego czasu (gdy smarkacz tonął w fascynacji ekstremą), ekipę Trey'a całkiem zaangażowanie rozpracowywałem, to akurat nie mam doświadczenia większego z wymienionymi zaraz po jankeskich Bogach Szwedami. Ale nie o to obecnie mi chodzi, by wciskać w szufladki tych co w szufladkach żadnych się nie mieszczą, ale by dać do zrozumienia, że jak wszystko ponad From Mars to Sirius ogarniam za sprawą od lat praktykowanej konsekwencji odsłuchowej, to akurat nad tematem tego bazgrolenia wciąż z doskoku pracuję i liczę, że dostrzegę w końcu tutaj magię czystą o której nie tylko wybitni muzyczni krytycy z atencją się wypowiadają. Słyszę coraz więcej, coraz mniej tajemnicze stają się dla mnie walcowate klimatyczne przestrzenie i spuszczane systematycznie z łańcucha perkusyjne pogonie. Wciąż jednakowoż więcej do zrozumienia, niż zrozumianego - lecz to tylko kwestia czasu. W co nie będąc z zasady człowiekiem wielkiej wiary, bardzo w sensie muzycznej wrażliwości wierzę. Bo fanem wielkim dzisiejszej Mega Gojiry z mega dumą się nazywam!

środa, 8 lipca 2020

Mrs Lowry & Son / Pani Lowry i syn (2019) - Adrian Noble




Szybki rzut oka na dwie aktorskie postaci i natychmiast ogromne zainteresowanie we mnie zostało wzbudzone. Tym bardziej, że jak po chwili doczytałem miejsce, czas akcji oraz tematykę tej biograficznej opowieści, które stały w parze z moimi kinowym fascynacjami gatunkowymi. Im ja starszy, tym oczywiście bardziej wrażliwy na subtelne, głęboko emocjonalne kameralne opowieści wprost z życia wzięte i nie bez znaczenia, iż traktujące o osobowościach niezwykle wartościowych, choć przez życiowe zakręty postawionych na marginesie (co za cholerna niesprawiedliwość!). Polecam więc ochoczo pracę (stając się jej entuzjastycznym rzecznikiem) Adriana Noble’a i towarzyszącego mu na pierwszej linii kontaktu z widzem wielkiego duetu aktorskiego. Uprzedzam jednak lojalnie, iż to nie jest film dla wszystkich. To mianowicie film dla starannie wyselekcjonowanego widza, który doceni powolne tempo i obyczajową monotonię, a następujące po długich kwadransach obserwacji zwykłych, choć o charakterze toksycznym relacji dramatyczne sekwencje (można w międzyczasie spokojnie dopić herbatkę i zjeść ciasteczko), będzie przeżywał jakby krzywda spotkała najlepszego ze stryjków. Wkręci się emocjonalnie w tą wzruszająco-poruszającą historię, zakończoną mimo wszystko całkiem rekompensującym empatyczną zgryzotę happy endem i właściwie z dojrzałą powściągliwością oceni kameralne sceny pracujące na korzyść głębokiej analizy relacji międzyludzkich. Dzięki takiej bowiem postawie podczas projekcji niska atrakcyjność rozrywkowa nie spowoduje zanudzenia. 

wtorek, 7 lipca 2020

Nixon (1995) - Oliver Stone




Legendarny Oliver Stone sporą ilością gigantycznego metrażu swoją filmografię ubogacił i te kolumbryny autorstwa jego z pasją penetrowały nie tylko amerykańską historię, opierając rdzenie o wątki biograficzne kontrowersyjnych postaci. Nixon oczywiście formą nawiązuje do genialnego JFK, a osoba wokół której wnikliwą analizę politycznej kariery tytułowej postaci osnuwa, nieco charakterem też poniekąd może z inną (wziętą na warsztat o prawie dekadę później) i znacząco intensywniej owładniętą obsesją władzy za wszelką cenę kojarzyć. Być może wprost porównanie Richarda Nixona z Aleksandrem Macedońskim to w tym miejscu moje, kierowane wyłącznie skojarzeniami natury filmowej z odważnym aspektem psychologicznym nadużycie. Ale trudno nie wrzucić obu historycznych postaci do wora z okazałym napisem – dobry materiał filmowy, bo kontrowersyjny. Wracając jednak do samej dość luźno interpretowanej biografii Nixona (sam reżyser się do tego w czołówce niejako przyznaje), to nie można było odmówić jeszcze wówczas hollywoodzkiemu mistrzowi kapitalnej żyłki do opowiadania skomplikowanych historii w fascynującym stylu - zarówno fabularnym jak i wizualnym. Nie dam zatem powiedzieć nic złego na temat tej wielkiej produkcji i życzyłbym sobie by jeszcze kiedyś nestor amerykańskiego kina zaskoczył mnie tak świetną formą. Dzisiaj bowiem biorąc pod uwagę jakość najnowszych jego obrazów, taki Nixon jawi się jako jeden z wielu ikonicznych filmów, które zakotwiczyły na zawsze w porcie dzieł decydujących o wielkości nie tylko kina hollywoodzkiego. Wszystko tutaj u Stone’a działa bez zarzutu - od aktorskiej biegłości, po detale w postaci archiwaliów czy fragmentów/wstawek stylizowanych na kręcone sprzętem z epoki. Zabawa fakturą obrazu odbywa się na całego, obficie tłustymi wizualnymi ornamentami nafaszerowane to dzieło. Ale ona artystycznym tylko dodatkiem do ostrego politykowania i błyskotliwego psychologicznego rozpoznania złożoności osoby Nixona, w wielorakich konfiguracjach personalnych. Bowiem film sfokusowany zasadniczo na wydarzeniach decydujących o współczesnym obliczu Stanów Zjednoczonych (jak szerokie ujęcie licznych perspektyw i doskonały warsztat filmowy zobowiązuje), w tle szkicuje genezę i istotę – czyli obowiązkowo wszystko co wyczerpuje jej temat, a sprowadza się do procesu socjalizacyjnego i kształtowania osobowości. Stąd nawet, jeśli zaangażowane polityczne wycieczki Stone’a mogą budzić ideologicznych adwersarzy uwagi, to w sensie warsztatowych umiejętności udowadnia, że tłuste lata twórczości miał naprawdę zasłużenie.

P.S. Rzecz oczywista, fabuła to nie dokument, więc trudno ją rozliczać z ewentualnych historycznych nieścisłości, czy częstego jednak powstrzymywania naukowej monograficznej analizy, na rzecz kinowej rozrywki - czynionej w dużej mierze w naturalnej pogoni za uatrakcyjnieniem faktury, kosztem właśnie dokumentacyjnej rzetelności. Oświadczenie w posłowiu, jak i tekst właściwy rozgrzesza więc mistrza. Jeżeli w ogóle takiego odpuszczenia grzechów z ust niegodnego czyścić mu obuwie historycznego półgłówka potrzebuje. :)

poniedziałek, 6 lipca 2020

The Mustang / Mustang (2018) - Laure de Clermont-Tonnerre




Matthias Schoenaerts w kolejnej roli jest doskonały, ale to żadne zaskoczenie, bo akurat aparycja tego Belga w szczególności do ról zakapiorów o miękkim sercu go predestynuje. Mustang w roli mustanga też bardzo pierwsza klasa, a postawienie bohatera zwierzęcego na tej samej płaszczyźnie co aktora jest tu zupełnie na miejscu, gdyż poza powściągliwym zbudowaniem tła z fragmentów przeszłego życia postaci granej przez  Schoenaertsa, to w powyższym tandemie i chemii pomiędzy jego żywymi elementami tkwi główny walor tej produkcji. Film to jak się spodziewałem z tych z rodzaju kameralnych i surowych, gdzie pieniądze wpompowane myślę liche (nota bene producent z wielkim nazwiskiem i wielką aktorską historią), a efekt bez żadnej dodatkowej pompy momentami wręcz znakomity. Tyle że docenienie wartości takiego kina, to domena widza o ascetycznej wrażliwości estetycznej, z jednoczesnym rzeczowym sposobem spojrzenia na brutalną rzeczywistość i dla równowagi w tym pożądanym układzie cech potrzebą doznawania spełnienia w emocjonalnym kontakcie z prostotą ale o znacznym temperamencie. Wtedy to kino o małej ilości słowa i wysokim natężeniu  pulsu podpowierzchniowego będzie wzruszało aż do ronienia ukradkiem łez włącznie. Jestem pomimo świadomości tych rygorystycznych cech przekonany, że znajdzie się całkiem spore grono widzów, którzy docenią to inspirowane autentycznymi wydarzeniami, zaskakująco szorstkie kobiece spojrzenie na historię o dzikim koniu i dzikim człowieku w niewoli.

niedziela, 5 lipca 2020

Phoebe Bridgers - Stranger in the Alps (2017)




Nim zajmę się zapewne w przeciągu miesiąca, dwóch szczegółową analizą tegorocznego (dokładnie sprzed dwóch tygodni) albumu Phoebe Bridgers, wpierw naturalnie osadzę na stronach bloga osobistą opinię w temacie jej debiutu, który to jak zazwyczaj się dzieje kiedy dźwięki niekoniecznie oczywiste dla mojego gustu poznaję, odkryłem fartownym zbiegiem okoliczności. Internetowy profil tej utalentowanej młodej kobiety donosi określając gatunkową przynależność jej twórczości jako american indie rock, a tak się składa, że popowej niszy w taki sposób definiowanej jakoś szczególnie nie śledzę, więc tylko i wyłącznie od przypadku zależy, czy zaangażowana promocja wytwórni dotrze do mnie, czy też wartościowa sztuka przejdzie mi koło nosa. Nie wiem też czy jest Phoebe w miarę już w szerszym kontekście popularna, czy może jej osoba właśnie wkraczając z drugim longplay'em nadal w ogólnie rozumianym mainstreamowym przemyśle muzycznym jest niemal całkowicie anonimowa. Nie oglądam na co dzień oferty muzycznych stacji telewizyjnych, ani nawet z dobrodziejstwa fal radiowych w samochodzie nie korzystam, stąd mogę wyłącznie domniemać, nieco podpierając się tylko internetową wiedzą, że dziewczyna pewną rozpoznawalność już zyskała kręcąc sporo obrazków, ale ona zdaje się wyłącznie do względnej popularności w dość niszowych środowiskach alternatywnych ograniczona. A chciałoby się, by zamiast jednosezonowych gwiazdek opierających własną działalność na rozrywce dalekiej od sztuki, takie młode osobowości jak Phoebe Bridgers gościć miały okazję w nie tylko odtwarzaczach młodego pokolenia, ale także na półkach z kompaktami osób wiekowo znacznie dojrzalszych. W moim i jak jestem pewien także szanowanych krytyków muzycznych przekonaniu, dzięki Stranger in the Alps zasłużyła Kalifornijka na uznanie, bowiem zawartość nagranego przed prawie trzema laty debiutu znakomicie wpisuje się w autorski nurt muzyki szalenie emocjonalnej, w której przede wszystkim liczy się przekaz płynący prosto z serca, a w tekstach poddawane autopsji zostają osobiste autorki obserwacje i doświadczenia. Poza tym w sukurs ciekawym intymnym przemyśleniom idą znakomite aranżacje wykorzystanego prostego instrumentarium opartego na brzmieniach zazwyczaj akustycznych. Gdybym miał większe doświadczenie w znajomość nurtu w którym odnajduje się Phoebe, to oczywiście podrzuciłbym w tym miejscu kilka nazwisk artystów z którymi może być porównywana. Jednakowoż jak powyżej donosiłem nie mam koniecznego rozeznania, by w konkretnymi osobami podeprzeć ramy gatunkowe w jakich funkcjonuje i jedyne co może mi przychodzić w tej chwili do głowy, to skojarzenie płynące do korzeni poetyckiego folku, rozdającego całkiem wyraźnie karty w okolicach lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tyle że piosenki Phoebe posiadając podobny klimat znacznie mocniej idą w stronę wykorzystania potęgi współczesnego brzmienia, uwypuklającego liczne detale stanowiące istotny także walor jej twórczości. Przez co twórczość Amerykanki wspaniale uzupełnia mój osobisty katalog świetnych młodych solowych wokalistek w postaci Kovacs, Lorde, Bishop Briggs, Lany Del Rey, Susanne Sundfør, Chelsea Wolfe, czy mega obecnie znanej Billie Eillish o kolejny pierwiastek emocjonalnej muzycznej oryginalności.

sobota, 4 lipca 2020

Monument (2018) - Jagoda Szelc




To jest w zasadzie bardziej rozbudowana studencka etiuda, przygotowana przez Jagodę Szelc wraz grupą utalentowanej młodzieży. Autorka niezwykle intrygującej Wieży. Jasny dzień jest odpowiedzialna za to wyjątkowe jak się okazało w trakcie i po seansie zjawisko. Zjawisko będące jak myślę zarówno testem zawodowym dla słuchaczy/absolwentów łódzkiej filmówki, jak i pewnego rodzaju błyskotliwą przestrogą i drogowskazem dla ich rozpoczynającej się na serio przygody z filmem. Zjawiskiem niezwykle stymulującym wyobraźnię widza i inspirującym go do wysiłku intelektualnego poprzez formę i treść nawiązujące do mrocznej twórczości wybitnych przedstawicieli kina europejskiego. Ale to mnie nie zaskakuje, gdy reżyserka po pierwsze od startu kariery stara się iść pod prąd oraz ma w sobie to coś, ten wrodzony dryg do filmowej roboty. Wszystko wówczas nie tylko warsztatowo cyka jak w zegarku, każdy tryb równo bez zawahania pracuje, nawet jeśli niedoświadczeni współpracownicy jeszcze trochę surowi. Młodzi pomimo oczywistych braków wykonują pod przywództwem niewiele starszej inspiratorki całego przedsięwzięcia świetną robotę, a dialogi kapitalnie w scenariuszu rozpisane wpisują się w konwencje niezwykle naturalnie. Niestety (i tu jedna obfita łyżka dziegciu), ja właściwie nic z tego co dzieje się na ekranie nie zrozumiałem, albo zwyczajnie zrozumieć nie zdołałem, bo potwornie mnie ten seans mentalnie wyeksploatował, a istota jego sprowadzona do tajemnicy bez pasującego do tajnego zamka klucza, odebrała w trakcie pełną przyjemność kontaktu z bezspornie ambitną sztuką. Akurat "mam peszka", że ja nie zawsze w lot pojmuję tak niewyraźne fenomeny sztuki współczesnej i trzeba mi nawet nie więcej światła, ale chociażby iskry, która rozjaśni/wyjaśni przez moment piętrzące się znaki zapytania. Serio, w takim tonie cały tekst zamierzałem napisać, zanim zamykająca projekcję scena wszystko zasadniczo wyjaśniła. Reżyserka bowiem uznała, że trzeba własnymi siłami przebrnąć przez tą gęstwinę, a nagrodą za dobrnięcie do finału będzie… Już nic więcej nie podpowiem – radźcie sobie sami z tym pełnym paradoksów wyzwaniem.

P.S. Zanim nadszedł czas pandemii, zaledwie przez kilka dni Monument śmigał w kinach studyjnych i myślę że cymbałem byłem, iż nie poświęciłem mu wtedy czasu. Tym bardziej kutwą grosza poskąpiwszy utalentowanej młodzieży, nie dokładając się do puszki z napisem „wspieram talenty”.

piątek, 3 lipca 2020

In the Woods... - Omnio (1997)




To już reguła, że na bieżąco łapę się na tym, iż pewien album którego odsłuch mnie jako świadomego słuchacza kształtował, liczy sobie często grubo ponad dwie dekady. Nie jestem wtedy, mimo powtarzalności zjawiska w stanie wciąż zrozumieć, gdzie te minione lata zgubione, bowiem Mariusz w duszy to przede wszystkim nadal ten sam muzyczny entuzjasta, tyle że jak metryka i kalendarz bezlitośnie uświadamia sporo cholera jasna starszy. ;) Nawiązanie na stronach bloga do Omnio In the Woods... wiąże się jak już donosiłem z obecną aktywnością tego projektu, ale akurat też z sentymentu właśnie. Nie pamiętam (nie w ogóle, tylko precyzyjnie), jaką drogą na półce w pokoju Mariusza pośród dziesiątek (pewnie setek innych) kaseta z Omnio wylądowała. Zakładam (trochę się przekomarzam :)), że miało to związek z pewnym magazynem muzycznym, do którego jak wtedy był zwyczaj (w czasach przedyoutube'owych dołączano składankę cd), a ja z wypiekami na pokrytej trądzikowymi wypryskami mordzie czaiłem, co to tam mi redaktorzy podsunęli. Były to numery dość niszowe, a zespoły w ten sposób promocję swojej roboty czyniły, docierając do potencjalnego fana. Tą drogą (jak już z pewnością ustaliłem!) zatem na ślad działalności In the Woods... trafiłem, a zdobycie taśmy z wówczas niezwykle inspirującą muzyką było początkiem niestety mimo że ekscytującej, to dość krótkiej przyjaźni. Omnio porwało mnie bez reszty, zniewoliło niemal dźwiękami o niespotykanej aurze, o charakterze progresywnej podróży przez atmosferyczne przestrzenie, gdzie nawet użyte dla urozmaicenia kobiece wokale posiadały niecodzienny sznyt, trzymając się względnie z daleka od nazbyt wysokich rejestrów. Ponadto główne wokalne linie autorstwa (Jan-Ovl.S.-TranceTH - kopiuj wklej bez odmiany), posiadały w sobie siłę oddziaływania oddanego rytuałowi nawiedzonego kapłana, a sam głos brzmieniem i tembrem wywoływał zwyczajnie uwielbiane przeze mnie ciary. Awangardowa na tamte czasy formuła muzyczna, która z wyobraźnią i dojrzałością korzystała z doświadczeń ówczesnej sceny klimatycznego black metalu i gotyckiego rocka o progresywnych inklinacjach, jak słyszę (a uszy mnie nie mylą!), także dzisiaj co uznaję za sukces gigantyczny nie zestarzała się jak mnóstwo albumów z tamtej epoki, które w tym samym morzu inspiracji pływały. Uznana wówczas w otwartym na eksperymenty metalowym światku za dzieło wiekopomne, ta epicka konstrukcja zbudowana z ogromnego talentu i świetnego warsztatu, na pewno pozostawiła we mnie znaczący ślad, lecz w kontekście kariery jej autorów stała się niestety może nie niespełnioną nadzieją, ale gwiazdą która efektownie rozbłysła i ku mojej rozpaczy zniknęła z nieboskłonu. Obecne próby jej wskrzeszenia jak donosiłem uznaję za niegodne zestawiania z Omnio, czy ostatnim jej kultowym tchnieniem w postaci Strange in Stereo. 

czwartek, 2 lipca 2020

Entombed - Same Difference (1998)




W karierze długowiecznych zespołów z zasady pojawiały się okresy chwilowego zwątpienia w uprawiany od dłuższego czasu styl. Pojawiała się wtedy równolegle silna potrzeba urozmaicenia oferty, często właśnie prowadząca wprost do niestrawnego eksperymentowania, bądź jak w przypadku Entombed i same Diffrence całkiem ostrego odbicia w rejony, które przynajmniej w teorii mogą otworzyć przestrzeń do szerszej rozpoznawalności. Tak wówczas pod koniec 1998 roku z reguły interpretowana była zawartość piątego długograja legendarnych Szwedów. Wtedy rzadko jednak pośród recenzji pojawiały się wzmianki, że krążek o takim właśnie stylistycznym outficie nie wypadł jednak ekipie dzikich death metalowców jak w znanym przysłowiu (ten tego sroce spod ogona), a był jak myślę, po latach naturalną konsekwencją czynionych od Wolverine Blues kroków. Ożenienie bowiem rzutkiego szwedzkiego death'u z surowym rock'n'rollem, to przecież była fundamentalna powyższego cecha charakterystyczna, a nagrany wkrótce potem To Ride Shoot Straight and Speak the Truth, został jeno nieco dodatkowo podkręcony energetycznym punkiem. Stąd kształt finalny Same Difference sugestywnie opatrzony wymownym tytułem, okazał się tylko poniekąd nową jakością - za cholerę jednak nowym, tym bardziej opatrzonym sporym sukcesem komercyjnym otwarciem. :) Wraz z powrotem do odsłuchów niniejszego, sięgnąłem jak można się domyślić jednocześnie po archiwalne materiały prasowe i doczytałem to co powyżej, jak i też (z czym trudno mi się nie zgodzić), że pomimo puszczania oczka do stacji muzycznych czy radiowych, to wciąż granie w którym mnóstwo agresji, bezczelności i bezkompromisowości, a różnica pomiędzy ikonicznym debiutem, a twórczością z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych polega na tym, że ci goście wzięli się na piątce pod wydziarane intensywnie ramię z kapitalnym amerykańskim groove'm. Nie mocują się, nie szarpią, a idąc chyba całkiem słusznie (a co!) za głosem zespołowego serducha wbijają w europejską szkołę brudnych gitar i szorstkiego wokalu jankeski luz. Nie wiem czy jestem obecnie w gronie mniejszości, czy moje zawarte w krótkim tekście przekonania są odosobnione, ale okazja do ich spisania stała się też szansą na nowe rozpoznanie Same Difference i zaraz natychmiast po, jej nieco bardziej chaotycznej, ale równie ekscytującej poprzedniczki. O czym może wkrótce. :)

środa, 1 lipca 2020

Green Carnation - Journey to the End of the Night (2000)




Motyw z tegorocznym odświeżeniem My Dark Reflections Of Life And Death przy okazji wydania nowego materiału, stał się sprężyną do chwilowego powrotu do debiutu Green Carnation. W roku dwutysięcznym weszli ci goście z całkiem już rozpoznawalnymi nazwiskami na mocno wtedy niszową scenę, która swoje najlepsze lata wydawała się mieć za sobą. Granie bowiem rozbudowanego klimatycznego metalu stawało się brodzeniem w coraz słabiej dotlenionej sadzawce, w której ostało się w miarę dobrej formie kilka jedynie grubych ryb dominujących od mniej więcej początku lat dziewięćdziesiątych. Mimo iż Green Carnation nawiązywało wprost do odchodzącego wówczas trendu, to też nietrudno było dostrzec, że ambicje artystyczne formacji sięgają również szanowanego w szerokim rockowym świecie progresywnego zacięcia. Tyle że, jak korzenie tkwią w mniejszej lub większej, ale jednak ekstremie i w dodatku próbuje się w więcej niż w śladowych ilościach korzystać przy tym ze słowiczych niewieścich treli, to niełatwo się przecież przebić do serc i gustów wysublimowanej publiczności neoprogresywnej. Stąd dalsze posunięcia grupy świadczyły o pewnej porażce domniemanej przeze mnie idei, a upraszczanie propozycji muzycznej (skądinąd w ich przypadku interesującego), jaka następowała konsekwentnie na A Blessing in Disguise i The Quiet Offspring doprowadziła grupę do głębokiego niedźwiedziego snu - aż do obecnego roku. Co tam dzisiaj grają pisałem niedawno, co tam grali u zarania spieszę donieść teraz. Niestety nawet jeśli Norwegowie zaledwie dwie dekady wcześniej debiutancki materiał nagrali, to jego zawartość przede wszystkim dziś brzmi archaiczne i utwierdza mnie w przekonaniu, że co najmniej kilka lat na większą porcję trendowego tortu się spóźnili. Może i co poniektóre kompozycje z Journey to the End of the Night posiadają walor niezłej słuchalności (tutaj właśnie wyżej wspomniany My Dark Reflections Of Life And Death zasługuje na wyróżnienie), lecz zastosowane środki w studiu nagraniowym dość wysoce odbierają mu tą moc i wyrazistość, jaka w nowej wersji potrafi przykuć moją uwagę - do uzależnienia niemal włącznie. :) Podsumowując, nie mówię że jestem bez oporów na tak, nie mówię też że jestem bezdyskusyjnie na nie. Mówię po prostu, że w odpowiednich okolicznościach miejsca i czasu mógłbym zawartość Journey to the End of the Night pochwalić. Szkoda tylko, że podróże w czasie nadal są poza zasięgiem możliwości człowieka.

Drukuj