poniedziałek, 10 października 2022

Ozzy Osbourne - Diary of a Madman (1981)

 


Z tego co wiem, a wiem wystarczająco dużo i sam też na to co wiem własnym odczuciom przełożonym na osobiste zdanie pozwalam mieć często wręcz wpływ decydujący, to Diary of a Madman nie jest uznawany za album bezdyskusyjnie lepszy od debiutu. Faktem jest że Blizzard of Ozz może pochwalić się większą liczbą szlagierów totalnych, ale przecież i na dwójce nie brak numerów od samego ich powstania uznanych za żelazne klasyki w solowym dorobku Ozzy'ego. Over the Mountain, You Can't Kill Rock & Roll, Tonight czy tytułowy epicki wałek nie ustępują przecież Crazy Train, Goodbye to Romance, a nawet kultowemu Mr. Crowley, a ich ogranie koncertowe i ówczesne radiowe porównywalne. Co więc pytam czyni Diary of a Madman słabszym od Blizzard of Ozz? Myślę że to przede wszystkim kontekst sytuacyjny, rozstanie z Black Sabbath i cholernie udany start mistrza jako artysta solowego, kiedy to wielu przecież wieszczyło że Ozz to narkoman skończony i tym bardziej bez Sabbs przepadnie, bo to riffy Iommie'go i sekcja Butler/Ward dały odpowiednio wyraziste tło dla antyśpiewu wokalisty, a jego głos sam z siebie nie uniesie jakiejkolwiek innej stylistyki, tym bardziej tej pokrewnej estetyce stworzonej przez legendarną formację. A tu okazało się że Książę Ciemności dekapitujący podobno nałogowo nietoperze znakomicie odnalazł się w swojej heavy niszy. Te rockersy z dwójki to (bądźmy szczerzy, nikt przecież kłamstwom tu nie uwierzy), nic innego jak wprost kontynuacja metody użytej na jedynce, a i narzędzia wykorzystane by cieszyć uszy fanów podobne, zatem nie trudno byłoby mi uwierzyć, że są to numery powstałe w podobnym czasie i może wręcz w czasie tej samej sesji, tylko poddane selekcji jakimś trafem nie znalazły się na krążku z kwietnia roku osiemdziesiątego, a dopiero na albumie z marca osiemdziesiątego pierwszego. Ich motoryka bliźniacza, brzmienie podobne i oczywiście filozofia stojąca za ich konstrukcją w żadnym stopniu nie odbiegająca od tej tworzącej zarówno kręgosłup jak i całościową formę Blizzard of Ozz. Wysunięty wokal Ozza i charakterystyczny sound wiosła Randy'ego Rhoadsa, basu Boba Daisley'a, bębnów Lee Kerslake'a, wspieranych wcale nie drugoplanową rolą klawiszy Dona Airey'a. Myślę że wystarczająco treściwie aby uniknąć rozwadniania, przynajmniej sobie odpowiednio przekonująco odpowiedziałem na powyżej zadane pytanie. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj