poniedziałek, 14 marca 2022

Monster (2003) - Patty Jenkins

 

Ale to jest kawał konkretnego filmu i jaki to jest majstersztyk aktorski Charlize Theron! Dodatkowe kilogramy, cała gama oszpecających jej twarz zabiegów dokonanych przez charakteryzatorów plus wywołana przeobrażeniem fizycznym emocjonalna przemiana. Christina Ricci też jest mega i wspólnie z Charlize przejmuje ekran, bo jest między nimi doskonała chemia, a każda z nich z osobna prowadzi swoją wewnętrzną aktorską narrację z wartym szacunku mistrzowskim rozmysłem, choć to kreacje zupełnie różne. Bezpośrednia, na przemian wściekle oschła i ukrywająca lęk nabuzowana Theron i dyskretna, niejednoznaczna Ricci. Z takim wyborem obsady aż dziwne by było, gdyby Patty Jenkins położyła sam w sobie kontrowersyjnie atrakcyjny filmowo temat. Nie położyła absolutnie, a Monster zrobiło ogromną karierę po premierze i zasłużenie zdobyło uznanie krytyki. Surowe wstrząsające kino, bez taryfy ulgowej dla ludzkiego skurwysyństwa. O tym jak życie potrafi upodlić i jak człowiek z człowieka uczynić "potwora". Kogoś kto w tylko nieco bardziej sprzyjających okolicznościach nie zabrnąłby w takie życiowe gówno. Jak jesteś zimny i bez emocji reagujesz, to łatwiej jest stawiać czoła wyzwaniom i porażki nie są w stanie poczynić takich szkód na twojej psychice. Jak masz w miarę spokojne dzieciństwo albo jak w ogóle masz dzieciństwo, to łatwiej bez traum z przeszłości wejść w dorosłość i poradzić sobie z presją i konsekwencjami. Wreszcie jak masz ładną buźkę, a nie szpetny ryj, to też ludzie traktują cię jak człowieka, a nie jak trędowatego śmiecia. Ponadto jeszcze to i tamto i dodatkowo dziesiątki innych gówien mogą ci pomieszać we łbie, a w rezultacie w życiu nie masz szans aby wówczas z równi pochyłej zleźć na coś co na dno cię nie ściąga. Proste cholera i film prosty, ale absolutnie nie prostacki. Film kapitalny, film powstały w 2003 roku a wyglądający jakby na przełomie dekadę, dwie wcześniejszym. Dla mnie od zawsze bomba, bo to nawet coś więcej niż to co powyżej napisałem, a to czego nie dopisałem, czyli całą resztę niuansów dopiszcie sobie sami po obejrzeniu, jeśli jakimś cudem jeszcze do tej pory tego nie zrobiliście.

niedziela, 13 marca 2022

Ghost - Impera (2022)

 


Ekspresowo Impera poddana zostaje recenzji, tudzież w tych warunkach ogólnej bardziej - bardziej luuuźnej refleksji. Bowiem nie zwykłem naturalnie rozbierać opisywanych płyt na czynniki pierwsze pod względem technicznych właściwości czy z perspektywy muzykologicznej, ze względu na niemal żadną znajomość tak tajemnic kryjących się za procesem ich komponowania/nagrywania, jak podstaw akademickiej wiedzy o teorii muzyki. Oczywiście pisząc o subiektywnych odczuciach podczas odsłuchów emocje pobudzających lub sprawiających że pozostaje na nie obojętny (jeśli artystyczna ekspozycja pozostawia na nie głuchym) dodaje nie z rzadka naturalnie uwagi odnośnie także jakości dźwięku, wartości warsztatowej pracy instrumentalistów i innych wszystkich zmiennych wpływających na odczucia, a dalej tym samym na opinie. Lecz są to li tylko luźne maksymalnie osobiste i maksymalnie przesiąknięte pokorą wobec teoretycznej materii wnioski. Do niczego większego nie aspiruje, za nikogo tym bardziej opiniotwórczego się nie poczuwam. Ja tylko przelewam na klawiaturę własne uporczywe myśli, a one wypadkową zdobytego jako kompulsywny fan doświadczenia i własnego wątpliwego być może gustu, na  którym właściwy wpływ odcisnęły tysiące już krążków na szczęście z dość szerokiej palety gatunkowej. Ghost nagrywając piąty album i w takiej a nie innej formule to czyniąc, niejako wymusił na mnie powyższą truizmami przesiąkniętą deklarację, gdyż sam także jak myślę teoretycznie, sztukę ambitną stara się zamknąć w łatwo przyswajalnych ramach, jednocześnie nie stawiając zarozumiale między sobą, a wielkimi kompozytorami znaku równości. Ghost to fantastyczny przykład kapitalnego adaptowania wielorakich wpływów i aranżowania z nich czegoś formalnie nowego i ekscytującego. Pozwolę sobie na szaloną analogię, że przecież zrobić coś nowego na niwie rockowo-metalowej, to zachowując skalę i zdrowy dystans podobnie trudne, jak produkując tysięczny tekst o muzyce czy filmie dostarczać świeżego literackiego stylu, unikając względnie chociażby powielania szablonu czy używania wciąż tych samych przymiotników. Tak samo zakładam ma się sprawa jeśli spojrzeć na załogę Ghost jako absolutnie nie roszczącą sobie prawa do stawiania swojej pracy ponad jej przede wszystkim walor czysto rozrywkowy, za którym w tle kryją się zalety wysokiej jakości technicznej i szerokiego spojrzenia na estetykę gatunków z których Szwedzi czerpią inspirację. Innymi słowy pokrętnie staram się dać do zrozumienia, że jeśli ktokolwiek po Impera oczekiwał sztuki wzlatującej ponad wszelkie poziomy, to tak samo się rozczaruje czytając wszystkie moje rozkminy, które jakoby nie były przejawem odwagi, to zwyczajnie nie mają na celu dodawać Mariuszowi plus 100 do ego, ni to właśnie aspirować do miana "ja wiem lepiej". Ja wiem swoje i tym akurat mam potrzebę się podzielić, Ghost wiedzą zaś swoje swoje i według tego kompasu kierują własną twórczość w stronę jaką im intuicja wraz z doświadczeniami i odczuciami podpowiada - ty zaś Szanowna Pani, Szanowny Panie zrobisz z tym co zechcesz. Chcesz to co piszę z jakiegoś sobie tylko znanego powodu czytać, to czytasz, masz ochotę wrzucić krążek Ghost do odtwarzacza, to wrzucasz i masz gdzieś czy jeden z drugim mądrym napisali że to słabe itd. itp. Wyrażasz tym samym w działaniu osobista potrzebę, zaspokajasz tym samym kolejną i twoja satysfakcja nie płynie z wiedzy pochodzącej ze szkolnej obróbki teoretyczno-praktycznej, a z wiarygodności zbudowanej z szerokiego spektrum zmiennych jakich tylko częścią fundamentalne encyklopedyczne definicje. Dlatego czując i odczucia poddając analizie stwierdzam że Impera to cholernie profesjonalna robota, cholernie profesjonalnych typów i nic mnie tutaj nie zaskakuje, a cieszy gigantycznie że słucha się jej znakomicie, a roszczenia jakie mogą ewentualnie podczas tej niekwestionowanej przyjemności się pojawić trzeba zadusić w zarodku, aby jej zwyczajnie nie popsuć. Dodam jednakże poza planem na koniec, że zawsze mnie raduje kiedy płyta o ciekawym spójnym koncepcie lirycznym jest też gustownie objęta na starcie i mecie klamrą wspólnego motywu muzycznego, co ma miejsce i jest tego rewelacyjnym przykładem właśnie niemiłosiernie przebojowa, nieprawdopodobnie pobudzająca, niezwykle śpiewna i niemożebnie taka jakiej się spodziewałem Impera. 

P.S. Tak ten tekst sobie wymyśliłem, bo zawsze przy okazji sobie śmiechnę jak czytam, że Ghost to jakieś (tu sobie wstawić cytaty malkontenckie). Tak samo jak ktoś słyszy Abbę kiedy właściwie to słyszy w nucie Ghost ELO, a właściwie w cholerę wszystkiego z heavy-popowej spuścizny - od pudlowatych wzorców po bo ja wiem co jeszcze?

sobota, 12 marca 2022

Bo we mnie jest seks (2021) - Katarzyna Klimkiewicz

 


Urocza kolażowa czołówka i na otwarcie ujęcie zapomnianej neonowej Warszawy, poza tym niestety finalnie rozczarowanie, choć porażką projektu Katarzyna Klimkiewicz absolutnie nie nazwę, bowiem poniżej wymienię jeszcze kilka czynników dopingujących, by o filmowej "biografii" Kaliny Jędrusik wyrazić się mimo wszystko w ciepłym tonie. W tej pastelowej formule czasy siermiężnego peerelu nie wyglądają tak jak oczywiście kroniki filmowe z epoki pokazują, zadając pytanie czy świat rzeczywisty oglądany oczami ówczesnych przeżywających młodość bohaterów był nie tyle znośny co nawet na swój sposób romantyczny? Ponadto quasi musicalowy charakter i „surrealistyczne spotkanie bohaterki ze spersonifikowaną katolicką moralnością” sprawia, że ta fikuśna wizualnie forma potrafi nabrać rumieńców nie tylko w momentach, gdy Maria Dębska odkrywa obfite atuty Kaliny Jędrusik. Zaskakująco dobrze aktorka wypada tak wprost wizualnie, jak i w tej manierze Kaliny i to jest duży plus oraz naprawdę dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie, kiedy przemawia z tą charakterystycznie rozkosznie irytującą manierą swojej postaci. Gdzieś zaś na uboczu Katarzyna Klimkiewicz z Patrycją Mnich (współautorstwo scenariusza) życie rodzinne zupełnie inne od tradycyjnie pojmowanego umieszczają. Ono jest, lecz wyłącznie w dość swobodnym układzie ze Stanisławem Dygatem i skupione bardziej na jednej osobie niż na jej członkach. Ale to wszyscy wiedzą że tak po prostu było. Wszyscy ci którzy przynajmniej czytali jakiekolwiek wspomnienia o artystce i stąd wiedzą jednak więcej niż ten bardzo skromny merytorycznie film opowiada. „Wydarzenia w filmie mogły się wydarzyć, ale nie musiały” i to naturalne że fabuła 105-minutowa drastycznie obcina fakty historyczne i ślizganie się po ich wątkach dziwić nie może. To akurat mam przekonanie, nie było ambicją reżyserki i scenarzystki, aby wykreślać poszczególne życiowe epizody konsekwentnie i by czynić je same kolejnymi archiwistkami, ale by choć po części pokazać Kalinę Jędrusik tak w wersji scenicznej jak przede wszystkim pozascenicznej, w konkretnym przełomowym dla kariery momencie - w jej pozie i z naturalnym akcentem na emancypacyjne wartości oraz w kontrze do zasad społeczno-politycznych epoki. Oficjalnej i nieoficjalnej, z całym bagażem może co najwyżej kilku wad i wielu, wielu kobiecych zalet. Czarowała seksapilem ale i osobowością nietuzinkową sympatię otwartych umysłów sobie zaskarbiała i to podkreślam Dębskiej udało się znakomicie uchwycić. Ta biograficzna próba, gdyby ją jednym słowem podsumowywać wypadła nie powiem całkiem oryginalnie. Niemniej jednak artystka takiego formatu zasługuje na coś więcej niż tylko bardzo dobrą aktorkę wcielająca się w jej postać, scenografię uroczą, muzykę sentymentalną i pomysł na papierze atrakcyjny, a poza tym tylko telewizyjną realizację i w rolach wielu innych ikon z przeszłości przeciętnych aktorów. To niby jest jakieś, ale ogólnie to jest chyba trochę tylko więcej niż żadne, jeśli brać pod uwagę oczekiwania.

P.S. Nie powiem że ten Krzysztof Zalewski nie jest tutaj w obsadzie od czapy, a Leszek Lichota, Paweł Tomaszewski czy Borys Szyc, że nie pokazują Krzysiowi jak grają wykształceni (zakładam że oni są po właściwych szkołach :)) w tym kierunku aktorzy. Nie powiem też, iż artystyczno-intelektualna bohema ówczesnej Warszawy nie budzi zazdrości i nie wywołuje w kontekście tej dzisiejszej odczucia, że kiedyś to było, mimo że za czasów totalnie ch******o peerelu.

piątek, 11 marca 2022

Chelsea Wolfe - Pain Is Beauty (2013)

 


Dwa wyłącznie czynniki rozpaliły moje zainteresowanie twórczością Chelsea Joy Wolfe. Dwie tzw. sprężyny, które spowodowały że albumy Amerykanki zagościły w moim stereo systemie i do dzisiaj rozbrzmiewają systematycznie. Pierwszy to znakomity klip do równie dobrego Feral Love, poznany w ramach rozpoznania sytuacji tuż przed krakowskim koncertem A Perfect Circle z grudnia 2018, gdzie właśnie Chelsea miała supportować ekipę Jamesa Maynarda Keenana i Billy'ego Howerdela. Dwa właśnie ów gig, który nawet jako "rozgrzewacz" przed głównym daniem i jeszcze w hali nie bardzo sprzyjającej tak klimatycznej nucie zrobił jednak na mnie fantastyczne wrażenie i do dzisiaj mam w głowie obrazy, a w sercu odczucia, kiedy siedząc z boczku pod trybunami zahipnotyzowany, zasysałem nowe wówczas dla siebie doświadczenie. Dalej rozwój wydarzeń następował błyskawicznie i przynajmniej właśnie do krążka sprzed niemal już dziesięciu laty wydanego dotarłem, w celu sprawdzenia i przyswojenia ostatnich albumów mrocznej niewiasty. Okazało się że to jak na razie jest granica której nie przekroczyłem i dalej niż do czwartej studyjnej płyty Chelsea, na wstecznym biegu nadal nie dotarłem. Temat myszkowania w jej głębiej w przeszłości tkwiących artystycznych poczynaniach zostawiam na ewentualne przyszły impuls powodowany ciekawością, a tutaj w tym miejscu dopisując kolejny do już zarchiwizowanych dotąd materiałów, skupię się na Pain is Beauty zauważając takie oczywistości, iż słychać że przez kolejne lata artystka ewolucyjnie swoją koncepcję muzyczną zmieniała i tak jak ostatni dotąd Birth Of Violence bardzo mocno popchnął jej nutę w kierunku kompozycyjnej dojrzałości, tak sam Pain is Beauty jawi się przy nim jako zestaw utworów opartych bardziej na klawiszowych motywach wspartych na rytmicznym kręgosłupie (nie mam jednak pewności) pochodzącym z elektronicznego ustrojstwa, z mniejszym udziałem akustycznego instrumentarium, niż to na świeżych dokonaniach ma miejsce. Innymi słowy dzisiaj muzyce Chelsea Wolfe bliżej do akustycznych niż syntezatorowych brzmień, lecz droga do Birth Of Violence prowadząca przez Abyss i Hiss Spun stopniowo zmieniała te proporcje, a wymienione w zasadzie tylko dla mniej wprawnego ucha detalami różnią się między sobą, dając wbrew pozorom chyba jednak wyraźny obraz przeobrażeń jak zakładam w bardzo ciekawym aranżacyjnie kierunku. Nawet jeśli opisywany jest w tym akurat kontekście najbardziej surowym materiałem, to z nieskrywaną ochotą powracam do jego eterycznej poświaty i mechanicznego pulsu. 

czwartek, 10 marca 2022

Amy Winehouse - Frank (2003)

 


Stracone młode życie u progu gigantycznej kariery i jebane uzależnienie od pierdolonych dragów! To zdanie jakby nie przymierzać i jakby nie było w kontekście Amy Winehouse i jeszcze zbyt wielu artystów truizmem, to należy je stanowczo powtarzać, bo te historie mogą i będą się powtarzać, bo znakomita grupa młodych i kosmicznie utalentowanych, to też jednocześnie grupa tak samo mocno nieodpornych na popularność i presję, bo nazbyt wrażliwych jednostek. Słucham debiutu Amy i patrzę na rok powstania - jestem rzecz jasna porażony fenomenalną klasą wykonawczą i wartością muzyczną tych kompozycji i przerażony, że od tego wydarzenia już wkrótce odliczane będą dwie dekady i z każdym kolejnym rokiem w pamięć coraz dalej będą odchodzić, a postać Amy z realnej stanie się symboliczną legendą odlaną ze spiżu. Nie mam nic do pamięci o wielkich, mam tylko poczucie że czas niestety zabija wspomnienie z krwi i kości człowieka, pozostawiając wyłącznie pamięć autora, nierozłącznego z własnym dorobkiem artystycznym, przez tą materialno-duchowa spuściznę jedynie spostrzeganego. Dla już mnóstwa fanów głosu Amy Winehouse urodzonych w obecnym stuleciu jest on już tylko w płytach, tak jak dla mnie od zawsze Bon Scott, Phill Lynott, Janis Joplin i inni giganci, których aktywności na polu muzyki nie miałem szansy świadomie zgłębić, bo byłem zbyt młody, nie mówiąc o tych ówczesnych władcach wyobraźni, którzy ten padół łez opuścili zanim zdążyłem się na nim pojawić. Ja już nawet coraz słabiej tą więź z istotą ludzką czuję w przypadku Kurta Cobaina, Chucka Schuldinera i siłą impetu kolejnymi od względnie niedawna nieżyjącymi. Nic na to zasadniczo nie poradzę, ból starty przechodzi, świadomość nieodwracalnego zostaje i oby tylko wraz z nim jakaś lekcja dla potomnych z niego wynikała. Zatem pisząc teraz kilka zdań o Amy chcę dodać ponad kwestie emocjonalnej symbiozy z muzyką, iż jak zażywasz to przegrywasz i kropka. Ci co przez to gówno życie stracili pod tym banałem już się nie podpiszą, ale jest przecież od groma artystów którym się pofarciło i na szczęście odpowiednio wcześniej z uzależnienia się wyswobodzili. Oni obiema dłońmi i cierpieniem swój podpis złożą podkreślając, że prochy nie są lekarstwem na żadne z emocjonalnych zaburzeń, a też traktowanie ich jako źródło znakomitej zabawy, błyskawicznie zmienia się w niewolnictwo. Obiecałem przy okazji refleksji zdecydowanie bardziej merytorycznej wokół Back to Black, że na komunały znajdę miejsce wylewając odczucia na temat pierwszej płyty Amy i z przyrzeczenia się właśnie wywiązałem, a żeby nie był to li tylko festiwal frazesów, w post scriptum tym razem króciutko dlaczego Frank to równie wspaniały zestaw nagrań jak ten który zamknął na zawsze dyskografię fantastycznej wokalistki.

P.S. W żadnym razie gorszy od Back to Black, a jedynie pozbawiony dwóch mega przebojów. Jazz przeplatany z R&B, muzyką soul nieraz podbity hip-hopowymi bitami. Dopieszczona instrumentalnie, jednak przede wszystkim wokalnie genialna porcja muzyki, której popularność na początku lat dwutysięcznych była niewątpliwie zaskoczeniem i bez udziału Amy Winehouse nie mogłaby sięgnąć takiego natężenia. Głos i z pomocą tegoż interpretacja osobistych tekstów opowiadających w sarkastycznym tonie o relacjach i emocjach, a w tle lub momentami wychodząca na przód żonglerka klasycznymi stylami, z dodatkiem wpływu nowoczesnego spojrzenia na aranżacje i współczesnej znakomitej produkcji, z kapitalnym wyczuciem dynamiki. Klasyka w nowej szacie, a nawet nowa jakość stworzona na podwalinach najbardziej muzykalnych gatunków pop-ularnej nuty.  

środa, 9 marca 2022

Moje wspaniałe życie (2021) - Łukasz Grzegorzek



Jaka piękna para, tzn. jaka pięknie przełamująca stereotypy wizualne dojrzała para. :) Tyczkowata (ktoś mądry napisałby androgyniczna) Agata Buzek oraz kurduplowaty, a ktoś może o usposobieniu macho dodałby że zniewieściały Jacek Braciak, jako doświadczone małżeństwo (uwaga, to jest już właściwie sama w sobie makabra) na-u-czy-cie-li, ich codzienność zawodowa i prywatna - ta pierwsza akurat w ceglanych murach jednej wspólnej starej szkoły, druga w domu, w działającym sobie naturalnie na nerwy czteropokoleniowym towarzystwie. Tak się zaczyna, od takich scen nowy film Łukasza Grzegorzka (Kamper, Córka trenera) startuje i już od startu mam przekonanie dobre aktorstwo, aktorstwo naturalne, to w większym stopniu od charakteru i praktycznych umiejętności wprowadzenia w życie oczekiwań reżysera zależy, niż od samego warsztatu "przedmiotu" jego obróbki. Bo jak wytłumaczyć że Pani Agata czy (no no) praktykujący z nią w scenariuszu boczniaka Adam Woronowicz raz na ekranie dają plamę innym razem odwalają doskonałą robotę. Jacek Braciak za to zawsze jest mega i pewnie nawet gdyby Łukasz Grzegorzek nie potrafił z aktorów wykrzesać tego co najlepsze, to Braciak wciąż przejmowałby ekran swoimi kreacjami. To jedno, drugie zaś "akcja", czyli o co scenarzyście i reżyserowi w jednym chodziło? Są tacy którzy przekonują przekornie że to "tak nudne i bez wyrazu, że nad wyraz prawdziwe", i ja jestem całym sercem z tymi co w tym niczym węszą nieodkrywczy oczywiście pomysł, ale też historię o wielu z nas, mimo że zapewne w stu procentach za cholerę jeden do jednego nie przekładalną. Od poniedziałek do piątku w kieracie i od piątku po robocie do poniedziałku z głową zapieprzoną myślą że od poniedziałku znowu w kieracie całkowicie nieprzynoszącej efektu (brawo system), jednak mimo wszystko wciąż ideowo traktowanej pracy i z mnóstwem problemów powiązanych z brakiem natychmiastowego wpływu na obce i swoje dorastające, czy już dorosłe pociechy (oklaski natura, oklaski niecierpliwość). Poza tym ogólnie młyn i dla odmiany chaos i nawet współżycie intymne mechaniczne, bo (tu akurat pikantny) wspomniany wyżej boczniak ekscytacji dostarcza. Czas leci, ch** strzela że tak zleciał i że leci tak a nie inaczej i już nie będzie lepiej tylko (no k****) gorzej. Wybór jest prosty, powtarzalna do zrzygania mechanika zachowań i często do pary z frustracją deprecha, albo uparte bicie łbem w mur aż do skutku, bez względu na ponoszone koszta. Ewentualnie trzecia droga zaspokajania potrzeb połowicznego, z poczuciem winy że nie włożyło się wysiłku tam gdzie powinno, patrząc bezsilnie na kolejne z wyboru piętrzące się skutki zaniechań. Kapitalnie przemyślany, ironią atakujący obyczajowy dramatyzm i z unikalnym luzem nakręcony film o pozbawionym podmiotowego ja, tudzież z drugiego bieguna nadmiernego ego pełnym życiu i zespawanej ze współczesną egzystencją frustracji. O potrzebach i przeciwstawieniu się oczekiwaniom rwącym strumieniem spływającym na Ciebie, Ciebie i tak... na Ciebie też! Przede wszystkim jednak o skutkach i konsekwencjach bycia rodziną. Skutkach i konsekwencjach czasami zaskakujących cholernie pozytywnie.

P.S. Ostatnie u mnie dwa filmy - Aksinowicz vs. Grzegorzek, jeden temat bliższy serduchu drugi dla niego bardziej obojętny i ten bliższy nie szarpnął, a ten w zasadzie nawet obojętny ruszył i to w pierwszym przypadku wina reżysera, a w drugim reżysera zasługa. No! :)

wtorek, 8 marca 2022

Powrót do tamtych dni (2021) - Konrad Aksinowicz

 

Powrót do tamtych dni vel Powrót do Legolandu, czyli raz trend na kino budzące sentymenty w całej okazałości, gdyż nie trzeba myślę wymieniać tytułów które w ostatnich latach wracają do "wspaniałych" bo innych, bo "analogowych", bo "to i tamto" czasów - każdemu dzisiejszemu pięćdziesięcio czy czterdziestolatkowi przypominając o idealizowanym dzieciństwie. Dwa, kino terapeutyczne - dla reżysera osobiste i z pewnością w przepracowaniu traum ważne, lecz warsztatowo niezwykle trudne do realizacji, bowiem przełożenie złożonej etiologii własnego, głęboko tkwiącego w sercu jako zadra doznania na język filmu zrozumiały nie tylko dla podobnymi przeżyciami jednostek dotkniętych, tak aby sięgać jądra problemu, bez stosowania fasadowej obudowy kruszącej z automatu każde nieobojętne na los „kundelka” serduszko, jedynie dla wybitnych twórców możliwe. Tutaj akurat tak samo jak dosłownościami męczy, tak film Aksinowicza sympatycznie roztkliwia kopalnią staroci. Istne archeologiczne wykopalisko na ekranie - z tymi wszystkimi gadżetami tamtych czasów. Video kasety, kasety magnetofonowe, kreszowe dresy, klocki lego i inne takie wypożyczalnie vhs, czy quasi pewexowskie akcje. Od strony wizualnej fajnie to wygląda i trzeba przyznać ze scenograf włożył sporo pracy odszukując relikty przeszłości i doskonale w charakterze czasu i miejsca się odnalazł, ale równocześnie wrażenie mnie nie opuszczało, że ciśnienie zamiast na dramaturgię poszło na tło, a za tym stała kompulsywna potrzeba reżysera by wszystko co zapamiętał, a co dla jego spostrzegania epoki ważne pokazać. To jednak oprócz całkiem sprawnego zarysowania sytuacji polityczno-społecznej tylko tło i dla jądra tematu mało ważny, nawet bardziej niż drugoplanowy detal, który rozrastając się w wyobraźni twórcy do wymiaru nadrzędnego, odebrał właściwej istocie mocy skupiającej uwagę. Będę do bólu szczery! To nie jest film wstrząsający, a taki powinien być kiedy tak bardzo emocjonalny problem bierze się w obróbkę. To film też przez mało wiarygodne aktorstwo wręcz groteskowy, mimo że nie można mu przecież zarzucić braku wiarygodność czy autentyzmu. To na pewno film prawdziwy, lecz nazbyt sterylny i dla widza doświadczonego realnością pokazanych sytuacji domniemam bardziej konsternujący niż przebyte traumy odgrzewający. W nim kolejne wątki chaotycznie wplatane i konstrukcja jakaś topornie ciosana. Fatalne z dzieciństwa wspomnienia, kształtujące dramatycznie, hartujące charakter doświadczenia - jednocześnie w przyszłości wpływając na jakość dorosłego życia. Dla kogoś kto nie zna tego koszmaru z autopsji może być to przeżycie poruszające, ale nie przestaje mieć wrażenia że na podobieństwo sytuacji kiedy wrażliwe osobowości płaczą nad losem zamkniętych w zoo zwierzątek. Chyba że taki był cel by poruszyć i litość wywołać, bo terapeuta za miliony uznał, iż film dla zawodowego reżysera będzie naturalnym znakomitym i w ogóle "na jaki to błyskotliwy pomysł wpadłem!" sposobem porachowania się z narastającym z latami i objawiającym się najintensywniej już w dojrzałym wieku problemem. Niemniej jednak, bez względu na sporą reżyserską indolencje (Aksinowicza krytycy chwalą, a Aksinowicz technicznie to w tym przypadku tylko co najwyżej taki Jan Hryniak od Zenka), to ja mocniej niż w uwadze z nawiasu nie będę „Legolandu” krytykował, bo pewnie człowiek z syndromem DDA prozaicznie padł ofiarą skupienia na sobie, nie zauważając wszystkiego wokoło. To ciekawe, że kiedy Aksinowicz zrobił W spirali, to ja wbrew ogólnej opinii wyłącznie chwaliłem, a jak nakręcił Powrót do tamtych dni, to ja jako jedyny mam wyłącznie potrzebę narzekania.

P.S. Bardziej surowej ocenie poddaje zaś Maćka Stuhra, o którym piszą że taki w roli alkoholika wybitny, kiedy z niego taki aktorski alkoholik, który absolutnie nie rozumie wewnętrznego pulsu skomplikowanej roli i gra jak "myśli" że powinien grać, kierując się pozorami kompletnie odzierającymi kreację z autentyzmu.

poniedziałek, 7 marca 2022

Eddie Vedder - Earthling (2022)

 


Katując obecnie nowy krążek Immolation, dla równowagi w momentach uzasadnionego jego wiadomym ciężkim i minorowym nastrojem przesytu, sięgam do tej właśnie płytowej nowości i zatapiam się wówczas w zupełnie innej formule muzycznej. Co myślę o współczesnym obliczu Pearl Jam, nie raz już miałem okazję na stronach bloga wyrazić i nie broniłem się aby dać wprost do zrozumienia, że po chwili wahania przyjmuję w związku z premierami, finalnie co raz to nowe na klatę rozczarowania. Co myślę o solowych albumach Eddie'go, jeszcze takiej szansy by odczucia opisać sobie nie dałem, lecz zapewne gdzieś pomiędzy wierszami pisząc o ostatnich materiałach PJ, poniekąd stosunku do owych zaznaczyć nie omieszkałemUkulele Songs świadomie jak dotąd zignorowałem i cały solowy dorobek Veddera spostrzegam wyłącznie przez pryzmat znakomitego filmu Seana Penna, z którym oczywiście jego debiut piosenkowy pod własnym nazwiskiem powiązany. Do rzeczy jednak!  Na Earthling patrzę jak na zdecydowanie nowe otwarcie i jak na album wielce różnorodny, a przez to chociażby z tego punktu widzenia ciekawy, bo wymuszający przynajmniej uwagę, bowiem aby dostatecznie wiarygodnie go docenić, należy odpowiednio dużą porcję czasu jemu poświęcić. Rozpiętość stylistyczna Earthling znaczna i wszelkie wpływy inspiracyjne jej równe. Na pewno płyta to rasowo rockowa, nawet jeśli jej folkowo-balladowy charakter w kilku miejscach na podobieństwo dotychczasowych pomysłów stylizowany. Kilka może z tej nowej porcji wpadających w ucho numerów, z powodzeniem także odnalazłoby się na ostatnich krążkach macierzystej Eddie'go formacji i na wizerunku grupy większej piętna różnicującego by owe kawałki nie odcisnęły. Taki to koncept otwarty i chyba w założeniu większości granic pozbawiony, a że podczas odsłuchu skojarzenia płyną tak wszędzie gdzie do tej pory Vedder z własnymi i kolegów współpracujących ideami muzycznymi docierał, jak i że w recenzjach najczęściej można spotkać porównania do twórczości Toma Petty'ego i Bruce'a Springsteena, to nie ukryje że bigosik jest bogaty. Ponadto dużo też względnych zaskoczeń w postaci orkiestracji, chyba nazbyt lajtowych country akcentów (w duecie z Eltonem Johnem), czy wprost mało wyrazistych, lecz na pewno skupiających w sobie dość solidną wiedzę na temat aranżacyjnych smaczków - akcentów wprost z obszernej historii muzyki popularnej wyłuskanych. Sprawia wszystko powyższe, że  Earthling raz nie posiada wiodącego indywidualnego sznytu, dwa zbudowany jest tak szczwanie, by może jak największą grupę odbiorców chociaż połowicznie zadowolić (ja przytulam namiętnie zajebiście pod The Cult podjeżdżający The Dark oraz całkiem drapieżne Good and Evil oraz Power of Right i wtedy jestem jestem happy) oraz po trzecie aby oddać ikonie to co ikonie należne (podkreślam raz jeszcze) aranżacyjnie dojrzały. No ale to wciąż mało! Za mało by mi się po tych kilku tygodniach od premiery jeszcze powracać chciało i za mało przekonująco, by zdecydowanie bardziej ekscytującej konkurencji sprostać. To dotyczy zarówno Veddera solo, jak i (będę uparty) Veddera z zespołem.

niedziela, 6 marca 2022

The Fifth Element / Piąty element (1997) - Luc Besson

 

Kult się sączy ze ścian kiedy puszczam Piąty element. Groteskowe science fiction z czasów kiedy Luc Besson kręcił dzieła i pomysłami niczym wulkan przez naturę obudzony eksplodował. Nie miał żadnych kompleksów i śmiało wykorzystywał swój czas po sukcesie Wielkiego błękitu i jeszcze większym Leona zawodowca. Jak byłem nieopierzonym, albo już częściowo opierzonym, ale jeszcze nie tak wysoko lotnym miłośnikiem kina, wtedy The Fifth Element odbierałem dość powierzchownie i być możne krzywdząco oceniałem jako przegięty szaloną wyobraźnią projekt. Nie byłem też jedyny - znacząca część widowni wygwizdała podobno premierowy canneński pokaz. Ja młody, ale oni, znawcy, koneserzy? Ślepi ludzie i tyle. :) Nie widziałem też tak wyraźnie w nim inspiracji wizualnej Diuną Lyncha, oczywiście także Łowcą androidów Ridley'a Scotta jak i nawet Pamięcią absolutną Verhoevena, więc jarałem się najbardziej aktorskim mega popisem Gary'ego Oldmana. A przecież The Fifth Element to niezwykle szeroki i głęboki koncept, tak filozoficzny jak wizualny, podparty dodatkowo aktorstwem bez jakichkolwiek granic. Dynamiczny charakter filmu akcji fenomenalnie ożeniony z futurystyczną wizją świata, do którego na swoje zgubienie bezrefleksyjnie na złamanie karku gnamy. Odjechany tak jakby wszystkie hamulce wyobraźni puściły i zawory ambicjonalnego ciśnienia w Bessonie nie były w stanie zredukować. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja i wciąż świeże wizualnie efekty specjalne. Techniczny majstersztyk, aktorskie złoto, fantazji i nauki hybryda z ironicznym poczuciem humoru oraz tym czymś, co odważnie wbrew mojej agnostycznej naturze nazwę kinowym dotknięciem ręki samego Boga. Fajerwerki co rusz wystrzeliwują i co chwila kopara opada, kiedy coraz bardziej niesamowite postaci (Chris Tucker kufa bomba, a Besson jak wróżka w temacie show businessu) przejmują we władanie ekran. Ekstraklasa która liczne podobne kosmiczne (też te mego poważnie futurologiczne) produkcje zjada na śniadanko i możne śmiało towarzyszyć tym najlepszym, służąc jako gatunkowy wzorzec. Bo genialne kino, to każdy scenograficzny detal w punkt, każdy gest, każde spojrzenie aktora w punkt i scenariusz taki co zostawia w człowieku ślad i wymusza refleksje. Od dzisiaj z oby wybaczalnym opóźnieniem dla mnie to jest właśnie dzieło!

P.S. No i ten Bruce Willis taki efektowny jak w Szklanej pułapce, a scena finałowa niczym akcja z Nakatomi Plaza. Kufa jak fajowo!

sobota, 5 marca 2022

Immolation - Acts of God (2022)

 


Obstaje przy przekonaniu, iż póki zaległości w dyskografii Immolation nie nadrobię i naturalnie tym samym pewnie się w tej materii nie poczuję (szczerze, to nie zapowiada się to chyba), to archiwizowane subiektywne odczucia, przez filtr eksperckich opinii zamierzam przesiewać. Wiązać się to będzie z pokorą moją wobec własnych refleksji i przekładać na ich całkowicie pozbawiony radykalizmu obraz. Tak się składa że Acts of God, to zaledwie drugi album nowojorczyków, który odnajduje się w moich osobistych preferencjach muzycznych. Atonement zupełnie zmienił moje myślenie o ich twórczości i rad jestem, że Acts of God podąża podobnym chociażby brzmieniowo kursem. Kapitalna wyrazista produkcja, która nie gubi po drodze jednego nawet (w obfitym bogactwie jak zwykle) kunsztownego technicznego ornamentu i szczodrze dźwiękom dodaje siły witalnej, a transowej charakterystyce riffu sugestywnego tonu. Gęsta praca wioseł i równie intensywna pałkera robota plus może monotonny i oczywiście przypisany do brutalnego amerykańskiego death metalu ryk gardłowy, w tej kombinacji sygnowanej logo Immolation trafia do mnie. Tym samym uzasadnione jest wyrażenie mojego zadowolenia, chociażbym z muzyką Immolation nie był dotychczas związany, ni to gustem, ni to sentymentem. Zdaję sobie sprawę doskonale, iż jest wielu takich którzy o twórczości Immolation wiedzą wręcz wszystko i swoje uzębienie nieraz z sadystyczną przyjemnością łamali na zawartości ich klasycznych krążków. Stąd jako niemal kompletny neofita, mam oczywiste hamulce w kwestii napinania się, tudzież puszenia wyrażając bez koniecznego obeznania osobiste "mądrości". Spinając teraz klamrą wstęp i nieuchronnie zmierzając do kropki, siłą rzeczy oprę się jeszcze na wiedzy czerpanej od fanów i krytyków z tematem Immolation silnie zaprzyjaźnionych. Oni piszą, że jest jak na zespół o tak ogromnym stażu scenicznym zaskakująco świeżo, a symbioza pomiędzy techniką genialnego riffu oraz brzmieniem przekłada się na monolit który nie męczy, a wręcz hipnotyzującą energię wyzwala. I ja się z tym zgadzam, bo on mi to samo dokładnie robi, dodając że on mnie to robi dopiero drugi raz z rzędu, a tym bardziej to warte podkreślenia, iż ja już od dość dawna z mięsistym death metalem nie mam po drodze. Zastanawiam się tylko czy sympatia zarówno do Acts of God jak i w sumie też niedawno Atonement odkrytego, za chwilę nie uleci, bowiem śmierć metal to wymagająca jednak młodzieńczej werwy i odporności psychicznej muzyka. Muzyka potwornie skomplikowana i przytłaczająca, która generalnie to nie odpręża, a ja obecnie to tylko relaksu od nuty oczekuję.  

piątek, 4 marca 2022

Lost in Translation / Między słowami (2003) - Sofia Coppola

 

Nieprawdopodobne że to już prawie dwie dekady minęły, odkąd zaledwie druga próba reżyserska Sofii Coppoli tak mocno w nominacjach do najbardziej prestiżowych nagród filmowych namieszała i mnie wówczas akurat pozostawiła w niezłej konsternacji, zastanawiającego się jako mało jeszcze rozgarniętego miłośnika kina, czy w pełni zasłużone te masowe na stojąco owacje. Wciąż odrobinę nie jestem przekonany i nadal mam takie drobniutkie wątpliwości, niemniej jednak zasadniczo dużej jej wartości jako subtelnie wnikliwego psychologicznie oraz reżysersko doskonale wyczulonego na niuanse obrazu nie podważam. Bowiem tutaj między słowami (pierwszy raz polskie tłumaczenie lepiej oddaje sens niż tytuł oryginalny) dosłownie romans emocjonalny się rozwijał - pomiędzy w bardziej niż średnim wieku aktorem, a młodziutką mężatką fascynacja. Coś nieprzyzwoitego, żeby nie powiedzieć godnego potępienia, nie do zaakceptowania (he he) przez pryzmat norm społecznych. Niewiele się właściwie działo, a pod tym pozornym niczym relacja intymna nabierała barw na tle portretu różnic kulturowych przez bohaterów doświadczanych (zjawiskowo Tokio sfotografowane), które zaskakująco z łatwością znikały, kiedy polał się alkohol podczas dobrej zabawy. :) Dwie na początku kompletnie obce osoby, z rożnych środowisk i z nieporównywalnym doświadczeniem życiowymi zagubione w marazmie codzienności i przełamana samotność wśród kolorowych błyskających reklamami tokijskich biurowców. Wymiana spojrzeń, niezobowiązujące dyskusje przy drinku w hotelowym barze i tak krok po kroku zawiązanie więzi duchowej w tej krótkiej i mimo iż nieskonsumowanej, bardzo romantycznej przygodzie. Aktorskie mniam mniam, nawet gdy Bill Murray zawsze w tej swojej powtarzalnej nonszalancko zadumanej pozie i z trwale przyklejoną do wizerunku ironią, a Scarlett Johansson od lat z nieco ponad jej warsztat osiągniętym statusem, tutaj akurat na starcie swojej kariery. 

P.S. Może i przesadzam z tą (naturalnie ostrożną) krytyką, w pierwszej kolejności Panny Johansson, bo to aktorka która do dzisiaj w wielu sytuacjach swoją całkiem sporą wszechstronność zdążyła udowodnić.

czwartek, 3 marca 2022

Good Will Hunting / Buntownik z wyboru (1997) - Gus Van Sant

 

Bostońskie uliczne klimaty, znacznie inaczej niż zazwyczaj w filmach gangsterskich pokazane, bo miejsce to samo i klimat podobny, konteksty jednak inne. Oglądam teraz Buntownika z wyboru, kiedy już po ostatnim kontakcie niewiele pamiętam (dobra, przekomarzam się) i zastanawiam się czy Buntownik z wyboru zasługuje na status jakim otoczony. Bo oto mamy film kultowego Gusa Van Santa z rolą młodego wówczas Matta Damona, która nie jest żadną petardą, tylko dość poprawną interpretacją skrajności w skomplikowanej osobowości, obok z Robinem Williamsem którego zaś aktorstwo to komiczny majstersztyk i często także dramatyczny Olimp, ale tak powtarzalny że niemal każda rola mogłaby zastąpić inną jeden do jednego, więc no cholera ok, ale no ale! :) Opowieść z kategorii wagi ciężkiej pod względem wartości merytorycznej i uderzająca tematycznie na bardzo śliski grunt, gdzie wyłożenie się na banalności podczas otwierania szeroko wrót na poważne dylematy i życiowe z przeszłości traumy tak łatwa, iż zanim ja bym się za jej sprzedawanie zabrał, to na setki sposobów przemyślałbym czy się nie ośmieszę. Co innego rzucać problem mało rozgarniętym w wiedzy psychologicznej widzom, co innego podejmować się deliberacji analizowanej potem przez raz ludzi w tematyce zawodowo zatopionych lub dwa takim, którzy sami podobnym szlakiem przez bagno pochodzenia się przedzierali. Przy nich popelina nie przejdzie i z łatwością zauważą w filmie Van Santa udawanie bez cech autentyzmu i na pewno reżyser tutaj do takiej krytyki nieco (tak minimalnie) powody daje. Lecz ponad tym jest cholera to przesłanie, cel w jakim produkcja powstała, więc na ciut taryfy ulgowej zasługuje. Fakt niepodważalny że drogi życiowe zaskakują, lecz ludzie oceniani przez pryzmat stereotypów non stop dostarczają dla tych skrótowych ocen powodów ich absolutnie nie podważających. Szczególnie mimo to łatwo strzelić kulą w płot w przypadku wszystkich tych pozornych szczeniackich twardzieli, którzy kryją tajemnice i nigdy nie otwartymi księgami z wiedzą o nich podaną na dłoni. Emocje w nich przecież wrzą i przekonanie o własnej nieomylności w nich jak to u smarkaczy gigantyczne. Ale brak pokory to nie jest tylko i wyłącznie przywara młodości. Świat dorosłych łączy ją natomiast z doświadczeniem, które akuratnie jest w większości oparte na kolekcjonowaniu etykiet. Czy o tym jest Buntownik z wyboru? Czy możne o geniuszu sprzątającym korytarze Harvardu? Czy to jest dobry film? To jest mega film, bo to mój i dla mnie mega ważny obraz, który mógłby być jeszcze lepszy gdyby Gus Van Sant miał zamiast Damona w obsadzie nieodżałowanego Rivera Phoenixa! Wreszcie za co te nagrody? Za banał na salonach podany, czy za bystre intuicyjne zgłębienie tematu? Akurat odpowiedź na tak postawione pytanie dla kumatych to jak wyższa mata dla Willa Huntinga.

P.S. Otworzyć typa, dotrzeć do epicentrum jego frustracji i znaleźć odpowiedzi które pozwolą zadać kolejne właściwe pytania. Nie próbować pomóc, tylko pozwolić otworzyć na pomoc, którą przekonanie, iż ta pomoc jest w ogóle potrzebna.

środa, 2 marca 2022

Babel (2006) - Alejandro González Iñárritu

 

Alejandro González Iñárritu ze swoim niebywałym talentem wypłynął na autorskiej filmowej kompozycji mozaikowej, czyli na obrazach łączących różne wątki, których bohaterami liczne postaci, w jedną myśl przewodnią, za którą kryje się przekonanie lub symbol błyskotliwie w treści przemycony. Start jego kariery to eksplorowanie takiej właśnie stwarzającej bogate możliwości ale też ograniczającej jednak metodę do swoistej powtarzalności i Babel w tej kategorii doskonale się odnajduje, stanowiąc sukces artystyczny, chociaż jest to tytuł paradoksalnie w karierze Iñárritu chyba najmniej głośny. Dwie wielkie gwiazdy do kluczowych ról zostały tutaj zatrudnione - aktorzy z ogromnym dorobkiem i fenomenalnymi możliwościami warsztatowymi, a temat podjęty kręci się zarówno pobocznie wokół kwestii przypadków/zbiegów okoliczności/splotów niekorzystnych sytuacji i decyzji podejmowanych świadomie, a nieświadomie wpływających na działania o niewyobrażalnym zasięgu oraz (i tu sedno) wprost do jednego karabinu - broni która niszczy lub szczęśliwie epizodycznie tylko komplikuje życie wielu osób w trzech oddalonych mocno od siebie miejscach. Wystarczy jedna chwila i zła, nieodpowiednia pochopna decyzja, by ze strefy komfortu przenieść się w mrok dramatycznych konsekwencji - poruszając jedną kostkę domina wywołać serię wydarzeń zmieniających sposób spostrzegania rzeczywistości. Sytuacje się przenikają, a reperkusje zachowań i działań u widza wywołują głębokie przeżycie emocjonalne. Treść ambitna i ze szlachetnym celem podjęta to jedno, drugie natomiast, to w jak niezwykły sposób reżyser tego wpływu na widza dokonuje i jak ukazuje i oprawia w ramy swojej własnej stylowej formy liczne koszmarne wydarzenia. Forma surowa, skąpa wizualnie i do pełnego realizmu ograniczona, ale zarazem zdobna w inteligentne aranżacyjne detale muzyczne czy po prostu plamy dźwiękowe - skupiona na problemie, którym można by napisać śmiało że reżyser nie tylko dla potrzeb wyprodukowania kolejnego filmu żyje. To zaangażowanie przez całą projekcję się czuje, a dedykacja z napisów końcowych tylko potwierdza to co dla wrażliwego widza oczywiste i co stanowi zawsze o jakości i osobistym wkładzie duchowym artysty. Narracja jaką też wykorzystuje jest owszem nielinearna i wymuszone konceptem przeskoki lokacji ustawiczne wymagają ciągłego skupienia, ale jak się jest tak przenikliwym filmowcem, wtedy na niczym przez to kompozycja nie traci - w tym na kluczowej dla zrozumienia intencji przejrzystości, a jej założona spójność oczywista, bez problemu do wychwycenia. Rozumiem że kręcąc trzy lata wcześniej dramat kompletny, jakim niewątpliwie było 21 gramów, postawił sobie Iñárritu poprzeczkę na niebywałym poziomie i w tym kontekście Babel jawił się jako rodzaj powielenia koncepcji i przez to został pozbawiony swego rodzaju zaskoczenia (czego akurat w przyszłości Birdman uniknął i tym samym ponownie postawił meksykańskiego reżysera na piedestale), ale w żadnym razie jego oddziaływanie emocjonalne nie jest mniejsze niż zasługującego na obsypanie nagrodami poprzednika. Niewyraźnie chcę powiedzieć, że kręcono nosem na wyróżnienia krytyki w przypadku Babel, które były tak samo pokłosiem pominięcia obrazu z 2003 roku, jak i zasłużonym samym w sobie docenieniem tutaj omówionego. Tak pamiętam, a może tak mi się tylko wydaje że pamiętam. 

Drukuj