czwartek, 13 stycznia 2022

The Tender Bar / Bar dobrych ludzi (2021) - George Clooney

 

Historie wprost z życia i jeśli jeszcze to historie rodzinne, to jest to moja ulubiona kategoria filmowa. Oczywiście oprócz kilku innych, czyli włoskiej gangsterki, amerykańskiego boksu, czy wszystkich tych przekozacznych filmów spod znaku twórczości takich współczesnych tuzów jak Paul Thomas Anderson, Yorgos Lanthimos, Tom Ford i im podobnych. :) Ale to prywatne wyznanie nie jest w tym momencie najważniejsze i nawet mega ważne nie jest, że w najnowszym filmie George'a Clooney'a wszystko jest na miejscu i można podczas jego seansu poczuć się fajnie i błogo. Najbardziej rzucająca w oczy i istotna jest bowiem milutka dla oka rola Bena Afflecka, który karze mi tym samym odszczekać tu natychmiast, że jest totalnym aktorskim drewnem. Wujek Charlie w jego wykonaniu jest po prostu gigant - świetny kumpel i znakomity ojciec z recyklingu. Nauczony życia przez doświadczenie prowadzenia baru, potrafiący słuchać, wyciągać wnioski i dawać praktyczne rady. Fartem to fantastyczny ojciec w miejsce ojca, który więcej by popsuł swoją obecnością niż pożytku z niego by było. Dzięki nie tylko świetnej kreacji wujka Charliego opowieść o niezwykle zwykłym dorastaniu "Dżej Ara", powstała na podstawie autentycznych dzienników, jest w aktorskim wydaniu imponująco prawdziwa. Fajny też jest klimat tych zwariowanych lat przełomu 70/80 i fajne są fury brzmiące jak prawdziwe samochody, a nie nowoczesne elektryczne maszynki do czegoś nieprzydatnego i w ogóle to ich drzwi nie zamykają się na jakiś pozbawiony charakteru click. Ponadto, pisząc do do bólu poważnie jego wydźwięk terapeutyczny to wielka wartość dodana, a feel good movie charakter idealny na samopoczucia poprawę. Piękny i prosty, bo bliski sercu, posiłkujący się obrazowo rockowymi standardami dla uatrakcyjnienia klasycznej w formie narracji, film o poszukiwaniu tożsamości i autorytetu. O porzuceniu i zagospodarowaniu pustki, dzięki temu szczęśliwemu (nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło) wykonywania obowiązków rodzicielskich przez biologicznego Pana Ojca. Taka poniekąd druga Elegia dla bidoków ogólnie - takie szybkie i bardzo aktualne skojarzenie mam, że niedawno coś podobnego (nie dosłownie) było i było całkiem niezłe, a to jest chyba nawet i lepsze, pomimo że momentami nierówne i szczerze pisząc tak klasyczne, że może i delikatnie wtórne. Dzięki fajnie zwyczajnemu The Tender Bar George Clooney w kategorii reżyser odbił się od dna prawie ono osiągając bardzo niedawno, za sprawą Nieba o północy. A to już stanowi wielki plus i całkiem myślę konkretną rekomendację.

środa, 12 stycznia 2022

Amator (1979) - Krzysztof Kieślowski

 


Wchodzę w to! Odpowiednio przygotowany czy nie, wchodzę w to i porywam się na pisanie o filmach Krzysztofa Kieślowskiego, mając na trwałe już wmontowane z tyłu głowy przekonanie że to sztuka zbyt dla mnie wyrafinowana. Ale co zrobić, archiwum pragnę uzupełniać, więc działam. :) Amator na początek i Jerzy Stuhr, aktor wówczas na totalnym topie i aktor jak zdarza mi się przekonywać z każdą kolejną jego rolą wnikliwie analizowaną dość jednowymiarowy, przez co tak charakterystyczny że często sama jego obecność w obsadzie nazbyt decyduje o specyfice filmu. Stuhr u Kieślowskiego, u Falka czy też w dalszej perspektywie kariery sam u siebie, to ta jednakowa maniera i cała charakterologiczna osnowa, a to chyba słabo. Słabo też wówczas, gdy reżyser z własnym artystycznym sznytem, a poza Jerzego Stuhra niczym kalkomania tylko nieco innymi barwami czy charakterem kreski podkolorowana. Nie inaczej jest u Krzysztofa Kieślowskiego, choć symptomatyczna osobowość twórcza na tworzywie odciska rzecz jasna względnie silne autorskie piętno, dodając lub jak jeszcze wówczas można założyć było możliwe, że kształtuje istotę gry aktorskiej młodego Stuhra. Fabuła Amatora zaś jest doskonale znana i nie ma potrzeby oczywiście abym nawet w streszczeniu próbował ją opisywać, bowiem nie jest i nie było nigdy moją intencją opowiadać o filmach poprzez posiłkowanie się skrótowcami wyrwanymi ze scenariusza, a bardziej zależało i wciąż mi zależy na w miarę liczę ciekawym dostrzeganiu intencji i motywacji artystów, którzy ów produkt własnej wyobraźni i intelektu do osobistej interpretacji przekazują. Amatora zatem spostrzegam jako aktualną i rozbudowaną (jak się okazuję nie tylko w czasach powstania) wypowiedź artystyczną, ukrytą niejako za pewnym sztafażem z ludzkich portretów, których różnorodność losów i wzajemne wpływanie oraz przenikanie, staje się pretekstem do głębszych niż tylko fasadowe przemyślenia o kondycji człowieka uwikłanego w oddziaływania konkretnych obyczajowych i politycznych norm i struktur. W ten sposób tytułowy Amator filmując otaczające życie, nieświadomie rejestruje te jego cechy które dopiero upływ czasu i ekran pozwala rozpoznać. Filip Mosz inicjuje tym samym w sobie przemianę aspirującą do wyższego poziomu świadomości, tak samo jak Kieślowski opisując fragmenty rzeczywistości społecznej, stara się wywrzeć wpływ na widza, prowokując go do własnych przemyśleń i wniosków, pozwalających podnieść mu własne kompetencje percepcyjne i opiniotwórcze. Filmy Kieślowskiego, twórcy ambitnego i niezwykle świadomego niosą ze sobą ogromne bogactwo przedstawianych sytuacji i postaci, a ich cechą fundamentalną jest ich autentyczność, która wraz z mędrca szkiełkiem i okiem pozwala widzieć, a nie tylko patrzeć. Kieślowski jako ojciec kina moralnego niepokoju ma prawo niewątpliwie być nazywany mędrcem, bowiem jego wizja twórczości na poły zawieszona w intelektualnej pozie i na poły twardo stąpająca po gruncie, pozwala tą drugą cechę osadzoną w realizmie codzienności i zwykłych losów ludzkich poddawać błyskotliwej intelektualnie i artystycznie także wysokich lotów analizie i obróbce. Sporo tu u niego życiowych perypetii, rodzinnych, zawodowych w peerelowskich okolicznościach i z obowiązująca wówczas socjalistyczną mentalnością skonfrontowanych. Psychologiczno-socjologicznych ale również filozoficznych rozważań o istnieniu, także o przypadkiem zainicjowanej przemianie mentalnej bohatera i silnie rezonującym przesłaniu o wydźwięku społeczno-politycznym.

P.S. Jeśli stworzyłem wrażenie ze zbyt krytycznie spostrzegam aktorstwo Stuhra, to dla oddania jemu jednak zasłużonej chwały, jako aktorowi z ogromnym dorobkiem i naturalnymi właściwościami, postuluje przyznanie mu jakiejś wymyślnej nagrody za wybitną scenę picia Pepsi. Jeśli równocześnie pozwoliłem finalnie nieszczęśnikowi, który przebrnąwszy przez labirynt powyższych sformułowań i tez z pasją w chaosie udowadnianych, do końca tekstu dotarłszy pomyśleć, że tylko na starcie kokietowałem - to dziękuję, chyba najbardziej za wyrozumiałość. :)

wtorek, 11 stycznia 2022

Life of Agony - Soul Searching Sun (1997)

 


Z poczucia obowiązku, bo nie z powodu jakiejś nie wiem jakiej ogromnej przyjemności którą jakoby powrót i odsłuch Soul Searching Soul mi przynosił, do trzeciego krążka w dorobku Brooklynczyków postanowiłem na moment sięgnąć.  To ten archiwizacyjny kontekst blogowej pisaniny spowodował, iż teraz trójeczka się kręci, bo jak to pięć tylko, jak nie wszystkich sześciu albumów ze studyjnego dorobku spisałem - to się nie godzi i kropka. Nagrali pół tuzina do tej pory i tym samym zamykam powyższym wpisem historię Life of Agony, do momentu oczywiście kiedy zdecydują się z czymś świeżym i nagranym w warunkach studyjnych mnie z przyzwyczajenia, już nie pasji zainteresować. Soul Searching Soul nie miało dobrej prasy i jako trzeci, czyli możliwie najtrudniejszy w karierze każdej grupy krążek, raczej zawiodło oczekiwania fanów. Sprzedawało się jednak zakładam nieźle (nie wiem gdzie to sprawdzić), bo wówczas dostępu innego niż zakup oryginału, tudzież w sytuacji wyjątkowej stworzeniu z niej kopii nie było, a że LoA na tym etapie to była nazwa gorąca, to też wielu nabyło SSS w ciemno i dopiero wtedy mniej lub bardziej ręce załamało. A tak po prawdzie, jak pisząc tekst teraz słyszę, numery z trójeczki wcale kiepskie nie są, a ich jedyną "wadą" przesunięcie środka ciężkości nomen omen z ciężkiego core'owego riffowania na właśnie bardziej luzackie rockowe użycie gitar, w aranżacjach niewątpliwie lżejszych, ale i ciekawszych formalnie, bo nieograniczonych ramami gatunkowymi. Niestety jak się pisze hiciora i ten hicior podbija nawet popowe listy przebojów, to płyta jako całość przyjmuje takie oto bęcki od radykalnych fanów, bowiem odciska przebój piętno na ogólnym wizerunku. Stąd błyskawicznie Amerykanie z undergroundowych twardzieli stali się synonimem nieodporności na mainstreamowe pokusy i rejestrując piękne w istocie, lecz zupełnie pozbawione testosteronu My Mind is Dangerous zyskali nowych słuchaczy kosztem części starej gwardii. Niezasłużenie być może, nieodwołalnie jak się okazało i na trochę zniknęli z horyzontu, na radary powracając dopiero po ośmiu latach wydając w sumie bliższą trójce niż pierwszym dwóm płytom Broken Valley. Wszystko się zmieniło, nic już do poprzedniego stanu nie wróciło i nawet jeśli Soul... nie jest mistrzostwem świata, to nie zasługuje też na całkowite zapomnienie, szczególnie przez pryzmat zawartości numerów zbudowanych na fundamencie dobrego rocka, pośród których na wyróżnienie zasługują Weeds, Tangerine, Heroin Dreams, jak także mimo wszystko My Mind is Dangerous i bliźniaczy mu Angry Tree. 

poniedziałek, 10 stycznia 2022

C'mon C'mon (2021) - Mike Mills

 

Myślę że Joaquin Phoenix, jak nikt inny nadaje się do takich gadanych/wymruczanych intymnych produkcji. Pasuje tu jak ulał z tym swoim werbalnie "bełkotliwym" i pełnym zawieszeń stylem - znaczy charakterystycznie zdobną retoryką zatopioną w znaczonej z premedytacją pauzami rytmice. :) Ta jego maniera może irytować i mnie chyba właśnie zaczyna, ale jest też ona po coś i bez powodu nie jest przez reżyserów tak ochoczo wykorzystywana, umieszczając Phoenixa pośród najbardziej pożądanych i zapracowanych aktorów. Mike Mills, twórca zauważonych i jak się okazało trafnie docenionych przeze mnie kilka lat wcześniej 20th Century Women wiedział czego od aktora o podobnych właściwościach warsztatowych oczekuje i doskonale je w wykonaniu Phoenixa tutaj wykorzystał. Zakładam też z szacunkiem dla pracy reżysera, ale i z konieczną w tej sytuacji dla ociosania tematu z nadmiernej powagi dozą poczucia humoru, iż sama mało dynamiczna metoda narracji miała na celu wpierw wypłoszyć z kina przypadkowego widza i pozostawić wyłącznie tego, który świadomie i z obowiązkowym zaciekawieniem będzie towarzyszył tej podroży poprzez emocje wywoływane pytaniami i odpowiedziami. Mike Mills nakręcił film o uczuciach i ich wyrażaniu. O byciu ze sobą i dla siebie poświęcając czas i uwagę. O cierpliwości, wyrozumiałości i troskliwości. O pomocy i szukaniu rozwiązań w zaskakujących sytuacjach. O dorosłości ale przede wszystkim o dzieciństwie, a co za tym idzie o dojrzewaniu. O poznawaniu siebie nawzajem i potrzebie bycia zrozumianym. Film o sprawdzaniu partnera interakcji w procesie odkrywania i kształtowania nie tylko własnego ja, jak i o frustracji i złości, kontroli i wyciąganiu wniosków po tym jak w ferworze się ją utraci. Nakręcił poza wszystkim obraz czarno-biały, gdyby ktoś nie zauważył. :) Choć to nie ma większego znacznie ponadto, że ekspozycji miejsc nadaje ten fakt subtelnie charakter poetycki - a przynajmniej nie ma większego znaczenia dla jego merytorycznych atutów, którymi wielce poruszająco i empatycznie podjęta niezwykle newralgiczna problematyka. Powstało kino ważne i oparte o znakomite, mimo że manieryczne aktorstwo. Najbardziej jednak Mills na słowa uznania zasługuje, za szlachetne intencje jakie za wykonaną pracą reżysera i scenarzysty w jednej osobie się ukrywają i dobru jakie ten film wszystkim którzy poświecą mu czas oferuje. Chodzi zwyczajnie o to by znaleźć odpowiednie słowa opisujące przeżycia i nadać im konstruktywne znaczenie. A to wymaga wysiłku i otwarcia do kompletnego obnażenia swojej istoty. Zatem nie jest proste. Jest (co będę kręcił) w praktyce wręcz niewykonalne. Próbować jednak należy, dla chociażby małych przełomów komunikacyjnych.

niedziela, 9 stycznia 2022

Sentenced - Crimson (2000)

 


Uwaga, będzie ciepło o kolejnym albumie fińskich melancholików. Uwaga, bo akurat kiedy Crimson wychodziło i jak się okazać miało kończyło tradycję albumów ograniczonych jednym słowem w tytule, to wówczas nie pałałem do niego sympatią większą niż tylko umiarkowaną. Wiadomo Amok to był strzał nokautujący, Down kapitalne otwarcie nowego rozdziału ze świeżym wokalistą, a Frozen ze względu na czas odkrycia - bardzo mocno osadzone w pamięci uderzenie zapoznające z muzyką ekipy z Oulu. Rozumiem więc, że łatwo Crimson nie miał, albowiem nie niósł ze sobą dodatkowych atrakcji podobnego charakteru. Ponadto sama nuta nie ulegała zmianom, a myślenie kompozytorów o strukturze utworów Sentenced przewartościowaniu. Album przeleciał trochę przez palce i nie został przeze mnie ani właściwie doceniony, ani też odpowiednio intensywnie przerobiony. Dlatego jak dzisiaj robię odsłuchy Crimson to momentami kopara mi opada ze zdziwienia, że to taki raz chwytliwy, dwa względnie oczywiście ciekawy album, a trzy - krążek tak kapitalnie korespondujący w triadzie Down-Frozen-Crimson. Być może to kwestia sugestii wynikającej ze znaczenia tytułów, ale jak słucham Down, to czuję sączącą się z niego rzewność, jak wchodzę w środowisko Frozen, to naturalnie jego zimna aura mnie przeszywa, a jak obecnie eksploruję Crimson, to przepływa przeze mnie ciepły prąd ekscytacji. Jestem wciąż nieodporny na melancholijny charakter środkowego okresu w twórczości Sentenced i jego melodyjny urok, który tak oryginalnie łączy prostotę ciężkiego riffu, z wyrazistym pulsem bębnienia oraz wokalistyką Ville Laihali podlaną klawiszową ornamentyką z tła. Ktoś może powiedzieć że to powtarzalne gotyckie rzępolenie kruczoczarnych melancholików i że takie miałkie i pozbawione ambicji kuszenie mrokiem młodych fanek. A ja powiem że niby tak i nie zarazem. Bo że smutne i depresyjne, a przez to młode duszyczki pociągające to tak, ale że też całkiem siarczyste riffowanie bez nadmiernej pozy szczerość przekazu zaburzającej. Oni są smutni i mogą pocieszyć, oczekując pocieszenia i co w tym złego? ;) Uczciwy układ i bardzo przyjemna, bo wciąż względnie oryginalnie brzmiąca muzyka.

sobota, 8 stycznia 2022

In Flames - Whoracle (1997)

 


O zamierzchłej fascynacji In Flames już niemal zapomniałem i nie było dotychczas większego powodu abym nawet na dłużej do tych klasycznych krążków z najtisowego okresu powracał, a refleksja jaka na stronach bloga wokół The Jester Race się przed laty pojawiła, nie pociągnęła za sobą ochoty na powrót do żadnego ich wydawnictwa. Dzisiaj jednak naszła mnie potrzeba nostalgicznego przewertowania archiwaliów z nagraniami i traf sprawił że odtworzenie Whoracle nastąpiło. Wykorzystując okoliczność nie omieszkam kilku zdań skrobnąć, aby zaznaczając jego miejsce w osobistej metalowej edukacji, także krótkim wywodem odnieś się do jego wartości dzisiejszej. Chronologicznie zaczynając i korzystając z w miarę jeszcze świeżej pamięci i w niej ulokowanych zasobów wspomnień pragnę donieść, że wówczas miałem niezłego fioła także na punkcie owego albumu i nawet jeśli w porównaniu do będącego dla mnie zjawiskiem porywającym krążka przed prawie dwoma laty wcześniej wydanego, to Whoracle mniej mną zawładnąwszy otoczony został chyba nawet większą atencją. Bowiem tak jak The Jester Race zajechałem z taśmy przegrywanej i ręcznie opisanej, tak trójka to już zakupem świadomym była i inwestycją w kasetę licencyjną, stąd podobając mi się odrobinę mniej, ze względu na kapitał zainwestowany częściej do niej powracałem aby się do niej przekonać, tudzież tym samym wyprzeć poczucie słabo wybranej lokaty. Tak to wówczas było, ze za nutę jak za zboże się płaciło i dla groszem nie śmierdzącego, dorabiającego na boku na konieczne wydatki i małe przyjemności studenciny każda taśma (a tym bardziej ho ho płyta) stanowiła wartość. Kapitalna, dobra czy słaba - każda wymagała poświęcenia. :) Zawarty na Whoracle materiał względnie nie różnił się od tego jaki wypełniał TJR, lecz dla już wówczas w miarę wprawnego ucha, od więcej niż pięciu lat metalowe podwórko przeczesującego słyszalne było, iż brzmienie dostało brudu dawkę solidniejszą i tym samym selektywności dwójki mu zabrakło. Numery stały się bardziej zwarte i dla cymesów mniej miejsca wygospodarowano. Jakoby więc niby krążek który trzyma charakterystyczny dla In Flames kierunek otrzymałem, ale w kontekście ówczesnej zjawiskowości znanego mi materiału już takiej ekscytacji nie było. To oczywiste, pierwszy raz jest zawsze jeden i każdy kolejny chociaż techniczne teoretycznie doskonalszy, to już takich emocji debiutanckich ze sobą nie niesie, dlatego też wtedy większych pretensji do muzyków nie miałem, a wspomniane uparte Whoracle maltretowanie przyniosło do niego naturalne przyzwyczajenie. Dzisiaj wiedząc jakim szlakiem kariera Szwedów się potoczyła, akurat do tych startowych albumów nie mam pretensji o stylistyczne kompromisy prowadzące do osiągania satysfakcji o charakterze merkantylnym. Słucham rzadko, ale jak już odpalam to oprócz obrazów z młodości i tym samym miłych skojarzeń emocjonalnych, negatywnych odczuć nie doznaje. Banan na mordzie jest i brak pewnie zrozumienia wokół. Bowiem niewiele osób rozumie czym po ćwierćwieczu odgrzewanie kultu z młodości smakuje. Czymkolwiek wątpliwym ten kult nadgryziony zębem czasu by się nie stał.

piątek, 7 stycznia 2022

Passing / Pomiędzy (2021) - Rebecca Hall



Nakręcony ascetycznie, na czarno i biało, gdyż w ostatnich latach istnieją liczne pobudki motywujące ambitnych twórców do rezygnacji z koloru. Powody które zazwyczaj sprowadzają się praktyce do jednego - do potrzeby sprawienia, że tytuł od startu wyróżnia się pośród konkurencji. Ale co w sytuacji kiedy nazbyt częsta rezygnacja z pełnej palety barw następuje, przez co paradoksalnie zamiast przyciągać uwagę film tym właśnie podpada zrazu pod krytykę, ze względu na zabieg rozpoznawany jako bezczelnie szczwany? W przypadku Passing jednak to nie tylko ograniczenie się do czerni szarości i bieli, ale także do formatu 4:3 i tutaj akurat abstrahując od innych motywacji i technicznych odbić od standardu, w tej właśnie użytej skromnej kolorystyce dopatruje się też konieczności dodania ciemnemu odcieniowi skóry bohaterek elementu dla kategoryzacji rasowej i przesłania filmu fundamentalnego. Nie wiem czy to był zamysł reżyserki i producenta aby czarnoskóre kobiety w układzie odniesienia białych bardzo bogatych "wyższych" sfer wyraźniej kontrastowały wizualnie, a przez to kuriozalnie uwagę widza jeszcze silniej skupić na tych głębszych niż tylko fasadowe dla tematu i interpretacji istotnych różnicach. Mogę się mylić, a wręcz zbyt daleko posunięta wyobraźnia i powiązane z nią spekulacje mogły moje domniemania tak dalece w pole popchnąć, czyniąc z nich totalny strzał w płot, którym w zasadzie nie powinienem się tu chwalić. Niemniej jednak taki efekt obok „paradoksalnie mniej, a w efekcie więcej” zauważam. Ograniczone środki ekspozycji podane wyrafinowaną manierą dały bardzo przekonujące wrażenie poetyckiego artyzmu. Koncentrując uwagę na postaciach, w subtelnym świetle umieściły ich uczucia i przeżycia. W ten sposób otrzymaliśmy obraz dopracowany względem drobiazgów, szanujący role detali, jak na przykład odgłosów wiatru przedostającego się przez szpary w oknach i trzeszczących podłóg pod stóp naciskiem. Dostaliśmy urzekającą atmosferę, intrygujące dialogi, zmysłową poświatę i za udziałem jazzowych numerów fenomenalną kompozycję nowojorskich towarzyskich klimatów z charakterystyczną dla tego miasta scenografią. Rebecca Hall może i jest irytującą mnie aktorką, ale jak się okazuje bardzo zdolną i z kapitalnym okiem reżyserką. Jak jej aktorskiego warsztatu wizualnie nie lubię, tak jej teraz w karierze reżyserskiej kibicuję.

P.S. Na marginesie dodam skojarzenie. Ruth Negga, to taka wizualnie i mimicznie amerykańska Gabriela Muskała. Stąd mam do niej słabość. :)

środa, 5 stycznia 2022

Sirrah - ACME (1997)

 


Kiedy wspominam Sirrah i podczas każdorazowego powrotu do materiału z ACME odpływam do już tak odległych czasów, a moje myśli krążą tak wokół historii jaka towarzyszyła dwukrotnemu oficjalnemu wydaniu materiału, jak zastanawiam się gdzie byłaby dziś ich muzyka, gdyby tylko ich tak gwałtownie rozbłysłej karierze towarzyszyła znacznie większa determinacja samych muzyków, ich wiara w to że poświęcenie może przynieść znacznie poważniejsze owoce i wreszcie choć odrobina fartu, którego zwyczajnie podczas ich kilkuletniej działalności zabrakło. Dla niezorientowanych, a być może po fragmentarycznym odsłuchu zainteresowanym donoszę, iż materiał z ACME pojawił się wpierw dzięki Melissa Records na kasecie z czarno-białą wersją odrobinę zmienionej na potrzeby nowego otwarcia okładki, która już w wersji wydanej rok później za sprawą Metal Mind Productions i wersji ze względu na brak porozumienia z pierwotnym wydawcą zarejestrowanej na nowo ujrzała światło dzienne w formacie płyty kompaktowej. Brzmienie i ogólnie kompozycji z obu wersji różnią się od siebie dość znacznie, choć oczywiście są to te same numery, a aranżacyjny szlif zagospodarowany przez Melisse chyba jednak zgodnie z opinią większości robi bardziej ciepłe i przyjemniejsze wrażenie, moszcząc się za sprawą leniwszego tempa w charakterystyce bardziej doomowej, aniżeli to co słychać na srebrnym krążku. Ja pamiętam że kasetą własną nie dysponowałem, a pożyczona wówczas od przyjaciela, paradoksalnie przez  bardziej sterylne właściwości dźwiękowe nowego wydania została ze mną tylko przez moment, ustępując niemądrze materiałowi świeżo nagranemu. Dziś bowiem sytuację ową spostrzegam jako błąd i częściej wracam do treści źródłowej, nie odbierając tym samym edycji z którą naturalnie wiąże mnie sentyment przynależnej wartości. Dosyć to niezwykłe doświadczenie konfrontacji obu i wciąż nieskończony powód do szukania różnic, których wyliczanie w tym miejscu mogłoby się zakończyć doprowadzeniem do znużenia, a na pewno rozrostem tekstu do niespotykanych na stronach bloga mojego rozmiarów. W tym wątku zauważę jedynie, że najbardziej odbiega od oryginału kompozycja Iridium, która to w nowej wersji funkcjonuje jako brzmieniowo-stylistyczno-estetyczny eksperyment o bardziej zwartej formie i dynamicznym charakterze, jednako nie zmienionym aż tak mocno, aby nie została właściwie rozpoznana. Dodatkowo kompaktową edycję zamyka bonusowa w stosunku do pierwotnej formuły (i chyba trafnie wskazująca kierunek jaki formacja obierze na drugim longu) kompozycja zatytułowana In the Final Moment. Co do kwestii gatunkowych inklinacji i cech o wyjątkowości Sirrah decydujących opowiem jak sobie wszystkie szczegóły zdołam przypomnieć, sunąc (he he) beztrosko na fali nostalgii i na nowo na detale rozkładając poszczególne partie, motywy i wątki. A poważnie gdy Did Tomorrow Come (drugi i ostatni niestety album) postaram się tutaj rozkminić. Zrobię to dopiero wówczas, gdyż i tak się zbytnio rozpisałem, czego zawsze jak pragnę dobrej nuty próbuję unikać - na marginesie dodając iż posiadałem z powyższym graficznym motywem koszulkę, którą na jednym legendarnym metalowym spędzie opchnąłem za inną spraną szmatę i w rekompensacie prawie miliony. ;)

wtorek, 4 stycznia 2022

Potato Dreams of America / Marzenia o Ameryce (2021) - Wes Hurley

 

Budżet był mikry, natomiast inwencja na szczęście ogromna, stąd ekscentrycznie chyba tylko osadzona w realistycznej biografii historia przybrała formę umowną i inspirację czerpała tak właśnie wprost z życia samego reżysera (jak i z wielkiego hitu 2020 roku), przenosząc mnie w świat taniej scenografii (dekoracje i plany jak z podrzędnych desek teatralnych), ale z szerokim wachlarzem doznań estetycznych, dających pole do popisu wyobraźni. Opowieść zakorzeniona w młodości Wesa Hurleya (Vasilija Naumenko) ma zatem charakter poważnego lecz w niepoważnej oprawie portretu dorastania w okolicznościach wpierw komunistycznej, później poddanej oddziaływaniu pierestrojki rzeczywistości. Bohater doznaje tu przede wszystkim negatywnych emocji, lecz dzięki częstej ucieczce w eskapizm i artystycznej duszy inteligentnego wrażliwca jest w stanie przetworzyć je w konstruktywną podstawę rozwoju. Z czasem akcja przenosi się za ocean i w nowych realiach, nowe doświadczenia niekoniecznie wyłącznie pozytywnie zaskakują, odciskając ślad na osobowości dorastającego przyszłego reżysera, więc dzieje się wiele i w przeciągu dłuższej czasowej panoramy, stąd prześlizgujemy się przez motywy i wątki jedynie. Pomimo ascetycznej formy i liźnięcia li tylko newralgicznych problemów Vasilij trochę zasługuje na komplementowanie, a najbardziej właśnie przez pryzmat ograniczonych finansów przeznaczonych na produkcję. Opowieść też wzrusza, bawi i empatycznym ciepłem widza otacza, lecz również potrafi nielicznymi sytuacjami wzbudzić konsternację (ostrzegam) lub licznymi wprost przerazić, ukazując w uproszczonej optyce przede wszystkim koszmar surowych warunków egzystencji i patologiczne konsekwencje następujących rosyjskich przemian w obrębie ideologiczno-światopoglądowym. Równocześnie sięgając po pomysły ostatnio bezdyskusyjnie bardziej porywająco w Jojo Rabbit wyeksponowane (przyjaciel Hitler – przyjaciel Jezus) może szczególnie w radziecko-rosyjskim epizodzie sprawiać wrażenie formalnego quasi plagiatu. Mimo to (oraz tego co w ostrzeżeniu powyżej :)) wartość osobistej odważnej treści i scenograficzna ekspozycja na tyle ciekawa, że 90 minut poświęcić, to jak wiele dla w konsekwencji zrozumienia innego człowieka zyskać. To wszystko, to by było inaczej na tyle!

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Don't Look Up / Nie patrz w górę (2021) - Adam McKay

 

Adam McKay ponownie (trzeci raz z rzędu) złapał kapitalny temat, jak bezczelną srokę czy inną kurę znoszącą złote jajka za ogon i wykorzystując swój szczwany zmysł oskubał jej finansowy i merytoryczny potencjał, wykorzystując do tego celu nasze własne potrzeby i wszystkie możliwe narzędzia wywoływania wpływu, jak i dla względnego usprawiedliwienia poruszył zapewne niestety tylko na chwile i wyłącznie u ułamka populacji sięgającej po kino mechanizm autorefleksji. Po niewątpliwych i zasłużonych sukcesach Big Short i Vice posiadł zaufanie producentów i wyłożył dzięki inwestorom kawał grosza na obsadę (film technicznie wygląda na relatywnie tani), dzięki czemu przyciągnął widza nie tylko tematem, ale tak swoim już renomowanym nazwiskiem jak i przede wszystkim przepłaconymi nazwiskami obecnych najpopularniejszych aktorskich figur. Przez to zasięg gigantyczny osiągnął i oglądalność sięgnęła zenitu, tak że wszyscy gorączkowo o Don’t Look Up od ponad tygodnia rozprawiają, więc każdy towarzysko ważny ma już swoje zdanie i wszystkie chyba możliwe wątki zostały poddane bardziej naukowej lub całkowicie nienaukowej, tudzież wprost mądrej lub głupiej analizie. Moja nawijka staje się w tej sytuacji kolejną wklejoną w neta, a ja nie mam nawet szczątkowej ambicji by się ze swoimi przemyśleniami przez ścianę ludzkiej potrzeby zaistnienia przebijaćNapiszę zatem w miarę może inaczej, nie zachęcając w żadnym razie do kontynuowania czytania i stwierdzę że film McKay’a szarpie, ale robi to po swojemu czyli śmiechem przez łzy (patrz: anegdota o Stingu, tekst piosenki śpiewanej przez Riley itp), wykorzystując do zbudowania chaotycznie przeszarżowanej narracji wszystko i nic zarazem. Bowiem to film o nas, a każdy z nas inaczej tą rzeczywistość odbiera. Ona zależna od masy zmiennych, a dwiema fundamentalnymi paradoksalnie odporność i podatność na mentalność stadną oraz własne poczucie wartości wprost uzależnione od komunikatów zwrotnych docierających od partnerów interakcji, czy wręcz całego szerokiego wielowymiarowego otoczenia. Nie trzeba być więc „buk” wie jak światłym, inaczej jakimś mega „einsteinem” by zauważyć że kombinacja powyższych w czasach medialnej globalnej wioski zamieszkanej przez smartfonowych zombiaków owładniętych social mediami przynosi takie, a nie inne dołujące wnioski. Wywaliło nam żenadometr już dawno i tylko czekać kiedy wypierdzieli nas stąd z wielkim hukiem, a większość z nas dla uczczenia tej nakręcającej klikalność najzajebistrzejszej okazji pierdyknie sobie selfi fotkę. Odjazdowa komedia, bombowa tragikomedia, super rozrywka? Wszystko się zgadza! Przesadzona? Tak nam się tylko wydaje! Adam McKay nakręcił sprawnie, lecz bez szału trywializującą problem, bądź poprzez świadome uproszczenie docierającą dalej niż ledwie pod adres intelektualistów satyrę z tylko nieco ambitną wkładką, podobnie jak środowisko establishmentu i show biznesu (sprowadzone tutaj do poziomu śnieżnobiałego uśmiechu) sprowadza każdego z nas do roli statysty w realizacji zadań i celów ludzi ze szczytów władzy i biznesu, z którymi rzecz jasna przecież przeciętny idiota tych manipulatorów nie potrafi skojarzyć. Wepchnął McKay na wszędobylskiego Netflixa widowisko rozrywkowe kryjące między wierszami poważne społeczne ostrzeżenie, a przecież mające też na celu wyciśnięcie gąbki z potencjałem finansowym, aby budżet w gwiazdy zainwestowany został pomnożony. Stąd film o cywilizacji żądzy pieniądza sam stał się maszynką do jej produkcji/zaspokajania i w przypadku naszego grajdołka powodem przez który jedynie w luksusowo wyposażonym apartamencie Patryk Vega nam się zwiesił. Patryk strzelił focha bo chciałby jak McKay, a jest i pozostanie za krótki. Oskarów dla Leo, Jenny, Meryl, Cate, Jonaha, Marka i  Timothée  nie będzie. Oskary by były, gdyby za mimiczne reakcje zdziwienia połączonego z niedowierzaniem i zażenowaniem je przyznawano.

P.S. Nie ma co oszukiwać, trzeba szczerze napisać, że jeszcze nie było takiego filmu katastroficznego - Dr. Strangelove, to jednak inny poziom i inna bajka, a  Mars Attacks! to bajka na innym poziomie. :) Nikt cholera jakimś cudem nie wpadł na pomysł, aby z tego gatunku wyciągnąć bez wysiłku tak bliską każdemu z nas treść najprostszymi metodami, bo pewnie nikomu dotychczas się nie śniło, że ludzkość na takim poziomie rozwoju cywilizacyjnego będzie z taką nonszalancką ignorancją podchodziła do naukowych odkryć i niewielu pewnie się spodziewało oprócz Lema, że internet nas tak uzupełniająco kompletnie ogłupi, hodując całe już pokolenia wyznawców teorii spiskowych. Panie Stanisławie szanowny, miał Pan rację - mamy legiony mądrych inaczej, paradoksalnie „włączających” swoje mózgi. Kiedyś jako społeczeństwa pokładaliśmy nadzieję w edukacji, dzisiaj tej nadziei we mnie akurat już jak na lekarstwo i muszę się zgodzić ze słowami (o zgrozo) jednego z bardziej inteligentnych, ale równocześnie oddających się bezrefleksyjnie oszołomstwu rodzimych myślicieli, który celnie stwierdza że społeczeństwa nie da się wyedukować, bowiem nie zmieni się genetyki i wyedukowany idiota stanie się jeszcze gorszy od niewyedukowanego idioty, bo (ten podmiotowy idiota) będzie myślał że nie jest idiotą. Krótko - dostrzegamy to co zobaczyć jesteśmy w stanie i przetwarzamy informacje jakie do nas docierają na tyle na ile potencjału nam starcza, a że on marny, to żadne szkoły zmienić mentalności debila w stanie nie będą. Massmedia nas osaczyły i wytchnienia nie dają, a człowiek poddawany ciągłemu bombardowaniu informacyjnym błotem nie jest w stanie przesiewać tej brei. Ponadto social media nas przybliżyły oddalając i ogłupiły dając jak nigdy dotąd łatwy dostęp do wiedzy. Jeden wielki śmietnik mamy w głowach, paradoks popierd*** za paradoksem i jeszcze nasza kondycja psychiczna daleka od zdrowia. Jak nie przyleci tu jakaś kometa, to się z tego bajzlu nigdy nie wygrzebiemy!

niedziela, 2 stycznia 2022

Being the Ricardos / Lucy i Desi (2021) - Aaron Sorkin

 

I love Lucy, najpopularniejszy serial wszechczasów z sześćdziesięciomilionową widownią, to totalny knock down. Prekursor sitcom-owych hitów, korzystających z humoru sytuacyjnego z mimicznym wsadem i śmiechem z puszki, znaczy widowni. Niby film o sukcesie, czyli biograficzna opowieść o spełnieniu amerykańskiego snu w branży rozrywkowej, ale również dramat zaszufladkowania i niewykorzystania poprzez niezagospodarowania ogromnego aktorskiego i jak się okazuje przedramatyzowywanego talentu Lucille Ball. Co by mogło powstać gdyby zabrała się za pracę z perspektywy kamery? Jeśli to wszystko prawda nie tylko "sorkinowego" ekranu, to śmiem twierdzić że mogłaby być doskonałym reżyserem. Lucille Ball w oczach scenarzysty i reżysera to tutaj kobieta żyjąca w paradoksalnym klinczu posiadanej władzy zawodowej i kobiecej uległości wobec mężczyzny swojego życia. Relacje Lucy i Desiego skomplikowane, a ten układ pomiędzy nimi dodatkowo mocno poddawany ciśnieniu politycznej nagonki, pochodzenia i osobistych ambicji. Sorkin całkiem odważnie sobie formułę obmyślił, zgrabnie między sceny wmontowując komentarze autentycznych bohaterów ówczesnych wydarzeń. Postaci stojących zaraz za plecami bohaterów - scenarzystów, scenografów i producentów telewizyjnego megahitu. Uzyskał tym samym dość niespotykany efekt, który jako rodzaj przypisów docierających z marginesu spełnia swoje zadanie, lecz ciut zaburza płynność i na tle właściwej historii oraz z punktu widzenia przywiązania do klasycznej narracji wygląda nieswojo. Na szczęście tych wklejek jest na tyle niewiele,  dobre tempo akcji nakręcane płynnymi dialogami łapie dobry rytm, a Sorkin świadomie w miejscach decydujących unika stosowania tych jak jednak myślę wątpliwych wtrętów. Ostatnie to jeszcze to, co od początku przykuwa zbędną uwagę i konsternację. Twarz Nicole Kidman rzecz jasna mam na myśli. Charakteryzacja czy efekt dotychczasowych działań chirurga plastycznego? Gra jednak Kidman jak zwykle znakomicie bez względu na fakt, że połyskująca maska może jej w tym przeszkadzać. Obok niej Javier Bardem jako Desi Arnaz trzyma fason i używając swojego naturalnego aczkolwiek podrasowanego hiszpańskiego akcentu w roli znacznie bardziej od niego w rzeczywistości wycacanego Kubańczyka jest całkiem ok.

P.S. Nie słuchajcie wobec tego powyższego mądrali, ja ostrzegam. Przemądrzałych funta kłaków wartych krytyków po dodających tylko plus sto do poczucia wyższości szkołach, którzy piszą że film nieciekawy, bo słabo wyreżyserowany i dialogi w nim nawet nie wyszły. Prawda może i jest po środku bowiem Sorkin to nie Sam Mendes, a tym bardziej Paul Thomas Anderson, lecz nie każdy film który dostarcza przede wszystkim rozrywki musi być arcydziełem. Zaparzcie sobie kawusi i serniczka ukroicie, a daje wam gwarancję że niedzielne popołudnie Being the Ricardos wam umili. :)

sobota, 1 stycznia 2022

Lansky (2021) - Eytan Rockaway

 

Liczyłem na ostrą gangsterkę, której jak się okazało nie było tu po sam korek, bo to przeskakiwanie z życia mafiozy do życia dziennikarza, który na życzenie mafiozy zbiera materiały na książkę o nim, zakłóca rytm opowieści gangsterskiej, a do historii Lansky'ego wprowadza chaos narracyjny. Taka to szamotanina wątków, takie było widać założenie scenarzysty i reżysera aby te dwie opowieści się przeplatały, a retrospekcje kluczowych wydarzeń z kariery tytułowego bossa spinały się tak ze współczesnością, jak i konkurowały z pobocznym dla znaczenia opowieści losem człowieka od zapamiętywania, notowania, sprzedawania mitu i też (he he) pod wpływem szantażu udzielania informacji służbom. Ale tu nie całkiem pykło i coś się zbytnio rozlazło, bowiem tych równoległych sytuacji nie zszyto spójnym ściegiem. Lansky nawijając o Lanskym daje popis, bo Harvey Keitel to gawędziarz znakomity i Lansky z opowieści Lansky'ego też potrafi strwożyć, lecz doświadczenie znajomości ról takich kozaków jak Joe Pesci, Robert De Niro, Al Pacino czy Jacka Nicholsona, a ostatnio też znakomitych Johnny'ego Deppa w Black Mass, czy Michaela Shannona w The Iceman, a nawet Toma Hardy’ego w nie do końca jednak udanej produkcji o schyłkowych słabych latach Ala Capone’a - w rolach szefów światka przestępczego stawia oczekiwania wyżej, niż jest tu ten akurat młody Meyer Lansky w wykonaniu Johna Magaro w stanie sięgnąć. Nie mówiąc już o doborze zbyt wymuskanej aktorskiej buźki do roli Bena „Bugsy’ego” Siegela, który jak kronikarze donoszą i ja nawet z leciwego obrazu Barry’ego Levinsona kojarzę był przystojny ale jak się wkurwił to mu tak z ryja patrzyło że można było zrobić ze strachu pod siebie. Dlatego też film dotychczas dla mnie anonimowego Eytana Rockaway’a posiada dwie twarze. Pierwszą tą kapitalną Harvey’a i drugą przyzwoitą ogólnie, lecz bez wątpienia słabszą Johna i wyłącznie z winy fizycznych cech aktora lichą postaci Bugsy’ego. Ponadto pomiędzy nimi też bardziej udana niż wątpliwa jakościowo, jakkolwiek nazbyt mieszająca sięgając zbyt głęboko po prywatne wątki życiowe w wykonaniu Sama Worthingtona (mówię o wspomnianym wyżej pismaku). Stąd jak dobrze rachuję w stosunku 2:1 albo 2,5:1 (jeśli Worthingtona za połóweczkę punkcika liczyć) może to jednak aktorsko kino dobre lecz nie wybitne i w takich proporcjach na rzecz tak, szczerze mogę z tej warsztatowej strony polecić. Natomiast bez wahania sugeruje z nim zapoznanie, przez wzgląd iż legenda tutaj zinterpretowana, to spory kawał historii amerykańskiej mafii w szczególe i kawał współczesnej historii Ameryki w ogóle. Na ile prawdziwej, to wiedzą tylko ci co do końca kontrolowali jej losu koleje. :)

P.S. Lansky okazał się postacią niejednoznaczną, w swoich oczach "aniołem o brudnej twarzy", w oczach organów ścigania bezwzględnym bandytą, a jeszcze z perspektywy historii postacią która w znaczącym stopniu przeobraziła oblicze nie tylko i wyłącznie Ameryki. Zatem był tu potencjał gigantyczny i stąd nietrudno poczuć się jednak rozczarowanym tylko poprawnym efektem końcowym uzyskanym przez ekipę być może w mniejszym stopniu kierowaną poleceniami nieopierzonego reżysera, a większym aktorskiego weterano-wymiatacza. Tak bywa. 

czwartek, 30 grudnia 2021

Podsumowanie 2021 - FILM

 



Mnóstwo filmowego dobra za mną, nowego i względnie świeżego, gdzieś w międzyczasie wcześniej przeoczonego. Z pewnością wiele jeszcze przede mną i sporo z lenistwa tytułów znakomitych, które już zaistnieć zdążyła nie sprawdzonych. Poniże zestawienie to na tu i teraz osobista relacja w rodzaj prostego rankingu streszczona. Kino ma się zaskakująco dobrze jak na wymagający czas, lub wręcz przeciwnie - kino ma się znakomicie, dzięki wymagającym czasom.

Wszystko co w miarę świeże co w tym roku obejrzałem i jak to w skali gwiazdkowej widzę. 



******



The Power of the Dog / Psie pazury (2021) - Jane Campion

The Last Duel / Ostatni pojedynek (2021) - Ridley Scott

Tick, Tick... Boom! (2021) - Lin-Manuel Miranda

Malcolm & Marie (2021) - Sam Levinson

Dýrið / Lamb (2021) - Valdimar Jóhannsson

The World to Come / Świat, który nadejdzie (2020) - Mona Fastvold

The Many Saints of Newark / Wszyscy święci New Jersey (2021) - Alan Taylor

Dinner in America / Kolacja po amerykańsku (2020) - Adam Rehmeier

Żeby nie było śladów (2021) - Jan P. Matuszyński

Favolacce / Złe baśnie (2020) - Damiano D'Innocenzo / Fabio D'Innocenzo

Nomadland (2020) - Chloé Zhao

Druk / Na rauszu (2020) - Thomas Vinterberg



*****


Titane (2021) - Julia Ducournau

Lansky (2021) - Eytan Rockaway

Passing / Pomiędzy (2021) - Rebecca Hall

Old Henry (2021) - Potsy Ponciroli

I Care a Lot / O wszystko zadbam (2020) - J Blakeson

Promising Young Woman / Obiecująca. Młoda. Kobieta. (2020) - Emerald Fennell

One Night in Miami... / Pewnej nocy w Miami... (2020) - Regina King

Héraðið / Daleko od Reykjavíku (2019) - Grímur Hákonarson

Der Hauptmann / Kapitan (2017) - Robert Schwentke

Four Good Days (2020) - Rodrigo García

Blaze (2018) - Ethan Hawke

Pig / Świnia (2021) - Michael Sarnoski

Palm Springs (2020) - Max Barbakow

The Father / Ojciec (2020) - Florian Zeller

Our Friend / Przyjaciel domu (2019) - Gabriela Cowperthwaite

Being the Ricardos / Lucy i Desi (2021) - Aaron Sorkin

Jak najdalej stąd (2020) - Piotr Domalewski

First Cow / Pierwsza krowa (2019) - Kelly Reichardt

Hvítur, Hvítur Dagur / Biały, biały dzień (2019) - Hlynur Pálmason

I’m Thinking of Ending Things / Może pora z tym skończyć (2020) - Charlie Kaufman

Swallow / Niedosyt (2019) - Carlo Mirabella-Davis

Tenet (2020) - Christopher Nolan

Le daim / Deerskin (2019) - Quentin Dupieux

The Electrical Life of Louis Wain (2021) - Will Sharpe

My Salinger Year / Mój rok z Salingerem (2020) - Philippe Falardeau

Nuevo Orden / Nowy porządek (2020) - Michel Franco

Blue Bayou (2021) - Justin Chon

Minamata (2020) - Andrew Levitas

The United States vs. Billie Holiday / Billie Holiday (2021) - Lee Daniels

Judas and the Black Messiah / Judasz i czarny Mesjasz (2021) - Shaka King

Falling / Jeszcze jest czas (2020) - Viggo Mortensen

The Dig / Wykopaliska (2021) - Simon Stone

Respect / Respekt - królowa soul (2021) - Liesl Tommy

Teściowie (2021) - Jakub Michalczuk

Dune / Diuna (2021) - Denis Villeneuve

Last Night in Soho / Ostatniej nocy w Soho (2021) - Edgar Wright

King Richard / King Richard: Zwycięska rodzina (2021) - Reinaldo Marcus Green

Padrenostro (2020) - Claudio NoceI

Ammonite / Amonit (2020) - Francis Lee

Black Bear / Czarny niedźwiedź (2020) - Lawrence Michael Levine

Papicha / Lalka (2019) - Mounia Meddour

Minari (2020) - Lee Isaac Chung

Saint Maud (2019) - Rose Glass

Wszystko dla mojej matki (2019) - Małgorzata Imielska

Emma. (2020) - Autumn de Wilde

Berlin Alexanderplatz (2020) - Burhan Qurbani

Ema (2019) - Pablo Larraín

                  3 Tage in Quiberon / 3 dni w Quiberon (2018) - Emily                      

Lansky (2021) - Eytan Rockaway 

Language Lessons / Lekcje języka (2021) - Natalie Morales

No Man of God (2021) - Amber Sealey

Driveways / Podjazdy (2019) - Andrew Ahn

Gräns / Granica (2018) - Ali Abbasi

Dreamland / Wyśniony świat (2019) - Miles Joris-Peyrafitte

Locked Down / Skazani na siebie (2021) - Doug Liman

The Nest / Gniazdo (2020) - Sean Durkin

Stillwater (2021) - Tom McCarthy

Cry Macho (2021) - Clint Eastwood

Lorelei (2020) - Sabrina Doyle

Una ventana al mar / Okno na morze (2019) - Miguel Ángel Jiménez

Gli anni più belli / Najlepsze lata (2020) - Gabriele Muccino

Retfærdighedens ryttere / Jeźdźcy sprawiedliwości (2020) - Anders Thomas Jensen

French Exit / Francuskie wyjscie (2020) - Azazel Jacobs

Zabij to i wyjedź z tego miasta (2019) - Mariusz Wilczyński

Resistance / Niezłomni (2020) - Jonathan Jakubowicz

Cherry / Cherry: Niewinność utracona (2021) - Anthony Russo / Joe Russo

Supernova (2020) - Harry Macqueen

Pieces of a Woman / Cząstki kobiety (2020) - Kornél Mundruczó

Possessor (2020) - Brandon Cronenberg

Little Joe / Kwiat szczęścia (2019) - Jessica Hausner

Onkel / Wuj (2019) - René Frelle Petersen


****

  Mientras dure la guerra / Póki trwa wojna (2019) - Alejandro Amenábar

Le bonheur des uns... / Małe szczęścia (2020) - Daniel Cohen

Un divan à Tunis / Arab Blues (2019) - Manele Labidi

Zupa nic (2021) - Kinga Dębska

Czarna owca - Aleksander Pietrzak

Deux / My dwie (2019) - Filippo Meneghetti

The Professor and the Madman / Profesor i szaleniec (2019) - Farhad Safinia

My Cousin Rachel / Moja kuzynka Rachela (2017) - Roger Michell

Hiacynt (2021) - Piotr Domalewski

Wesele (2021) - Wojciech Smarzowski

Dianas bryllup / Ślub Diany (2020) - Charlotte Blom

Annette (2021) - Leos Carax

Farming (2018) - Adewale Akinnuoye-Agbaje

Our Ladies / Panny roztropne (2019) - Michael Caton-Jones

The Guilty / Winni (2021) - Antoine Fuqua

Najmro. Kocha, kradnie, szanuje (2021) - Mateusz Rakowicz

The Little Things / Małe rzeczy (2021) - John Lee Hancock


***

La Gomera (2019) - Corneliu Porumboiu

Da 5 Bloods / Pięciu braci (2020) - Spike Lee

The Midnight Sky / Niebo o północy (2020) - George Clooney

Mistrz (2020) - Maciej Barczewski

Land (2021) - Robin Wright

The Woman in the Window / Kobieta w oknie (2021) - Joe Wright

Every Breath You Take / Każdy twój oddech (2021) - Vaughn Stein



Drukuj