Ale to jest kawał konkretnego filmu i jaki to jest majstersztyk aktorski Charlize Theron! Dodatkowe kilogramy, cała gama oszpecających jej twarz zabiegów dokonanych przez charakteryzatorów plus wywołana przeobrażeniem fizycznym emocjonalna przemiana. Christina Ricci też jest mega i wspólnie z Charlize przejmuje ekran, bo jest między nimi doskonała chemia, a każda z nich z osobna prowadzi swoją wewnętrzną aktorską narrację z wartym szacunku mistrzowskim rozmysłem, choć to kreacje zupełnie różne. Bezpośrednia, na przemian wściekle oschła i ukrywająca lęk nabuzowana Theron i dyskretna, niejednoznaczna Ricci. Z takim wyborem obsady aż dziwne by było, gdyby Patty Jenkins położyła sam w sobie kontrowersyjnie atrakcyjny filmowo temat. Nie położyła absolutnie, a Monster zrobiło ogromną karierę po premierze i zasłużenie zdobyło uznanie krytyki. Surowe wstrząsające kino, bez taryfy ulgowej dla ludzkiego skurwysyństwa. O tym jak życie potrafi upodlić i jak człowiek z człowieka uczynić "potwora". Kogoś kto w tylko nieco bardziej sprzyjających okolicznościach nie zabrnąłby w takie życiowe gówno. Jak jesteś zimny i bez emocji reagujesz, to łatwiej jest stawiać czoła wyzwaniom i porażki nie są w stanie poczynić takich szkód na twojej psychice. Jak masz w miarę spokojne dzieciństwo albo jak w ogóle masz dzieciństwo, to łatwiej bez traum z przeszłości wejść w dorosłość i poradzić sobie z presją i konsekwencjami. Wreszcie jak masz ładną buźkę, a nie szpetny ryj, to też ludzie traktują cię jak człowieka, a nie jak trędowatego śmiecia. Ponadto jeszcze to i tamto i dodatkowo dziesiątki innych gówien mogą ci pomieszać we łbie, a w rezultacie w życiu nie masz szans aby wówczas z równi pochyłej zleźć na coś co na dno cię nie ściąga. Proste cholera i film prosty, ale absolutnie nie prostacki. Film kapitalny, film powstały w 2003 roku a wyglądający jakby na przełomie dekadę, dwie wcześniejszym. Dla mnie od zawsze bomba, bo to nawet coś więcej niż to co powyżej napisałem, a to czego nie dopisałem, czyli całą resztę niuansów dopiszcie sobie sami po obejrzeniu, jeśli jakimś cudem jeszcze do tej pory tego nie zrobiliście.
poniedziałek, 14 marca 2022
niedziela, 13 marca 2022
Ghost - Impera (2022)
sobota, 12 marca 2022
Bo we mnie jest seks (2021) - Katarzyna Klimkiewicz
piątek, 11 marca 2022
Chelsea Wolfe - Pain Is Beauty (2013)
czwartek, 10 marca 2022
Amy Winehouse - Frank (2003)
środa, 9 marca 2022
Moje wspaniałe życie (2021) - Łukasz Grzegorzek
Jaka piękna para, tzn. jaka pięknie przełamująca stereotypy wizualne dojrzała para. :) Tyczkowata (ktoś mądry napisałby androgyniczna) Agata Buzek oraz kurduplowaty, a ktoś może o usposobieniu macho dodałby że zniewieściały Jacek Braciak, jako doświadczone małżeństwo (uwaga, to jest już właściwie sama w sobie makabra) na-u-czy-cie-li, ich codzienność zawodowa i prywatna - ta pierwsza akurat w ceglanych murach jednej wspólnej starej szkoły, druga w domu, w działającym sobie naturalnie na nerwy czteropokoleniowym towarzystwie. Tak się zaczyna, od takich scen nowy film Łukasza Grzegorzka (Kamper, Córka trenera) startuje i już od startu mam przekonanie iż dobre aktorstwo, aktorstwo naturalne, to w większym stopniu od charakteru i praktycznych umiejętności wprowadzenia w życie oczekiwań reżysera zależy, niż od samego warsztatu "przedmiotu" jego obróbki. Bo jak wytłumaczyć że Pani Agata czy (no no) praktykujący z nią w scenariuszu boczniaka Adam Woronowicz raz na ekranie dają plamę innym razem odwalają doskonałą robotę. Jacek Braciak za to zawsze jest mega i pewnie nawet gdyby Łukasz Grzegorzek nie potrafił z aktorów wykrzesać tego co najlepsze, to Braciak wciąż przejmowałby ekran swoimi kreacjami. To jedno, drugie zaś "akcja", czyli o co scenarzyście i reżyserowi w jednym chodziło? Są tacy którzy przekonują przekornie że to "tak nudne i bez wyrazu, że nad wyraz prawdziwe", i ja jestem całym sercem z tymi co w tym niczym węszą nieodkrywczy oczywiście pomysł, ale też historię o wielu z nas, mimo że zapewne w stu procentach za cholerę jeden do jednego nie przekładalną. Od poniedziałek do piątku w kieracie i od piątku po robocie do poniedziałku z głową zapieprzoną myślą że od poniedziałku znowu w kieracie całkowicie nieprzynoszącej efektu (brawo system), jednak mimo wszystko wciąż ideowo traktowanej pracy i z mnóstwem problemów powiązanych z brakiem natychmiastowego wpływu na obce i swoje dorastające, czy już dorosłe pociechy (oklaski natura, oklaski niecierpliwość). Poza tym ogólnie młyn i dla odmiany chaos i nawet współżycie intymne mechaniczne, bo (tu akurat pikantny) wspomniany wyżej boczniak ekscytacji dostarcza. Czas leci, ch** strzela że tak zleciał i że leci tak a nie inaczej i już nie będzie lepiej tylko (no k****) gorzej. Wybór jest prosty, powtarzalna do zrzygania mechanika zachowań i często do pary z frustracją deprecha, albo uparte bicie łbem w mur aż do skutku, bez względu na ponoszone koszta. Ewentualnie trzecia droga zaspokajania potrzeb połowicznego, z poczuciem winy że nie włożyło się wysiłku tam gdzie powinno, patrząc bezsilnie na kolejne z wyboru piętrzące się skutki zaniechań. Kapitalnie przemyślany, ironią atakujący obyczajowy dramatyzm i z unikalnym luzem nakręcony film o pozbawionym podmiotowego ja, tudzież z drugiego bieguna nadmiernego ego pełnym życiu i zespawanej ze współczesną egzystencją frustracji. O potrzebach i przeciwstawieniu się oczekiwaniom rwącym strumieniem spływającym na Ciebie, Ciebie i tak... na Ciebie też! Przede wszystkim jednak o skutkach i konsekwencjach bycia rodziną. Skutkach i konsekwencjach czasami zaskakujących cholernie pozytywnie.
P.S. Ostatnie u mnie dwa filmy - Aksinowicz vs. Grzegorzek, jeden temat bliższy serduchu drugi dla niego bardziej obojętny i ten bliższy nie szarpnął, a ten w zasadzie nawet obojętny ruszył i to w pierwszym przypadku wina reżysera, a w drugim reżysera zasługa. No! :)
wtorek, 8 marca 2022
Powrót do tamtych dni (2021) - Konrad Aksinowicz
Powrót do tamtych dni vel Powrót do Legolandu, czyli raz trend na kino budzące sentymenty w całej okazałości, gdyż nie trzeba myślę wymieniać tytułów które w ostatnich latach wracają do "wspaniałych" bo innych, bo "analogowych", bo "to i tamto" czasów - każdemu dzisiejszemu pięćdziesięcio czy czterdziestolatkowi przypominając o idealizowanym dzieciństwie. Dwa, kino terapeutyczne - dla reżysera osobiste i z pewnością w przepracowaniu traum ważne, lecz warsztatowo niezwykle trudne do realizacji, bowiem przełożenie złożonej etiologii własnego, głęboko tkwiącego w sercu jako zadra doznania na język filmu zrozumiały nie tylko dla podobnymi przeżyciami jednostek dotkniętych, tak aby sięgać jądra problemu, bez stosowania fasadowej obudowy kruszącej z automatu każde nieobojętne na los „kundelka” serduszko, jedynie dla wybitnych twórców możliwe. Tutaj akurat tak samo jak dosłownościami męczy, tak film Aksinowicza sympatycznie roztkliwia kopalnią staroci. Istne archeologiczne wykopalisko na ekranie - z tymi wszystkimi gadżetami tamtych czasów. Video kasety, kasety magnetofonowe, kreszowe dresy, klocki lego i inne takie wypożyczalnie vhs, czy quasi pewexowskie akcje. Od strony wizualnej fajnie to wygląda i trzeba przyznać ze scenograf włożył sporo pracy odszukując relikty przeszłości i doskonale w charakterze czasu i miejsca się odnalazł, ale równocześnie wrażenie mnie nie opuszczało, że ciśnienie zamiast na dramaturgię poszło na tło, a za tym stała kompulsywna potrzeba reżysera by wszystko co zapamiętał, a co dla jego spostrzegania epoki ważne pokazać. To jednak oprócz całkiem sprawnego zarysowania sytuacji polityczno-społecznej tylko tło i dla jądra tematu mało ważny, nawet bardziej niż drugoplanowy detal, który rozrastając się w wyobraźni twórcy do wymiaru nadrzędnego, odebrał właściwej istocie mocy skupiającej uwagę. Będę do bólu szczery! To nie jest film wstrząsający, a taki powinien być kiedy tak bardzo emocjonalny problem bierze się w obróbkę. To film też przez mało wiarygodne aktorstwo wręcz groteskowy, mimo że nie można mu przecież zarzucić braku wiarygodność czy autentyzmu. To na pewno film prawdziwy, lecz nazbyt sterylny i dla widza doświadczonego realnością pokazanych sytuacji domniemam bardziej konsternujący niż przebyte traumy odgrzewający. W nim kolejne wątki chaotycznie wplatane i konstrukcja jakaś topornie ciosana. Fatalne z dzieciństwa wspomnienia, kształtujące dramatycznie, hartujące charakter doświadczenia - jednocześnie w przyszłości wpływając na jakość dorosłego życia. Dla kogoś kto nie zna tego koszmaru z autopsji może być to przeżycie poruszające, ale nie przestaje mieć wrażenia że na podobieństwo sytuacji kiedy wrażliwe osobowości płaczą nad losem zamkniętych w zoo zwierzątek. Chyba że taki był cel by poruszyć i litość wywołać, bo terapeuta za miliony uznał, iż film dla zawodowego reżysera będzie naturalnym znakomitym i w ogóle "na jaki to błyskotliwy pomysł wpadłem!" sposobem porachowania się z narastającym z latami i objawiającym się najintensywniej już w dojrzałym wieku problemem. Niemniej jednak, bez względu na sporą reżyserską indolencje (Aksinowicza krytycy chwalą, a Aksinowicz technicznie to w tym przypadku tylko co najwyżej taki Jan Hryniak od Zenka), to ja mocniej niż w uwadze z nawiasu nie będę „Legolandu” krytykował, bo pewnie człowiek z syndromem DDA prozaicznie padł ofiarą skupienia na sobie, nie zauważając wszystkiego wokoło. To ciekawe, że kiedy Aksinowicz zrobił W spirali, to ja wbrew ogólnej opinii wyłącznie chwaliłem, a jak nakręcił Powrót do tamtych dni, to ja jako jedyny mam wyłącznie potrzebę narzekania.
P.S. Bardziej surowej ocenie poddaje zaś Maćka Stuhra, o którym piszą że taki w roli alkoholika wybitny, kiedy z niego taki aktorski alkoholik, który absolutnie nie rozumie wewnętrznego pulsu skomplikowanej roli i gra jak "myśli" że powinien grać, kierując się pozorami kompletnie odzierającymi kreację z autentyzmu.
poniedziałek, 7 marca 2022
Eddie Vedder - Earthling (2022)
niedziela, 6 marca 2022
The Fifth Element / Piąty element (1997) - Luc Besson
Kult się sączy ze ścian kiedy puszczam Piąty element. Groteskowe science fiction z czasów kiedy Luc Besson kręcił dzieła i pomysłami niczym wulkan przez naturę obudzony eksplodował. Nie miał żadnych kompleksów i śmiało wykorzystywał swój czas po sukcesie Wielkiego błękitu i jeszcze większym Leona zawodowca. Jak byłem nieopierzonym, albo już częściowo opierzonym, ale jeszcze nie tak wysoko lotnym miłośnikiem kina, wtedy The Fifth Element odbierałem dość powierzchownie i być możne krzywdząco oceniałem jako przegięty szaloną wyobraźnią projekt. Nie byłem też jedyny - znacząca część widowni wygwizdała podobno premierowy canneński pokaz. Ja młody, ale oni, znawcy, koneserzy? Ślepi ludzie i tyle. :) Nie widziałem też tak wyraźnie w nim inspiracji wizualnej Diuną Lyncha, oczywiście także Łowcą androidów Ridley'a Scotta jak i nawet Pamięcią absolutną Verhoevena, więc jarałem się najbardziej aktorskim mega popisem Gary'ego Oldmana. A przecież The Fifth Element to niezwykle szeroki i głęboki koncept, tak filozoficzny jak wizualny, podparty dodatkowo aktorstwem bez jakichkolwiek granic. Dynamiczny charakter filmu akcji fenomenalnie ożeniony z futurystyczną wizją świata, do którego na swoje zgubienie bezrefleksyjnie na złamanie karku gnamy. Odjechany tak jakby wszystkie hamulce wyobraźni puściły i zawory ambicjonalnego ciśnienia w Bessonie nie były w stanie zredukować. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja i wciąż świeże wizualnie efekty specjalne. Techniczny majstersztyk, aktorskie złoto, fantazji i nauki hybryda z ironicznym poczuciem humoru oraz tym czymś, co odważnie wbrew mojej agnostycznej naturze nazwę kinowym dotknięciem ręki samego Boga. Fajerwerki co rusz wystrzeliwują i co chwila kopara opada, kiedy coraz bardziej niesamowite postaci (Chris Tucker kufa bomba, a Besson jak wróżka w temacie show businessu) przejmują we władanie ekran. Ekstraklasa która liczne podobne kosmiczne (też te mego poważnie futurologiczne) produkcje zjada na śniadanko i możne śmiało towarzyszyć tym najlepszym, służąc jako gatunkowy wzorzec. Bo genialne kino, to każdy scenograficzny detal w punkt, każdy gest, każde spojrzenie aktora w punkt i scenariusz taki co zostawia w człowieku ślad i wymusza refleksje. Od dzisiaj z oby wybaczalnym opóźnieniem dla mnie to jest właśnie dzieło!
P.S. No i ten Bruce Willis taki efektowny jak w Szklanej pułapce, a scena finałowa niczym akcja z Nakatomi Plaza. Kufa jak fajowo!
sobota, 5 marca 2022
Immolation - Acts of God (2022)
piątek, 4 marca 2022
Lost in Translation / Między słowami (2003) - Sofia Coppola
Nieprawdopodobne że to już prawie dwie dekady minęły, odkąd zaledwie druga próba reżyserska Sofii Coppoli tak mocno w nominacjach do najbardziej prestiżowych nagród filmowych namieszała i mnie wówczas akurat pozostawiła w niezłej konsternacji, zastanawiającego się jako mało jeszcze rozgarniętego miłośnika kina, czy w pełni zasłużone te masowe na stojąco owacje. Wciąż odrobinę nie jestem przekonany i nadal mam takie drobniutkie wątpliwości, niemniej jednak zasadniczo dużej jej wartości jako subtelnie wnikliwego psychologicznie oraz reżysersko doskonale wyczulonego na niuanse obrazu nie podważam. Bowiem tutaj między słowami (pierwszy raz polskie tłumaczenie lepiej oddaje sens niż tytuł oryginalny) dosłownie romans emocjonalny się rozwijał - pomiędzy w bardziej niż średnim wieku aktorem, a młodziutką mężatką fascynacja. Coś nieprzyzwoitego, żeby nie powiedzieć godnego potępienia, nie do zaakceptowania (he he) przez pryzmat norm społecznych. Niewiele się właściwie działo, a pod tym pozornym niczym relacja intymna nabierała barw na tle portretu różnic kulturowych przez bohaterów doświadczanych (zjawiskowo Tokio sfotografowane), które zaskakująco z łatwością znikały, kiedy polał się alkohol podczas dobrej zabawy. :) Dwie na początku kompletnie obce osoby, z rożnych środowisk i z nieporównywalnym doświadczeniem życiowymi zagubione w marazmie codzienności i przełamana samotność wśród kolorowych błyskających reklamami tokijskich biurowców. Wymiana spojrzeń, niezobowiązujące dyskusje przy drinku w hotelowym barze i tak krok po kroku zawiązanie więzi duchowej w tej krótkiej i mimo iż nieskonsumowanej, bardzo romantycznej przygodzie. Aktorskie mniam mniam, nawet gdy Bill Murray zawsze w tej swojej powtarzalnej nonszalancko zadumanej pozie i z trwale przyklejoną do wizerunku ironią, a Scarlett Johansson od lat z nieco ponad jej warsztat osiągniętym statusem, tutaj akurat na starcie swojej kariery.
P.S. Może i przesadzam z tą (naturalnie ostrożną) krytyką, w pierwszej kolejności Panny Johansson, bo to aktorka która do dzisiaj w wielu sytuacjach swoją całkiem sporą wszechstronność zdążyła udowodnić.
czwartek, 3 marca 2022
Good Will Hunting / Buntownik z wyboru (1997) - Gus Van Sant
Bostońskie uliczne klimaty, znacznie inaczej niż zazwyczaj w filmach gangsterskich pokazane, bo miejsce to samo i klimat podobny, konteksty jednak inne. Oglądam teraz Buntownika z wyboru, kiedy już po ostatnim kontakcie niewiele pamiętam (dobra, przekomarzam się) i zastanawiam się czy Buntownik z wyboru zasługuje na status jakim otoczony. Bo oto mamy film kultowego Gusa Van Santa z rolą młodego wówczas Matta Damona, która nie jest żadną petardą, tylko dość poprawną interpretacją skrajności w skomplikowanej osobowości, obok z Robinem Williamsem którego zaś aktorstwo to komiczny majstersztyk i często także dramatyczny Olimp, ale tak powtarzalny że niemal każda rola mogłaby zastąpić inną jeden do jednego, więc no cholera ok, ale no ale! :) Opowieść z kategorii wagi ciężkiej pod względem wartości merytorycznej i uderzająca tematycznie na bardzo śliski grunt, gdzie wyłożenie się na banalności podczas otwierania szeroko wrót na poważne dylematy i życiowe z przeszłości traumy tak łatwa, iż zanim ja bym się za jej sprzedawanie zabrał, to na setki sposobów przemyślałbym czy się nie ośmieszę. Co innego rzucać problem mało rozgarniętym w wiedzy psychologicznej widzom, co innego podejmować się deliberacji analizowanej potem przez raz ludzi w tematyce zawodowo zatopionych lub dwa takim, którzy sami podobnym szlakiem przez bagno pochodzenia się przedzierali. Przy nich popelina nie przejdzie i z łatwością zauważą w filmie Van Santa udawanie bez cech autentyzmu i na pewno reżyser tutaj do takiej krytyki nieco (tak minimalnie) powody daje. Lecz ponad tym jest cholera to przesłanie, cel w jakim produkcja powstała, więc na ciut taryfy ulgowej zasługuje. Fakt niepodważalny że drogi życiowe zaskakują, lecz ludzie oceniani przez pryzmat stereotypów non stop dostarczają dla tych skrótowych ocen powodów ich absolutnie nie podważających. Szczególnie mimo to łatwo strzelić kulą w płot w przypadku wszystkich tych pozornych szczeniackich twardzieli, którzy kryją tajemnice i nigdy nie są otwartymi księgami z wiedzą o nich podaną na dłoni. Emocje w nich przecież wrzą i przekonanie o własnej nieomylności w nich jak to u smarkaczy gigantyczne. Ale brak pokory to nie jest tylko i wyłącznie przywara młodości. Świat dorosłych łączy ją natomiast z doświadczeniem, które akuratnie jest w większości oparte na kolekcjonowaniu etykiet. Czy o tym jest Buntownik z wyboru? Czy możne o geniuszu sprzątającym korytarze Harvardu? Czy to jest dobry film? To jest mega film, bo to mój i dla mnie mega ważny obraz, który mógłby być jeszcze lepszy gdyby Gus Van Sant miał zamiast Damona w obsadzie nieodżałowanego Rivera Phoenixa! Wreszcie za co te nagrody? Za banał na salonach podany, czy za bystre intuicyjne zgłębienie tematu? Akurat odpowiedź na tak postawione pytanie dla kumatych to jak wyższa mata dla Willa Huntinga.
P.S. Otworzyć typa, dotrzeć do epicentrum jego frustracji i znaleźć odpowiedzi które pozwolą zadać kolejne właściwe pytania. Nie próbować pomóc, tylko pozwolić otworzyć na pomoc, którą przekonanie, iż ta pomoc jest w ogóle potrzebna.
środa, 2 marca 2022
Babel (2006) - Alejandro González Iñárritu
Alejandro González Iñárritu ze swoim niebywałym talentem wypłynął na autorskiej filmowej kompozycji mozaikowej, czyli na obrazach łączących różne wątki, których bohaterami liczne postaci, w jedną myśl przewodnią, za którą kryje się przekonanie lub symbol błyskotliwie w treści przemycony. Start jego kariery to eksplorowanie takiej właśnie stwarzającej bogate możliwości ale też ograniczającej jednak metodę do swoistej powtarzalności i Babel w tej kategorii doskonale się odnajduje, stanowiąc sukces artystyczny, chociaż jest to tytuł paradoksalnie w karierze Iñárritu chyba najmniej głośny. Dwie wielkie gwiazdy do kluczowych ról zostały tutaj zatrudnione - aktorzy z ogromnym dorobkiem i fenomenalnymi możliwościami warsztatowymi, a temat podjęty kręci się zarówno pobocznie wokół kwestii przypadków/zbiegów okoliczności/splotów niekorzystnych sytuacji i decyzji podejmowanych świadomie, a nieświadomie wpływających na działania o niewyobrażalnym zasięgu oraz (i tu sedno) wprost do jednego karabinu - broni która niszczy lub szczęśliwie epizodycznie tylko komplikuje życie wielu osób w trzech oddalonych mocno od siebie miejscach. Wystarczy jedna chwila i zła, nieodpowiednia pochopna decyzja, by ze strefy komfortu przenieść się w mrok dramatycznych konsekwencji - poruszając jedną kostkę domina wywołać serię wydarzeń zmieniających sposób spostrzegania rzeczywistości. Sytuacje się przenikają, a reperkusje zachowań i działań u widza wywołują głębokie przeżycie emocjonalne. Treść ambitna i ze szlachetnym celem podjęta to jedno, drugie natomiast, to w jak niezwykły sposób reżyser tego wpływu na widza dokonuje i jak ukazuje i oprawia w ramy swojej własnej stylowej formy liczne koszmarne wydarzenia. Forma surowa, skąpa wizualnie i do pełnego realizmu ograniczona, ale zarazem zdobna w inteligentne aranżacyjne detale muzyczne czy po prostu plamy dźwiękowe - skupiona na problemie, którym można by napisać śmiało że reżyser nie tylko dla potrzeb wyprodukowania kolejnego filmu żyje. To zaangażowanie przez całą projekcję się czuje, a dedykacja z napisów końcowych tylko potwierdza to co dla wrażliwego widza oczywiste i co stanowi zawsze o jakości i osobistym wkładzie duchowym artysty. Narracja jaką też wykorzystuje jest owszem nielinearna i wymuszone konceptem przeskoki lokacji ustawiczne wymagają ciągłego skupienia, ale jak się jest tak przenikliwym filmowcem, wtedy na niczym przez to kompozycja nie traci - w tym na kluczowej dla zrozumienia intencji przejrzystości, a jej założona spójność oczywista, bez problemu do wychwycenia. Rozumiem że kręcąc trzy lata wcześniej dramat kompletny, jakim niewątpliwie było 21 gramów, postawił sobie Iñárritu poprzeczkę na niebywałym poziomie i w tym kontekście Babel jawił się jako rodzaj powielenia koncepcji i przez to został pozbawiony swego rodzaju zaskoczenia (czego akurat w przyszłości Birdman uniknął i tym samym ponownie postawił meksykańskiego reżysera na piedestale), ale w żadnym razie jego oddziaływanie emocjonalne nie jest mniejsze niż zasługującego na obsypanie nagrodami poprzednika. Niewyraźnie chcę powiedzieć, że kręcono nosem na wyróżnienia krytyki w przypadku Babel, które były tak samo pokłosiem pominięcia obrazu z 2003 roku, jak i zasłużonym samym w sobie docenieniem tutaj omówionego. Tak pamiętam, a może tak mi się tylko wydaje że pamiętam.