poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Carcass - Heartwork (1993)

 


Wybitnym znawcą, a nawet oddanym fan-boyem death metalu nie śmiem się nazywać. Szczególnie współcześnie nie sięgam głęboko w ofertę sceny i tylko z rzadka coś świeżego w swe spracowane łapska wezmę, skupiając swoją kuszoną masą artystycznych bodźców uwagę jeno tylko na tych krążkach z przeszłości, które jako małolata/dojrzewającego młodzieńca, w tym kluczowym dla budowania przyszłych postaw życiowych i mentalnej podbudowy okresie mnie zafascynowały. Stąd na stronach bloga nie publikuję w encyklopedycznym porządku posegregowanych death metalowych albumów, a tylko w chaosie nowości i sentymentalnych wycieczek sobie tutaj one miejsce odnajdują. Przyszedł akurat dziś dzień w którym podzielę się osobistym stosunkiem (wypracowanym latami) do Heartwork - krążka legendy, jednych z kilku ikonicznych europejskich ojców gatunku. Carcass to kult, Carcass to podwaliny estetyki i jej u zarania najdoskonalsi innowatorzy, którzy w zaledwie kilka (w porywach do dekady) przeszli drogę od szaleńczego grind-core'a do klasycznego w formie i oryginalnego w autonomicznym wydaniu death metalu. Heartwork natomiast (co wiedzą kumaci i mają w dupie wszyscy inni), to ostatnie naprawdę imponujące dokonanie Brytoli i nawet jeśli od kilku lat znów obdarowują podstarzałych fanów nowymi kompozycjami, a już wkrótce drugim po powrocie długograjem, to wciąż każdy metaluch wzdycha przede wszystkim do czasów minionych i osadza swe dupsko po stronie tandemu 88-89 lub 91-93. Nie będąc obsesyjnym wielbicielem rzezi, ja rzecz naturalna przysiadłem po stronie najtisowych carcassowych podrobów, stąd już sporządzony wpis w temacie Necroticism, a teraz zakończona praca nad refleksją wokół Heartwork. Dla jednych może być Heartwork rozwodnioną emanacją pomysłów z początków działalności, dla mnie dla równowagi w przyrodzie jest wzbogaconą wersją tychże archetypicznych pomysłów. Znacznie bardziej uatrakcyjniony aranżacyjnie, bowiem trudno nie zauważyć, iż Carcass w wersji z lekka motorycznie urockendrollowionym, jest formacją zarazem rozwojową, ale też najzwyczajniej bardziej chwytliwą, a że po wydaniu owego poszli drogą wprost na ścianę (lub bardziej ugrzęźli na mieliźnie) nie oznacza raz, że w samej estetycznej formule albumu z 1993 roku nie było szans na wielokierunkowość ewolucyjną, dwa - sam Swansong tak prosto można zaliczyć do produkcji nieudanych (o czym może wkrótce). Problem w tym że jak doświadczenie i przyszłość pokazała, można było nieco inaczej - mniej banalnie i z mniejszym parciem na szkło. Może nie odkryli wówczas (wtrącę jeszcze słówko o Łabędzim śpiewie) przełomowych form dla rytmu czy harmonii, a tylko dali dobry produkt zdatny do intensywnego machania banią, ale nie nagrali też totalnego badziewia. Heartwork jednak w tej konfrontacji wygrywa wszystkim - od kapitalnego spiętrzenia dźwięku po słyszalną pasję wykonawczą. Rozedrganiem death metalowego brzmienia, death'rollową łobuzerką (liderem oczywiście pozostaje Entombed), chaosem rozzuchwalonych solówek, chwytliwością (wówczas niebanalnych) tematów melodycznych, czy wspomnianą (ale podkreślę) ekspresją wykonawczą. Jak wspominał sam Jeff Walker - nie chcieli grać wyłącznie brutalnie, a chcieli nagrać normalne (w sensie dojrzałe) i brzmiące wciąż ekstremalnie utwory, w których wszystkie detale będą wyraźne i nie zginą pod naporem nawałnicy. Znudzili się surowymi motywami, czyniąc Heartwork (i myślę że już wcześniej Necroticism) bardziej umuzykalnionym i jednocześnie cholernie ciężkim. W moim przekonaniu świetnie im się ta przemiana udała, lecz w ogólności niestety na dobre nie wyszła. Ale mają przecież teraz szansę aby pomysł stylistyczny z Heartwork rozwinąć właściwie. Dlatego też czekam z wypiekami na nadchodzący Torn Arteries. 

sobota, 28 sierpnia 2021

Turnstile - Glow On (2021)

 

To (zaprawdę powiem Wam) niezwykłe, że tak krótkie numery stanowią kompletną i domkniętą całość, a zarazem mnogość fantastycznych motywów, zarówno przebojowo melodyjnych (tych zachwycających chwytliwością) jaki i kombinatoryką czy siłą ekspresji, powoduje że drzemie w nich potencjał na znacznie bardziej przestrzenną rozbudowę. Lecz Turnstile nie ulegają tej pokusie i trzymają się korzeni nawet wtedy, gdy w piosenkowość zapuszczają się bardzo szeroko, pozostając mimo flirtu z (tak, tak, PRZEBOJAMI) wierni punkowo hardcore'owemu etosowi, zarówno w kwestii bezkompromisowości jak i długości poszczególnych numerów - które dodatkowo jako całość stanowią pozbawioną przerw całość. Cieszę się ogromnie także z faktu, iż wydając większą chwilę wcześniej  mini z zawartością w postaci T.L.C. (Turnstile Love Connection), nie pozbawili nowego longa (ha ha 35 minut, co i tak stanowi o 9 minut więcej niż czas trwania poprzednika), tych właśnie powyżej wymienionych fantastycznych numerów, które to zaprezentowane równolegle w wersji z obrazem symbolizują ich otwartość na łamanie schematów oraz w ujęciu artystycznym awansują do kategorii majstersztyku wizualno-muzycznego. Ciśnie się przeto na klawiaturę potok komplementów, poczynając od słów uznania dla kapitalnych instrumentalistów w składzie (każdego innego - z osobna), kluczowego zjawiskowego w swym spontanie frontmana, dalej na poziomie nostalgicznym pięknego wskrzeszenia klimatu początku lat dziewięćdziesiątych, poprzez fenomenalne korzystanie z muzycznej wyobraźni i jak słychać doskonałego obycia pośród estetycznych wytrychów, a kończąc na wyrywającej z butów ekspresji i wreszcie braku jakichkolwiek ograniczeń, których odrzucenie zagwarantowało Glow On walor eklektyzmu i usunęło ryzyko popadania w banały. W moich uszach rządzi dziś Glow On i jest on w moich oczach czymś na kształt tego czego dokonali jeszcze równie wybitni, choć o znacznie bardziej rozpoznawalnych nazwiskach muzycy udzielający się w projekcie Girrafe Tongue Orchestra. Chłopaki (JAK FAJOWO!) wchodzą z buta do ekstraligi i nie będę zaskoczony jeśli za lat trochę ich nazwiska będą zapisane złotymi zgłoskami w historii rocka. Wszystko na to dzisiaj wskazuje, a ja nie mam najmniejszego oporu by określić ich największą nadzieją błyskotliwego rocka i najbardziej rokującym składem na lata. Już nie mogę się doczekać z czym będę w ich przypadku mieć do czynienia, kiedy kolejny album nagrają. PRZEKOZACY wszyscy - każdy z innej bajki i dzięki temu Glow On tak błyszczy. Znaczy świeci! 

czwartek, 26 sierpnia 2021

Megadeth - Youthanasia (1994)

 


Jestem niemal pewien, iż pisząc kiedyś o Countdown to Extinction nawiązałem w tekście do Czarnego Albumu, powszechnie (he he) znanych i lubianych amerykańskich metalowców, z którymi to lider Megadeth był swego czasu blisko związany i zaznaczyłem wyraźnie fakt, iż był to album odpowiedź na mulit platynowy krążek właśnie wspomnianej tajemniczo (he he) Metalliki. Tako w przypadku refleksji wokół Youthanasii czuję się zobligowany przypomnieć, że tak jak Countdown to Extinction odnosząc wcale nie mało znaczący, ale jednak znacznie mniejszy niż Black Album sukces komercyjny oraz będąc krążkiem z rodzaju szokujących dla fanów-szalikowców thrashowej twarzy Megadeth, w konfrontacji z właśnie Youthanasią zaczął być naturalnie odbierany jako pomost pomiędzy starym, a nowym. Tylko mam pytanie czy aby te różnice stylistyczne pomiędzy wyżej wymienionymi nagraniami, odpowiednio z 1992 i 1994 roku są na tyle (odrzucając emocje tuż popremierowe) różne, by pierwszy z nich traktować jako bardziej tradycyjny od tego drugiego? Nie czekając na rozbudowane dywagacje z obowiązkowo mądrymi minami uskuteczniane, sam sobie we własnym sumieniu rozważając temat odpowiem, że NIE i kropka. :) Na obydwu płytach przecież wyraźnie słychać wpływy rockowe i to (szanuję bardzo) pomimo napędzanych koniecznością rynkową powodów - wpływy rockowe w wielce oryginalnie przez Mustaina zbudowanej estetyce. Nawet jeśli tylko ja słyszę to o czym tu piszę, nie mowy abym przygnieciony argumentacją większości wycofał się z powyżej wyartykułowanego przekonania, dodając równolegle z innej odrobinę beczki i tym samym dostarczając dowodów stanowczych na jedną z wcześniejszych tez, że przeskok stylistyczny pomiędzy czwórką, a piątką jest o niebo i piekło bardziej jaskrawy niż ten pomiędzy piątką i szóstką. Czwórki nigdy jakimś wyjątkowym sentymentem nie darzyłem, za to piątka i szóstka stanowią dla mnie dwie części tej samej i najlepszej w dyskografii ekipy niewyparzonomordego i rudowłosego Dave'a Mustaina muzycznej opowieści, która w moim odczuciu za szybko się skończyła. Nawet jeśli Dave w którymś momencie wrócił zarówno do rockowej thrasherki, jak i czystej w formie thrasherki dosłownie, to już nie był w stanie zaskarbić sobie mojej przychylności, a zainteresowanie nowym starym Megadeth bardzo szybko zgasło. Może wiele tracę praktykując przywiązanie do już lata temu przyjętej stałej i niepodważalnej opinii, lecz póki jakimś niebywałym cudem zmiana nastawienia nie nastąpi, będę tylko wracał do mojego ulubionego tandemu i opowiadał (jeśli zostanę zapytany :)) jakie są jego walory. Znaczy powiem, że to ten fantastycznie dudniący bas, który wraz z perkusyjnymi kanonadami odpowiada za świetny groove, dalej zarazem piosenkowy i aranżacyjnie rozbudowany charakter kompozycji oraz oczywiście świetne linie wokalne i rzecz jasna kapitalne partie solowe wiosła kierownika tego całego zamieszania. I tak będę o nich opowiadał i opowiadał (jeśli ktoś zechce mnie słuchać :)), w głębi duszy zastanawiając się i żałując że ten genialny Megadeth to tylko Countdown to Extinction i jego siostra Youthanasia.

P.S. Tą recko-refleksję należy obowiązkowo czytać wspólnie z reco-refleksją Countdown to Extinction! 

środa, 25 sierpnia 2021

Czarna owca - Aleksander Pietrzak

 


Po osiemnastu miesiącach powróciłem na salę kinową i miało to być w założeniu świadome zbliżenie z kinem łatwym i przyjemnym. Seans okazał się jednak pełnym paradoksów, od zaskoczenia zaskoczeniem i sytuacji zdezorientowania, kiedy najlepiej w komedii wypadały sceny dramatyczne i nostalgiczne, po aktorstwo, które raz raziło topornością i schematycznością (Jakubik był Jakubikiem, a Popławska Popławską, natomiast młodzi byli nieźli), by zrazu uderzyć scenami niemal fenomenalnymi (ale tu tylko chyba Popławska z tą młodą zasłużyły na poklepanie po pleckach ;)). Tak sobie w czasie projekcji pomyślałem, że gdyby ta produkcja leciała akurat w porze najlepszej oglądalności na TVN-ie, to zapewne po pierwszej przerwie reklamowej przerzuciłbym na stałe na inny kanał i nie przekonałbym się że było to w sumie działanie troszkę pochopne, bowiem okazało się, że od mniej więcej połowy mi się to na co wraz z całkiem sporym jak na środek tygodnia gronem widzów lukałem nawet podobało i całkiem sprawnie z czasem w uroczo dziurawą fabułę wkręciło – choć nie popadajmy zbyt szybko w nawet minimalne zachwyty, gdyż były też chwile (finał o matko bosko), gdy również w tej ostrożnie pochwalonej części coś wyraźnie nie pykło i między logicznymi trybami na wyraźne życzenie twórców mocno zgrzytało. Mimo że dałem powyżej do zrozumienia że komedia to mało w moim przekonaniu „heheszkowowata”, mimo iż przeładowana gagami (wszyscy na sali dziwnym trafem oprócz mnie się śmiali), to licząc na palcach jednej ręki, co stanowiło niewielki procent wszystkich w mniemaniu reżysera i scenarzysty zabawnych fragmentów mnie kilka z tych mniej kulawych (najczęściej zaskakujących akcji nastawionych na śmiechu wybuchy) odrobinę rozbawiło. Stąd ocena (maksymalnie subiektywna) nie jest tak niska jakbym na starcie zasugerował i ogólnie jako rozrywkowe kino rodzime da się przyjąć te 107 minut na klatę bez szkody dla w miarę dobrego gustu. Dlatego mogę uznać, iż należy Was na seans pogonić. :) 

P.S. Jeszcze będę pisał! Może najpierw w jednym zdaniu o samej historii, a potem będę się chyba powtarzał. ;) Dla jednych patchworkowa propaganda, dla innych naturalna droga w poszukiwaniu satysfakcji z życia bez względu na konwenanse czy inne sztuczne ograniczenia. Dla mnie oparta na kliszach i spranych chwytach komediowych rozrywka bez większej historii i z jakimś tam głębszym dnem, humorem zwyczajnie takim bezpiecznie nijakim oraz (tu tkwi chyba tajemnica powstrzymania jednoznacznej krytyki) przyjaznym duchem. Problem jednak w tym że miało to się spodobać prawie wszystkim i (brak problemu dla producentów) podobało się chyba zdecydowanej większości, o czym świadczy obtrąbiony dotychczasowy bardzo jak na pandemiczne okoliczności zadowalający sukces finansowy. 

wtorek, 24 sierpnia 2021

Lorde - Solar Power (2021)

 


Pierwsza uwaga, uwaga niepierwszoplanowa, choć wokół niej sprytnie zbudowane zainteresowanie trzecim krążkiem wciąż bardzo młodej Nowozelandki. Mam na myśli kwestię okładki albumu, a niej powabny tyłek w ruchu i odważnym ujęciu, więc jasne że tyle samo zwolenników takiego wizualnego oblicza koperty Solar Power, co osób może nieco zmieszanych tą prowokacyjną prezencją. Jeszcze więcej natomiast zapewne biedaków zszokowanych i ZNIESMACZONYCH takim obrazem, którzy zawartością muzyczną i przekazem krążka nie są absolutnie zainteresowani, a ich znajomość dotychczasowej twórczości wokalistki ogranicza się własnie do tego szoku i NIESMAKU jaki zgrabna pupcia u nich wywołała. Oni jednak niech sobie te oczy w przerażeniu zamykają i nie patrzą. Ich zdanie ma dosłownie znaczenie żadne - liczy się raz to co w środku i dwa pytanie dlaczego tak a nie inaczej brzmi ten krążek, bowiem trudno uznać że Lorde takim zabiegiem z kopertą chciała wyłącznie zainteresowanie większe na sobie skupić. Odpowiedzi na to ostatnie pytanie musicie jednak poszukać gdzie indziej, poszperać w wywiadach, odkryć założenia i intencje - pozwólcie że ja się skupię na nucie. Zatem po drugie (kluczowe, najistotniejsze) czym muzycznie Solar Power jest? W moim przekonaniu jest zdecydowanie krążkiem w sferze dźwiękowym rożnym od dwóch poprzednich, a to dlatego że prym zamiast elektroniki wiodą tutaj instrumenty strunowe, a dokładnie brzmienia gitarowe. Subtelnie zawieszone pomiędzy akustyką, a delikatną elektryką, jednak ze zdecydowaną przewagą mocnych akordów bez prądu. Motywy instrumentalne są wyraziste i zagrane z energią oraz kapitalnym groovem, a by podkreślić co mam na myśli zaryzykuje stwierdzenie  są na Solar Power momenty które mnie akurat na myśl przywodzą dokonania ikony w osobie Georga Michaela. Prawda że intrygująca i wielce zaczepna argumentacja? :) Stąd aby nie zostać z miejsca przygniecionym falą oburzenia, że jak to śmiem takimi porównaniami szafować dodam (podkreślę), iż te skojarzenia są tylko fragmentaryczne, a brzmieniu Solar Power pomimo "czarnych" rytmicznych inklinacji równie blisko do współczesnego popu o orientacji na akcenty folkowe. Innymi słowy jak Pure Heroine i Melodrama miały w sobie głównie klimat estetyki w której przoduje na przykłąd ALT-J, tak nowe nagrania można położyć na podobnej półce co styl przykładowo Phoebe Bridgers, Holly Humberstone, a nawet Lany Del Rey (szczególnie numer California). Dlatego też twierdzę,  to świeży rozdział w jej karierze i po wymagającym wsłuchania kilkudniowym z nim obcowaniu stwierdzam, że Pannie Lorde z taką nieco psychodeliczną, jednocześnie wciąż popową nutą bardzo do twarzy, a jej śpiewne numery i niekoniecznie wielki ale świetnie zaaranżowany wokal w hipisowskiej poświacie w większości kompozycji wypadają wręcz zjawiskowo. Nie będę ukrywał że pierwsze doniesienia i fragmenty płyty wzbudzały pewne obawy. Obawy do momentu kiedy WSŁUCHAŁEM się! :)

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Radio Days / Złote czasy radia (1987) - Woody Allen

 

O charakterze wdzięcznego mitu autobiograficzna opowieść. Luźno oparta o wspomnienia z dzieciństwa Allana Konigsberga. Z urokliwą dopieszczoną scenografią, w każdym ogóle i też w szczególe genialnie zrealizowana. Może akurat (co w jego filmach jest stałą) nie tak fascynująca na poziomie wielkich emocji, ale fantastycznie wciągająca w swoją lekką, aczkolwiek niepozbawioną błyskotliwych poważnych wtrętów formułę. Z kapitalnym, obowiązkowo na autorski sposób przerysowanym ironicznym poczuciem humoru i równie zabawnie przestylizowanymi aktorskimi kreacjami. A w tle przełomowe wydarzenia historyczne i standardy muzyczne z epoki. Czarująca ścieżka dźwiękowa do zupełnie innego niż współczesne dorastania. Radio w nim jako medium wokół którego codzienność była opleciona. Barwne życie powszednie i niepowszednie bohatera, ale i całego stada wujków i cioć, osobliwych postaci sąsiadów i wszystkich tych, którzy gdzieś przez młode życie Allana Stewarta (realizując własne ścieżki) się przewinęli. Woody Allen potrafi bawić się w takie ciepłe, nostalgiczne kino, a to jest jeden z najlepszych w jego karierze na to przekonanie dowodów. Bez względu na to ile w tym całym beztroskim micie czystej prawdy.

niedziela, 22 sierpnia 2021

Times Of Grace - Songs Of Loss And Separation (2021)

 


Times of Grace (zespół powołany do życia dekadę temu w atmosferze przyjacielskiej komitywy :)) powraca i jak wiemy, My wszyscy którzy śledzą od lat tą nieco mniej lub też tą nieco bardziej mainstreamową scenę rockowo-metalowego grania zza oceanu, że powrót ten następuję w zgoła innych okolicznościach towarzysko-personalnych istniejących w obozie macierzystej formacji Pana Dutkiewicza i Pana Leacha. Krótko, w gwoli ścisłości i przypomnienia - ten drugi od dość już dawna, ponownie jest wokalistą Killswitch Engage i jak widać po sukcesach (bardzo dobre krążki, świetne koncerty) tej współpracy nic nie wskazuje aby między liderem, a frontmanem znów coś się popsuło. Fajnie, bo szanując możliwości głosowe Howarda Jonesa, to jednak Jesse Leach jest tu lepiej wokalnie wpasowany. W tym miejscu płynnie przechodzę do tematu bazowego, czyli Songs Of Loss And Separation, bowiem po kilkutygodniowych odsłuchach przeplatanych jedną większą pauzą dochodzę do wniosku, iż niby w sposobie artykulacji Leacha nie ma nic aż nadto wyjątkowego, ale przyznaję że jest w tych jego zaśpiewach coś co z prostych aranżacji i idealnie podpiętych pod sznyt kompozycyjny linii melodycznych potrafi doskonale wykrzesać cały potencjał w postaci masy emocji. Oczywiście można (nie zamierzam się kłócić, bo też tak myślę) wysuwać pretensje, że to emocje takie banalne i osadzone na fundamencie zbytniego patosu, ale też niewątpliwie emocje prawdziwe, w żadnym wypadku płaskie. To też słucham sobie w niezbyt przesadnych proporcjach Songs Of Loss And Separation i w takim rozsądnym kontakcie wciąż odczuwam zainteresowanie dziesięcioma przebojami, które mimo że niczym ponadstandardowym mnie nie zaskakują, to jako fajne towarzystwo odprężająco-emocjonujące sprawdzają się wybitnie skutecznie. Tylko jedno mnie w tym krążku i sytuacji promocyjnej wokół niego mierzi, że muzycy nawijali iż muzycznie to coś innego niż klonowanie Killswitch Engage, jakie miało wyraźnie miejsce w przypadku debiutu - a tak przecież w istocie nie jest. Dwójka może i jest jeszcze bardziej skupiona na klimacie uciekając od szybkich temp na rzecz przestrzennego zmetalizowanego rocka, a Jesse częściej śpiewa głęboko i ciepło, będąc wspieranym też przez Adama Dutkiewicza, lecz czy na albumach Killswitch Engage nie doświadczamy także bliźniaczych nastrojów? Czyli modyfikacje nie tkwią w zmianach stylistycznych, ale tylko w proporcjach użycia od dawna używanych patentów. Tak czy siak, fajna porcja bezpretensjonalnej metalowo-rockowej muzy dla (uwaga!) wrażliwych dusz. Innymi słowy, jak nawet nieprzesadnie lubię/jak lubisz posłuchać romantycznych zaśpiewów Coreya Taylora w Stone Sour, to coś podobnego dostaniesz od duetu Dutkiewicz/Leach. 

P.S. Napiszę po amerykańsku - wali mnie że ktoś z moją oceną może się nie zgadzać. :)

piątek, 20 sierpnia 2021

The World According to Garp / Świat według Garpa (1982) - George Roy Hill

 


Roy George Hill odpowiedzialny za mega sukces kultowego Żądła i jego kolejny, chyba równie kasowy przebój kinowy. Jak na owe czasy odważny pomysł na komediodramat, inaczej/lub rozbudowaną stylistycznie obyczajówkę z wkładką, którą bardzo życiowe przesłanie, oczywiście w tym przypadku mega poważnie i jednocześnie przekornie z przymrużeniem oka forsowane. Świat według Garpa, to taki protoplasta Forresta Gumpa, jeśli wziąć pod uwagę estetykę i formułę, natomiast temat dojrzewania i ta oryginalna, bowiem odważna perspektywa spojrzenia o pro tolerancyjnym charakterze, nieodrzucająca na margines osobliwych postaci, a stawiająca je wraz z tak samo naturalnymi jak i uznanymi przez społeczne normy anormalnymi zachowaniami wręcz w centrum uwagi. Z wykorzystaniem gigantycznego komediowego talentu nieodżałowanego Robina Williamsa i równie wielkiego Johna Lithgowa oraz na drugim planie, a i tak w pierwszoplanowym aktorskim wydaniu dramatycznego potencjału i fenomenalnego kunsztu aktorskiego Glenn Close, powstała wciąż intensywnie fascynująca, pełna wyobraźni opowieść. Opowieść wówczas w epoce Reagana uznana za kontrowersyjną, bowiem konfrontująca się z manifestowanym konserwatyzmem i obnażająca ironicznie hipokryzję. Ponadto opowieść anty radykalna i o walorach bardzo ludzkich i wielce terapeutycznych. Doskonały film, jednak jak to bywa w przypadku ekranizacji powieści, zapewne niepozbawiony wady obcinania/spłycania wątków i ograniczania pełnej barwności smaczków jakie zakładam, że w literackim oryginale obecne.

czwartek, 19 sierpnia 2021

The Front Page / Strona tytułowa (1974) - Billy Wilder

 

Legendarny Billy Wilder za kamerą i równie zacny duet aktorski przed. Jack Lemmon i Walter Matthau, znani mojemu pokoleniu przede wszystkim dzięki rolom dwóch zgryźliwych tetryków, to przecież aktorzy o gigantycznym dorobku, jakby co przecież niepodważalne ikony hollywoodzkiego kina. Aktorzy przesympatyczni, urokliwi i charyzmatyczni - z wielkim talentem tragikomicznym. Wilder zaś zbudował swoim dorobkiem wespół z kilkoma innymi twórcami wielkość amerykańskiego powojennego rozrywkowego kina. Chociaż jego filmy nie należały do mega poważnych, to nie są po prostu głupie, gdyż kapitalne wyczucie materii nie pozbawiało jego zwariowanych komedii nie tylko groteskowego "dramatycznego" pazura. Poza tym zmysł estetyczny pozwalał na pogodzenie atrakcyjności wizualnej ze spektakularnym jak na owe czasy budżetem. Tylko że w roku 1974, kiedy już zupełnie inaczej się blockbustery kręciło, The Front Page wyglądał jak relikt przeszłości, który mógł co bardziej zainteresować wyłącznie sentymentalnych romantyków odchodzącego w przeszłość wysokobudżetowego kina. Strona tytułowa jest właśnie schyłkowym nawiązaniem do tego mitu kina lat czterdziestych i pięćdziesiątych, wyprodukowanym w nieprzyjaznych dla lekkich obyczajówek czasach, kiedy podbijające widownię amerykańskie filmy wyglądały już zupełnie inaczej. Wyglądały surowo, często wręcz odpychająco. Z pewnością nie zwiewnie i niezobowiązująco. Mimo to The Front Page przytulił nominacje do Złotego Globu, ale przepadł z kretesem, wziąwszy pod uwagę kaliber nazwisk. Wszystko się przecież kiedyś kończy. Kończą się mody, trendy - wreszcie kończą się złote czasy dla największych sław.

środa, 18 sierpnia 2021

In the Heat of the Night / W upalną noc (1967) - Norman Jewison

 

Uzupełnianie żelaznej klasyki sprzed lat to zawsze niezwykła przygoda. Podroż do miejsc z czasów ówczesnych, ukradkowe spojrzenia na przeszłość lub przyszłość z perspektywy sprzed lat i chwilowe doświadczanie kontaktu ze sztuką kinową produkowaną według starych wzorców, przepisów i obowiązujących wówczas trendów. To też nie zawsze jest łatwo na określoną estetykę się przestawić i nie dostrzegać bądź skutecznie ignorować te słabości technologiczne, które dzisiaj nie ma możliwości by w kompozycji filmowej mogły się pojawić. Najlepiej jednak jeśli film jest fachowo warsztatowo i z taką artystyczną wrażliwością nakręcony, że emanuje swoistą silną magią, która ma moc zahipnotyzowania widza pochodzącego z zupełnie innej epoki. Wtedy jego siła magnetyczna wyrównuje wspomniane powyżej niedostatki. Sporo zarówno obrazów z jednej jak i drugiej kategorii, ale większość to filmy tkwiące gdzieś pomiędzy, a W upalną noc to przykład właśnie takiej sytuacji. Jest w nim charakter surowy i hollywoodzka maniera z epoki. Potrafi on zarówno wciągnąć, jak i wzbudzić konsternację przez swoje stylistyczne słabości. Niemniej jednak najważniejsza jest sama opowieść, a obok niej sposób wyeksponowano jej za sprawą aktorskich kreacji i charyzmy reżyserskiej. Nie zawsze te scenariusze leciwe były błyskotliwe, częściej dość toporne i oczywiste. Bazujące bardziej na nakręcaniu interakcji pomiędzy postaciami niż przemycaniu do historii głębokich podtekstów czy społeczno-kulturowych kontekstów. Tutaj jednak w scenariuszu niezbyt odkrywczym, wybornie bo nieschematycznie ukazano relacje rasowe i tak samo jasno ogólne i szczególne ich konotacje. Powstał tym samym (jak koneserzy piszą) pionierski kryminał społeczny, podnoszący do wyższej rangi kino klasy B. Tyle i aż tyle, a i tak świetnie się je wolnym przed południem oglądało. 

wtorek, 17 sierpnia 2021

Rebel Without a Cause / Buntownik bez powodu (1955) - Nicholas Ray

 

Pokoleniowe zgrzyty, tak plus minus 65 lat do tyłu. Przepaść czasowa - a to te tylko kilka pokoleń wstecz. To jakby moi dziadkowie tkwiący w konfrontacji ze swoimi starymi, gdybym rzecz jasna mieszkał w Ameryce, a moi starzy byli dziećmi Jankesów. :) Jednak ta buntownicza postawa, to nic rożnego w sensie uniwersalnym, a tylko w szczegółach tkwi to, co może nieco wzbudzać poczucie nieporozumienia, czy niezrozumienia. W ogólności nic się nie zmieniło, mechanizmy te same, a powody to tylko zmienne wywołujące reakcje i one są odmienne, epoka, sytuacja, moda. Ale tak samo w każdym osobnym przypadku, dorastanie i dojrzewanie może przebiegać z rożną intensywnością i w konsekwencji przynosić inne reakcje. Tak po prostu, tak zwyczajnie. Chce przez to powiedzieć że ikoniczny obraz z Jamesem Deanem wówczas otwierał dyskusje, która do dzisiaj trwa, a nasza wiedza mimo miliardów sytuacji jest wciąż uboga, bo kolejne pokolenia wciąż na nowo i świeżo przez ten cykl przechodzą. Niemniej jednak nie trudno momentami zrobić wielkich oczu, gdy autora scenariusza ponosi brawura, a emocjonalność postaci niejednokrotnie zaskakuje nieadekwatnością reakcji. Na czoło w tej kategorii wysuwa się zaplecenie fabuły wokół honorowej postawy, przejawiającej się podejmowaniem niedostosowanego do sytuacji ryzyka, bo nazwano go cykorem - twierdzę że to chyba lekka przesada. :) To i tak nie wszystko, bo ta miłosna naiwność i cały wątek zemsty zbyt grubymi nićmi szyty, stąd idealnie oddający charakter ówczesnego hollywoodzkiego kina, które jest nazywane tylko ze względu na sentyment na wyrost kultowym. Chyba że wziąć pod rozwagę fakt, iż cała trójka jego małoletnich gwiazd, począwszy od Jamesa Deana w ciągu kilkudziesięciu lat zginęła tragicznie. Takie wydarzenia przecież dodają całej filmowej otoczce pikanterii. Zastanawiają się miłośnicy kina czy może to tytuł wyjątkowy, bo to tytuł przeklęty.

P.S. Natomiast co o Buntowniku bez powodu piszą źródła encyklopedyczne, dla spokoju sumienia streszczę. Piszą między innymi że jego reżyser przez branże niedoceniony, że to przecież przełomowy film w temacie przestępczości nastolatków, wynikającej częstokroć z ich frustracji wywołanej kryzysem nowoczesnej rodziny. Dalej że o problemie wyobcowania, bycia outsiderem we własnej grupie rówieśniczej i o wrażliwości młodego człowieka w konfrontacji z pragmatyzmem dorosłych, czy wręcz o nieumiejętności zagospodarowania wolnego czasu, czyli obijaniu się po okolicy poszukując problemów. Wreszcie że to obraz o młodzieńczym idealizmie i najlepsza rola w błyskawicznie zakończonym życiu Jamesa Deana. Wszystko to prawda. Prawda też że dziś trudno go traktować z należną mu powagą. I to chyba nie jest wina Nicholasa Raya, który kręcąc chciał zrobić po prostu obraz o tragedii bez powodu. 

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Billie Eilish - Happier Than Ever (2021)

 


Drugi pełny album największej sensacji ostatnich lat w „muzyce młodych” (komponowanej przez młodych dla młodych) duetu rodzeństwa (tak, Billie to tylko pięćdziesiąt procent sukcesu, a reszta to kapitalna łapa jej brata do syntezatorowych motywów) już od ponad dwóch tygodni na rynku i wypadałoby kilka zdań w tym temacie spisać, szczególnie w sytuacji gdy karierę Billie i Finneasa śledzi się od startu. Nie nazywajcie mnie jednak fanem, bowiem jedno szacunek do twórczości i poddanie się dłuższemu lub krótszemu efektywnemu oddziaływaniu tej nuty, drugie to jednak własne upodobania pod zbiorczym hasłem gusta występujące, a dalekie jednak od współczesnych bitów. One akurat w takim wydaniu niezwykle ciekawe, a ostatnimi czy nawiązywanie w nie tylko ambitnym graniu, ale i w mainstreamie do tradycji zimnej fali czy synthpopu, zaskakująco dla mnie atrakcyjne. Słucham zatem z wielką przyjemnością całego tego retro trendu i tym bardziej czuję się żywo nim zainteresowany, kiedy tak intrygująco zostaje z młodością i współczesnością spięty. Ale Happier Than Ever to oczywiście nie tylko zimna elektronika, lecz też masa ciepłych brzmień, które jasno kierują skojarzenia w stronę aranżacji soulowych. W sumie zatem nie byłbym kłamcą gdybym napisał, że nowy album (przypominam, duetu!), to w sensie przynależności stylistycznej powtórka z rozrywki, gdyby nie okazało się że produkując krążek w podobnej  estetyce do poprzedniczki i debiutanckiego mini, rodzeństwo nagrało materiał znacznie dojrzalszy i z większą subtelnością korzystający z aranżacyjnych niuansów, jak i jednocześnie pełnymi garściami czerpiący z wielkiego bogactwa muzyki rozrywkowej. Robiąc to rzecz jasna po swojemu, ze świeżością i werwą małolatów oraz wyczuciem materii jak u starych wygów. Na koniec dodam jeszcze aby subiektywnie kontekst właściwie wyeksponować, iż kobieca muzyczna Skandynawia u mnie króluje, ale przyznaję że Ameryka nie śpi, tym bardziej że jak słychać Billie nie zasypia gruszek w popiele. Do tych zachwytów (beczki miodu) dorzucę łyżkę dziegciu (która w tym przypadku jakimś cudem nie psuje finalnie całego smaku), bo trudno nie dostrzec faktu, iż proces spieniężania talentu i obecnie już sławy panienki Billie przybiera formy komiczne (przykład, książkowa autobiografia), jednak co by krytycznie na popowy model marketingowy nie spoglądać, to muzycznie dziewczyna (przypominam, wraz z bratem) wciąż broni się wystarczająco znakomicie, by docenić  jej drugie pełnowymiarowe przyjście w chwale.

P.S. Powyżej dałem chyba wystarczająco wyraźnie do zrozumienia, że ta smarkula wraz z braciszkiem wydała album o którego kształt niepotrzebnie się martwiłem i że Happier Than Ever to monolit składający się ze znakomicie napisanych numerów, ale jak to zawsze bywa w każdym krążku są momenty które wyjątkowo w danym momencie na mnie oddziałują, więc nie omieszkam (skoro dałem sobie tu okazję) ich teraz wymienić. Raz NDA, dwa I Didn’t Change My Number, trzy Oxytocin, cztery OverHeated i pięć - (od połowy to już na maksa) kawałek tytułowy. Na nie najbardziej podczas odsłuchu zmysły wyostrzam.

środa, 28 lipca 2021

The Sugarland Express / Sugarland Express (1974) - Steven Spielberg

 

Na autentycznych wydarzeniach (jak dowiadujemy się z czołówki) oparta ta dość nietypowa jak na Spielberga opowieść. Jak ktoś gdzieś słusznie zauważył "nieskażona jeszcze spielgieryzmami", bardzo dobra debiutancka produkcja, która siedzi głęboko w kinie drogi, ale nie stroni też od najlepszych cech dramatu psychologicznego. Najbardziej nietypowe jednak jest to, iż Goldie Hawn u progu kariery niekoniecznie wyłącznie była związana z banalnymi komedyjkami, względnie komediami o profilu mało realistycznym - lecz co nie wyklucza, że warsztatowo bardzo dobrymi. Przyszła słodziutka gwiazda podobnie jak Spielberg startowała wówczas głównie z pułapu seriali telewizyjnych, choć prawdę mówiąc w kinie już jako dziecię coś zagrała. Spielberg zaś wcześniej miał tylko na koncie telewizyjne produkcje, a ten powyższy debiut kinowy (co tu ściemniać) wypadł znakomicie i mimo że prawdziwe sukcesy komercyjne przyszły już za moment za sprawą kultowych Szczęk, to The Sugarland Express posiada w sobie nawet więcej cech za które jestem skłonny bez przymusu go szanować. Pierwsza to klimat - ten szczególny kina z początku lat siedemdziesiątych. Po drugie z wartością dodaną w postaci amerykańskiej prowincji w kinie drogi, gdzie setki radiowozów w pogoni sfrustrowanymi uciekinierami. Po trzecie, na finał (najważniejsze), wiarygodny wgląd w ówczesnej młodzieńczości bezkompromisową fantazję, która tylko tragedie mogła na nich sprowadzić. W skrócie prawdziwego życia wersja trochę light, trochę hard - mimo to zakończona jak w prawdziwych opowieściach bywa bez klasycznego happy endu. Bonnie i Clyde przede wszystkim i tacy Mickey i Mallory ciutkę. ;) To taka szybka rozkmina - tak po dziewiczym seansie TSE widzę. :)

piątek, 23 lipca 2021

Green Carnation - A Blessing in Disguise (2003)

 


Klimaty, klimaty, teraz klimaty. :) A Blessing in Disguise w dyskografii Norwegów jawi się jako połyskujący klejnot, który mógł pomóc wynieść grupę ponad ograniczoną rozpoznawalność i dać szansę dotrzeć do takiego miejsca, w którym Green Carnation dołączy do największych nazw atmosferycznej rockowej nuty - oczywiście mam na myśli tych wszystkich najbliższych memu sercu wykonawców wywodzących się ze sceny metalowej. Tak sobie właśnie niegdyś gdybałem, gdy wpierw A Blessing in Disguise mnie totalnie zauroczył, a w niecałe dwa lata później jego następca niestety odrobinę w konfrontacji z poprzedniczką rozczarował, a dalsze losy grupy odebrały jak się okazało płonną nadzieję na realizację snów o artystycznej kreatywności i stabilizującej losy popularności. Coś się w trybach formacji Tchorta (Terje Vik Schei) zacięło i ten wszechstronny gitarzysta (epizody z Emperorem i Satyriconem oraz współpraca przy tworzeniu od podstaw death metalowego Blood Red Throne) na wiele lat porzucił rockową namiętność i dopiero niedawno wraz z kumplami wskrzesił Green Carnation, tylko w części nowym, a w głównej mierze wspominkowym materiałem. Żałuję jednak że w tym przypadku co się odwlecze to nie uciecze, bowiem zbyt wiele lat minęło i sama popularność "klimatów" w metalowym światku jest już zdecydowanie mniejsza, a i chyba mimo znakomitych umiejętności kompozytorskich brak przez pryzmat dojrzałego wieku w grupie Tchorta samej wiary w odniesienie sukcesu na miarę przykładowo Anathemy czy Katatonii. To takie tylko moje (nie obawiajmy się tego określenia) bełkotliwe w tych okolicznościach rozmyślania, gdyż zapewne sami muzycy powrót do aktywności rozumieją w znacznie skromniejszych rozmiarach. Co przyniesie przyszłość to zagadka, lecz nie trudno o przekonanie że wyżej niż wówczas na przełomie 2003/2005 nie podskoczą, a sam A Blessing in Disguise pozostanie najlepszym ich dokonaniem. Albumem (czego jestem pewny, przy czym będę zawsze obstawał) przepięknie zatopionym w tonacjach progresywnego rocka z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych i fantastycznie przeniesionych w realia brzmieniowe początku lat dwutysięcznych. Ponadto słychać, iż wchodząc w klimat progresywny muzycy nie zapomnieli skąd się wywodzą i ta korekta kursu jest li tylko naturalną ewolucją ich wcześniej rozwijanego pomysłu na brzmienie. Orientacji na muzykę melancholijną, niby smutną ale gdzieś pomimo swojego mrocznego oblicza paradoksalnie optymistyczną. Dźwięki te bowiem unoszą się na fali i kołyszą, a muzycy pozwalają im na swobodne lawirowanie pomiędzy klawiszowymi suitami i bardziej dynamicznymi formami, których zaangażowane kosztowanie absolutnie nie dołuje. Hipnotyzujące Lullaby in Winter, rozmarzone The Boy in the Attic i Two Seconds in Life, najbardziej rozpędzone As Life Flows By i otwierający Crushed to Dust. Także moje ulubione Int the Deep i na koniec epicki Rain, a w międzyczasie jeszcze kilka świetnych gitarowo-klawiszowych perełek, które nawet jeśli robię sobie dłuższą od A Blessing in Disguise przerwę, to są doskonale przez pryzmat swoich walorów pamiętane i przy każdym powrocie smakuję z taką samą przyjemnością. Wracam do odsłuchów - skoro jest taka wyborna okazja. :)

czwartek, 22 lipca 2021

Sentenced - Amok (1995)

 


Amok po premierze nie wywołał może wśród fanów "pijanego" skandynawskiego death metalu dosłownego amoku, ale o tej płycie bardzo dużo się pisało i mówiło. Mimo iż w stosunku do względnie purystycznych w formie dwóch startowych krążków był albumem zaskakująco odważnie mieszającym stylistyki, to trudno odnaleźć opinie, iż szokująco dla ortodoksów nieakceptowalnym. Chociaż strasznie kręciły mnie nagrane po nim Down i Frozen, to jednak przez pryzmat dwóch kluczowych przyczyn jakimi osoba, a dokładnie głos Taneli Jarvy oraz genialne zszycie porywającym ściegiem death metalowych fundamentów z thrashowym ogniem, rock'n'rollowa dynamiką, tradycyjnie heavy metalowymi melodiami i solówkami, to właśnie Amok (po latach wahania) uważam za najlepsze w karierze dokonanie ekipy z Oulu. Nie deprecjonuje oczywiście tym samym wartości powyżej przywołanych, ale raz maniera w głosie Ville Laihali to nie ten zadzior co u Jarvy, dwa ucieczka w klawiszowe akcje i jeszcze większą chwytliwość kosztem agresji, to nie to co luzacki (może nawet imprezowy) sznyt krążka z 1995 roku. Tak jak cała reszta dyskografii Sentenced starzeje się przecież całkiem nieźle, ale chyba słabiej jednak od Amok. Myślę bowiem że jej ponad trendziarski charakter i autentyczny żywioł umacnia przekonanie, iż nic oprócz zespołowej potrzeby napisania albumu takiego jakiego "właśnie my potrzebujemy" (inaczej że powstać powinien materiał intuicyjny, a nie wykalkulowany) żadne inne ciśnienie ze strony fanów na zespół wpływu nie miało. Ponadto brzmienie wyraziste, mocne akcentowanie roli basu, bębny łomocące i riffy zadziorne, a przebojowe, to wraz z gardłowym niedźwiedzim rykiem (śpiewa, a ryczy :)) najfajniejsze w trójce. Może i byli wówczas nazywani deathowym Iron Maiden, ale ten przydomek pasował do nich myślę mniej zasłużenie, niż do In Flames na wysokości The Jester Race (1996). Tak jak w przypadku Szwedów melodyjne wiosłowanie było fundamentem ich ówczesnej atrakcyjności, tak za cholerę nie przyjmuję argumentu, że solówki na Amok stanowiły o jego charakterze. Amok to rock'n'rollowa swoboda i bezkompromisowość ożeniona ze świadomą żonglerką heavy-thrashowymi zagrywkami i doprawiona przekorną fińską deprechą. A nie jakąś odgrzewaną w puszce nad ogniskiem nową falą brytyjskiego heavy metalu - jak się zwykło uznawać. ;) 

P.S. Do kumatych retoryczne pytanie! Kto to kilka lat później z prędkością światła gitarowo galopował i skopiował motywy klawiszowe z Moon Magic, czyniąc je znakiem rozpoznawczym "swojego" stylu?  

wtorek, 20 lipca 2021

Amorphis - Far from the Sun (2003)

 


Far from the Sun spostrzegam dziś jako krążek kuriozum. Album w którym łączą się po latach odsłuchów wciąż odczuwalne witalne muzyczne emocje, tkwiące wyraźne w doskonałych kompozycjach, z wyczuwalnym jednocześnie zmęczeniem materiału - w sensie zaistnienia w owym czasie problemów personalnych w obozie zespołu. Jakiś czas po nagraniu Far from the Sun odszedł/wyleciał Pasi Koskinen i tym samym uznaję, iż najlepszy okres w historii grupy został domknięty. Niby w takiej sytuacji materiał powinien się nie kleić, bo współpraca pozbawiona chemii opór twórczej robocie stawia, a ku zaskoczeniu się klei - i to znakomicie. Kompozycje żyją tą charakterystyczna fińską melodyką jak za czasów wielkiej Elegy, czyniąc pośrednio uzyskany efekt wielobarwnym, a swoboda aranżacyjna wysoce zróżnicowanym. Utwory fantastycznie spajają w sobie dynamikę i moc wspomnianej Elegy, ze zdecydowanie bardziej zwiewną charakterystyką Tuoneli i Am Universum. Dzięki czemu powstał album niezwykle esencjonalny dla stylu ekipy powstałej na początku lat dziewięćdziesiątych w Helsinkach. Album wizytówka - wyrazisty i melancholijny zarazem, źródło radości i refleksji. :) Niestety wysoki potencjał został stłamszony przez mało profesjonalną postawę wielkiej wytwórni, której fatalna dystrybucja położyła promocję i odebrała szansę rozwoju. Podpisanie papierów z Pomaton/EMI miało otworzyć szeroko drzwi do mainstreamowej kariery, a jak się okazało w praktyce skazało poniekąd grupę na kryzys i zmusiło do nowego (niekoniecznie mimo doskonałego startu - Eclipse) udanego otwarcia. Nie pierwszy to przykład sytuacji ułatwiająco-utrudniającej karierę, kiedy wzrastał apetyt na coś więcej niż li tylko stricte metalowe powodzenie. Niewielu się udało, niewielu uważam jednak powinno w ogóle próbować. 

poniedziałek, 19 lipca 2021

Paradise Lost - One Second (1997)

 


Zainspirowany (a gdzie tam!), szalenie poirytowany po usłyszeniu kilka tygodni temu koncertowej wersji (tak, w nowej, ojej jakiej brutalnej aranżacji) tytułowego numeru z krążka wydanego (tak, nie wierzę) prawie ćwierć wieku temu, zagoniłem swoje dupsko przed ekran komputera, założyłem na uszy słuchawki i sprawdziłem (bo lata tego longa nie słuchałem) czy One Second to taki słaby był już wtedy kiedy premierę swą celebrował. Donoszę po odsłuchu dzięki internetowej sieci odbytym (nie mogę do dzisiaj znaleźć cdr-a - kasetę puściłem szmat czasu temu w drugi obieg), że Paradise Lost spieprzyli ten numer po całości, bo jak sobie w międzyczasie przypomniałem kiedy oryginał się "kręcił", że bardzo, ale to bardzo przyzwoita była to płyta. No ona oczywiście startu nie ma do Icon czy Draconian Times, ale nawet jeśli poprzez swoją szokującą na owy czas nowoczesną formułę (he depeszowe inklinacje nowoczesne) jest tak czy inaczej zawodem, to (o litości) nie brzmi tak słabo jak ta "odświeżona" wersja z At the Mill. One Second bowiem jako całość posiada swój unikalny charakter i w takiej klawiszowej estetyce wypada znakomicie, kiedy właśnie pozbawiona zostaje gitarowej brutalności i buduje swoją istotę na popowej aparycji. Ponadto każda kolejna kompozycja jaka znalazła miejsce na One Second idealnie wpisana została w ten rodzący się jednocześnie, eksplodujący i gasnący na kontrowersyjnym (nie znaczy że jakościowo słabym) Host trend "paradajsowego depeszowania". Gdyby tak usunąć z niej (bądź mocno ograniczyć) gitarowe akcje, byłaby idealnie korespondującym z Host materiałem, stąd absolutnie żaden z dwunastu kawałków nie powinien być maltretowany quasi death-doomowymi aranżacjami, bo to zwyczajnie nie fair w stosunku do samego albumu, ale i pokaz barku szacunku dla własnej spuścizny. Rzekłem!

P.S. Tekst napisałem, a potem One Second mi się w nocy śniło. Tak prawie jeden do jednego (no gdyby nie prawie tuzin chorych akcji - jak to w snach) przypominając obrazy kiedy jako (na własne życzenie) marginalizujący się towarzysko dwudziestolatek zajeżdżałem taśmę na przystosowanym do ingerencji w głowicę decku i nie dałbym wtedy złego słowa o OS powiedzieć - chociaż świadomość że to już koniec pewnej epoki w karierze PL we mnie dojrzewała. Podejrzewam że ten sen to było ostrzeżenie, może tylko przypomnienie, abym do gówniarskich słabości bezwstydnie się przyznawał. Abym nie wycinał z życiorysu tego co mnie ukształtowało. :)

piątek, 16 lipca 2021

Lars and the Real Girl / Miłość Larsa (2007) - Craig Gillespie

 


Ja nie wiedziałem (gdybym wiedział nic by to nie zmieniło :)), że zanim Spike Jonez nakręcił urzekający film o relacji uczuciowej wycofanego mężczyzny z systemem operacyjnym (Her), to kilka lat wcześniej Craig Gillespie (ten od przebojowego I, Tonya) podjął odważny temat relacji wycofanego faceta z manekinem (proszę nie nazywać jej seks lalą!). Poza tym do zagrania głównej roli namówił mega gwiazdę, aktora którego zawodowy image daleki jest i już wtedy był przecież, od wzorca nieśmiałości. Co więcej ten hajpowy aktor zaprezentował się tu fantastycznie, co podkreślam z wielkim entuzjazmem, gdyż w jego interpretacji wiarygodność postaci jest porażająco autentyczna i zresztą cały projekt poprowadzony z ogromną intuicją i wrażliwością, tak na brawurowej granicy zaangażowanej obyczajówki i abstrakcyjnej komedii, mimo stylistycznych wyzwań i merytorycznej ambicji jest wręcz hipnotyzująco absorbujący i do głębi prawdziwy. Żart w nim jest czarująco wysmakowany, a temat zgłębiony z pietyzmem i subtelnością. Kapitalny, bowiem złożony scenariusz Nancy Oliver, znakomicie i co istotne bardzo przejrzyście sugestywnie analizujący skomplikowaną sytuację – nie tracący z pola uwagi wszelkich eterycznych determinantów, zmiennych i innych arcyważnych dyskretnych okoliczności. Na poważnie i z przymrużeniem oka, dojrzale i błyskotliwie, biorąc pod uwagę także realizacyjne warsztatowe niuanse i stworzenie intrygującego ciepłego duchowego klimatu opowieści zlokalizowanej w bardzo chłodnym klimacie prowincjonalnej lokalnej społeczności. Nie szczędzący trafionych zawsze w punkt detali, cudnej nuty w tle i mnóstwa niebanalnego wzruszenia. Czyste złoto! Oczywiście maksymalnie subiektywnie. :)

środa, 14 lipca 2021

Times of Grace - The Hymn of a Broken Man (2011)

 


O tym, że kiedyś przez chwilę w tej płycie się zasłuchiwałem przypomniały mi właściwie dopiero wzmianki, iż ekipa za jej powstanie odpowiedzialna postanowiła po latach powrócić i nagrać kolejny krążek. Zaskakująca decyzja, gdyż jak fani muzycznej twórczości Adama Dutkiewicza doskonale wiedzą, powodem powstania debiutu Times of Grace było spotkanie owego z pierwszym wokalistą Killswitch Engage i pomysł, aby odświeżenie relacji przypieczętować nagraniem wspólnego albumu. Tak się chłopaki nią nawzajem podjarali i tak kapitalnie podczas pracy nad The Hymn of a Broken Man bawili, że wkrótce ze składu KE wypadł Howard Jones, a jego miejsce zajął właśnie Jesse'y Leach. To tak zwięźle o kontekście, okolicznościach w jakich coś fajnego się zaczęło i w tym układzie duetu naturalnie skończyło. Pytanie jednak na dzisiaj brzmi - po cholerę nagrywać nutę tak bliźniaczo podobną do współczesnego oblicza KE? W dodatku kiedy krążki tej pierwotnej ekipy powstają regularnie i chyba roboty przy ich pisaniu, nagrywaniu, a później promocji metal core'owym amerykanom nie brakuje. He he, to chyba proste, jasne że pandemia, brak tras = co ze sobą w czterech ścianach zrobić? Ano można wskrzesić ToG, o czym już konkretne wkrótce, kiedy na rynku sukcesorka się pojawi. Teraz w ramach archiwizacyjnych kilka słów najprawdziwszej prawdy o The Hymn of a Broken Man. Albumie ogólnie nawet odrobinę nie odstającym od estetyki Killswitch Engage, a w szczegółach (gdyby poszukać, więcej poszperać w detalach i nieco naciągnąć rzeczywistość do potrzeb usprawiedliwienia) może nieco inny, bo w większości numerów mniej agresywny, brutalny, ale tak samo w refrenach romantycznie przesłodzony. :) Więcej dodając, subtelniejszy, jeszcze bardziej przyjazny dla list przebojów i tutaj pełna powaga - miło zaskakujący chwytliwym, lecz czysto rockowo sznytem. Poza tym wszystko trzyma wysoki wykonawczy poziom i jednak przez pryzmat charakterystyki wokalnej opartej na wykorzystaniu kontrastu pomiędzy krzykiem, a czystymi zaśpiewami, niczym nie różniący się od tego co już później z Jesse'ym w składzie KE, ale i z Howardem za mikrofonem powstało. Zwyczajnie można by śmiało zamiast logo Times of Grace wtłoczyć w kopertę logo Killswitch Engage i nikt nie mógł mieć pretensji. Pytam zatem retorycznie - po cholerę wydają Songs of Loss and Separation? Podejrzewam (uwaga żart), że trzymają jakiegoś asa w rękawie.

wtorek, 13 lipca 2021

Una ventana al mar / Okno na morze (2019) - Miguel Ángel Jiménez

 

Wysublimowane, pozbawione zbędnych ozdobników europejskie kino. Kino stonowane emocjonalnie, odarte z teatralnej egzaltacji, czy spektakularnych zagrywek mających na celu zastosowanie skutecznego emocjonalnego szantażu. Emocje oczywiście pełnią w nim najbardziej istotną rolę, ale to ich wiarygodnie wyeksponowany puls wewnętrzny wyznacza zakres oddziaływania, więc odczytywanie ich znaczenia i wpływ na widza jest właśnie wyrafinowanie prawdziwy. Historia rozpoczyna się od dramatycznej diagnozy, dryfując niespiesznie od punktu zwrotnego do kulminacji w postaci odnalezienia zaskakującego przełomu i spełnienia w bliskości. Bowiem Okno na morze, to film możliwie owocnie uciekający od sztampy w której tragedia osobista musi potwornie dołować, a reżyser maksymalnie wyciskać z niej potencjał łzawy. Tutaj jest inaczej i mimo że reperkusje choroby odciskają swoje niezacieralne przecież piętno, to okoliczności miejsca i otaczającej je przyrody, pozwalają cieszyć się tą częścią życia, którą los jeszcze pozostawia. Choć co tu oszukiwać, nie jest łatwo, jest momentami tak jak w rzeczywistości bardzo dramatycznie. Bo fizyczne cierpienie, bo rodzina, bo w końcu niestety tuż tuż kres. Dobre emocjonalne kino uwrażliwia, czyni człowieka lepszym. Nie musi być wybitne, aby być mu za to wdzięcznym. 

poniedziałek, 12 lipca 2021

La Gomera (2019) - Corneliu Porumboiu

 

Jak film zaczyna się kultowym numerem Iggy’ego Popa, to zrazu sympatię już na starcie sobie zjednuje. Łatwiej mu od początku na zdobycie uznania lub z drugiej strony takie zapożyczenie może nieufnie powściągliwość wywołać, że niby arogancja jakiegoś tam anonimowego reżysera z zaściankowej części Europy, wspartego funduszami francuskimi i niemieckimi (koprodukcja) do głosu dochodzi. :) Nie przedłużając wstępu donoszę, iż wyszła rumuńskiemu kierownikowi tego wątpliwego jakościowo i merytorycznie zamieszania, trochę nijaka (w założeniach zapewne intrygująca, bo he he to, bo tamto) opowieść o pracy policyjnego tajniaka. Zamknięta w krótkich monotonnych rozdziałach, bez większego polotu wizjonerskiego nakręcona, przyznaję ambitna, bo unikająca prostackich rozwiązań produkcja o korupcyjnej pajęczynie w grze pomiędzy stróżami prawa, a zorganizowanymi w dużą grupę przestępcami. Bez dobrego tempa, w miarę jasnej struktury i treści którą można by rozkminić bez potrzeby wielokrotnego przewijania, kiedy wciąż pojawia się pytanie o co chodzi. Myślę że aspirująca do kategorii sztuki wyrafinowanej i ze względu na zdjęcia byłbym skłonny nawet ją ostrożnie komplementować, lecz właśnie brak dynamiki i jakaś taka pretensjonalnie zadumana forma mnie przed tym powstrzymuje. Patrzy się na te dopieszczone sceny  dobrze i wpływ pośredni mają na to wrażenie powabne aktorki, ale jedno atrakcyjna wizualna precyzja, drugie scenariusz. On akurat nie rzuca na kolana, nawet gdyby założyć że jego mozolna specyfika podporządkowana została ambicji nakręcenia może tragifarsy kryminalnej, może dramatu sensacyjnego bez fajerwerków w akcji - w sensie rezygnujemy z dynamiki, koncentrujemy się na klimacie. Niby na zwolennika "mniej znaczy więcej" powinno zadziałać, a niestety na mnie nie zadziałało. Słabe kompletnie to to nie jest, tak samo jak nie dorasta do nawet połowy poziomu największych ikon gatunku. Przeleciało, a zakładam że takich ograniczonych do poprawności reakcji wzbudzić nie miało. Miało myślę zaintrygować, wessać i zahipnotyzować, pozostając w pamięci przynajmniej do momentu obejrzenia innej produkcji w takim gatunku, a to zupełnie się nie udało, mimo ze fragmentami światełko w tunelu się na króciutką chwilę zapalało.

P.S. Krytykom z Warszawy bardzo się podobało. Krytycy z Warszawy piszą że KOCHAJĄ!

piątek, 9 lipca 2021

Karin Park - Church of Imagination (2020)

 


Co się urodzi gdy mainstreamowa, stylistycznie popowa, ale o wielkim potencjale twórczym artystka, na bardzo poważnie zwiąże się muzycznie (w sensie zawodowo) i uczuciowym (w sensie relacji małżeńskiej) z doświadczonym życiowo undergroundowym artystą o duszy niespokojnej i twórczości tak ambitnej, że przez większość społeczeństwa niezrozumiałej i tym samym ignorowanej? Odpowiadam raz żartobliwie, że urodzi się z tej relacji uczuciowej bobas, a poważnie powstaną wręcz genialne albumy w dwóch obozach. Współpraca bowiem Karin Park i Kjetila Nernesa w drugim rzucie pozwoliła nagrać Norwegian Gothic Årabrot i chwilę wcześniej właśnie Church of Imagination sygnowany jako solowy album Karin. Tak jak w przypadku ich już teraz wspólnej formacji, artystyczna symbioza pozwoliła napisać kompozycje w duecie, tak chyba w przypadku solowej płyty piękniejszej części tej ekscytującej pary, to utwory wypływające spod pióra Karin były li tylko inspirowane wzajemnym przepływem natchnienia i wrażliwych muzycznie duszy podpowiedziami. Domniemam tak, gdyż odsłuch dwóch poprzednich krążków małżonki wokalisty Årabrot zdradza prawidłowość taką oto, że w bezpośredniej konfrontacji Church of Imagination zasługuje na przymiotnik dzieło wybitne, a albumy poprzedniczki tylko na określenia obiecujące, ale bardziej pasujące do profilu popowego przeboju, niż ponadgatunkowej perełki. Ta perełka to nie odbierając jej wartości świeżości, rzecz jasna oparta na znanych muzycznych fundamentach estetycznych, ale w sposób zjawiskowy eksplorująca te tereny dźwiękowe które ogólnie natchnionym trip-hopem, synth-popem, czy też podbitym wyszukaną elektroniką i wysmakowanym użyciem instrumentów klasycznych mrocznym soulem można z powodzeniem nazywać. Każda z właściwych kompozycji posiada własne, osobne uniwersum kapitalnej symbiozy fantastycznych linii wokalnych i pełnej wyobraźni, choć minimalistycznej aranżacji dźwiękowych plam, których korzenie tkwią w etnicznej rytmice i ambientowej wrażliwości. Ponadto sfera liryczna i jej wizualne dopełnienie w postaci znakomitych video klipów do Empire Rising i Blue Roses osadzonych w poetyce szamańskiej, z wyborną nietuzinkową i niekonwencjonalną choreografią zachęcają by kosztować je w tym spójnym zestawieniu ustawicznie i w uniesieniu. Karin, jak skromne źródła jednak donoszą, sporą karierę w Skandynawii zdołała już zrobić, a jej osiągnięcia to prócz list przebojów także szacunek w branży. Artystki świadomej, artystki ambitnej, artystki wielce utalentowanej ona synonimem i basta. 

czwartek, 8 lipca 2021

Gli anni più belli / Najlepsze lata (2020) - Gabriele Muccino

 


Czuję się tylko umiarkowanym zwolennikiem reżyserskiego talentu Gabrielle Muccino, gdyż ten włoski filmowiec znany w szerszym światowym kontekście miał swoje dwa hollywoodzkie epizody, które całkiem sporą popularność zdobyły, lecz mimo wysokiej jakości trudno je było nazwać dziełami. Ostatnio jednak Muccino kręci w swojej ojczyźnie i szczególnie za sprawą bardzo zgrabnej opowieści o włoskiej rodzinie z roku 2018-ego (A casa tutti bene) rozbudził moją większą dla niego sympatię. Zatem kiedy zauważyłem informację, że coś nowego jest sygnowane jego nazwiskiem, to niezwłocznie chciałem sprawdzić i jak widać sprawdziłem, czy warto i czy podtrzymał dobrą minimalistyczną tendencję wzrostową. I tu cholera zamiast pełnej satysfakcji poczułem drobne rozczarowanie, bo Najlepsze lata jako retrospekcyjna obyczajówka z dramatycznymi podtekstami okazała się tylko poprawna, a we fragmentach dość nużąco zwyczajna, czy też szczególnie w pierwszej fazie irytująco przez wzgląd na włoską krzykliwość i zbyt intensywne tempo pusta. W założeniach zapewne miało wyjść po części epicko (bo historia przefruwa przez kilka dekad), dramatycznie (bo fabuła ma sporo zakrętów), poważnie (gdyż traktuje o prawdziwym życiu), jak i rozrywkowo (gdyż formuła ma swoją lekką także charakterystykę). Wyszło jednak tak, że historia dorastania, dojrzewania i karier zawodowych kilku przyjaciół opowiedziana wprost do kamery z perspektywy lat i osadzona w znanym (w sensie kojarzącym się, a nie dosłownym) tle społeczno-historycznym wypada po prostu bardzo chaotycznie. Nie pomaga jej pomysł by korzystając ze skrajnych ścieżek stylistycznych zespolić je w bardzo klasycznie świadomą formę. Ta forsowana przez doświadczonego Włocha forma bowiem ma wadę, a nią to, że nie lepi się mnie jako widzowi, a rozjeżdża i trudno tak bezgranicznie pozwolić wkręcić się w jej klimat. Jest to w mym zasadniczym odczuciu film nieprzekonujący i słabo na emocje oddziałujący, a przecież powinno być zgoła inaczej. Można rzecz jasna wyczytać z niego oczywistości o przemianie (tu podaje szybkie spostrzeżenia) - od lekkoducha naiwniaka do cynika, od romantyka do introwertycznego zgorzknialca, czy od rozpuszczonego dzieciaka do moralizującego aktywisty frustrata i wszystko z perspektywy mijającego czasu. Można też odczytać zaproponowaną historię wprost jako pozbawioną głębszej filozofii i psychologii, nastawioną na uniwersalnie proste doznania opowieść o krętych ścieżkach życia postaci, które dostarczają bohaterom doświadczeń wiele i te osobiste przeżycia odciskają na nich piętno, uczą wytrwałości poprzez praktykę zmagania się z konsekwencjami i prozaicznie mieszają w ich osobowościach, lecz tak naprawdę fundamentu nie naruszają - stąd wystarczy właściwy impuls by odnajdowali w sobie tą szczeniacką prawdę o sobie. Ale taka głęboka interpretacja myślę nie pasuje po prostu do efektu estetycznego jaki w praktyce uzyskał Muccino. Z drugiej strony jest w tej jego interpretacji jakieś swobodne piękno, co naturalne typowo włoska celebracja życia, także tragikomizm, który posiłkuje się ponadindywidualnymi emocjami i uczucia wyższego rzędu też wywołuje. Trzeba tylko postarać przestawić się na inne niż środkowoeuropejskie spojrzenie - na inną niż wstrzemięźliwą ekspresyjnie perspektywę. Może chodzi właśnie o tą optykę łatwiej człowieka uszczęśliwiającą. Wówczas (jeśli bym to uczynił) to po seansie nie byłbym już tak trochę więcej niż odrobinę rozczarowany. 

środa, 7 lipca 2021

Le bonheur des uns... / Małe szczęścia (2020) - Daniel Cohen

 

Ach Ci Francuzi, oni są tacy wyjątkowo zabawni i jak kręcą komedię obyczajową, to mus aby była zagrana ze specyficzną dla tej nacji i jej tradycji aktorską manierą. Z tą przesadą mentalną, z tymi charakterystycznymi potoczystymi dialogami i w odróżnieniu od włoskich sąsiadów przewagą plastycznej mimiki (przewracanie oczami, ustawiczne grymasy) nad bogatą gestykulacją. Stąd takie kino się lubi, bądź takiego kina się  nie znosi - bo chyba trudno tu o brak zdecydowanej reakcji? Dlatego też nie będąc fanem komedii francuskiej, nawet jeśli Małe szczęścia kilkukrotnie mnie tymi powyższymi cechami rozśmieszyły i także (a co :)) rozbawiły walorem dobrego inteligentnego, choć nie mega wystrzałowego żartu sytuacyjnego, to... he he jestem na tak. Bo pomimo wszystko i wbrew temu iż ta immanentna dla francuskiej obyczajówki „z jajem” czasem wręcz histeryczna ekscytacja bohaterów, zawarta w często wariackiej formie stylistycznej nieco irytuje, a półpustka merytoryczna forsowana na coś wielce zajmującego przynudza, to w sumie jak ktoś ma ochotę na niegłupie i niezobowiązujące kino na wakacyjne późne popołudnie, to polecam. Dobra, przyznaję też że temat miał coś w sobie - myślę tu że oprócz pewnej prawdy życiowej i podstawionego pod nos lustra dla zachodniej mieszczańskiej Europy, przede wszystkim nieco większy potencjał. 

poniedziałek, 5 lipca 2021

Go Ahead And Die - Go Ahead And Die (2021)



 
Już dawno zarzuciełm próby nadążania za pomysłami powiązanymi z nowymi kapelami, jakimi niewątpliwie tryska starszy z braci Cavalera. Ktoś mógłby go nazwać pracoholikiem, ktoś inny może śmiało ferować diagnozy, że ta nadaktywność świadczy iż coś z nim nie do końca jest ok, a jeszcze ktoś inny nie bez przyczyny odważyć się na przekonanie, iż tym sposobem zamiast dostawać co dwa/trzy lata jeden/dwa albumy kompletne, to dostajemy z obozów Maxa często półprodukty, nie do końca spełniające oczekiwania, a tylko z rzadka (i to kiedy ma naprawdę klasowych współpracowników) krąąki jakościowo "hi-endowe". Teraz akurat Max promuje Go Ahead And Die i jest to kapela stworzona z własnym synem - tym razem chyba tym młodszym (starszy młody bębni aktualnie w Soulfly). Synem udzielającym się w tym tercecie na basie - tercecie uzupełnionym perkusistą Zachem Colemanem. Stąd od pierwszych informacji o nowym szyldzie nie kipiałem entuzjazmem i byłem zwyczajnie absolutnie pozbawiony większych oczekiwań. Tak jak zakładałem, powstał krążek tylko poprawny, może z kilkoma bardzo fajnymi fragmentami. Album o thrash-core'owej charakterystyce z deathowymi inklinacjami - z motorycznym napędem i brudnym, dość prymitywnym brzmieniem. Krążek który to postawiony obok klasyków gatunku nie przynosi wstydu, ale też w bezpośredniej konfrontacji (nie posiadając oczywiście wysokiego statusu latami budowanego) nie jest w stanie im podskoczyć. Mówi się o inspiracjach Carcass i Napalm Death, ale chyba więcej w tym surowym graniu jednak podbitego punkiem thrashu, niż akurat brutalnego death metalu czy tym bardziej miażdżącego grindu. Nie stwierdzę po kilku zaledwie odsłuchach że ogólnie po co? Nie napiszę też tym bardziej że bez sensu. Przyjmuje debiut Go Ahead And Die z przekonaniem że jak Max lubi to niech sobie pisze i nagrywa, a ja nie muszę się ekscytować, tym bardziej nie powinienem go też za prorodzinne akcje ganić. Szczególnie kiedy w tych riffach wciąż przyzwoicie rzeźbić potrafi, a i głosu odpowiednio szorstkiego dać umie. 

sobota, 3 lipca 2021

1492: Conquest of Paradise / 1492: Wyprawa do raju (1992) - Ridley Scott

 


Na otwarcie seansu scena niewiarygodnego okrucieństwa i symboliczne zakreślenie tła kontekstowego, szerokich okoliczności w jakich Kolumb musiał przekonać twardogłowych kościelnych dygnitarzy i będących pod ich wpływem ówczesnych władców oraz możnych do pomysłu kosztownej wyprawy eksploracyjnej. Hierarchowie oczywiście byli niereformowalni - tezy o rozwijaniu wiedzy praktycznej do nich nie przemawiały. Przemówić mogły jedynie argumenty wielkości i bogactwa, jakie mogła ona przynieść oraz podstęp, szczwany plan realizujący ich interesy. Z Kolumba Krzysztofa jednak uparty był człowiek, który łączył niezależny umysł z ogromną pasją i determinacją oraz był biegły w przebiegłym targowaniu się, co z kolei było wypadkową pewności siebie graniczącej wręcz z arogancją. W tej roli obsadzono mega charakterystycznego Gérarda Depardieu - już wówczas bardzo dalekiego od dobrej formy fizycznej (znaczy zapasionego), ale oprócz cieszącego się uznaniem w branży, także wciąż całkiem sprawnego warsztatowo i tym samym niedoprowadzającego na szczęście przedsięwzięcia do spektakularnego fiaska. Ryzyko dla Ridley'a Scotta jednak istniało (krytyka gatunku ogólnie nie rozpieszcza, publiczność kinowa bywa w temacie podzielona), bowiem filmy historyczne, innymi słowy epickie produkcje kostiumowe mają ten feler, że trudno w ich realizacji o oryginalność formy, bo wszystko tu musi się zgadzać nie tylko względem znanej prawdy historycznej, ale skupić znakomicie na odtworzeniu jak najbardziej realnie ówczesnej rzeczywistości. Nie ma zatem miejsca na brawurowe kombinacje, a narracja musi być przejrzysta i jak za rączkę prowadzić widza przez historyczne zawiłości polityczno-społeczne, z uwzględnieniem oczywiście mentalności z epoki. Taki też okazał się ten obraz (jeden z wielu filmów) Ridley'a Scotta. Obraz koncentrujący się na czytelności przekazu, odwołujący koniecznie do elementarnej wiedzy jaką widz posiada, a jeśli nie posiada to będzie zwyczajnie mógł w pozorny tylko sposób czerpać z seansu. Będzie wówczas tylko zwracał uwagę na to, co fasada ukazuje, a pod nią bynajmniej nie będzie w stanie zajrzeć. Zachwyci się być może (jeśli w miarę wrażliwy) cechami wizualnymi, porwie go pełna patosu oprawa muzyczna Vangelisa (ona akurat po premierze największa furorę zrobiła), ale nie będzie się zastanawiał, co z czego wynika i dlaczego wydarzenia przybrały taki obrót jaki przybrały. Bowiem produkcje o charakterze biograficzno-historycznym, a w szczególności te które sięgają głęboko w przeszłość, są hermetyczne i mają fundamentalne ograniczenia, a bez względu ile się wpompuje w nie milionów zielonych banknotów, to powyżej schematycznej odtwórczości się nie podskoczy. Kostiumowe przygody mogą jedynie zachwycać jako fenomenalne rzemieślnicze prace i może jeszcze ekscytować egzotyką wraz z rozmachem. Jeśli komuś w kinie to wystarcza to będzie kontent. Jeśli lubi natomiast doświadczać świeżego spojrzenia, być zaskakiwany i nawet gubić się w pomysłach podpowiadanych przez wyobraźnię twórców, to może się nudzić bądź nawet męczyć podczas projekcji. Najlepiej jednak jeśli widz jest świadomy cech charakterystycznych gatunku i estetyki, gdyż wtedy będzie przygotowany i nie będzie oczekiwał twistowego odbicia od klasycznej formuły. Ja przynajmniej do tego rodzaju prawideł staram się zawsze zaadaptować, kiedy taka estetyka na ekran mi wjeżdża. Dostosowywać wymagania i nie żądać więcej niż jest mi w stanie twórca zaoferować. Także „ten tego” Conquest of Paradise jako świetne rzemieślnicze kino szanuje, choć wolę bardziej te stylistyki, które znacznie więcej swobody reżyserowi i scenarzyście oferują. Wreszcie mimo że Ridley Scott kilku wpadek w karierze nie uniknął, to jako jeden z reżyserów którzy w różnych gatunkach filmowych sukces odnosili, poszczycić się może niepodważalnym wyczynem jakim fakt, iż kino kostiumowe częściej li tylko zazwyczaj solidnie mu wychodziło. Ten nieprzesadnie udramatyzowany fresk historyczny jest chyba głównym tej tezy potwierdzeniem.

P.S. W powyższym tekście nie znalazło się słowo krytyki odnośnie cywilizacyjnej odpowiedzialności i moralnych konsekwencji eksploracji nowego lądu. Gdybym bowiem o tym napisał, to nomen omen nie odkryłbym przecież Ameryki. :)

Drukuj